piątek, 4 grudnia 2009

Opera, czyli wykorzystana druga szansa


opera

Podczas roku spędzonego we Francji (o którym już było i na pewno jeszcze będzie wiele napisane), chętnie przejęłam pewne przyjemne francuskie przyzwyczajenia, ale też nie widziałam powodu, żeby zrezygnować z przyjemnych polskich przyzwyczajeń. Na przykład, takiego niedzielnego ciastka do kawy.

A jednak, tak jak o tym pomyślałam, to okazało się, że, pamiętam na przykład:

pains au cholcolat, którymi zajadała się J. (ja też ,ale chyba mniej);
compote de pommes au fromage blanc (biały twarożek z musem jabłkowym), który czasem podawano na stołówce, a którym J. z kolei, moim zdaniem, nie całkiem słusznie, gardziła;
świderki z masą migdałową, to pamiętam szczególnie!, obficie przysypane cukrem pudrem, które kiedyś, zupełnie bez powodu, kupiłyśmy sobie z J. w piekarni na rogu ulicy, której nazwy nie pamiętam, ale z pewnością bym tam trafiła;
lody w Café Riche, starannie i długo wybierane, aby na końcu wziąć to co zwykle.

Nie pamiętam jednak żadnego z kilkudziesięciu ciastek, które zjadłam przez niedziele całego roku.

Czy to znaczy, że słynne francuskie słodkości są przereklamowane?

Postanowiłam dać im jeszcze jedną szansę.

Tym razem było tak: delikatny migdałowy biszkopt, nasączony koniakowo-kawowym syropem. Maślana masa, której słodycz przełamuje smak kawy. Gruba warstwa czekolady (to chyba nie wymaga komentarza).

Słynna Opera. Bardzo eleganckie ciastko. Nie za słodkie, zrównoważone, chociaż sycące (masło i czekolada, cukier i żółtka!)). Żeby dostarczyło Wam satysfakcji, należy podawać małe kawałki, bo właściwym stanem, po skierowaniu do ust ostatniego widelczyka Opery (łyżeczki są zdecydowanie za mało wysublimowane, chociaż ja wolę), jest uczucie lekkiego niedosytu.

Operę się smakuje, a nie po prostu zjada. To nie jest coś, co wypełni Was uczuciem błogiego, domowego ciepła i ochotą na ponowne obejrzenie odcinka "Przyjaciół", zajadając się kolejnym kawałkiem. W tym celu upiekłam dodatkowo szarlotkę, ale o niej będzie kiedy indziej.

PS Niestety, na zdjęciach, kiedy było już za późno, wyszło całe moje niechlujstwo i przede wszystkim niedostateczna staranność włożona w krojenie. Ale mam nadzieję, że uda Wam się zobaczyć chociaż część tych rzeczy, o których napisałam. I uwaga, to jest pracochłonne, ale wcale nie trudne.

Przepis dołączam do akcji Czas na kawę

Opera
(źródło: Kuchnia 12/2009)

Składniki:

Ciasto migdałowe
2 duże jajka
1 szkl. zmielonych migdałów (użyłam 100 g paczki całych i mozolnie je obrałam i, hmm, nie przemieliłam, co daje właściwy efekt, tylko przepuściłam przez malakser)
1/2 szkl. cukru pudru
3 łyżki mąki + trochę do oprószenia formy (zlekceważyłam, nic się nie stało)
2 białka (wyjęte z lodówki na 30 min. wcześniej)
1/4 łyżeczki soku z cytryny lub białego octu winnego
1/8 łyżeczki soli
1 łyżka cukru
2 łyżki stopionego i sklarowanego masła (nie sklarowałam) + masło do formy


Syrop kawowy:
1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej
1/2 szkl. + jedna łyżka wody
1/2 szkl. cukru
1/4 szkl. koniaku lub brandy


Krem kawowy
2 łyżeczki kawy rozpuszczalnej
1/4 szkl. + 1 łyżka wody
6 łyżek cukru
2-3 żółtka
10 dag masła pokrojonego w kostkę


Glazura czekoladowa
20 dag grubo pokrojonej gorzkiej czekolady (min. 70% kakao)
6 łyżek masła (odmierzam metodą wodną, opisana jest tu)

  1. Zrobić ciasto. Ubić całe jajka przez 2-3 minuty, zmniejszyć obroty miksera, dodawać po trochu migdały i cukier puder. Wsypać mąkę, lekko wymieszać. Ubić białka, dodać do nich sok z cytryny i sól, ubijać jeszcze chwilę, następnie wsypać zwykły cukier i miksować aż się rozpuści. 1/3 piany dodać do ciasta, wymieszać, dodać resztę piany (wymieszać), dolać masło (wymieszać). Rozsmarować na blasze wyłożonej pergaminem, wysmarowanej masłem i oprószonej mąka. Blacha powinna być duża, większa niż zwykła na ciasto (bo wtedy wasza Opera wyjdzie mikroskopijna) ja użyłam takiej, która jest częścią składową piekarnika. Piec 8-10 min w 220 stopniach, odstawić na 10 min., pergamin z ciastem wyjąć z blachy, przekroić na 2 kwadraty i prostokąt (tak, żeby dało się to złożyć w trzy warstwy ciasta – 2 mają być w całości (te kwadraty), a 3 sztukowany). Moja blacha miała 30 cm, szerokości, trochę na długość i tak naprawdę przecięłam po 15 cm (ciut może więcej po jednej stronie), miałam cztery mniej więcej równie prostokąty, więc jeden przedzieliłam jeszcze na 3 i zrobiłam malutkie ciasteczko.
  2. Zrobić syrop. Zagotować wodę z cukrem, kiedy się rozpuści zmniejszyć ogień i gotować jeszcze 5 minut bez mieszania. Po zdjęciu z ognia wymieszać z kawą rozpuszczoną w łyżce wody i alkoholem.
  3. Zrobić krem. W rondelku zagotować, mieszając, cukier z wodą. Zmniejszyć ogień i gotować (nie mieszając), aż powstanie gęsty syrop. Ja osobiście zwiększam ogień na możliwie duży w stosunku do garnka, bo cała operacja trwa krócej. Ubić żółtka, gdy będą kremowe, zaparzać powoli wlewanym syropem, stale ubijając. Wlać kawę rozpuszczoną w łyżce wody i ubijać dalej, aż masa wystygnie. Dodawać po kawałku masło, aż masa zgęstnieje i będzie kremowa.
  4. Zrobić glazurę. Odłożyć dwie łyżki pokrojonej czekolady, resztę włożyć z masłem do metalowej miseczki i rozpuścić na parze lub w kąpieli wodnej (tak wolę – czyli włożyć do większego naczynia z gorącą wodą). Wyjąć z kąpieli i dodać odłożoną czekoladę i mieszać, aż i ona się rozpuści. Wystudzić do temperatury pokojowej.
  5. Złożyć wszystko w całość. Jeden kwadrat ciasta nasączyć (obficie!) syropem kawowym, posmarować połową kremu. Na to położyć drugi kwadrat (albo, jeśli pokroiliście jakoś inaczej, to np. dwa mniejsze prostokąty), nasączyć syropem, posmarować połową glazury. Przykryć ostatnim kwadratem, nasączyć syropem i posmarować resztą kremu. Odłożyć na 30 min. do lodówki. Po tym czasie podgrzać na parze (lub w kąpieli wodnej) resztę glazury, na tyle, by dała się rozsmarować i nałożyć ją na ciasto.

12 komentarzy:

eklerek pisze...

wygląda bosko, a i sam opis mówi za siebie..

Monika. L pisze...

Bardzo kuszą mnie ostatnio takie piekne ciastka.
Pracochłonne, ale bardzo efektowne.
Pozdrawiam
M.

Dziwnograj pisze...

O ja już dawno wydrukowałam sobie przepis Opery razem ze zdjęciem i teraz czeka na odpowiednią chwilę.
Ale zazdroszczę roku we Francji. Miałam tylko raz szczęście odwiedzić ten kraj. W wakacje przez dwa tygodnie odpoczywałam w Saint Tropez, Cannes i Nicei. O ile 2 pierwsze miejscowości są dla mnie zbyt turystyczne i wycackane to Nicea to dla mnie najpiękniejsze miejsce na świecie.

olalala pisze...

We Francji chyba najbardziej smakowały mi pains au chocolat. Uwielbiam ich kształt i zapach.
A francuskich ciast to ja znam bardzo mało ;)... Chyba więcej u nich deserów, bułeczek na drugie śniadanie i lodów. I mi się to podoba :).
Twoja Opera też mi się zresztą bardzo podoba, no i wygląda trochę jak eklerki.

karoLina pisze...

Eklerku, dzięki :)

Moniko, ja takie cuda cukierniczej architektury piekę rzadko, nie tylko z powodu tej pracochłonności, ale zwykle to raczej mam ochotę na tę szarlotkę, ale czasami można zaszaleć.

Dziwnograju,jest tyle przepisów do wypróbowania, że zwykle trzeba po prostu postanowić, kiedy ta odpowiednia chwila będzie, bo ja z tą Operą to ładne parę lat czekałam. A co do uroków Francji, to chociaż ten rok spędziłam na południu, to od Nicei jednak dość daleko i niestety miałam okazję podziwiać jedynie jej dworzec autobusowy.

Olu, tak na co dzień to ja bym właściwie też chętniej robiła takie czekoladowe czy rodzynkowe chlebki, ale niestety to równie pracochłonne jak ta Opera, a te w pobliskich piekarniach to szkoda mówić...

grazyna pisze...

Ale ciacho! Pyszne i eleganckie :)

szarlotek pisze...

To do mnie przemawia takim magnetyzmem, że przepis już wylądował do segregatora w dziale *zrobić w pierwszej kolejności :) Pozdrawiam !

Bea pisze...

No wlasnie, nigdy jeszcze nie podjelam sie zrobienia Opery ze wzgledu na jej czasochlonnosc wlasnie oraz na to, ze pewnie sama musialabym ja potem skonsumowac; co oczywiscie by nie bylo zadnym problemem ;) ale jest zdecydowanie niewskazane... ;)

Jak zwykle swietny, klimatyczny wpis Karolino!

PS. Niechlujstwa zadnego nie widze.

PPS. Niespodzianka 'wyleciala' w piatek ;)

majka pisze...

Zazdroszcze pobytu we Francji. Nie tesknisz za tamtymi klimatami?

Ciasto prezentuje sie rewelacyjnie :) Wspaniala propozycja do kawowej akcji :))

Jesli zostal jeszcze kawaleczek, to chetnie wpadne dzis do Ciebie na kawke :))

karoLina pisze...

Grażyno, dziękuję :) Wyobrażam sobie, że takie ciastka wybierają eleganckie paryżanki, a jakimiś tam plebejskimi pains au chocolat to się brzydzą.

Szarlotku, cieszę się, że przepis Ci się spodobał i że na tle Twoich wyczynów moje skromne ciasteczko wypada nie najgorzej ;)

Beo, ja zawsze myślałam, że potrafię zjeść nie wiadomo ile, ale sądzę, że 1,5 niedużego wcale kawałka Opery to szczyt moich możliwości, więc podejrzewam, że i Ty musiałabyś ją sobie dawkować, no a w umiarkowanych ilościach to wiadomo, że nic nie szkodzi.

I dziękuję za pochwałę, aż się troszkę zaróżowiłam (z radości).

Niespodzianki doczekać się już nie mogę, naprawdę!, prawie że odliczam sobie dni jak kiedyś do Mikołaja.

Majko, czasem tęsknię, chociaż rzeczywiście za klimatami, bo przekonałam się, że naturę to ja chyba jednak mam typowo polską i trudno mi inne nacje zrozumieć, a jak ktoś marudzi i wiecznie jest niezadowolony, to przynajmniej wiadomo o co chodzi (i nie piszę tego tak na 100% na niepoważnie). No a jeszcze bardziej serio, to trwało baaardzo długo, zanim pogodziłam się, że już jestem z powrotem.

A ciacha niestety już nie ma, ale na dobrą kawę zapraszam zawsze!

Kredka pisze...

Lubię takie wyzwania. Twoja opera wygląda świetnie. Zapisuję do wypróbowania.

zemfiroczka pisze...

Taka popisowa solówka z tego tu na zdjęciu! :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...