niedziela, 4 grudnia 2011

Odgrzewane kotlety




Intensywnie myślę nad porządnym wpisem książkowym, tymczasem na stosikach wokół mnie ciągle gromadzą się wyłącznie lektury reminiscencyjne w stałym składzie (tym razem wszystkie dostępne w domu tomy Jeżycjady oraz Dziennik Bridget Jones, który przypadkiem wpadł mi w oczy. Próba sięgnięcia pod Ponadczasowe Arcydzieło okazała się nieudana, wróciło do biblioteki prawie bez czytania.). Ale, ale, natrafiłam także na coś jeszcze, o czym raczej nie pisałam (chociaż pojawił się wpis o takim tytule), a lektura to urocza, zabawna i bardzo relaksująca – Pokój z widokiem autorstwa E. M. Forstera, znany, przynajmniej w Polsce, raczej ze swojej mutacji filmowej, także zabawnej i uroczej (z niepowtarzalnie śmieszną sceną kąpieli w leśnym stawie). Rzadko się zdarza, by ekranizacja była tak udana, ale w końcu reżyserował specjalista od stylowych adaptacji arcydzieł literatury angielskiej (to mówi Wikipedia, podsumowanie jednak, moim zdaniem, bardzo trafne), James Ivory, a w roli głównej wystąpiła Helena Bonham Carter, bardzo, bardzo młoda, wiecznie naburmuszona, trochę rozczochrana i absolutnie zniewalająca.

Za dużo chyba tych pochwał, zaczynam popadać w egzaltację, ale historia rozterek sercowych panny Lucy Honeychurch (co za nazwisko!) okraszona kpiną z obyczajów Anglii początków XX wieku niezależnie od tego, ile razy ją czytam, czy oglądam, polepsza mi humor. Dodatkowy smaczek mojego wydania stanowi post scriptum autora, dodane 50 lat po pierwszej publikacji powieści, w którym opisuje swoje wyobrażenia na temat dalszych losów bohaterów.

Gdyby Pokój… zauroczył Was tak jak mnie, przestrzegam przed innymi dziełami E. M. Forstera: Droga do Indii, z której, przynajmniej w swoim kraju, najbardziej zasłynął, jest wściekle nudna (przypadek dwukrotnego porzucenia lektury w połowie), zaś Powrót do Howard Ends (także świetnie przeniesiony na ekran przez Ivory’ego) podobał mi się, ale wydźwięk ma raczej gorzki niż rozrywkowy.

No dobrze, zaserwowałam Wam już dania odgrzewane, pora więc na nowości, a pytanie będące inspiracją dla dzisiejszego przepisu brzmi: jaka jest idealna przekąska czytelnika? Ponieważ niereprezentatywną grupą badawczą byłam ja, odpowiedź brzmi oczywiście: słodka. Przy tym poręczna, niebrudząca i niekrusząca. Znalazłam więc takie idealne ciasteczko, które zresztą mogłoby znaleźć się w menu podwieczorku u Szalonego Kapelusznika, bo twórca przepisu powrzucał do niego chyba wszystkie swoje ulubione smaki Bożego Narodzenia (tak, tak, pora już o tym myśleć, ale nikomu raczej nie trzeba przypominać), nie przejmując się tym, że nikt tak nie robi. Jest więc i czekolada, i orzechy, i migdały, przyprawy korzenne i skórka cytrynowa. I o dziwo, to jest niesamowicie dobre. Przepojone czekoladowością, chrupiące z zewnątrz i miękkie w środku. Mmmm… Aż trudno się skoncentrować na czytaniu.



Łapy niedźwiedzia
źródło: Regine Stroner, Świąteczne wypieki

Składniki:
na 40 szt.

125 g gorzkiej czekolady
125 g migdałów
125 g orzechów laskowych
3 białka
250 g cukru
½ łyżeczki cynamonu
po szczypcie zmielonych goździków i kardamonu
2 łyżki kakao
skórka starta z połowy cytryny

Wykonanie:
  1. Czekoladę pokroić i razem z orzechami i migdałami rozdrobnić w malakserze lub zmielić w inny dowolny sposób.
  2. Białka ubić na bardzo sztywną pianę, dodać do niej resztę składników i dokładnie wymieszać. Powstanie ścisłe, chociaż dość miękkie ciasto.
  3. Z ciasta zrobić kuleczki wielkości orzecha włoskiego i każdą obtoczyć dokładnie w cukrze. Foremkę w kształcie muszli (czyli niedźwiedziej łapy) wysypać cukrem (ja ją przedtem natłuściłam, żeby cukier się trzymał), kolejno wciskać w nią kule i natychmiast je wyjmować, po czym układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Ślady po foremce, przynajmniej na moich ciasteczkach, były bardzo nieznaczne, jeśli więc nie macie odpowiedniej foremki lub czasu i chęci, po prostu rozpłaszczcie kule na blasze.
  4. Przygotowane ciasteczka odstawić na noc do wysuszenia.
  5. Następnego dnia piec ciastka 15 minut w 180 stopniach. Jeśli uznacie, że szaleństwa nie jest dość, można je jeszcze zanurzyć, mniej więcej do 1/3 wysokości, w roztopionej czekoladzie.

9 komentarzy:

Hazel pisze...

Cudowna nazwa! Uwielbiam "Pokój z widokiem", ale znam tylko wersję filmową.

karoLina pisze...

Ja bym chyba nawet przy filmie postawiła malutki plusik. Ale książka ma tę zaletę, że dostępna jest w każdej chwili i dowolnym fragmencie :)

Kamila pisze...

Świetna nazwa dla ciasteczek :)

Amber pisze...

,Pokój z widokiem' to bardzo moja książka.
A te łapy niedźwiedzia to bym sobie od Ciebie wzięła do kawy...

Toczka pisze...

Och i po raz drugi dzisiaj widzę przepis podobny nieco do szwajcarskich Brunsli :] Są rzeczywiście przepyszne i nie kruszą ^^

Ja z książkowych propozycji na razie przegryzam się przez Sagę Lodu i Ognia, a stos innych lektur wciąż rośnie, ból znany od dawna, tyle do czytania, a tak mało oczu :D Żebym chociaż umiała prawym okiem czytać jedną książkę, a lewym całkiem inną ^^

Jswm pisze...

czytałam i oglądałam z dużą przyjemnością,
ale ciasteczek nie jadłam ;)

Kini^^ pisze...

jakie fajne te łapki! :) i łyżeczka na pierwszym zdjęciu przykuła moje spojrzenie :)

Evitaa pisze...

Łapy bardzo smakowite! :)

buruuberii pisze...

Zaczelam sie dzieki Twym slowom zastanawiac czy zycie tylko z pochwalami byloby nudne i monotonne? Moze neikoniecznie? :) Chyba lepsze pochwaly niz nagany...

Lapki: ciekawe jak roznymi drogami trafiamy na te same przepisy, "misie lapki" pojawiaja sie obowiazkowo w Czechc jako jedne ze swietecznych ciasteczek :)

Pozdrowienia sle.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...