wtorek, 1 marca 2011

Ostry koniec zimy



Nigdy nie pozwoliłabym sobie na stwierdzenie, że dla jednej osoby nie opłaca się gotować. Z resztą, jeśli alternatywą jest jedzenie „na mieście” (drogo i za daleko) albo z proszku (wiadomo), to chyba nie mam wyboru. O ile jednak z przygotowanie posiłków nie stanowi problemu, to jednoosobowe zakupy już tak.

Powiedzmy, że mam ochotę na brokuła. Oznacza to, że muszę mieć tę ochotę ze trzy dni po rząd. Nawet jeśli puszczę wodze fantazji i zdecyduję się na sałatkę z brokułem, zapiekankę z brokułem, zupę z brokuła, makaron z brokułem, kotlety z brokułem i nie wiem co jeszcze, ciągle pozostanie to brokuł. Zamrażanie odpada, bo zamrażarka ma rozmiary zbliżone do pudełka lodów. Efekt: brokuł robi się niezdrowo żółty i ląduje w koszu, a ja mam wyrzuty sumienia, że marnuję jedzenie i pieniądze.

Z papryczkami chili jest właściwie jeszcze gorzej. Ok, może nie jest to produkt, bez którego nie można się obejść, ale jednak występuje w wielu przepisach, zdecydowanie wielu przepisach, które chcę wypróbować. W jakichś bardzo odległych czasach zdarzało mi się kupować papryczki o tej uroczej nazwie „oko ptaka” na sztuki, ale to było dawno i obecnie minimum to opakowanie o wadze 75 g, co jednak stanowi z dziesięć niemałych sztuk, 30 pojedynczych posiłków o średniej mocy. Na szczęście problem papryczek udało mi się satysfakcjonująco rozwiązać i tym się dzisiaj z Wami podzielę. Kiedy wsadzi się je do słoika i zaleje octem, okres przydatności do spożycia wydłuża się z mniej więcej 10 dni do kilku miesięcy. Genialnie. Nie przepadam za warzywami w occie, ale chociaż chili wyraźnie nim pachnie, w gotowym daniu nie jest to wyczuwalne.

Droga do szczęścia, jak w XVIII-wiecznej powieści, nie była łatwa. Robienie tej marynaty zamieniło mój spokojny wieczór w prawdziwy horror: tak, dotykanie skóry rękami umaczanymi w paprykowym soku wywołuje dokładnie takie efekty, jak zawsze opisują. Albo jeszcze gorsze. Najbardziej irytujące było to, że chociaż zwykle lekceważę wszystkie tego typu informacje, to tym razem naprawdę (tzn. na tyle, na ile potrafię) uważałam, jednak papryka okazała się sprytniejsza. W efekcie spędziłam najbardziej zazwyczaj relaksujące godziny dnia na przemian oblewając wodą bolące miejsca (którymi okazała się górna część palców i czoło) i jęcząc. Jeśli ktoś tego nie przeżył, nie wie, o czym piszę. A nawet jeśli, zgodnie z regułą żarówki w ustach (którą da się włożyć, ale nie da się wyjąć – trudno uwierzyć, prawda?), kusi Was, żeby spróbować, zdławcie to uczucie, póki pora.

Jeżeli zdarzy Wam się przesadzić z chili w potrawie, to jest pewna korzyść w tym, że pieką Was usta: od tego stają się pełniejsze i czerwieńsze. Podobno te same drażniące substancje, które zawierają papryczki stosuje się też w błyszczykach powiększających usta. Jeśli zaś jesteście ponad to, pomyślcie, że chili stymuluje wytwarzanie endorfin, a wszyscy wiemy, co to oznacza. Słoik papryczek może być więc niezwykle pomocny w próbie przetrwania polskiego przedwiośnia, które właśnie się zaczyna.

A na koniec małe trompe l'oeil. Zgadnijcie, które są prawdziwe?



Marynowane papryczki chili

źródło: Jamie w kuchni

Składniki:

600 g papryczek chili, zielonych lub czerwonych
15 ziarenek czarnego pieprzu
5 liści laurowych
2 łyżki nasion kolendry
5 łyżeczek soli
6 czubatych łyżek cukru pudru
litr octu z białego wina lub octu ryżowego


Wykonanie:
  1. Papryczki rozciąć wzdłuż nożem i trzonkiem łyżeczki usunąć nasiona. Tak przygotowane papryczki zalać wrzątkiem, a po 5 minutach odcedzić - to pomoże usunąć resztę nasion (działa).
  2. Do hermetycznie zamykanego słoja, lub innego naczynia w tym rodzaju, wrzucić pieprz, liście laurowe, nasiona kolendry, sól i papryczki.
  3. Ocet i cukier umieścić w rondlu i podgrzewać, aż cukier się rozpuści. Gorącym, lecz nie wrzącym płynem zalać składniki w słoju.
  4. Po lekkim ostudzeniu zakręcić przykrywkę i wstawić papryczki do lodówki. Po dwóch tygodniach będą gotowe. W lodówce można je przechowywać co najmniej 4 miesiące.
W przepisie jest aż 600 g papryczek, ja zrobiłam z opakowania 75 g.; wybrałam odpowiedni słoik i zagotowałam tyle octu, żeby wystarczyło do jego wypełnienia. Jeśli chodzi o dodatki smakowe, moim zdaniem są głównie po to, żeby ładnie wyglądało, bo raczej nie wyczujecie ich smaku. W każdym razie, ja nie wyczuwam, ale ostrość jest zachowana, więc lepiej być ostrożnym.

18 komentarzy:

ewelajna pisze...

Te po prawej:)
A wiesz, że ja z papryczkami też tak mam:).Ciągle duże ilości, w efekcie często z nich rezygnuję. A brokuł...? Jego gotuję na parze i zjadam w całości - po kłopocie:). Ale co innego zupa - na nią muszę (powinnam) mieć ochotę przez dwa dni przynajmniej, jak nie trzy, bo zawsze "jakoś tak samo wychodzi..."
Pozdrawiam mocno, Karolko!

muffingirl pisze...

Też mnie wkurzała ta konieczność kupowania całego opakowania papryczek. Ale znalazłam sklep, w którym można je kupić na sztuki :) i nie jest to żaden supermarket, ani nawet delikatesy, tylko zwykły sklep osiedlowy. A oprócz tego kupiłam kilka papryczek suszonych, świetnie się przechowują, a czasami kiedy znajdę jakiś super przepis i muszę coś zrobić na "już" są niezastąpione. Pozdrawiam serdecznie :)

monika pisze...

O kurcze, to mnie zaciekawiłaś z tym paprykowym sokiem Karolina! W większych ilościach miałam do czynienia tylko z łagodną papryką, poza plamami na rękach żadnych konsekwencji nie odnotowałam ;)

Pozdrawiam serdecznie :)

ewena pisze...

Z tymi papryczkami to świetna sprawa. Lubię na ostro, a właściwie cała rodzina lubi, ale kilka papryczek w paczce, to zdecydowanie za dużo. Zawsze coś tam wyrzucę:)

PS. Prawdziwe są te dwie czerwone z lekko brązowymi końcami;)

asieja pisze...

mnie się niestety często zdarza tak właśnie stwierdzic.. że dla mnie samej to się zupełnie gotowac nie opłaca.
a papryczki lubię za ten intensywny kolor.

majka pisze...

Mam to szczescie, ze u mnie w sklepie moge kupowac papryczki chili na sztuki :) Chociaz zdarzalo mi sie uzywac suszonego, sproszkowanego chili, bo uwazalam ze papryczka tylko mi sie zmarnuje zanim ja uzyje (i czesto mialam racje:) Pomysl na papryczki w sloiku na pewno wyprobuje, jak tylko zakupie wieksza ilosc.

Co do ostrosci paryczek...moj tata kieds mial bardzo ekstremalne przezycia z nimi zwiazane (nie bede jednak dokladnie pisac jakie bo to troche wstyd:)) Napisze tylko tyle, ze sprawca jego "cierpien" nie byla papryczka chili tylka jakas inna odmiana papryki, ktora mama zasiala na dzialce lmyslac, ze to normalna papryka (dostala nasiona od znajomych). Okazala sie mega ostra i niezjadliwa. A tata przekonal sie o tym na wlasnej skorze :)

Pozdrawiam :)

Zaytoon pisze...

Mam to szczęście, że jeśli już gotuję, to dla chmary (czytaj: minimum czworga) ludzi. Kupuję więc do woli i wszystko szybko znika. Ale nawet pomimo to chętnie wypróbuję ideę marynowania chilli, bo ogromnie mi się podoba. :)

Pozdrawiam!

Joasia pisze...

Karo
zakupy trzeba robić na placu. Zawsze jest taka budka, w której kupisz: jedną papryczkę, jedno radichio, a nawet 5 dag truskawek.

A co do brokuła: jeśli jeden starcza Ci na 3 dni, to ja już wiem, skąd Twoja REWELACYJNA figura!
J.

Ajka pisze...

Też miałam przygody z papryczkami, nie mogłam sobie założyć soczewek kontaktowych, a jedną parę musiałam wyrzucić, bo ta kapsacyina przeszła z moich palców do soczewek czy coś, i piekło mnie w oczy ;)
Ale ja tu w innej sprawie dzisiaj:
chciałam Cię powiadomić, że "otagowałam" Cię blogowym wyróżnieniem:
http://minimalist-ka.blogspot.com/2011/03/stuknea-mi-setka.html
Zapraszam do zabawy :)

Tilianara pisze...

I ja nie cierpię marnować produktów, za to uwielbiam wypróbowywać ciekawe przepisy, a w nich często są produkty, których trzeba kupić w ilościach niemal hurtowych, a potem jest problem - leży to to w lodówce i straszy zepsuciem, a ja do wszystkiego wrzucam i wrzucam ... dlatego słoiczki w moim domu są w częstym użyciu :)
Spróbuję więc Twój przepis, bo niestety zbyt często by nie marnować niczego, używam suszonym papryczek, ale to już nie to samo :)

arek pisze...

Cos dla mnie, jeden z podstawowych produktow w mojej lodowce! :)

andzia-35 pisze...

Fajny przepis! Jutro kupę papryczki i wypróbuje:)
Ostatnio kupiłam te malutkie papryczki, o kurcze, myślałam, że umrę po ich oczyszczeniu:) Głupia nie założyłam rękawiczek, i nie wiem ile razy umyłam ręce, ze 20-30 na pewno, ale nawet na drugi dzień umyć się nie mogłam (wiesz gdzie), tak mnie szczypało, haha:)))

Ania vel Vespertine pisze...

Na pierwszy rzut oka myślałam, że są tam 4 papryczki :)

Ładnie powiedziane, że taki słoiczek to sposób na polskie przedwiośnie. I w ogole cała historia bólu wielce prawdziwa, przechodziłąm podobne katusze ;)

POzdrawiam cieplutko!

Emma pisze...

odkąd jesteśmy w Chinach, papryczki o wiele częściej goszczą w naszej lodówce, osobiści sama nie przepadam za ich ostrym smakiem, no ale może taki słoiczek zrobię dla mężusia :)

buruuberii pisze...

Hmm Karolina, to mi przypomina wielgachne opakowania w Stanach czy Izraelu... W Srodkowej Europie jest troche lepiej :)
W IL jest swietnie na targu: najmniejsza wiazanka natki pietruszki czy miety wazyla pol kilograma (tak, wazylam w domu z ciekawosci!), jak przerobic pol kilograma natki z pietruszki? Nie mialam pojecia, ale uwielbialam tamten styl, gory warzyw, teraz mam inaczej :)

Pozdrawiam!

karoLina pisze...

Ewelajno, ja za tym brokułem to aż tak bardzo nie przepadam, a chociaż wiem, że żołądka to on za bardzo nie napełnia, to jednak jak widzę taką wielką głowę, trudno mi uwierzyć, że aż tyle zjem. A z zupą mam odwrotnie - bo zwykle chcę zrobić na dwa dni, ale lubię, żeby było raczej gęsto i często się okazuje, że warzyw było za mało i starczy tylko na jeden talerz.

Muffingirl, to prawda, czasami w zupełnie zwykłych, nieoczekiwanych miejscach znajduje się produkty, których nie można dostać w tych niby super zaopatrzonych. Ja tak odkryłam w naprawdę niesamowicie dziwnym małym sklepiku świetny chleb.

Moniko, nie próbuj nawet próbować, czy to wszystko prawda ;) Jeśli Cię nie przekonałam, to są jeszcze komentarze dziewczyn.

Eweno, rzeczywiście, ciemniejsze końcówki je zdradzają :) Ja muszę bardzo uważać, żeby z tą ilością papryki nie przesadzić, ale na szczęście choćbym nie wiem jak mało odkroiła reszta może wrócić do słoika.

Asiejo, przyznaję się, chwile słabości też miewam, szczególnie jak jestem bardzo zmęczona i głodna, chociaż coraz rzadziej, bo w pobliżu naprawdę nie ma dobrego jedzenia.

Majko, prawdziwie ekstremalna ta historia Twojego taty :) Ja chyba następnym razem po prostu włożę gumowe rękawiczki.

Zaytoon, dla większej grupy gotuje się dużo łatwiej, chociaż trochę dłużej, no ale nie trzeba wszystkiego jeść przez trzy dni. A papryczki warto zrobić chociażby dla wizualnych efektów.

Joasiu, zimą postanowiłam ograniczyć wszelką życiową aktywność i jeśli czasem wpadł mi do głowy pomysł, żeby przejść się gdzieś dalej niż do Carrefoura szybko przeprowadzałam sugestywną wizualizację, czym to grozi (przemarznięciem, mianowicie). Ale teraz już będzie lepiej i budkę odszukam.

Ajko, dziękuję bardzo za wyróżnienie :) Ostatnio nie jestem zbyt systematyczna z wpisami (a poza tym kojarzą mi się same takie rzeczy, które już o mnie wiecie), ale oczywiście przyłączam się do zabawy.

Tili, ja zwykle używałam papryki, która się nazywa chyba "w płatkach" - ale to się musi przegryźć, bo zwykle pierwszego dnia nie czuję nic, a jeśli zostanie mi jedzenia na następny, to nie mogę jeść od tej ostrości. Taka marynowana daje czadu od razu.

Arku, dzięki za potwierdzenie przydatności (a nawet niezbędności) przepisu.

Andziu-35, wiem, co przeżyłaś ;) Na szczęście, jak się już przygotuje ten słoik, to ma się na długi czas spokój z podobnymi atrakcjami.

Aniu, to dość pokrzepiające, że tyle osób wykazało brak rozsądku równy mojemu ;)

Emmo, ja też nie lubię takich bardzo ostrych dań (i też dlatego papryczki się u mnie marnowały), ale do niektórych przydaje się odrobinka dopalacza, ideał, to danie, które rozgrzewa, ale nie parzy - ale nie zawsze się to udaje.

Buruuberii, chciałabym zobaczyć te góry pietruszki, chociaż też mi nie przychodzi do głowy co zrobić z połowy kilograma. Co do mięty - jeśli tylko pęczki takiej prawdziwej (czyli niesupermarketowej) byłyby u nas powszechnie dostępne, to kupiłabym i taką straszną ilość.

buruuberii pisze...

Karolina, pietrucha dzielilam sie ze znajomymi (albo robilam toy tabouleh), a rzeczywiscie z mieta nie bylo problemu, lenoniada i mieta w salatce byla na okraglo :-) Te zila na targu, to bylo cos. Wiesz, tutaj nawet mamy takie warzywniaki w ktorych jest wlasnei owa izraelaska mieta, tyle ze ilosci juz nei sa pol-hurtowe ;-)

monika pisze...

O nie nie, absolutnie nie zamierzam próbować :D Ostatnio przerabiałam taką mega-ilość (no jak dla mnie 125 g chili to jest mega-ilość) na harissę ale udało się uniknąć "poparzenia" papryczkowym sokiem :)

Moc pozdrowień :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...