wtorek, 16 maja 2017

„Ania, nie Anna” i staroświeckie ciasteczka


Kilka tygodni temu zauważyłam w (dziewczyńskim) internecie pewne poruszenie wywołane planowaną premierą nowego serialu o Ani z Zielonego Wzgórza. Postanowiłam dołączyć do grona niecierpliwie czekających na to wydarzenie, ponieważ Ania (co widać chyba na zdjęciu, jeśli spojrzeć na stan okładki) była jedną z moich ukochanych lektur dzieciństwa i przez kilka lat namiętnie czytałam na okrągło tę część cyklu, która akurat była moją ulubioną. Pełna oczekiwań zaczęłam oglądać serial już w dniu premiery. Wrażenia?

Wizualnie „Ania, nie Anna” jest piękna jak zdjęcia na Instagramie. Naprawdę zachwycająca, jakby cała ekipa z poświęceniem robiła ujęcia wyłącznie w czasie golden hour. Ale całe to piękno kontrastuje z treścią, która wcale, a to wcale przyjemna nie jest.
Tutaj nastąpi dygresja. Nie wiem, czy uznacie to za spoilery, ale na wszelki wypadek uważajcie. Udało mi się pogodzić z tym, że ekranizacja lub też „na motywach…” nie oddaje wiernie pierwowzoru i nawet wcale nie ma obowiązku, by wszystko się co do joty zgadzało – i naprawdę to akceptuję, nawet jeśli podczas oglądania pierwszego odcinka trzymałam książkę w ręce i sprawdzałam wszystkie nieścisłości na bieżąco. Jednak jeśli wykorzystuje się książkę jako podstawę do serialu czy filmu, to jednak powinny mieć jakieś cechy wspólne. W przeciwnym razie, jeśli filmowana opowieść ani w warstwie fabularnej, ani jeśli chodzi o przesłanie, niespecjalnie przystaje do oryginału, to mam wrażenie, że tytuł został wykorzystany chyba jedynie dla ułatwienia pracy działowi promocji.

I tak jest moim zdaniem w tym przypadku. Cóż, ja na pewno nie założyłabym konta na Netflixie (na razie co prawda bezpłatnego), aby obejrzeć nowy serial o ciężkim życiu anonimowej nastoletniej sierotki w końcu XIX wieku. Ale o Ani z Zielonego Wzgórza, natychmiast. Pierwszy odcinek tylko mnie znudził przydługimi monologami bohaterki, które chociaż w książce charakterystyczne dla jej postaci, w filmie są nużące. Od odcinka drugiego fabuła zaczęła się nieznośnie komplikować, między innymi wkraczając na ograne ścieżki szeroko znane z kina (wiecie, ta ostatnia scena, w której bohaterowie spotykają się na lotnisku tuż przed odlotem samolotu) albo brnąc w jeszcze inne absurdalne meandry (Cuthbertowie adoptują Anię i dają jej swoje nazwisko???, ale to bynajmniej nie wszystko), które, jeśli przyjąć powieść jako punkt odniesienia, powodują, że postaci są niewiarygodne. 

Moje przywiązanie do oryginału* powoduje, że nie jestem w stanie zaakceptować tej wersji. To jest bardzo dobre jako okrutna opowieść o życiu sierotki, przerzucanej z miejsca w miejsce, a kiedy już wydaje jej się, że znalazła dom, nagle okazuje się, że nie tak łatwo pozbyć się sierocego piętna, a przebyte doświadczenia pokazują, jak daleko jej od niewinnych dzieci z lepszych rodzin (nawiasem mówiąc, nie przypominam sobie, żeby w powieści Montgomery w ogóle pojawiała się tematyka różnic klasowych). Na pewno jednak nie jest to „Ania z Zielonego Wzgórza”. Można dyskutować, czy akceptacja Ani w nowym środowisku w rzeczywistości przebiegłaby tak gładko jak w powieści, a czepiano by się jej wyłącznie z powodu rudych włosów, a nie braku rodziców albo czy ciężkie przeżycia z dzieciństwa nie miałyby większego wpływu na psychikę dziewczynki i jej zachowanie. Prawdopodobnie w realnym świcie tak by było, ale nie było tak w książce. Swoje spostrzeżenia przekazuję Wam po obejrzeniu dwóch odcinków w całości i przewijaniu trzeciego, bo tak mnie zirytował. Zamierzam obejrzeć serial do końca, chociaż niewykluczone, że w trybie FF. Czytałam jednak i pełną zachwytu recenzję, z którą nie zgadzam się o tyle, że dla mnie z ducha powieści pozostało w „Ani” niewiele. Reszta to chyba kwestia oczekiwań, a Wy musicie sami wyrobić sobie zdanie ;-) Chętnie je poznam.

To teraz coś przyjemniejszego, czyli małe co nieco, które przyda się podczas seansu. Najoczywistszym wyborem przy takiej okazji byłyby dla mnie ciastka z malinami boleśnie zaostrzające apetyt, ale już pojawiły się na blogu. Wobec tego proponuję kruche ciasteczka z wydanej kilka lat temu „Kuchni z Zielonego Wzgórza”, zawierającej przepisy z kajecika Lucy Maud Montgomery. Napisane jest przy nich „typowa staroświecka przekąska”, co mnie zawsze przekonuje. To ciastka tego typu, że po pierwszym jest się trochę rozczarowanym, ale każde następne smakuje lepiej, a potem orientujecie się, że trudno powstrzymać się od zjadania kolejnych. Idealne do gorącej, mocnej herbaty. Nie rezygnujcie z rodzynki!

*I nie tylko moje, bo w komentarzach duże emocje wzbudziło nawet niezgodne z tradycją tłumaczenie na „Ania, nie Anna” zamiast „Ania, nie Andzia”.

Ciasteczka cukrowe
źródło: Kuchnia z Zielonego Wzgórza
Składniki:
1 szklanka cukru
125 g masła
2 jajka
7 łyżeczek śmietanki albo mleka
2 1/8 szklanki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
1 łyżeczka cukru waniliowego

Do dekoracji: cukier kryształ, rodzynki, białko z jednego jajka

Wykonanie:
  1. Masło utrzyj z cukrem, następnie dodaj jajka, a kiedy całość połączy się, dodawaj suche składniki na przemian z mlekiem. Ciasto włóż do lodówki. Moje po miksowaniu było bardzo miękkie, ale dwie godziny w lodówce sprawiły, że bez trudu dało się wałkować.
  2. Gdy ciasto będzie zimne rozwałkuj je na posypanej mąką stolnicy, powinno mieć grubość ok. 0.5 cm (to więcej niż zwykłe kruche ciastka, przynajmniej moje). Wycinaj dowolne kształty i przenoś ciastka na blachę posmarowaną tłuszczem lub przykrytą papierem do pieczenia. Zostaw spore odstępy między ciastkami.
  3. Każde ciastko posmaruj białkiem, na środku ułóż rodzynkę (dociśnij!) i dodatkowo posyp cukrem.
  4. Piecz około 12 minut w piekarniku nagrzanym do 190 stopni, aż krawędzie ciastek zaczną się rumienić.

Brak komentarzy:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...