czwartek, 10 marca 2011

Tajemnice szefa kuchni



Dawno, dawno temu, być może nawet w poprzednim życiu, pracowałam w indyjskiej restauracji. Był to przybytek niezbyt wytworny (właściciel nie przykładał chyba specjalnej wagi do walorów estetycznych tego miejsca). Mogę wyznać ze skruchą, że sama pozbawiałam lokal resztek elegancji, szorując plastikowe obrusy w kratkę Vichy cifem i razem z żółtymi zaciekami po curry usuwając z nich wesołą czerwień. Żeby stonować nieco dramatyzm poprzedniego zdania uzupełnię, że plastikowe były tylko obrusy na stolikach na zewnątrz (w środku były materiałowe przykryte jednorazowymi papierowymi ;). Mimo tych drobnych uchybień, było tam raczej niedrogo, a jedzenie boskie. Być może to tylko typowy przypadek mitologizacji przeszłości, ale było najlepsze jedzenie, jakie w życiu jadłam. I nawet, jeśli ryż odgrzewany był w mikrofalówce, to naany i dania tandoori robiono na bieżąco w prawdziwym, tradycyjnym piecu.

Najsłabszy punkt menu stanowiły napoje. Bezczelnie mogę Wam zdradzić tajne przepisy, według których je przyrządzano. Oto lassi: jogurt naturalny, woda (z kranu, co to komu szkodzi), cukier i syrop truskawkowy. Pyszna kawa na zakończenie posiłku: łyżeczka espresso w proszku zalana wodą. Herbata miętowa: chwilę i byle jak pomoczony woreczek Liptona, na pocieszenie do czajniczka dawałam hojną podściółkę ze świeżej mięty. Co do czaju, ponieważ przygotowanie trwało chwilę dłużej i nigdy tego w całości nie widziałam, niestety nie wiem, jakie były jego tajemnice. Podstawą był na pewno nasz znajomy woreczek Liptona. Kucharz nie cierpiał przygotowywać czaju. Trochę trwało, zanim wymyśliłam dlaczego. Otóż, czaj składa się w połowie z wody, a w połowie z mleka. Strasznie kipi. Trudno mieć na niego cały czas oko, kiedy jest się zajętym przygotowaniem innych potraw (to też dla Was pod rozwagę).

Nigdy nie próbowałam tego indyjskiego specyfiku w czasie pracy, musiało minąć kilka lat, zanim zrobiłam go sobie sama. Dzięki przyprawom i słodyczy przypomina nawet bardziej deser niż tradycyjną poobiednią herbatkę (bo u mnie w domu zawsze pija się po obiedzie herbatę, nie kawę). Dobry i nieskomplikowany sposób na gorący powiew orientu, w czasie, kiedy znowu nieprzyjemnie zaskakuje nas zima.

Last but not least, chciałam podziękować Ajce za przyznanie mi wyróżnienia The Versatile Blogger. Nie wiem, na ile się to udaje, ale do tego chciałabym tutaj dążyć: różnorodności. Bo moim zdaniem, wszystkie miłe i ciekawe aspekty życia powinny się łączyć, nawet jeśli pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego. A na koniec zawsze warto zjeść coś pysznego.

Zasady zabawy są mniej więcej takie same, jak zwykle: teraz powinnam napisać o sobie 7 rzeczy, których o mnie nie wiecie i wybrać kolejnych 7 wyróżnionych. Postanowiłam podejść do tego trochę inaczej, bo:

a) kojarzyły mi się same rzeczy, które już o mnie wiecie (z wyjątkiem tego, że jako 9-latka zapowiadałam się na świetną pływaczkę, jednak tę karierę na własne życzenie szybko zakończyłam). Więc będzie tak: w pewnie dłuższym niż krótszym czasie zaprezentuję Wam 7 (a może więcej, albo trochę mniej) moich ulubionych potraw, które są często tak banalne, że wstyd mi było tak po prostu o tym napisać;
b) ponieważ na Durszlaku można już znaleźć 763 inspiracje kulinarne i większość z Was je świetnie zna, pomyślę o czymś, o czym może jeszcze nie słyszeliście.

Uff. To na razie tyle. Zapraszam na czaj.




Czaj
2 porcje

Składniki:

1 laska cynamonu (ok. 5 cm)
6 ziaren kardamonu (rozgniecionych)
6 goździków
2 torebki czarnej herbaty*
cukier/miód do smaku


*oczywiście możecie użyć lepszej herbaty, przepis mówi, że potrzeba 5 łyżeczek, ale to chyba za dużo?

Wykonanie:

Przyprawy uprażyć na patelni. Przełożyć do garnka, zalać 250 ml wody i gotować 10 minut. Dodać 200 ml mleka, herbatę, cukier, doprowadzić do wrzenia i gotować 3-4 minuty. Rozlać do szklanek przez sitko.


18 komentarzy:

Anna Maria pisze...

U nas się przyjęła nazwa chai latte (można nawet kupić w Starbucks) i bardzo taki "czaj" lubię, nawet kiedyś też o nim pisałam.
A o wodzie z kranu jeszcze napiszę - na pewno nie szkodzi, a woda butelkowana czy z baniaków to jeden z największych występków przeciw środowisku, i wielka ściema:-), w każdym razie w "Pierwszym świecie".

Maggie pisze...

Bardzo lubie czaj, a nigdy jeszcze nie robilam wlasnego... Na pewno wyprobuje!
Praca w restauracji jest z jednej strony blogoslawienstwem, bo mozna sie tyle nauczyc, z drugiej zas przeklenstwem - bo jak tu potem spokojnie isc gdzies cos zjesc i nie myslec o tym, co dzieje sie za kulisami?
A co do wodu z kranu, ja tam pije bez zastanowienia. Zyje i mam sie calkiem dobrze :)

"pose"gourmande pisze...

haha, wlasnie w na niedziele mam pszygotowany post "crème brulée au Chaï" ! ;-) nigdy nie probowalam robic taki "domowy" chai..wiec sprobuje!

lo pisze...

Jak miło się czyta taki wspomnieniowy post. Już sobie wyobraziłam Ciebie szorującą tę kratkę Vichy. A herbatka na zimę cudowna. Aromatyczna i rozgrzewająca.

monika pisze...

"Resztki elegancji" w postaci ceraty w kratkę, już sobie to wyobrażam :D

Ten czaj z przyprawami bardzo lubię, najlepszy piłam chyba w Pradze, ale i "domowy" też lubię :) W dodatku jest to jeden z baaardzo niewielu napojów z dodatkiem mleka, które przypadły mi do gustu.

Świetny pomysł na zdjęcia z tymi plastikowymi kubeczkami - nie wiem czy sama odważyłabym się na wrzucenie zdjęć plastikowych kubków na bloga, ale u Ciebie to niezwykle trafione nawiązanie do treści notki!

Pozdrowień moc :)

KUCHARNIA, Anna-Maria pisze...

Fantastyczny post! Uwielbiam Twoje historie "z dreszczykiem":) Pozdrawiam!

Kasinka pisze...

Picie herbat to sama przyjemność. Twoja musi być pyszna - taka aromatyczna.scro

Zaytoon pisze...

Ogromnie podoba mi się idea czaju. Tyle aromatów zamkniętych w kubku herbaty... Oj tak, pysznie!

A taka praca w barze czy też restauracji... bez wątpienia ciekawe doświadczenie!

Pozdrawiam! :)

Tilianara pisze...

Taki czaj to obowiązek u mnie zimą, najprzyjemniejszy obowiązek. Koniecznie z liściastą herbatą, a jak mam ochotę się zupełnie rozpieścić używam mleczka 4% mmmm chyba dziś sobie taką zrobię, nawet pomimo słońca za oknem :)

asieja pisze...

fajnie poczytac o takich tajemnicach. i wypic kubeczek aromatycznego czaju.

turlaczek pisze...

Bardzo lubię i przyrządzam go sobie często w zimie albo podczas choroby. Nawet przyjaciółka przyniosła mi zestaw przypraw o nazwie T-Plus Masala, czaj w wersji ekspresowej :)

ewelajna pisze...

Karolinko, sympatycznie się Cię czyta:) A czaj, gdybyś tylko Ty mi go przygotowała z chęcią bym wypiła:)Śliczne zdjęcia:) Kubeczki pogniecione znam:)

majka pisze...

Zazdraszczam Ci doswiadczen zwiazanych z praca w indyjskiej restauracji (mimo traumatycznych przezyc zwiazanych z szorowaniem cerat:) Jakby na to nie patrzyl bylo ciekawie :) Czaju jeszcze nie pilam. Lubie dolewac sobie do herbaty mleko. Nastepnym razem dorzuce jeszcze cynamon, gozdziki i kardamon.

P.S. Jaka szkoda, ze nie uchylilas rabka tajemnicy i nie napisalas tych 7 rzeczy...:) Z niecierpliwoscia czekam wiec na Twoje ulubione potrawy :)

Sciskam mocno :)

Hazel pisze...

Lipton rządzi! Dam znać komu trzeba, może powinni Ci zapłacić za tego posta, co Ty na to? ;) I jestem ciekawa 7 rzeczy, których jeszcze o Tobie nie wiem

karoLina pisze...

Anno-Mario, podobno w Polsce też można pić wodę z kranu. Zresztą, w pracy też ją piłam, ale jak wracałam do domu, to już tylko butelkowaną. Brakuje w tym logiki, ale czasami na człowieka silniej działa marketing niż własny rozum. Poczułam się nagle nieprzyjemnie zmanipulowana. Ale.. pić wody z kranu nie będę.

Maggie, to może dziwne, ale ja z tych "kulis" poza tymi małymi oszustwami (które pewnie nikt nawet za takie nie uważał), nie wyniosłam nic złego. Przeciwnie, przez ponad dwa miesiące pracy codziennie tam jadłam i byłam przeszczęśliwa.

pose gourmande, to rzeczywiście zbieg okoliczności :) Creme brulee musiał być pyszny.

Io, dzięki Tobie też sobie to jeszcze raz wyobraziłam... Eh, szkoda, że te czasy nie wrócą.

Moniko, cały dowcip w tym, że kubeczki nie są plastikowe :))) Co prawda rzeczywiście tego nie widać, ale zanim bym odpowiednio ustawiła światło, to czaj już zupełnie by ostygł.

Anno-Mario, a ja chyba pożyczę Twoje wyrażenie "historia z dreszczykiem" - na pewno jeszcze się przyda.

Kasinko, ja od picia herbaty jestem uzależniona i nigdy kolejnego kubka nie odmawiam ;)

Zaytoon, taki czaj to niekłopotliwe i pyszne urozmaicenie codzienności. Myślę, że będę pić częściej.

Tili, to mleczko 4% brzmi rozpustnie. Ja zwykle sobie żałuję. Ale ono do kawy tak pięknie się ubija, nie ma w ogóle porównania z tym chudym. Eh.

Asiejo, dobrze tylko, że moi byli szefowie nie mogą tego przeczytać.

Turlaczku, jestem ciekawa tego czaju w wersji ekspresowej. Pewnie, magia nie ta, ale na awaryjne sytuacje jak znalazł.

Ewelajno, no to zapraszam na kubeczek, albo nawet kubek :)

Majko, zwykłą herbatę z mlekiem też lubię. Muszę spróbować po prostu dorzucić przyprawy, tak, jak piszesz. A co do moich tajemnic, hmm, może innym razem.

Hazel, sponsoring będzie mile widziany ;) A o mnie, po prawie dwóch latach wspólnego mieszkania, to już chyba wiesz wszystko. No, w każdym razie więcej niż inni ;)

Polka pisze...

Karolina jak ja nie mogę się doczekać piątku!!!!
Mam nadzieję, że uda mi się po Ciebie wyjechać razem z Tili :)
A Twoje posty to prawdziwa perełka co cieszę się, że na nią trafiłam...

:*

karoLina pisze...

Dzięki, jeśli próbowałabyś sobie mnie teraz wyobrazić, to jestem cała czerwona i nie wiem gdzie wzrok podziać... I też się nie mogę doczekać piątku, odliczanie trwa!

monika pisze...

Nie są plastikowe?! Nieee, to już nawet własnym oczom nie można wierzyć :D

Dobrze chociaż że zawartość nie jest.. wędzona ;)

Do soboty Karolina :)))

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...