wtorek, 19 kwietnia 2011

Życie (nie tylko) jak w Madrycie cz. II



W poprzednim odcinku: Nasi bohaterowie po bezowocnych poszukiwaniach czegoś do zjedzenia wchodzą pod swoje kołderki i śniąc o schabowym, tfu, o paelli oraz szynce serrano, liczą na to, że po trzech dniach żywienia duszy czwartego uda się nakarmić i ciało.

Cóż, udało się. W Leon D. powitała nas obiadem i truskawkami. Czy potraficie sobie wyobrazić, że w Hiszpanii sezon na te owoce (dobre, nie takie jak "hiszpańskie truskawki" importowane do Polski) trwa od kwietnia do lipca?

Druga część wakacji była o wiele zabawniejsza niż pierwsza. Gorączkowe zwiedzanie zastąpiło cieszenie się hiszpańskim słońcem i beztroską życia Erazmusa, które jest udziałem D., a my z łatwością się dopasowaliśmy. Ja pozostaje myślami przy tym punkcie, a Wy możecie przeczytać tymczasem jeszcze kilka migawek z podróży, które wreszcie ujawnią, czy zjedliśmy jakieś lokalne specjały.



Przystanek 1: Oviedo. Może niektórzy z Was pamiętają, że Oviedo słynne jest przede wszystkim z tego (przynajmniej poza Hiszpanią), że zagrało w filmie Woody'ego Allena Vicky Cristina Barcelona. Wdzięczne za to wyróżnienie miasto postawiło na jednym z uczęszczanych pasaży pomnik reżysera. Poza tym Oviedo zapamiętane z filmu nie przypomina tego rzeczywistego. W głowie kołatało mi antyczne (w sensie: średniowieczne), niewielkie miasto z dużą ilością malowniczych zabytków (ruinek). Fakty to duże współczesne miasto, w którym gdzieniegdzie można się natknąć na spodziewane widoki. Dodam dla jasności, że jest to ciągle warte odwiedzenia hiszpańskie miasto, kolorowe kamienice z quasi-balkonikami, a nie szarobure betonowe klocki. Jeśli jednak bardzo zmartwicie się brakiem allenowskich klimatów, można pocieszyć się lokalnym specjałem, czyli cidrą (wytrawną) nalewaną tradycyjnie w sposób jak poniżej.



Przystanek 2: tapas. Nie wiem, jak Wy wyobrażacie sobie tapas, ale ja myślałam, że to przyjemna forma nasiadówy, w której idzie się do knajpy zamawia mnóstwo (małych) rzeczy do jedzenia, coś do picia i siedzi do oporu. Prawdziwie tapas jest daleko bardziej zajmujące: nigdzie się nie siada (chyba, że krawężnik się liczy), dostaje się kieliszek wina (albo "kufel" piwa wysokości 7 centymetrów) i np. szynkę serrano, ser i chleb albo ziemniaczki z sosem albo chipsy albo małe śmieszne bułeczki – tapas jest specjalnością lokalu, zwykle to jedna, najwyżej dwie rzeczy do wyboru. Po konsumpcji resztki wyrzuca się na podłogę/chodnik, kieliszek zostawia byle gdzie i idzie do następnego miejsca. I tak dalej, aż zabawa stanie się nudna.



Przystanek 3: Madryt na bis i... tak! zjedliśmy wreszcie w prawdziwej hiszpańskiej (chociaż katalońskiej) restauracji! Po powrocie z Leon rannym autobusem mieliśmy w Madrycie sporo czasu do odlotu i znów trzeba było znaleźć coś do jedzenia. Moja radość była euforyczna, kiedy okazało się, że jedna z odwiedzonych poprzednio (tzn. tych, które próbowaliśmy odwiedzić) restauracji była otwarta. Pełno ludzi. Miejscowych! Niestety, cechą dobrej restauracji jest także to, że w menu nie ma ani słowa po angielsku. Wybór był na chybił trafił, ale okazał się nie najgorszy, bo chociaż dostałam białe szparagi zamiast spodziewanych zielonych (a propos: sezon na szparagi też jest już w pełni) to kucharz okazał się bardziej sprawny w ich przygotowaniu niż ja i tym razem mi smakowały. A na zakończenie, oczywiście krem kataloński. Mogliśmy już spokojnie wracać do domu. Chociaż... nadal nie spróbowałam churros con chocolate. Ale co tam, będzie po co wracać.



A przepis dzisiaj i trochę hiszpański, i polski, a nawet wielkanocny. Turron, czyli nasz nugat, na Półwyspie Iberyjskim jest przysmakiem bożonarodzeniowym, chociaż jako świetny towar eksportowy w sklepach duty free i nie tylko da się go dostać przez cały rok. Z kolei w Polsce nugat tradycyjnie, chociaż obecnie chyba niezbyt popularnie, robi się na Wielkanoc. U mnie z przepisu babci (a może nawet prababci), od dawna miałam ochotę go wypróbować.

Nugat

Składniki:
4 białka
250 g cukru pudru
120 g miodu
1 szklanka dowolnych orzechów*
2 wafle


*drobno posiekanych, twierdzi moja mama, która jadła nugat babci, ja jednak wolę całe i tak zostawiłam.

Wykonanie:

Białka ubić na sztywno, powoli dosypywać cukier, ciągle ubijając. Masę białkową połączyć z miodem i przełożyć do garnka. Gotować na małym ogniu, mieszać, mieszać, mieszać - przypala się bardzo łatwo, ale mieszanie wszystkiemu zapobiega. Gdy zgęstnieje połączyć z orzechami i przełożyć na wafel (ja rozsmarowałam gdzieś do 3/4 wysokości) przykryć drugim waflem, owinąć folią, przycisnąć czymś ciężkim, odstawić w chłodne miejsce i czekać, aż zastygnie. Gotowy nugat jest kremowy i ciągnący, nie twardy, jak te najpopularniejsze hiszpańskie.

14 komentarzy:

Hazel pisze...

Drżałam, że nic dobrego w tej Hiszpanii nie zjadłaś w końcu!
Moja kuzynka taki właśnie nugat robiła dawno dawno temu. Żaden z cukierni nigdy mu nie dorównał, ale znając Ciebie...

monika pisze...

Ciekawa byłam tego zdjęcia z cydrem - niezłe! Ciekawa byłam też czy napiszesz coś o tapas po krakowsku :D Może to i lepiej że nie napisałaś.. :)

My chyba jednak bardziej karmiliśmy ciała niż dusze tym razem, nie narzekam , najlepiej byłoby jakoś to wypośrodkować, ale Barcelona ma na tyle rozleniwiającą atmosferę że inaczej się nie dało :) Cieszę się że w końcu udało się Wam znaleźć fajną knajpę!

Ściskam :)

Kini^^ pisze...

fajne te hiszpańskie migawki :)

i nugat smakowicie wygląda!

blue_megi pisze...

och, zjadłabym już truskawki :)

MaLa pisze...

aj, tapas i truskawki uwielbiam i zazdroszczę :)

Staroświecki Zakątek pisze...

Jak ja bym zjadła taką truskawkę! I najlepiej żeby smakowała jak truskawka, a nie jak papier!

Zaytoon pisze...

No! Nareszcie doczekałam się jakichś radosnych doniesień z Hiszpanii. Fajnie, że jednak było... fajnie. Może jednak się odważę tam wybrać? ;))

A nugat... Nigdy chyba go nie próbowałam. Ale myślę, że mógłby mi zasmakować.

Pozdrawiam Cię serdecznie! :)

Joasia pisze...

cudownie! przepis od babci! to chyba pierwszy raz?

Aurora pisze...

sam widok truskawek już wprowadza w stan niebiański, a co dopiero ten nugat... :D

majka pisze...

O tak, nugat to cos zdecydowanie dla mnie :) I ciesze sie, ze ta Hiszpania nie byla do konca taka zla :))

Spokojnych i wesolych Swiat! :)

Anna Maria pisze...

Świetne migawki:-)

karoLina pisze...

Hazel, na szczęście wreszcie coś zjadłam, bez tego co to by była za wycieczka? A nugatu z cukierni chyba nigdy nie próbowałam, ale mama powiedziała, że mój jest taki, jak ten babci, więc chyba było ok.

Moniko, jeszcze dotąd trudno mi się otrząsnąć po tym, jak tapas po krakowsku okazały się zrazami z sosem (tak to chyba było?). Jak dotąd mi nie udało się znaleźć innych, w ostateczności, trzeba będzie sobie poradzić samemu.

Kini^^, dzięki :)

blue_megi, też się nie mogę doczekać na te polskie; chociaż może ten czas coraz bliżej, bo dzisiaj widziałam pierwsze szparagi (bagatela, za 20 zł).

MaLa, niestety, teraz znowu tak jak zwykli śmiertelnicy muszę czekać, aż się i u nas pojawią ;)

Staroświecki Zakątku, w Hiszpanii są dwa rodzaje truskawek, takie, które smakują jak papier (i pewnie te sprowadzają do nas...) i te dobre, tylko trzeba o tym wiedzieć i się nie pomylić.

Zaytoon, pewnie, że było fajnie :) Chyba po prostu byliśmy trochę źle przygotowani. Następnym razem przed wyprawą do kraju, którego języka nie znam, nauczę się przynajmniej tego, co może być w menu.

Joasiu, to aż dziwne, ale chyba rzeczywiście po raz pierwszy. Na pewno nie ostatni, chociaż tak naprawdę nie mam zbyt wielu babcinych przepisów.

Auroro, kto nas rozpieści, jeśli sami tego nie zrobimy?

Majko, Hiszpania była świetna, mimo tych drobnych niedogodności. Nugat - zdecydowanie polecam.

Anno-Mario, dzięki :)

berrypunch pisze...

Wow. To musi byc pyszne !

Tilianara pisze...

O, i widzę że słońce wyszło, dobre jedzenie zostało odnalezione i jeszcze nawet słodko się zrobiło. No to urlop na piątkę był chyba, no może z małym minusem :)

Uściski :*

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...