wtorek, 24 stycznia 2012

Na kawę i ciastko. Podróż w czasie wliczona w rachunek



To mogłoby wydarzyć się w Wiedniu. Wystarczy jednak pojechać do Krakowa i wraz z tłumem turystów skierować swe kroki ku Sukiennicom. Póki co, ciupagi i bursztyny zostawiamy na później i szukamy wejścia do kawiarni Noworolskiego. Chociaż niby jest w miejscu świetnym i eksponowanym, to jednak trudno ją zauważyć (podpowiadam więc, że to po stronie kościoła Mariackiego), trzeba mieć także trochę odwagi by tam wejść, bo nobliwe wnętrze onieśmiela.

A za szybką czeka inny świat. Nawet osoby zupełnie pozbawione wyobraźni, wśród ciężkich dekoracji, wielkich luster i stylowych mebli, prędzej są sobie w stanie wyobrazić ściśnięte gorsetami panie w wielkich kapeluszach niż dwie dziewczyny w dżinsach (chociaż, szczerze mówiąc, miałam jednak spódnicę, jedną z moich ulubionych, w matrioszki), czyli Monikę i mnie.

Kawiarnia powstała w 1910 roku i chociaż przechodziła różne koleje losu (których Wam oszczędzę), to ciągle należy do rodziny Noworolskich. Podobno nadal, tak jak w najdawniejszych jej dziejach, przychodzi tu elita Krakowa. Co być może pozostaje w sprzeczności z faktem, że we wnętrzu unosi się duch mieszczański, prosto z Zapolskiej. Właściwie ta recenzja mogłaby się na tym zakończyć, bo to atmosfera jest głównym powodem, dla którego do Noworola warto wstąpić. Żeby jednak oddać mu sprawiedliwość, zamówiony przeze mnie trójczekoladowy mus na biszkoptowym spodzie (tort fantazja, jak mi się wydaje) był naprawdę pyszny i muszę kiedyś sama tego spróbować. Jeśli czegoś zabrakło, to dyskretnej i fachowej kelnerskiej obsługi. Nie chcę przez to powiedzieć, że z kelnerem, który nas obsługiwał, było coś nie tak. Jednak był to, jak wszędzie, student, a nie pasujący do tego miejsca i tej epoki pan w średnim lub starszym wieku, z wyniosłą miną, pełen dumny ze kelnerskiej profesji; ale może tylko tak się rozmarzyłam oglądając ostatnio „Obsługiwałem angielskiego króla".

Prawa ekonomii są nieubłagane, a pokusa uniknięcia składek ZUS, którą gwarantuje zatrudnianie studentów duża, my tymczasem przechodzimy do zupełnie innych pokus. Przepis dzisiaj oryginalny z Noworola, do tego niewymagający pieczenia i żadnych kulinarnych talentów, a jedynie zaliczonych zajęć plastycznych w przedszkolu. Jest jedno małe ale, można je jednak spokojnie ominąć, o czym dalej w przepisie. Jak zauważycie, całość łączy się za pomocą mocnego alkoholu, czy czuć go bardzo, czy tylko trochę - zdania były podzielone, trzeba więc spróbować samemu.

Monice dziękuję za kolejną wyprawę i lecę sprawdzić, co ona napisała i upiekła.



Palermo
źródło: Kuchnia 3/2003, przepis podany przez kawiarnię „Noworolski”

Składniki:

500 g mielonych orzechów włoskich
500 g cukru pudru
50 g drobno posiekanej skórki pomarańczowej w cukrze
50 ml brandy
50 ml spirytusu
orzechy do ozdoby

polewa:
100 g cukru
kilka łyżek wody


Wykonanie:
  1. Wszystkie składniki przełożyć do miski i dobrze wymieszać. I to właściwie koniec przepisu ;)
  2. Z masy formować kulki, ja robiłam takie na około 3-4 cm średnicy. Kulki lekko spłaszczać, ozdabiać orzeszkiem i wbić w każdą kulkę wykałaczkę. Odstawić na noc lub przynajmniej kilka godzin.
  3. Następnego dnia: rozpuścić cukier z wodą (powinno jej być tyle, by cukier nią nasiąkł) i gotować do uzyskania syropu. I tu jest właśnie to "ale". Oryginalny przepis zatrzymuje się w tym momencie, ja zaufałam jemu, zamiast własnemu doświadczeniu (co zawsze, zawsze, się źle kończy) i dlatego moje kulki są matowe, a nie piękne i błyszczące. Jeśli mają być błyszczące, gotujcie syrop tak długo, aż przestanie gwałtownie bulkać. Jeśli zacznie się karmelizować, to znaczy, że właśnie przegapiliście właściwy moment, ale to nic, bo to i tak lepiej, niż w ten sposób, w który ja zrobiłam.
  4. Syrop zdjąć z ognia i maczać w nim palermo tak, by całe pokryło się polewą. Odkładać na pergamin i wyjmować wykałaczkę. Jeśli syrop zacznie za bardzo się ciągnąć (w postaci cukrowych nitek), należy go podgrzać.
  5. Wersja bardzo łatwa (zamiast cukrowej polewy): zróbcie trochę mniejsze kulki i obtoczcie je w kakao, cukrze pudrze albo polejcie czekoladą.
  6. Zrobiłam z połowy porcji, wszyły mi 22 kulki.

12 komentarzy:

Amber pisze...

Karolina,a u Ciebie o ,tej' kawiarni cały felieton!
Lubię tam zaglądać - dla kremówki i dla kawy.
Czytając Cię,czuję ten klimat.
Serdeczności!

Kamila pisze...

Pyszne maleństwa!

monika pisze...

Karolina, a widzę że w sumie napisałyśmy to samo - tylko mnie ta atmosfera (i brak innych ludzi w dżinsach ;)) chyba za bardzo onieśmieliła :) Ale tak jak Ci już mówiłam, nie żałuję w żadnym razie, kawa pycha, a miejsc gdzie podają pyszną kawę jakoś nie potrafię za mocno skrytykować :-)
Tych kulek u nich nie zauważyłam, brzmią doskonale!
Dzięki raz jeszcze Karolu i do czwartku :-)))

alucha pisze...

Przepis świetnie banalny :D.
Lokal przemawia do mnie w 100%.
A kelnerzy studenci - cóż, zgadzam się z Tobą.
Teraz bardzo popularne są knajpy staromiejskie. W moim mieście w tej knajpce za kontuarem siwiuteńki pan w muszce i białej koszuli - rewelacja :)

Asia pisze...

Właśnie sobie uświadomiłam, że bywam w Noworolu raz do roku i to zawsze w zimie. I już wiem, czego nie mogę zapomnieć zrobić wciągu przyszłego miesiąca. :)

A kuleczki świetne, będę musiała wypróbować, jak tylko znajdę trochę wolnego czasu. ;)

atina pisze...

Uwielbiam takie desery! Pysznie wygląda:) Codo kawiarni i studentów ... cóż może jak wydłużą emerytury do 67 lat,to i kelnerzy będą starszymi panami,a nie studentami?;))) A tak na poważnie, to nigdy w tej kawiarni nie byłam, (poza jednym razem, ale to w innych, bardziej przyziemnych celach;))) no ale nie jestem pewna,czy ta atmosfera jednakby mnie nie onieśmieliła;)

karoLina pisze...

Amber, to ja teraz chyba muszę wrócić na tę kremówkę. Bo chociaż u Moni taki świetny przepis, to nie wiem, kiedy uda się wypróbować.

Kamilo, :)

Monika, dla mnie ci nobliwi klienci to był plus, pozostawali w klimacie, nieswojo poczułam się dopiero przy tym tłumie (niemieckich?) turystów.

Alucho, może w takim razie i mnie uda się kiedyś trafić na kelnera z prawdziwego zdarzenia. A do Noworola pewnie i tak jeszcze pójdę, bo to fajna przygoda.

Asiu, ciekawy rytuał ;) Kuleczki polecam, mało roboty, dużo przyjemności.

Atino, pewnie masz rację co do tych emerytur, eh. Atmosfera faktycznie trochę onieśmiela, ale tym razem o to chodzi ;)

Toczka pisze...

Jak każdy orzechomaniak, nie mogłabym przejść obojętnie obok takiego przepisu :] Kuleczki wyglądają ślicznie i przeuroczo, a przepis na tyle przystępny i ciekawy, że postaram się wypróbować :D

buruuberii pisze...

Karolina, z radoscia przeczytalam ten wpis, bardzo pieknie ze przy okazji szacownego zawodu pt. "kelner" piszesz o "„Obsługiwałem angielskiego króla" Menzla. Bo prawda jest, ze w Czechach zawod kelner istnieje, bardzo czesto niemal w formie z przytoczonego filmu. Chocby w prostej hospodzie, taki kelner podchodzi, usmiecha sie (mimo, ze z dziarą na ramieniu i widzial kogos kilka razy zaledwie) i pyta "pani pewnie znow ulubione czerwone wino i nive?" i znow sie usmiecha :))

Czego niestety nei moge powiedziec o Polsce, nei bede tu narzekac, bo sama kijem Wisly nei zawroce ;) Sama wyjasnilas czesc przyczyny dlaczego w PL kelnerzy sa jacy sa, szkoda tylko ze w miejscach z ponoc tradycjami...

Noworol - nei bylam, ale te kule przypominaja mi orzechowy marcepan - to jest to!! Usciski!

karoLina pisze...

Basiu, ale to co piszesz, o czeskich kelnerach, to dobra wiadomość, bo okazuje się, że jednak mogę spełnić swoje życzenie, a przy okazji udać się na miłą wycieczkę (weekend majowy wyjątkowo długi w tym roku...).

buruuberii pisze...

Widzisz Karolina, chyba musze odnotowac "syndrom Szczygla" - czyli jak komus powiem jak tutaj jest swietnie, to zaraz zdarzy sie cos niekoniecznie doskonalego ;) Niedalej jak wczoraj bylam uczestnikiem dziwnej knajpianej sytuacji, ktora spowodowala ze wyszlismy z hospody bez slowa. To mi sie zdarzylo dwa razy w ciagu 5 lat (w PL duzo, duzo czesciej;), jednak polecam obsluge w CZ. Pozdrawiam ;-)

Anonimowy pisze...

W Kawiarni Noworolski polecam szarlotkę z lodami a także tort tiramisu, fantazja również jest znakomita. Uważam, że lepsze od kawy mają tradycyjne nalewki (poziomkowa moja ulubiona). Do tej kawiarni zaglądam gdy przyjeżdżam do Krakowa na dłuższy czas na wakacjach. Co do kelnerów studentów, niektórzy z tych młodych ludzi są nad wyraz uprzejmi, ja przyznam, że bywając tam od czasu do czasu uwielbiam nawiązywać z nimi konwersacje, jeśli czas tylko pozwoli. Nadają oni młodego ducha tej już ponad 100letniej Kawiarni.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...