niedziela, 25 października 2009

Trochę sentymentalnie i bardzo landrynkowo


tarta landrynkowa

Pamiętacie, jak pisałam o trendach w mojej kuchni na sezon jesienno-zimowy? Pomyślałam sobie wtedy, że jeszcze ciekawiej byłoby wykorzystać w gotowaniu trendy w modzie. Jeden z nich, o którym chyba wtedy nie wspominałam, to różowy i słodki styl lalki Barbie.

Barbie chyba ciągle pozostaje marzeniem prawie każdej dziewczynki. Ja w każdym razie o niej marzyłam. Nie bardzo rozumiałam, czemu rodzice nie podzielają moich fascynacji i rozsądnie sprawili mi tylko jedną lalkę (wszakże z kenowo-dzieciowo-meblowymi itd. przyległościami, w stosownej, ale także rozsądnej, ilości). Moja Barbie miała na imię Diana i piękną sukienkę. Obcisłą, różową, przetykaną srebrną nitką, z tiulowymi bufiastymi rękawkami i tiulowym fartuszkiem. W tiulowe gwiazdki. Bardzo to było cudowne.

Dobre kilka lat później postanowiłam, że moja córeczka nie dostanie Barbie (ani nie będzie chodzić do McDonald’sa). Dzisiaj nie zamierzam już moim ewentualnym pociechom tak uprzykrzać dzieciństwa, bo z takiego widzenia świata, gdzie kicz jest synonimem piękna się wyrasta, a niespecjalnie wierzę, że lalka Barbie może przyczyniać się do zaburzeń żywienia albo innych problemów. Żadna rozsądna siedmiolatka nie pomyśli, że mogłaby Barbie dorównać, bo nigdy nie widziała kobiety o takich proporcjach, idiotycznie długich nogach, cienkiej talii, aż tak wielkich oczach (wraz z ewolucją lalek chyba coraz większych) i ustach. Całkiem inna historia, to prawdziwe kobiety w kolorowych pisemkach, dumne posiadaczki wystających żeber i ud grubości nadgarstka. Ale ja dzisiaj nie o tym.

Tak jeszcze na marginesie, w celu researchu do tego wpisu, wybrałam się do sklepu z dziecięcymi ciuszkami (fakt, tylko jednego), żeby sprawdzić, czy mała dziewczynka może wykazywać się w swoich garderobianych wyborach lepszym gustem niż firma Mattel. Nie może. Mała dziewczynka jest zmuszona do bezkrytycznego uwielbienia dla mlecznych róży i fioletów z przyczyn czysto praktycznych – inne kolory w dziale dla małych dziewczynek występują sporadycznie.

Ja raczej nie odważę się na całościowe zastosowanie stylu Barbie w swoim ubraniu. Wydaje mi się to zbyt dosłowne i po prostu nieciekawe. Jednak jako (świadoma ;) fanka kiczu, nie mam nic przeciwko jakimś, niekoniecznie różowym, ale także niekoniecznie subtelnym, akcentom rodem z barbielandu w garderobie. Więc czemu i nie w kuchni?

Barbie w tym roku kończy 50 lat, ale całkiem z niej krzepka pani w średnim wieku. Zamiast więc, z wyżyn swojego wieku i doświadczenia, narzekać na to paskudztwo, lepiej zjedzmy za jej zdrowie kawałek landrynkowej tarty i przypomnijmy sobie, ile ulotnej, ale zawsze, radości, dostarczały nam nowe różowe szatki, mebelki i dzieci z dziwnie powyginanymi nóżkami, nabywane przez naszych uległych i kochających rodziców.

Ta tarta, to miała być moja propozycja na Różowy Tydzień, mam nadzieję, że Szarlotek pozwoli mi jeszcze dołączyć.

Różowy tydzień

tarta landrynkowa

Polewa ma wyraźnie landrynkowy smak, więc polecam raczej wtedy, kiedy macie ochotę na smaki dzieciństwa, niż na pyszne ciacho.

Tarta z czerwonymi landrynkami i migdałami

(przepis z jakiegoś starego numeru Elle)

Składniki:

Ciasto:
150 g mąki
62 g masła
55 g cukru pudru
3 żółtka


Polewa:
75 g czerwonych landrynek*
75 g migdałów bez skórki
150 g śmietanki 18% (ja dałam kremówkę)


Wykonanie:
  1. Składniki ciasta zagnieść, owinąć folią i odstawić do lodówki na 2 godziny. Po tym czasie wyłożyć na wysmarowaną masłem tortownicę, formując ok. 2 cm brzegi. Piec jakieś 15-20 min. w 175 stopniach.
  2. W garnku zagotować śmietanę, dodać landrynki, mieszać, aż całkiem się rozpuszczą, wsypać migdały i wylać na upieczone i ostudzone ciasto**.
  3. Odstawić do zastygnięcia.
*Kupienie czerwonych landrynek okazało się wyzwaniem, wiec podpowiadam: udało się w Tesco.
**Tyle w przepisie. Moim zdaniem masę należy pogotować trochę dłużej, aż nieco zgęstnieje, zaś przed wylaniem na ciasto ostudzić, a nawet dać na chwilę do lodówki, żeby jeszcze zgęstniała, bo gorąca i lejąca może za bardzo wsiąknąć w ciasto.

landrynki

12 komentarzy:

kasiaaaa24 pisze...

Jestem pod wrażeniem :) Podoba mi się i jestem bardzo ciekawa tego smaku.
Pozdrawiam :)

Beata pisze...

Świetny pomysł!
ciasto wygląda bardzo kusząco

Monika. L pisze...

...moja miała srebrną sukienkę, rodzice kupili mi ją w Pewexie, w Chełmie za 17 dolarów...
Pamiętam wszytsko jak dziś...
Dziś jest na "składzie" u mojej córki, która Barbie nie bawi się wcale.
Nie mam do Barbie sentymentu, nawet jej nie lubię, ale nigdy też nie obwiniałam o anoreksję milionów kobiet na świecie.

I zgadzam się wybór ubrań dla małych kobiet jest strasznie nudny i ograniczony jeśli bierzemy pod uwagę zwykłe sklepy, z któych korzysta większość mam.
Na szczęście wiele dziewczynek (mam kontakt z grupą wielową 4-7) sama już odrzuca te mleczne różne, tiule i dżety. Polubiły spódnice-bojówki, rajstopy z czachami (!) i zakończone ściągaczami dzinsy...i wyglądają super.

Oj, przepraszam, ale się rozgadałam...
Ciacho fajne, na kobiece pogaduchy...
Pozdrawiam
M.

wegetarinka pisze...

o! nowa fotka :) poważniej;

szarlotek pisze...

Jak najbardziej przyjmuję tartę w poczet różowych propozycji i już go wprowadzam w podsumowanie :)Co do lalek, to pamiętam jak kupiłam taką damę swojej młodszej siostrze z kompletem super bucików i ubranek:)

karoLina pisze...

Kasiu, tak jak napisałam, o smaku można zwłaszcza powiedzieć, że jest mocno landrynkowy ;)

Beato, myślę, że te migdałki dodają mu charakteru.

Moniko, nie wiem, co bardziej przerażające, te róże i tiule czy czachy ;) Moja Barbie-Diana pewnie też była z Pewexu, ale nie wiem tak na pewno, bo to był prezent pod choinkę. Pamiętam za to, jak dla mojej siostry kupowaliśmy lalkę w Baltonie, ta miała strój gimnastyczki i hula-hop.

Wegetarinko, nie wiem, czy poważniej, ale mam wrażenie, że jak już raz zaczęłam z tymi zmianami, to teraz będę ciągle coś podmieniać, bo do ideału zawsze daleko. Ale chyba na tym polega zabawa.

Dzięki, Szarlotku :) Pamiętam takie osobne kompleciki bucików i ubranek produkcji polskiej, o wiele gsutowniejsze niż te oryginalne zresztą. Eh, to były czasy...

majka pisze...

Kiedys zajadalam sie takimi landrynkami. Nie bylo dla mnie nic lepszego. Co do lalki Barbie...mialam kiedys jakas, niestety podrobke, ktora bawilam sie dosyc dlugo. Osobiscie wolalam jednak inne lalki, tzw. bobasy :) Tarta wyglada uroczo i jestem bardzo ciekawa jak smakuje. Ty to masz Kobieto swietne pomysly :) No i bardzo lubie Cie czytac. Wyczuwam tu zawsze sarkastyczno-ironiczno-humorystyczne akcenty :)) Dosc juz tych "komplimentow" .)) Pozdrawiam cieplo :))

karoLina pisze...

Dzięki wielkie Majko za te "komplimenty", to chyba właśnie takie uwagi motywują nas najbardziej do działania i poszukiwania coraz fajniejszych pomysłów, nie?

A wiesz, początkowo chciałam, żeby tu było tak ciepło i przyjemnie (i czasami bywa), ale szybko okazało się, że natury nie można oszukać ;) i cóż, zwykle bywa tak jak piszesz, ale czasami troszeczkę żałuję, że nie może być tak jak na początku miałam w planach.

ilka_86 pisze...

lubię takie innowacje;) fany pomysł tą landrynkową polewą:)

Ania vel Vespertine pisze...

Pamiętam ten przepis z ELLE :)

Och, to Ty miałaś prrrrawdziwą Barbie? Ja się takowej nie doczekałam, w wieku 6 lat dostałam pierwszą 'barbie', podróbę. ALe ją uwielbiałam i sama szyłam dla niej ciuchy. POtem dosżły kolejne podróby, ale nigdy nikt nie pomyślał, by spełnić me marzenie i kupić ślicznotkę firmy Mattel (nie wiem, czy pisze się dwa 't' czy dwa 'l':).

Ot, życie ;)

Zmiany na stronie, zmiany na profilu - nareszcie można zobaczyć Twa twarz, Karolino :)

Pozdrowienia ciepłe ślę!

karoLina pisze...

ilko_86 ja też lubię wypróbowywać takie dziwne rzeczy, efekty są oczywiście różne, ale czasami okazuje się, że naprawdę było warto.

Aniu, właściwie nie wiem, czy moja Barbie była firmy Mattel, w każdym razie na pewno nie była to ta klasyczna wersja, ale chyba już wtedy (i do dzisiaj ;) uważałam, że jest ładniejsza. A tak naprawdę pierwszą bardzo podróbę dostałam od jakiejś znajomej mojej babci, podczas zupełnie przypadkowej wizyty, ale chyba nie byłam do niej bardzo przywiązana. Ciuchy też szyłam, ale trochę późiej i dla innych lalek. Do dzisiaj mam tego całe pudło.

buruuberii pisze...

Nieziemsko oryginalnie brzmi ta landrynkowa polewa :-)

Ale ja KaroLino chcialam o tych ciuszkach dla dzieci. Przeciez rozowe ubrania musza byc dla dziewczynek, bo rozowy to kolor dziewczynek, jak ubierzesz malucha w rozowy kubraczek to staje sie dziewczynka, momentalnie, kazdy na ulicy powie ze wyglada jak dziewczynka. To ulatwia ludziom zycie - rozowe = Barbie, Niebieskie = Ken :-)

Oczywiscie zartuje, nabijam sie z powyzeszego, bo to okropne, potworny jest ten rozowo-niebieski styl ubierania maluchow. Zastanawiam sie tylko czy tak naprawde to jest zapotrzebowanie na inne kolory? Bo nas ktore ubieraly by dziewczynki w brazowa koszulke moze nie jest tak wiele?

Pozdrowienia!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...