poniedziałek, 21 czerwca 2010

Atrament z mątwy



Czy potraficie się powstrzymać przed tym, żeby chociaż nie przejrzeć książki, która w nazwie ma coś do zjedzenia? Ja raczej nie, nawet jeżeli tytuł – w tym wypadku – „Złodziej kanapek”, nie obiecuje szczególnej uczty. Ale kto by tak pomyślał, będzie w błędzie, bo główny bohater, chimeryczny i marudny (tak, tak) komisarz Montalbano to wielki smakosz i jako mieszkaniec Sycylii na co dzień zajada takie cuda, o jakich nam się nie śniło.

Skoro głównym bohaterem jest komisarz to nietrudno wydedukować, że mamy tu do czynienia z kryminałem, zresztą bardzo zgrabnym i mam nadzieję dorwać pozostałe części cyklu. Już po zaspokojeniu krwiożerczych instynktów i poznaniu odpowiedzi na podstawowe pytanie „kto zabił?” przypomniało mi się, że ja już o tej książce słyszałam i było to w związku z jej tłumaczem, Jarosławem Mikołajewskim (który zyskał mój kredyt zaufania dawno temu, komentując spoty reklamowe w dodatku telewizyjnym do Gazety Wyborczej). Szybko sięgnęłam do źródła, którym, wyjątkowo, nie była moja ukochana encyklopedia Larousse’a, tylko mała książeczka o makaronach, też będąca dodatkiem do jakiejś gazety i okazało się, że miałam rację.

A mianowicie, w tymże dodatku o makaronach, Mikołajewski rozmawia Tessą Capponi-Borawską o... makaronach, a w kontekście „Złodzieja kanapek” o subtelnościach, po których można odróżnić smakosza od zwykłego gbura. Nie wchodząc w szczegóły, jeśli kiedykolwiek będziecie jeść spaghetti z małżami w towarzystwie Włocha, wybór (lub nie) do tego dania sosu pomidorowego, mimo jego krwawego kolorku, jest tylko waszą osobistą preferencją. Jednak, posypanie tego spaghetti parmezanem jest już zbrodnią i lepiej tego nie róbcie, jeśli chcecie uchodzić za osoby światowe i dobrze wychowane.

Spaghetti z małżami miałam już okazję jeść (z sosem pomidorowym), dlatego w powieści zafrapowało mnie coś całkiem innego. Spaghetti z czarnym sosem z mątwy. Danie, którego nasz komisarz, o ile pamiętam, w końcu nie zjadł, chociaż miał wielką ochotę. I kiedy tak sobie o tej mątwie czytałam, to po raz kolejny błysnęła mała żaróweczka: czarne grissini! Już dawno widziałam na nie przepis, a rzecz jest tak absurdalna, że od razu nabrałam na nią ochoty i wreszcie teraz pojawiła się okazja. Nie zdziwię się, jeśli nikt z Was nie odważy się na podobną próbę. A jednak, uspokajam, czarny barwnik dostarcza tylko upiornych wrażeń wzrokowych, nie wpływa na smak. Ja na wszelki wypadek zrobiłam z połowy podanej porcji, ale jeśli lubicie takie przegryzki możecie bezpiecznie zrobić z całej. Aha, Zosik, z której torebki wygrzebałam „Złodzieja kanapek” i z którą się paluszkowym pomysłem podzieliłam, doradziła mi jeszcze pesto w formie dipu. U mnie, tym razem, ze słoiczka, ale i tak było dobre.





Czarne grissini
źródło: Delicious Days

Składniki:
(40 grissini* lub 20 grubszych paluchów chlebowych)

250 g mąki
10 g drożdży świeżych lub 1 łyżka suszonych
½ łyżeczki soli
125 ml ciepłej wody
8 g (dwie małe saszetki) atramentu z mątwy
1 łyżka oliwy
ewentualnie do posypania: ziarna czarnuszki, sezam, sól morska


Wykonanie:
  1. Drożdże rozpuścić w wodzie. Mąkę zmieszać z solą, dodać oliwę, wodę z drożdżami i atrament z mątwy. Wyrabiać mikserem, bo mątwa barwi palce. Chociaż, ponieważ ciasta było mało i mój mikser źle sobie radził, to odważyłam się włożyć w nie ręce i co prawda były całe czarne, ale barwnik zszedł nawet tylko pod wpływem wody. Kiedy ciasto będzie miękkie i elastyczne przykryć folią i odłożyć na 20 minut do wyrośnięcia.
  2. Blachę wyłożyć papierem do pieczenia, ja wykorzystałam go także jako podkładkę do wałkowania, żeby nie zabarwić stolnicy oraz żeby grissini nie było przyprószone mąką. Rozwałkować ciasto w prostokąt o grubości około pół centymetra i np. nożem do pizzy kroić cienkie paski (grubości palca na paluchy chlebowe, cieńsze na grissini). Następnie z każdego paska, tocząc go obydwoma dłońmi, uformować cienki wałeczek. Nie należy się bać, że będzie za cienki, bo w trakcie pieczenia urośnie. Gotowe grissini przekładać na blachę do pieczenia.
  3. Piec w 220 stopniach przez 10-15 minut, w zależności od grubości oraz tego, jak bardzo chrupki efekt chcemy uzyskać. Najlepiej po dziesięciu minutach po prostu spróbować, czy grissini są już dobre.
*wyszło mi więcej, ale nie wiem, ile dokładnie

Atrament z mątwy można kupić na przykład tu i tu.

15 komentarzy:

Paula pisze...

powiem tyle: wow :)

Bea pisze...

Na ostatnim zdjeciu te grissini wygladaja jak uschniete galazki! :)
Przyznaje, ze czarny makaron jadlam tylko kupny, nie udalo mi sie bowiem do tejpory kupic atramentu; choc przyznaje, ze nie szukalam bardzo intensywnie, to fakt.
Zapamietam, by spaghetti z owocami morza nie posypywac parmezanem :) Choc ja i tak wybiore takie bez owocow morza, za to z duuuza iloscia sera ;)

Pozdrawiam serdecznie!

Anna Maria pisze...

Żadnego makaronu z owocami morza nie należy posypywać parmezanem, nie tylko dlatego, że rodowici Włosi tak nie robią, ale też dlatego, że to smakuje obrzydliwie (i dlatego Włosi tak nie robią, to mądry kulinarnie naród:-)). BTW, wg Włochów nie powinno się pić cappucino po 12 - to typowy napój poranny.
Na specjalne kolacje często życzę sobie makaron z mątwą (squid ink pasta), z owocami morza - to jedno z moich absolutnie ulubionych dań.

majka pisze...

Rewelacyjne grissini :) Tylko Ty Kobieto moglas wpasc na taki pomysl :)) Makaronu z owocami morza najadlam sie przez dwa tygodnie po same uszy spedzajac urlop na Sycylii, co niestety skonczylo sie dla mnie wielka zoladkowa awaria (mimo, ze nie posypywalam parmezanem:)) Otatnio i mnie naszlo na "czarne". Mam w planach pewne smakowicie wygladajace danko :)

Arvén pisze...

Pierwsza moja myśl to - 'co robią laski wanilii na zdjęciu przy notce o atramencie z mątwy?' Przeczytanie jednak utwierdza mnie w przekonaniu, że człowiek się całe życie uczy...fanastyczny pomysł!

Zaytoon pisze...

Ha! Wiedziałam. I aż sprawdzić musiałam. W lutowej 'Kuchni' był podobny przepis. ;))

A grissini rzeczywiście robią piorunujące wrażenie!

Książkę zapisuję. Szukam ciekawych książek na wakacje, a póki co brak jakichś większych koncepcji...

Pozdrawiam! :)

buruuberii pisze...

Wygladaja zjawiskowo, a przez chwilke myslam ze to laski wanilii :-)

gin pisze...

Jej... Niesamowicie wyglądają :) Z przyjemnością bym spróbowała czegoś tak innowacyjnego (przynajmniej dla mnie) :)

nobleva pisze...

Też myślałam, że to laski wanilii, albo mega powiększone zwęglone zapałki, fantastyczny pomysł :)

KUCHARNIA, Anna-Maria pisze...

Naprawdę zjawiskowe! Zdjęcia, przepis, post - cudowne!
Pozdrawiam ciepło:)

Felicity pisze...

Heh, ja na początku myślałam, że to laski wanilii:D A tu taka niespodzianka. Bardzo lubię grissini i chętnie przepis wypróbuje nawet bez atramentu, choć kolor obłędny jak na coś zdatne do spożycia.

asiejka pisze...

czarujesz!

karoLina pisze...

Paulo, :)

Beo, ja bez owoców morza też zazwyczaj mogę się obejść, ale bez dużej ilości sera raczej nie :)

Anno Mario, właściwie jak sobie o tym pomyślę, to rzeczywiście trudno sobie wyobrazić, żeby owoce morza dobrze smakowały z serem. Co do cappuccino, to o tym słyszałam, ale nawet w towarzystwie Włocha nie zamierzam się przejmować, bo jakoś nie mogę się przekonać do espresso.

Majko, zazdroszczę Sycylii i popieram takie obżarstwo (mimo przykrych konsekwencji), bo z dala od morza te wszystkie, z przeproszeniem, robale, smakują całkiem inaczej, więc jak ma się okazję, to trzeba zjeść na zapas. Bardzo jestem ciekawa, co wymyśliłaś na czarno.

Arven, ja o laskach wanilii nie pomyślałam, chociaż rzeczywiście może to tak wyglądać. Za to jedzenie tego grissini to było jednak dziwne przeżycie, bo cały czas miałam wrażenie, że to coś kompletnie spalonego.

Zaytoon, ja w ramach oszczędności od jakiegoś czasu nie kupuję "Kuchni" (chociaż mam wrażenie, że te 7 złotych zaczęłam wydawać na colę i gumę do żucia, straszny wstyd, więc już lepiej byłoby kupić gazetę), ale sprawdzę, może te przepisy są w Internecie. A książkę, jeśli lubisz kryminały polecam, tym bardziej, że ponieważ jest kilka części, to lektury będzie więcej.

Buruuberii, wersja z laskami wanilii by nie przeszła z prozaicznego powodu – taka ilość kosztowałaby majątek ;)

Gin, smakuje zadziwiająco dobrze!

Nobleva, ten pomysł z zapałkami właściwie jest bliski prawdy, bo nawet jedząc je, człowiek się dziwi, że nie jest to coś totalnie zwęglonego.

Anno-Mario, dzięki :))

Felicity, bez atramentu też pewnie będzie dobre, chociaż chyba zastosuje ten patent na jakiejś imprezie, bo robi wrażenie (chociaż prawdopodobnie większość moich potencjalnych gości już sobie o tym poczytała).

Asiejko, :)

Pozdrawiam serdecznie!

Szarlotek pisze...

Muszę poszukac tego atramentu, bo od dawna mnie nurtuje i jak na mnie, to mnie ogranicza a tego nie lubię :) Cudowne zdjęcia !

Joasia pisze...

pieczemy!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...