wtorek, 26 stycznia 2010

Tu i teraz


Tu i teraz

Przegapiłam czas noworocznych postanowień. Właściwie od kilku lat już ich nie robię, bo sprowadzały się zwykle do "schudnąć" (ubrane w nieco mniej drastyczne: "zdrowiej się odżywiać", w poddtekście: i przez to schudnąć), a dietę porzucałam po kilku dniach, dla uczczenia tego faktu, objadając się czekoladą.

Co nie znaczy, że nie widzę potrzeby zmian. Postanowiłam jednak, zupełnie bez związku z nowym rokiem, podejść do tego od innej strony.

Pewnego wieczoru wzięłam kartkę papieru i zapisałam, jak bym chciała, żeby wyglądało moje życie. Nie za pół roku, ani za 10 lat. Tu i teraz, nawet jeżeli to, co napiszę, będzie całkiem nieprawdopodobne. Wyniki trochę mnie zaskoczyły. Po pierwsze, okazało się, że nie zmieniłabym wcale aż tak wiele. Po drugie, że pewną część z tego, co bym jednak zmieniła, można osiągnąć, co prawda, wkładając w to trochę wysiłku, ale w całkiem niedługim lub nawet bardzo niedługim czasie.

Oczywiście teraz, kiedy mój entuzjazm zdążył już opaść, nie jestem aż taka pewna, czy uda mi się zrealizować chociaż jeden z tych planów. Zresztą, to będzie fajnie, ale w tamtej chwili nie było to takie ważne. Trzymanie w ręce dowodu na piśmie, że większość rzeczy zależy od mnie i nie jest wcale taka nieosiągalna, podziało trochę jak terapia szokowa. Więc zaczynamy :)

Co prawda, wzięcie udziału w Weekendowej Cukierni nie znalazło się na mojej liście, ale to chyba tylko przez nieuwagę i mój debiut w niej jest jedną z pierwszych zmian, które wprowadzam i pewnie jedną z niewielu, które na pierwszym etapie nie tylko są bezbolesne, ale nawet przyjemne.

Dzisiejszy przepis zaproponowała Goś ze Sweet Art i z pewną obawą wyznałam rodzinie, co upiekę, bo nawet pozytywnie nastawiona do eksperymentów mama (a właściwie zwykle jedyna wtajemniczana w moje piekarnicze plany) na hasło: ciasto marchewkowe reaguje brzydkim grymasem.

Skoro mamy dzień z małym psychoterapeutą, to powiem Wam coś jeszcze, chociaż nie jestem pewna, czy nie zrobi to jakiejś skazy na moim image'u. Za pewnego rodzaju podręcznik, chociaż może odpowiedniejszą nazwą byłby przypominacz, mojej odmienionej drogi życia, obrałam przypadkowo odnalezione książeczki z serii: "Mały skarbnik porad życiowych". No i stoi tam tak: "Nie daj się nikomu namówić do rezygnacji z czegoś, co uważasz za świetny pomysł". Więc się nie dałam i upiekłam.

Dobre, chociaż marchewkowe – powiedziała Mama. Będą powtórki.

PS Jak pewnie zauważyliście, od jakiegoś czasu wisi u mnie banerek zachęcający do przekazania 1% na Fundację Gniazdo. W zasadzie mam stosunek mieszany do umieszczania reklam na blogu, ale treść tego zmieszania, prawdę mówiąc, dotyczy raczej psucia grafiki niż oporów moralnych. O zamieszczenie tego banerka poprosiła mnie Siostra, więc wierzę, że ta fundacja robi coś wartego wsparcia, jeśli więc nie macie pomysłu, komu podarować swój 1%, to zachęcam. Szczegóły po kliknięciu w banner.



Babeczki marchewkowe

Składniki:

Ciasto:
250 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
200 g cukru
cukier waniliowy
400 g bardzo drobno startej marchewki
płaska łyżeczka soli
3 łyżeczki cynamonu
200ml oleju
4 jaja
50 g rodzynek
50 g posiekanych orzechów


Masa serowa:
500 g twarożku śmietankowego (lub zwykłego kwarku lub sera białego)
100 g cukru pudru
200 g masła
skórka z jednej cytryny
sok z cytryny do smaku (dałam z niecałej połówki)


Wykonanie:
  1. W misce wymieszać mąkę, proszek do pieczenia, cukier waniliowy i cynamon, Dolać olej, ucierać mikserem i dodawać kolejno po jednym jajku. Dodać resztę składników: marchewkę, rodzynki i orzechy i dokładnie wymieszać. Napełnić ciastem dokładnie wysmarowane masłem foremki lub papilotki do muffinek, do około 2/3 wysokości. Piec w 170 stopniach aż się lekko zarumienią (ok. 25 min.). Jeśli pieczecie w metalowych foremkach z rowkami, radzę wyjąć z nich ciastka zaraz po upieczeniu, potem może być problem.
  2. Zrobić masę: stopić masło, wystudzić. Ser zmiksować z cukrem pudrem, dodać skórkę, powoli wlewać masło. Na końcu dodać sok z cytryny. Na babeczki nałożyć po czapeczce z masy, dowolnie udekorować. Co najmniej na godzinę wstawić do lodówki.
Uwagi:

Moje ciasto miało kształt babeczek z powodów obiektywnych, czyli niedostatecznej ilości marchewki. Składniki podaję na całą porcję za Goś, uwzględniając jednak kilka innych zmian, które zrobiłam (czasem również z powodów obiektywnych). W wersji babeczkowej zostało mi sporo niewykorzystanej masy, ale to nie szkodzi aż tak bardzo, bo dobrze się nadaje do wyjadania.

Ciasto marchewkowe


piątek, 22 stycznia 2010

Pokój z widokiem






Czasami fajnie wziąć kubek gorącej herbaty, stanąć przy oknie i patrzeć na to, co dzieje się po drugiej stronie. I cieszyć się, że jest się w środku, z kubkiem gorącej herbaty.

Ostatnio, na kursie fotografii, na który chodzę, dostaliśmy zadanie domowe: widok z mojego okna. Z naciskiem na "mojego".

Moje ulubione okno mieści się w kamienicy z wykuszem, na końcu ulicy Bernardyńskiej, z jednej strony wychodzi na Wisłę, a z drugiej na Wawel. Czasami chodzę na Wawel i patrzę na moje okno, nie wiem dokładnie, na czym to polega, ale ma to działanie terapeutyczne.

Moje prawdziwe okno, to znaczy to, należące do mnie w tej chwili, wychodzi na ruchliwą ulicę. Ekrany wygłuszające. Ludzi, którzy często ciągną za sobą walizki, bo moje okno jest w pobliżu dworca. Studentów, którzy spieszą się na zajęcia na Uniwersytecie Ekonomicznym, który też można zobaczyć. Z mojego okna widać kościół Karmelitów i zbyt wiele latarni, które czasem przeszkadzają mi spać i gasną około 7.40, kiedy właśnie wstaję. Widać też wiadukt kolejowy. Czasami widać też piękne zachody słońca.

Chociaż, mimo wszystko, lubię widok z mojego okna, nie jestem pewna, czy coś z tego jest dobrym tematem do mojej fotografii, bo zachody słońca o tej porze roku raczej się nie zdarzają. Póki co, lepiej przyjrzeć się temu, co jest po MOJEJ stronie.



Uwaga, bardzo słodkie.

Chrupiące trójkąty z czekoladą i orzechami
(przepis z Carrés gourmands, zmodyfikowany przeze mnie, jeśli chodzi o proporcje)

Składniki:

2 paczki herbatników (150-200 g)
100 g masła
90 wiórków kokosowych
puszka mleka skondensowanego, słodzonego
200 g gorzkiej czekolady, drobno posiekanej
140 g mieszanych orzechów, drobno posiekanych (u mnie ilość "na oko", mają dokładnie pokryć całe ciasto)

Wykonanie:

Herbatniki zmiażdżyć na proszek (wałkiem, w malakserze, nawet ręką, jeśli są bardzo kruche). Masło roztopić, wymieszać z herbatnikami, mieszaniną wyłożyć dno formy (ja użyłam okrągłej o średnicy 24 cm). Na herbatniki wysypać drobno pokrojoną czekoladę, wiórki czekoladowe i orzechy. Zalać mlekiem skondensowanym. Piec ok. 30 min. w 160 stopniach.



PS Jak łatwo zauważyć, moje okno dawno nie było myte. Ale zapewniam Was, że tylko dlatego, że taki filtr daje zdecydowanie lepsze do fotografowania światło, niż szyby lśniące od środków nabłyszczających ;)

PS 2 Dla porządku i po słusznej uwadze Hazel, dodaję, że ten wypiek jest dziełem wspólnym osób, które łączy widok z okna. Nawet Fin ;) wykazał dużą determinację, łupiąc orzechy za pomocą czegoś, co kiedyś było młotkiem. Poza tym, chociaż ciasto jest dziecinnie łatwe, to kooperacja wskazana, bo krojenia jest zdecydowanie za dużo jak dla jednej osoby.

środa, 20 stycznia 2010

Prawie jak... Pomidorowa


zupa pomidorowo-bananowa

Są takie przepisy, w których po prostu nie warto nic zmieniać, bo i tak nie będą lepsze. Nie chodzi do końca o smak, raczej o sentyment do określonej potrawy, wspomnienia z nią związane. Pewnie dlatego kluski/kotlety/rosół (niepotrzebne skreślić) robione przez mamę zawsze są najlepsze.

I tak jest również z zupą pomidorową.

Moją ulubioną robi się tak: pomidory pokroić na ćwiartki, udusić do miękkości w niewielkiej ilości wody, przetrzeć przez sitko (a nie miksować, bo wtedy zostaną różne farfocle). Doprawić solą i solidnym kawałkiem masła, jeśli trzeba, dolać trochę wody, chwilę pogotować. Zabielić śmietaną. W zimie pomidory można zastąpić tymi z puszki lub przecierem, ale to oczywiście nie to samo.

A jednak... pomidorowa aż zachęca do eksperymentów, a kiedy ma się przed sobą taki przepis jak dzisiejszy, to po prostu aż głupio go nie wypróbować, ciekawość zwycięża.

Pomidory i banany. Dziwne? Wszystkim smakowało, polecam :)

Zupa pomidorowo-bananowa
(przepis pani Pauliny Kupiec z Et Voilà)

Składniki:

1 puszka pomidorów (400 g)
2 duże banany
1 litr wody
1 łyżeczka curry
1 kostka rosołu z kury
30 g mąki
50 g masła
200 ml śmietany (opcjonalnie)
sól, pieprz


Przygotowanie:

Masło rozpuścić, dodać mąkę, wymieszać (ja robię to trzepaczką), podsmażyć chwilę, aż powstanie jasna zasmażka, dolać trochę wody i rozprowadzić mieszaninę w płynie, aby uniknąć grudek. Dodać kostkę rosołową, pomidory, pokrojone w plasterki banany, curry, resztę wody (ja lubię bardzo gęste zupy, więc dałam trochę mniej niż litr). Gotować 15-20 minut, a następnie zmiksować. Doprawić solą i pieprzem, wymieszać ze śmietaną.

zupa pomidorowo-bananowa

środa, 13 stycznia 2010

Ciasteczko na styczeń


Nikt mnie nie przekona, że najwspanialszą rzeczą w życiu nie są ciastka z czekoladą.
Pies Snoopy

ciastka czekoladowe

Jako fanka pesymistycznej, przesiąkniętej bólem istnienia i poczuciem niezrozumienia świata dla jednostki (nie tylko wybitnej, każdej), filozofii szkoły Fistaszków, nie mam nic do dodania. Może tyle, że ciastka te posmakują raczej wielbicielom brownies, niż mlecznej z orzechami. Przepis Nigelli, znaleziony u Karolci.

Ciastka czekoladowe
12-14 dużych ciastek

Składniki:

125 g gorzkiej czekolady
150 g mąki
30 g kakao
1 łyżeczka sody
½ łyżeczki soli
125 g masła
75 g brązowego cukru (jasnego)
50 g cukru demerara lub zwykłego białego
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (zastąpiłam cukrem waniliowym)
1 zimne jajko
350 g czekoladowych groszków lub posiekanej czekolady*


Wykonanie:
  1. Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej lub mikrofalówce (ostrożnie). Wymieszać mąkę, kakao, sól i sodę.
  2. Masło utrzeć z cukrami (w tym waniliowym), dodawać po trochu rozpuszczoną czekoladę, później ekstrakt (jeśli używamy), jajko, a następnie, na małych obrotach, suche składniki.
  3. Wymieszać, już raczej nie za pomocą miksera, z groszkami czekoladowymi lub kawałkami czekolady.
  4. Na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, w dość dużych odstępach od siebie, łyżką do lodów nakładać kopczyki ciasta. Nie spłaszczać. Ja formowałam kulki rękami.
  5. Ciastka piec ok. 18 min. w 170 stopniach.

*Postanowiłam sobie ułatwić życie i zmiksować czekoladę w blenderze, co niestety spowodowało, że część czekolady zamieniła się w proszek i swoją proszkowatością zwiększyła zawartość czekolady w cieście jako takim, dopuszczam więc możliwość, że efekt, który otrzymuje się, mając wyłącznie kawałki czekolady, będzie trochę inny niż mój.

ciastka czekoladowe

ciastka czekoladowe

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Codzienność niezwykła jak crème brulée


creme brulee

Pamiętacie (chyba wszyscy pamiętają?) tę scenę, kiedy Amelia przebija karmelową skorupkę na crème brulée? Bardzo to mało oryginalne, odwołanie się akurat do tego obrazu, ale chyba właśnie o to chodzi, by w życiu wypełnionym nudnymi, powtarzalnymi zajęciami, potrafić każdej czynności, przy której Wam się to tylko uda, nadać charakteru święta i czegoś radosnego i wyczekiwanego. Dlatego nie zrażajcie się tym, że przygotowanie tego deseru nie jest proste i pamiętajcie o tym, co jest na końcu tej drogi. Dodam tylko, że zaproponowana metoda nie jest metodą klasyczną, w zasadzie prostszą i szybszą, która jednak jakoś nigdy mi się nie chce udać.

creme brulee

Zimowy crème brulée

Składniki:

8 żółtek
600 ml śmietanki 30% lub 36%
łyżeczka cukru waniliowego lub laska wanilii
3 łyżki miodu
skórka starta z 1 dużej pomarańczy (wcześniej sparzonej wrzątkiem)

+ cukier do karmelowej skorupki

a także:

2 garnki (jeden z szerokim dnem)
dzbanek (naczynie z dziubkiem)
miska
trzepaczka + ewentualnie łyżka
naczynka, w których chcemy podawać krem lub jedno większe naczynie (rozpoczynając przygotowania wstawiamy je do lodówki lub zamrażalnika)

Wykonanie:
  1. Wszystkie składniki odmierzyć i przygotować tak, by łatwo można było po nie sięgać.
  2. Postawić na gazie śmietanę z wanilią i zagotować, dorzucić laskę wanilii, jeśli jej używamy.
  3. W misce wymieszać, nie ubić!, żółtka z miodem i cukrem waniliowym, zalać stopniowo gorącą śmietaną, stale mieszając, aż masa będzie jednolita. Dorzucić skórkę pomarańczową.
  4. Przelać mieszaninę żółtkowo-śmietanową do czystego garnka z szerokim dnem i postawić na małym ogniu. Kluczowe pytanie jest takie: jak mały ma być ten ogień? Ja zazwyczaj zaczynam od najmniejszego, ale po 15 minutach mieszania moja cierpliwość się kończy i co jakiś czas na ok. 10 sekund przekręcam ogień na prawie maksimum, po czym go zmniejszam. To, aż krem zgęstnieje, może potrwać ok. 20 minut. BARDZO WAŻNE: cały czas trzeba mieszać! Ja używam do tego trzepaczki, moim zdaniem lepiej się sprawdza niż łyżka. Obok kuchenki, na wszelki wypadek, stawiamy większe od garnka naczynie z zimną wodą. Jeśli uznacie, że krem bliski jest zabulgotania, do czego pod żadnym pozorem nie można dopuścić, wstawcie garnek na chwilę do zimnej wody.
  5. Nadal stoimy i mieszamy. Przez dłuższy czas nie dzieje się nic. Jednak nie odchodźcie ani na chwilę, bo to może być właśnie ta chwila, która przesądzi o Waszym powodzeniu. Kiedy krem zacznie gęstnieć, wszystko idzie już szybko i na pewno nie przegapicie tego momentu, kiedy krem jest dobry. Jeśli chcecie, możecie wykonać próbę: zanurzyć łyżkę i przejechać palcem po jej tyle: jeśli płyn się nie zlewa, jest ok. Ja jednak tę próbę raczej odradzam, bo szczególnie na tym etapie, każda sekunda się liczy i zostawienie kremu bez czułych machnięć trzepaczki może Wasze starania obrócić w niwecz.
  6. Kiedy zdecydujecie, że krem jest już gotowy, szybko przelejcie go do dzbanka (wyjmijcie laskę wanilii) i dopiero z niego nalejcie do docelowych naczynek. Jest to bardzo wskazane, bo chociaż pozbawione stałego dopływu ciepła, dno garnka nadal jest gorące, Wy przestajecie mieszać i wszystko może się jeszcze zwarzyć, jeśli macie szczęście, to tylko na dnie. To spotkało mnie właśnie tym razem, ale rzecz jasna, nie przelałam do dzbanka, tylko nalewałam krem prosto z garnka.
  7. Teraz kremowi należy się odpoczynek.
  8. Wystudzony krem posypać około łyżką cukru na porcję i przypiec palnikiem (polecane), którego ja jednak nie mam, więc przypiekam pod rozgrzanym piekarnikowym grillem, bardzo się bojąc, czy krem się nie zwarzy, więc moje skorupki są trochę blade. Można też zrobić karmel z cukru i polać nim desery. Wystudzić.
  9. Deser podawać zimny, ale nie prosto z lodówki.

creme brulee

poniedziałek, 4 stycznia 2010

A jeśli ideał jednak istnieje?


Chleb metodą Jima Lahey'a

Marzenie o upieczeniu prawdziwego chleba, z rumianą, chrupiącą skórką i puszystym miąższem z uwięzionymi bąbelkami powietrza, towarzyszyło mi chyba od czasu, kiedy w ogóle zaczęłam gotować.

Pierwszy samodzielny chleb, który pamiętam, upiekłam wspólnie z tatą, z przepisu z Kuchni polskiej. Ciekawe, czy oprócz mnie, ktoś jeszcze to sobie przypomina? Miał nieco zbyt spieczoną skórkę, ale był całkiem smaczny.

Zaczęłam też kolekcjonować wszystkie przepisy na chleb, które udało mi się znaleźć. Nie szukałam ich specjalnie, ale wszystko na temat pieczywa, co wpadło mi w ręce, uważnie czytałam, niektóre artykuły zachowywałam, a inne tylko starałam się zapamiętać.

Studia te były prowadzone oczywiście w celu upieczenia bochenka idealnego, więc z niespecjalnie dużą, ale jednak pewną regularnością, przez okres pewnie kilkunastu (a 10 to już na pewno) lat podejmowałam takie próby. Większości nie można nazwać zupełnie nieudanymi, bo upieczone przeze mnie chleby były jadalne, czasem nawet całkiem smaczne, ale miały dwie wady: nie wyglądały jak chleb i nie smakowały jak chleb.

Jakiś czas temu u Liski pojawił się wpis dotyczący nowej, rewolucyjnej metody pieczenia chleba. A efekt miał być oszałamiający. Eksperyment wymagał poświęcenia jedynie kwadransa faktycznej działalności twórczej i niecałego pół kilo mąki.

Po raz pierwszy w życiu z pieca wyciągnęłam chleb marzeń. Tak. Wyglądał jak chleb i smakował jak chleb. Chyba ciężko mi będzie wypróbować jakieś przepisy nie opierające się na tej metodzie, bo to ideał zarówno dla leniwych, jak i początkujących. Dotychczas robiłam go dwa razy i za każdym razem był dokładnie taki, jak powinien. Jednak on również ma, niestety, dwie wady: przygotowanie wymaga przestrzegania przynajmniej podstawowych zasad BHP (żeliwne naczynie, w którym piecze się chleb, po nagrzaniu w piekarniku jest naprawdę bardzo gorące), a z tym bywa ciężko, ale i tak mam szczęście, że moją rękę zdobi tylko jedno malutkie oparzenie. A ta druga wada? Zjada się go znacznie więcej niż chleba z piekarni. Ale, trawestując kultową cytatę: Nothing is perfect.

PS Ciasteczka na styczeń oczywiście będą, ale ponieważ ostatnio były właściwie same ciasteczkowe przepisy, postanowiłam ich premierę trochę przesunąć.

Chleb metodą Jima Lahey'a

Chleb metodą Jima Lahey'a
(Opisuję tak, jak ja to robiłam. Więcej wskazówek na White plate)

Składniki:

400 g mąki
3 g drożdży
350 ml wody
2 łyżeczki soli


Wykonanie:
  1. Mąkę wsypać do sporej miski, dodać sól. Drożdże rozpuścić w ciepłej wodzie, mieszaninę dolać do mąki, mieszać łyżką 20 sekund. Ja rozumiem to tak: aż składniki się połączą. Przykryć ściereczką i zostawić w temperaturze pokojowej na 12-18 godzin.
  2. Po tym czasie przełożyć ciasto na stolnicę, obficie posypaną mąką (ciasto jest bardzo lepiące), z wierzchu również obficie posypać mąką i rozwałkować na kwadrat o boku 35 cm (ale oczywiście bez przesady z dokładnością), złożyć na 4 (czyli na kwadrat o boku 18 cm). Jeszcze raz obficie posypać mąką, przykryć ściereczką i zostawić na godzinę do wyrośnięcia.
  3. Piekarnik rozgrzać do 225 stopni. W piekarniku (jeszcze zimnym) umieścić żeliwne naczynie z pokrywką i pozwolić, by się nagrzało.
  4. Nagrzane naczynie wyjąć z piekarnia i przełożyć do niego wyrośnięte ciasto, przykryć pokrywką, z powrotem umieścić w piekarniku. Po dwudziestu minutach przykrywkę usunąć i dopiekać jeszcze 10-20 minut, aż skorka będzie rumiana.
  5. Wyjąć z piekarnika, wyjąkać "wow" i chwycić za nóż, by przekonać się, czy środek jest równie spektakularny. Albo po prostu wystudzić na kuchennej kratce.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...