wtorek, 23 sierpnia 2016

W jeżynowym chruśniaku


 Niezbyt ze mnie dobra ogrodniczka. Prawdę mówiąc, po zrobieniu obchodu działkowych upraw najczęściej biorę leżak i książkę, a potem w takim otoczeniu spędzam większość dnia. Jeśli jest zimno, biorę dodatkowo śpiwór. Jest jednak pewien obszar ogrodnictwa, w którym zawsze można na mnie liczyć: zbiory plonów. Jedzenie własnoręcznie zebranych (chociaż niewyhodowanych) cukinii, ogórków czy zielonej pietruszki, nadal napełnia mnie zachwytem. 

Jakoś tak się dzieje, że rośliny, którym poświęca się najmniej uwagi, rosną najlepiej, na przykład ogromny dziki krzak jeżyn, który rośnie sobie w pobliżu płotu. Niestraszne mi ostre kolce ani liczne owady konkurujące ze mną w walce o ten wspaniały łup, ani południowe słońce, niepokojąco wżynające się (inaczej nie mogę tego określić) w moje plecy i ramiona, sugerując, że poradzi sobie nawet z kremem z filtrem 50, którym się rytualnie wcześniej wysmarowałam. I oto po jakimś czasie mam to, niemal całą miseczkę jeżyn, która starczy na deser dla ładnych kilku osób. 

Zdobyczą podzieliłam się z rodziną, moją część zjadłam z musli i zmiksowałam w koktajlu. Dzisiejsze carpaccio wcale nie powstało z tych działkowych jeżyn, jednak koniecznie muszę Wam o nim opowiedzieć. Przepis pochodzi z książki „Jadłonomia” Marty Dymek i jej entuzjastyczny opis nie pozostawia wątpliwości, że to jest danie, które będzie pojawiało się w Waszych snach, jeśli go nie zrobicie. A jak spróbujecie, to nadal będziecie o nim śnić. Ja nie byłam aż tak oczarowana, ale i tak uważam, że sami musicie sprawdzić, jak będzie z Wami.

Carpaccio z buraka z jeżynami
Jadłonomia

Składniki:
1 burak
garść jeżyn
garść rukoli

Sos:
4 łyżki oliwy
1 łyżka octu balsamicznego
1/2 łyżeczki syropu z agawy (albo coś innego słodkiego)
sól
pieprz

Wykonanie:
  1. Piekarnik rozgrzać do 220 stopni. Buraka wyszorować, osuszyć, zawinąć w folię i piec 30-40 minut (sprawdźcie widelcem, czy jest już miękki), a następnie wyjąc z folii, ostudzić, obrać i pokroić w cienkie plasterki*.
  2.  Wymieszać w szklance wszystkie składniki sosu.
  3. Rukolę wyłożyć na talerz, skropić sosem, dodać buraki i jeżyny, polać resztą sosu.
*Tyle przepis. Ja buraki raczej po prostu gotuję w skórce.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Kwiaty cukinii


 Podobno są takie marzenia, które lepiej gdyby pozostały niespełnione. Bo potem co najmniej rozczarowanie, a pewnie i łzy. Ja się z tym nie zgadzam (przynajmniej póki co), nawet jeśli wyśniona rzeczywistość odstaje od cudownych wyobrażeń, zawsze warto się dowiedzieć jak jest, a nie tylko jak mogłoby być. 

Czy ta zasada odnosi się również do rzeczywistości kulinarnej? Próbując nowych smaków trzymam się raczej bezpiecznych ścieżek, chociaż oczywiście nie zawsze oznacza to utartych ścieżek, na przykład zbierając z grządek chwasty zamiast posadzonych tam roślin, w celach kulinarnych, a nie utylizacji. Zupa z żółtlicy* całkiem się udała.

Zbieranie jadalnych chwastów jednak całkiem straciło swój urok, kiedy pewnego dnia stanęłam przed inspektem, w którym pośród wielkich ciemnozielonych liści pobłyskiwały złoto kwiaty cukinii. Oto oniemiałam z wrażenia, bo zdałam sobie sprawę, że ten nieosiągalny dla mnie dotąd produkt jest w zasięgu ręki (dosłownie). Możecie sądzić, że natychmiast rzuciłam się do zrywania. Otóż nie, wcale nie. Rzecz wymagała chwili namysłu, bo jedzenie kwiatów nadal jest dla mnie przyjemnością z gatunku „chciałabym, a boję się”, postanowiłam jednak nie być mięczakiem i zabrać te cuda do mojej kuchni.

Dobrze zrobiłam. Kwiaty cukinii są delikatne w smaku i aksamitne w strukturze. Przyrządziłam je dotąd na dwa sposoby, i chociaż smażenie w cieście jest klasykiem, ja wybieram masło i patelnię, bo dają więcej głosu samemu kwiatowi, który przygotowany w głębokim tłuszczu jednak się gubi.

A tymczasem na grządkach, żółte kwiaty ustępują już żółtym cukiniom, równie pysznym i pięknym.

*to taka roślinka z małymi białymi kwiatkami z żółtym środkiem, kojarząca mi się z kwiatem ziemniaka (w rzeczywistości nie są w ogóle podobne).

Kwiaty cukinii faszerowane ricottą
   
10 kwiatów cukinii
150 g ricotty
garść liści bazylii
sól, pieprz
masło do smażenia
2 łyżki miodu
  1. Kwiaty cukinii delikatnie opłukać i osuszyć na papierowym ręczniku. Rozchylić płatki i wyciąć pręciki. Ricottę wymieszać z posiekaną bazylią (zostawić trochę do dekoracji), solą i pieprzem. Każdy kwiat napełnić łyżką nadzienia.
  2. Na patelni rozgrzać masło i obsmażyć kwiaty po każdej stronie przez pół minuty.
  3. Podawać posypane bazylią i polane miodem.


Kwiaty cukinii w cieście
/River Cafe Pocket Books. Salads and Vegetables/

20 kwiatów cukinii przygotowanych jak w pierwszym przepisie (nieobsmażonych)

150 g mąki
3 łyżki ciepłej wody
3 łyżki oliwy
3 białka

olej do głębokiego smażenia
2 cytryny, przekrojone na pół
  1. Przesiać mąkę do miski i zrobić dołek pośrodku, wlać do niego oliwę i wymieszać z mąką. Dodać wodę i wymieszać, ciasto ma mieć konsystencję gęstej śmietany. Odstawić na 45 minut.
  2. Rozgrzać olej w garnku. Białka ubić i wymieszać z ciastem. 
  3. Kwiaty cukinii maczać w cieście i smażyć z obydwóch stron w głębokim oleju, aż będą rumiane i chrupiące. Podawać z połówkami cytryny.

niedziela, 10 lipca 2016

O pisaniu i niepisaniu


Postanowiłam napisać kryminał. Nie jest to nowy pomysł, bo jako namiętnej pochłaniaczce książek tego typu już od dzieciństwa (ach, cudna seria o przygodach Trzech Detektywów sygnowana przez Alfred Hitchcocka!) co jakiś czas wpadała mi do głowy taka myśl. Urzeczywistniona chyba raz, w postaci dwóch ręcznie zapisanych stron, których akcja toczyła nad jeziorem, a dokładnie w składziku z deskami windsurfingowymi – zainspirowałam się miejscem, w którym spędzałam wtedy wakacje.

Tym razem nie mam ani pomysłu, ani miejsca akcji, ani bohaterów, za to jestem świeżo po lekturze wspaniałej autobiografii Agaty Christie, dlatego moje ambicje, aby również zostać autorką, odżyły. Szczerze mówiąc, w ogóle nie wiem jak się za to zabrać, bo pomimo przeczytania co najmniej kilkuset książek tego typu, moja wiedza o warsztacie jest żadna. Niespecjalnie zwracam uwagę na budowę powieści czy pozostawiane przez pisarza wskazówki, kto zabił, już prędzej daję się złapać na fałszywe tropy; nigdy też nie obstawiam, kto jest mordercą. Nie szkodzi, myślę, każdy kiedyś zaczynał, na pewno się uda.

Nie pamiętam dokładnie kontekstu, ale przeczytałam pewnego razu, by jeśli chcesz napisać powieść, zabrać się za to jak najszybciej, najlepiej wyznaczyć sobie 30 dni i po prostu to zrobić. Oczywiście, najprawdopodobniej powieść będzie okropna, ale na zawsze będziesz mógł mówić o sobie, że jesteś pisarzem. Cóż, chyba powinnam wziąć to sobie do serca, jeśli kiedykolwiek chcę o sobie powiedzieć, że jestem pisarzem.

No bo właśnie. Dzisiejszy post to wynik tego, że w chwili nie-podjęcia tak ważnej życiowej decyzji ma się ochotę trochę ją odłożyć i zrobić cokolwiek. Umyć okna w kuchni (żebyście je widzieli...), wyrzucić stare ubrania, nauczyć się fotografii studyjnej, pouczyć francuskiego albo po niemal dwóch latach opublikować coś na blogu. 

I tu następuje zwrot akcji. Przepisu dzisiaj nie będzie. Owszem, jest zdjęcie, bo czemu nie, ale nie podam Wam szczegółowej receptury na te urocze tartletki z malinami, które uprzyjemniły mi ubiegły weekend. Czy będą inne wpisy albo przepisy? Nie wiem, tak jak w dobrej powieści detektywistycznej, rozwikłanie tajemnicy zbyt szybko, odebrałoby całą przyjemność.

TARTLETKI Z MALINAMI
przepis mniej więcej
  1. Zrób kruche ciasto z obojętnie jakiego przepisu (200 g mąki powinno starczyć na 6-8 tartletek), upiecz w małych foremkach lub jednej dużej.
  2. Zrób crème brulée np. z tego przepisu, zastępując miód 3 łyżkami cukru i rezygnując ze skórki pomarańczowej. Połowa porcji wystarczy do napełnienia 6 babeczek. 
  3. Lekko przestudzonym kremem napełnij upieczone tartletki. 
  4. Przełóż do lodówki na co najmniej kilka godzin; przed podaniem udekoruj malinami.

poniedziałek, 13 października 2014

Egzotycznie?


Pamiętam, jak kilka lat temu moim marzeniem było, aby w pobliżu otworzyli sklep typu „Kuchnie świata”. Jakże piękna wydawała mi się perspektywa swobodnego dostępu do prawdopodobnie każdego dziwnego składnika, który pojawi się w przepisie, nawet takim pochodzącym z zagranicznego eko-bio-wege blogu.

I tak się stało. Kiedy postanowiłam zrobić krakersy zmieniające życie, wiedziałam, że nasiona chia dostanę bez trudu, znaczenie bardziej nieosiągalnie wydawały się zaś brzmiące swojsko nasiona babki płesznik. Tymczasem, idąc za poradami z internetu, poszłam do zwykłego sklepu zielarskiego i z pewną obawą poprosiłam o to cudo, a pani za ladą bez mrugnięcia okiem po prostu mi je sprzedała!

Można jednak pójść jeszcze dalej, po co wydawać majątek na produkty z drugiego końca świata, skoro okazuje się, że trzygwiazdkowe doznania kulinarne da się mieć zupełnie za darmo, zbierając zielsko spod bloku, poczynając od zwykłej pokrzywy, babki czy mlecza. Ok, jedzenia tych dosłownie spod bloku nie polecam, ale nie zmienia to faktu, że sobie tam rosną, są jadalne i smaczne! Przygodę z nimi zaczęłam zachowawczo, od przygotowania pesto z pokrzyw (bo tego przecież nie da się zepsuć), kolejne dania i kolejne jadalne chwasty do przetestowania już chyba na wiosnę, a tymczasem zimą poczytam sobie książkę, z której te zadziwiające dania pochodzą, „Pyszne chwasty” Małgorzaty Kalemby-Dróżdż. 

A Wy odważycie się spróbować?

Pesto z pokrzyw   

3-4 garście młodych liści pokrzywy
4 łyżki zmielonych migdałów
1 ząbek czosnku
ok. 1/2 szklanki oleju z pestek dyni
1 kawałek (ok. 40 g) koziego sera
1/2 łyżeczki soli
świeżo zmielony czarny pieprz

Wykonanie:

Liście pokrzywy umyć, przelać wrzątkiem i osuszyć. Wszystkie składniki przełożyć do blendera i zmiksować. Gęstość można regulować dolewając mniej/więcej oleju.

Pesto to przepis uniwersalny, jeśli nie macie dokładnie tego składnika, który jest wymieniony w przepisie, zastąpcie go czymś podobnym. Ja tak zrobiłam, ale szczegółów nie pamiętam, bo opisywana akcja miała miejsce późnym latem...

czwartek, 7 sierpnia 2014

Pojawiam się i znikam?

Ach, jak dziwnie to po dobrze ponad roku kliknąć „nowy post”. Trema, jak za pierwszym razem?

Nie, chyba nie w tym rzecz. Bardzo lubiłam i lubię blogowanie, mam jednak poczucie, że formuła, którą kiedyś tam przyjęłam dla mnie już się wyczerpała. Denerwuje mnie pisanie o ciągle tych samych zaletach kolejnych ciastek, zbyt dużo czasu spędzam myśląc, czy temat postu w ogóle kogoś zainteresuje – zanim porzuciłam „Bułkę z masłem” napisałam chyba z 10 szkiców na różne tematy, ale żaden nie był perfekcyjny.

To może nowy początek bez autocenzury? Nie wiem. Bez przepisów? Chyba nie. W każdym razie, zdjęcia muszą zostać.

 To na dzisiaj tyle, wolę się pospieszyć z kliknięciem w „Opublikuj”, bo ciągle czuję zbyt duże ciążenie ku „Zapisz (szkic)”.

PS Przepis jednak będzie.


Serniczki z jagodami

Składniki:
ciasto:
7 łyżek mąki
4 łyżki masła
2 łyżki cukru

masa:
275 g białego sera półtłustego
2 jajka
4 łyżki cukru
1 łyżka cukru waniliowego

duża garść jagód, albo innych drobnych owoców

Wykonanie:
  1. Składniki ciasta szybko razem połączyć, wyłożyć nim małe foremki (u mnie 8 mikroskopijnych serduszek + 1 zwykła muffinka). Dla przyzwoitości na chwilę wstawić do lodówki.
  2. Ser wrzucić do malaksera, miksować aż będzie gładki, dodać cukry i jajka, porządnie zmiksować.
  3. Piekarnik nastawić na 180 stopni. Foremki z ciastem napełnić serem do 2/3 wysokości, nie przesadzać, bo masa bardzo rośnie w czasie pieczenia. Posypać obficie owocami.
  4. Piec około 35 minut, aż wierzch będzie lekko zarumieniony. Ostudzić, wyjąć z foremek, posypać cukrem pudrem i jeść.

niedziela, 24 lutego 2013

Tuning muffinki (i nie tylko)

Przegapiłam czas robienia noworocznych postanowień. Mogłyby brzmieć na przykład: będę codziennie uczyć się włoskiego co najmniej 15 minut, zacznę chodzić na basen albo będę jeść więcej owoców i warzyw, a mniej czekolady. Na szczęście mamy prawie marzec i do kolejnego Sylwestra nie muszę już o tym myśleć ;)

Ostatnie półtora roku przyniosło na tyle dużo zmian, planowanych i nie za bardzo, że na razie zwolniłam się od robienia spektakularnych kroków na przód. Jednak, żeglowanie jest koniecznością, co stanowi jedną z nielicznych mądrości, które pamiętam z lekcji łaciny, a ponieważ zmieniłam już pracę i mieszkanie (co też jest cytatem, tylko zupełnie współczesnym), pora spojrzeć w jakimś innym kierunku. Niedawno osiągnęłam przerażający wiek lat 30 i zawsze sobie mówiłam, że po trzydziestce to już można wszystko, co miało oznaczać, mniej więcej, brak konieczności przejmowania się oczekiwaniami innych i ich wizją na porządek świata i ład moralny.

Rewolucji nie będzie. Przede wszystkim, nie czuję się aż tak zniewolona, żeby robić zwrot o 180 stopni. Pojawia się jednak mnóstwo drobnostek, kiedy postępuje się nie całkiem tak, jak by się samemu chciało, albo reaguje jak trochę ktoś inny, a potem niezadowolenie z własnego zachowania tłumaczy czynnikami zewnętrznymi. Czasami zmiana jest trudna, na pewno, ale innym razem wystarczy zrobić tylko troszkę, a efekt okaże się zaskakujący. I takie rozwiązanie sprawdziło się również w przypadku nieco podeschniętej muffinki. Prawdę mówiąc, rezultat jest tak dobry, że chyba już zawsze wybiorę taką tuningowaną.



Przepis dołączam do Czekoladowego Weekendu.

Muffinki czekoladowo-orzechowe
źródło: Mufinki. Le Cordon Bleu. Kuchnia domowa

Składniki:
ok. 20 małych muffinek

300 g mąki
1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
3 łyżki kakao
150 g masła
165 g brązowego cukru
170 ml mleka
2 jajka
100 g posiekanych orzechów włoskich
100 g posiekanej gorzkiej czekolady
do posypania: cukier puder

Wykonanie:
  1. Piekarnik rozgrzać do 200 stopni. Formę do muffinek wyłożyć papilotkami lub wysmarować masłem.
  2. Do miski przesiać kakao, mąkę, proszek do pieczenia i sól.
  3. Masło i cukier włożyć do rondelka i podgrzewać, aż masło się roztopi, a cukier rozpuści. Zdjąć z ognia. Jajka roztrzepać z mlekiem.
  4. Do suchych składników dodać orzechy i czekoladę, w środku zrobić dołek. Wlać do niego mleko z jajkami i masło z cukrem (wymieszałam najpierw z mlekiem, żeby trochę je ostudzić). Wymieszać wszystko łyżką, tyle tylko, żeby składniki się połączyły, ciasto ma być grudkowate.
  5. Łyżką nakładać ciasto do foremek, do 3/4 wysokości. Piec 15-18 minut lub do czasu, aż patyczek wbity w ciasto wychodzi suchy. Po przestudzeniu posypać cukrem pudrem. W tej postaci też są dobre, ale na drugi lub trzeci dzień warto spróbować podrasowanej wersji.

czwartek, 13 września 2012

Słońce w spiżarni: antidotum na deszczowe poranki


Szukam nowego pomysłu na dżem. Zazdrośnie patrzę na przetwory Bei, ale z żalem muszę zrezygnować z kuszących dżemów z figami (2,5 zł za sztukę?), odpadają wszelkie kompozycje alkoholowe (mam tylko mrożone białe wino i... trochę spirytusu). Ma być prosto, ale zaskakująco. W końcu znajduję: waniliowa nektarynka, opatrzona komentarzem, któremu nigdy nie mogę się oprzeć: „mój ulubiony”. Nic to, że ja wolę, kiedy słodycz jest przełamana kwaśną nutą, dlatego od początku wiem, że to nie będzie MÓJ ulubiony. Liczy się nowa kulinarna przygoda, a trochę słońca ze słoiczka w ciemne (!) już poranki na pewno się przyda.

***

Dziękuję Justynie za wyróżnienie Versatile Blogger, zabawa przewiduje m.in. napisanie o sobie 7 rzeczy, których nikt nie wie, ale przecież Wy już chyba wiecie wszystko ;) 




Dżem nektarynkowy
na podstawie: Delicious Days

Składniki:

600 g nektarynek (waga po obraniu i wypestkowaniu)
250 g cukru
1/2 laski wanilii
sok z 1/2 cytryny

Wykonanie:
  1. Nektarynki sparzyć gorącą wodą i obrać ze skórki - jeśli są dojrzałe (a powinny), to będzie schodzić łatwo, jeśli nie są, trzeba się wspomóc nożem.
  2. Obrane owoce pokroić na kawałki, przełożyć do miski i zasypać 100 g cukru. Odstawić na 1 godzinę.
  3. Pozostały cukier przełożyć do garnka, zalać sokiem puszczonym przez nektarynki i gotować, aż całkiem się rozpuści. Wtedy do garnka dołożyć owoce, sok z cytryny, ziarenka wyskrobane z wanilii i samą laskę. Gotować na niezbyt dużym ogniu.
  4. Początkowo syrop jest bardzo rzadki, potem jednak trzeba zacząć dżemu pilnować. Dżem jest gotowy, gdy kropla syropu upuszczona na bardzo zimny talerzyk zastyga. Jeśli macie ręczny mikser, dżem można teraz zmiksować na puree o pożądanej grudkowatości (tylko wcześniej wyjąć laskę wanilii). Jeśli nie macie miksera, nektarynki należy rozgnieść widelcem. Ja zaczęłam to robić już gdzieś w połowie gotowania, w sumie trzy sesje rozgniatania.
  5. Gotowy dżem przełożyć do słoików, dobrze zakręcić, odwrócić do góry dnem i czekać, aż wystygnie.  
Uwaga: z podanych proporcji wyszły mi niecałe dwa standardowe słoiczki, radzę więc wziąć wszystkiego trochę więcej.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...