czwartek, 2 września 2010

100 razy Bułka z masłem i konkurs



Ja wiedziałam, że tak będzie. Jakieś dziesięć minut po powrocie do domu, zrobieniu sobie herbatki i wyciągnięciu się w fotelu z książką, którą właśnie kupiłam i przeznaczyłam na nagrodę dla Was, pomyślałam, że chyba mogę ją sobie zatrzymać...

Mam nadzieję, że to właściwie wystarczy, żeby Was przekonać, że to naprawdę fajna książka, bo zaraz nabyłam drugą, taką samą. Nie chciałam ryzykować kupowania innej, bo to by się mogło bardzo źle skończyć.

Potrzeba nagrody pojawiła się, ponieważ pozazdrościłam dziewczynom zabawy wynikającej z organizacji konkursów i wybierania zwycięzców, postanowiłam wiec zorganizować własny. Setny wpis na Bułce z masłem jest dobrym powodem, ale gdyby go nie było, konkurs odbyłby się i tak.

Wspomniana wyżej nagroda to My French Kitchen autorstwa Fran Warde i Joanne Harris, tej samej, która napisała Czekoladę. Jest dla mnie coś przewrotnego w tym, że autorkami najlepszej książki o francuskiej kuchni na jaką dotychczas udało mi się natrafić, są dwie Angielki. Może nie całkiem, bo Harris jest pół Francuzką i, o ile wierzyć czemuś, co równie dobrze może być (znowu!) zgrabnym chwytem marketingowym, książka zawiera jej rodzinne przepisy.

Jeśli miałabym określić My French Kitchen jednym słowem byłoby to: bezpretensjonalna. Przepisy są w większości proste, szybkie i domowe, żadnego tam wydumania, haute cuisine i wyrafinowanych stylizacji. Początkowo mogą się wydać nawet zbyt proste i miejscami nudne, ale im dłużej tę książkę przeglądam, tym bardziej mam ochotę zrobić wszystko, danie po daniu. Do tego jest też to, co lubię najbardziej: staranna oprawa graficzna. Widoczki z Francji, migawki z codziennego dnia, stragany z owocami, typowe obrusy w czerwoną kratkę, torby z bagietkami i szyldy piekarni. Czasami kadry wydają się być wręcz przypadkowe, a same w sobie mało efektowne (traktor zjeżdżający z pola...), ale razem wszystko jakoś tak do siebie pasuje i świetnie oddaje francuski charakter. O ile Roast figs sugar snow (które kiedyś ja wygrałam) zwraca uwagę na przyjemne strony zimy, z My French Kitchen płynie radość celebrowania ciepłych pór roku. A poza tym, książka jest świetnie napisana i o ile Juliette Binoche i Johnny Depp nie przekonali mnie do sięgnięcia po Czekoladę, to wstawki Harris na temat wybierania drobiu – tak ;)

Wady: książka pisana jest dla Anglików, więc, na co nie zwróciłam w pierwszej chwili uwagi (ale jakbym zwróciła, to i tak bym ją kupiła) wagi i miary podawane są w uncjach i innych niewygodnych formach. Szczęśliwy zwycięzca otrzyma jednak podręczny przelicznik, który i mnie zdecydowanie się przyda, a poza tym, na elektronicznych wagach zwykle poprzez kilkukrotne kliknięcie w guziczek da się ustawić ważenie w uncjach.

A zadanie konkursowe jest takie: jak wiecie (albo przynajmniej niektórzy wiedzą) często w swoich postach odwołuję się do książek, beletrystycznych, nie tylko kucharskich ;) Proszę więc poszukać dla mnie literackiej inspiracji do stworzenia kolejnej notki. Nie chodzi o to, żeby w tej książce ktoś coś jadł, albo o pomysł na konkretne danie, mam nadzieję, że rozumiecie, o co mi chodzi. Wystarczy sam tytuł książki, chociaż uzasadnienia mile widziane. Nie musi to być też rzecz powszechnie znana, wtedy nawet będzie ciekawiej, ale w takim wypadku proszę o zdanie streszczenia. Na Wasze propozycje czekam do środy 8 września.

A na zachętę, posiłek z trzech dań, bardzo, bardzo prostych, chociaż wcale nie banalnych i bardzo francuskich, przynajmniej w moim rozumieniu francuskości. Na zakończenie obiadu nie zapomnijcie o mocnym espresso. Najlepiej z czekoladką ;)

Sałatka z grzankami z kozim serem



Składniki:
6 porcji

280 g koziego sera w ruloniku (myślę, że połowa tego spokojnie wystarczy; możecie użyć zwykłego sera pleśniowego typu camembert, ale to jednak zupełnie nie będzie to samo)
6 krążków bagietki (proponuję raczej po 2 na osobę, czyli 12)
8 szklanek mieszanki sałat (dla mnie raczej mniej)
100 g czarnych oliwek bez pestek
1/2 szklanki orzechów włoskich

Sos:
2 łyżki octu jabłkowego
1 łyżeczka ziarnistej musztardy
1 łyżeczka musztardy Dijon
sól i pieprz do smaku
1/3 szklanki + 1 łyżka oliwy


Wykonanie:
  1. Włączyć piekarnik. Pokroić ser na sześć równych części i rozłożyć go na bagietce.
  2. Wszystkie składniki sosu, oprócz oliwy, przełożyć do słoika, zamknąć i potrząsać, aż utworzy się gładka emulsja. Dodać oliwę i znowu potrząsnąć. Sos przelać do miski, dodać sałatę, oliwki, orzechy i wszystko wymieszać.
  3. Bagietki z serem włożyć do piekarnika i zapiekać, aż ser zacznie bąblować (ja osobno przygotowałam bagietkę na patelni grillowej, a następnie położyłam na niej ser i przypiekłam palnikiem do crème brulée). Podawać natychmiast na porcji sałatki.

Polędwiczki z jabłkami w sosie z czarnych porzeczek



To świetne, banalnie proste i nieoczywiste danie, które śmiało można podać z jakiejś uroczystej okazji. Problemem, szczególnie poza sezonem, może być czarna porzeczka, jednak udało mi się znaleźć dobre zastępstwo świeżej, w postaci słoiczka z porzeczką w syropie firmy Kowalewski. Nie tak łatwo ją dostać, zazwyczaj są tylko wiśnie, maliny, nawet jagody, porzeczki wypatrzyłam tylko w jednym sklepie. Słoiczek wydaje się mały, ale wystarczy moim zdaniem dla 4-5 nie bardzo żarłocznych osób.

Składniki:
6 porcji

400 g czarnej porzeczki lub słoik porzeczek w syropie
2 łyżki cukru
1 łyżka oliwy
2 polędwiczki wieprzowe (ok. 600 g)
sól i pieprz do smaku
4 łyżki masła
2 duże jabłka, obrane, pozbawione gniazd nasiennych i pokrojone w plastry
szczypta cynamonu
łyżeczka dżemu z czarnej porzeczki (nie dałam)


Wykonanie:
  1. Porzeczki umyć, obrać i przełożyć na małą patelnię razem z cukrem i 3 łyżkami wody. Przykryć i delikatnie doprowadzić do wrzenia, a następnie zdjąć z ognia. Kiedy owoce trochę przestygną odcedzić, zachowując sok. Jeśli używamy porzeczek ze słoika należy je po prostu odcedzić, zachowując syrop. W przypadku użycia tych, o których napisałam wcześniej, może się wydawać, że syropu jest za mało i jest za gęsty, żeby się odcedzić, ale zapewniam, że wszystko pójdzie dobrze.
  2. W płaskim garnku lub na patelni podgrzać olej i obsmażyć polędwiczki z każdej strony. Przyprawić solą i pieprzem, przykryć i gotować ok. 15 minut na wolnym ogniu (ja gotowałam ok. 25). Kiedy są ugotowane (można przekroić, żeby to sprawdzić), zdjąć z patelni, trzymać w cieple (przykryłam folią aluminiową) i przygotować sos.
  3. W międzyczasie rozpuścić na drugiej patelni łyżkę masła i delikatnie gotować jabłka przez 10 minut aż się zezłocą. Doprawić cynamonem.
  4. Sok (lub syrop) z czarnej porzeczki oraz dżem przełożyć na patelnię, na której smażyło się mięso i doprowadzić do wrzenia. Zmniejszyć ogień. Pozostałe masło podzielić na małe cząstki i wmieszać do sosu. Dodać porzeczki.
  5. Polędwiczki pokroić na kawałki, podawać na warstwie jabłek polane porzeczkowym sosem. Odpowiedni dodatek to młode ziemniaki.
Crème caramel



To jeden z tych najsłynniejszych francuskich deserów, co do których byłam zdania, że nie jest dla mnie. Ale może jednak jest, tylko trzeba się nauczyć go robić. Z jednej strony jest to banalnie proste. Z drugiej, bardzo łatwe do zepsucia, a kluczową rolę odgrywa czas i temperatura pieczenia. Jeśli więc macie piekarnik z humorami, nie warto próbować, bo deser może się po prostu zwarzyć i cały Wasz wysiłek pójdzie na marne. Drugim, oprócz zwarzenia, niebezpieczeństwem jest przepieczenie i wtedy zamiast otrzymać jedwabisty krem możecie się zbliżyć konsystencją do omletu, co jest ok i smakuje dobrze jeśli przyrządzacie omlet, ale nie wtedy, kiedy przyrządzacie jedwabisty krem. Oprócz tego jest jeszcze jedna zła wiadomość: dłuższe siedzenie kremu, już po upieczeniu, w lodówce, dobrze na tę jedwabistość wpływa. Mam nadzieję, że, mimo wszystko, jednak się odważycie...

Składniki:
6 porcji

Karmel:
1 szklanka cukru
3 łyżki wody (w przypadku doświadczonych kucharek/kucharzy, można pominąć)


Krem:
2 szklanki mleka
3 duże jajka
2 duże żółtka
1/2 szklanki cukru
kilka kropel ekstraktu z wanilii (u mnie cukier waniliowy)


Wykonanie:
  1. Piekarnik nagrzać do 165 stopni i włożyć do niego naczynie, w którym zamierzamy piec deser (może być jedno duże lub 6 małych naczynek). To ważne: po nagrzanym naczyniu karmel łatwiej da się rozprowadzić.
  2. Przygotować karmel: cukier i wodę przełożyć do garnka, podgrzewać, aż cukier będzie miał złoty kolor. Lepiej za mało, niż za bardzo złoty, nie raz się przekonałam, że przypalony cukier kładzie cały deser.
  3. Wyjąć naczynie/naczynka z piekarnika i rozlać do nich karmel, tak, by przykrywał całe dno.
  4. Przygotować krem: mleko przelać do garnka i zagotować. Cukier, jajka, żółtka i wanilię wymieszać w misce. Uwaga! Tylko wymieszać, nie chcemy mieć kogla-mogla. Powoli wlewać gorące mleko i porządnie roztrzepać. Masę przelać przez sitko do naczynia/naczynek z karmelem.
  5. Naczynie/naczynka umieścić w innym dużym naczyniu, do którego nalać tyle gorącej wody, by sięgała do połowy wysokości foremek z kremem. Całość umieścić w piekarniku i piec przez godzinę. Po wyjęciu z pieca naczynie/naczynka wyjąć z wody i ostudzić. Chłodzić w lodówce co najmniej przez godzinę lub (lepiej) przez całą noc.
  6. Aby wyjąć deser z naczynka należy okroić go po ściankach nożem, przyłożyć talerzyk i obrócić do góry nogami.
Uwagi dotyczące pieczenia

W obawie przed zwarzeniem posłuchałam Michela Roux, nie Harris, i piekłam deser w 120 stopniach. Miała być godzina, skończyło się na godzinie i pięćdziesięciu minutach. Moim zdaniem, wyjęcie deseru z piekarnika 10 minut wcześniej byłoby czasem idealnym. Z drugiej strony, teraz mi się wydaje, że godzina w 165 stopniach brzmi rozsądnie – tylko trzeba uważać, by temperatura nie wzrosła. Ponieważ przepis mówi o pieczeniu w jednym dużym naczyniu, jeśli używamy małych próbę, o której za chwilę, zrobiłabym po 45 minutach.

Po czym można stwierdzić, że deser jest upieczony:

a) próba noża – wkładamy go do deseru prostopadle do dna, raczej bliżej ścianek, bo tam szybciej się dopieka – jeśli wychodzi czysty, deser jest gotowy;
b) nieprzepieczony crème to taki, który nieco galaretowato trzęsie się na środku – po wyjęciu z piekarnika jeszcze się dopiecze.


25 komentarzy:

Jolanta Szyndlarewicz pisze...

Karolinko jeśli książka i inspiracja to tylko kochany, usiany piegami rudzielec z Zielonego Wzgórza:) chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego:) pozdrawiam ciepło:)

Zaytoon pisze...

Hmm... Inspiracje, powiadasz? To ja polecę Ci "Miedzianą Wenus" autorstwa Lindsey Davis. Opowieść kryminalna tocząca się w starożytnym Rzymie za czasów Wespazjana, z bardzo nikłą, acz przyjemną i przewijającą się przez całą książkę, kulinarną nutką w tle. Co prawda jest to 3. część serii, ale myślę, że przeczytana samodzielnie też będzie OK.

Na taki obiad, to ja bym się chętnie do Ciebie wprosiła, wiesz? Szczególnie kusi mnie creme caramel, który sama chciałam niedawno przygotować, ale w ostatniej chwili się wycofałam. Swoją drogą - świetne owego deseru zdjęcie!

Pozdrawiam!
I gratuluję setki. ;)

Anna Maria pisze...

Jak miło! Ciekawy jak zawsze wpis, wspaniały przepis, i w dodatku konkurs, w której nagrodą jest książka kucharska, i to a) po angielsku i pisana pod Anglików:-) b) której nie mam, a którą chciałabym mieć. Żyć, nie umierać;-)
Nie napisałaś, że MUSI być tylko jedna książka, więc sugeruję albo: Dumę i Uprzedzenie Jane Austen, z której możesz zaczerpnąć inspiracji, by przygotować to, co się serwuje na tradycyjną Afternoon Tea (scones na przykład); albo Sztukmistrza z Lublina (lub inną powieść, jeśli czytałaś, albo znakomitą biografię Singera Florence Noiville) Issaca Bashevisa Singera, która mogłaby być dwojaką inspiracją: żydowską i wegetariańską. Ostatnio czytam o kuchni żydowskiej i fascynujące jest jak wiele ma wspólnego z polską. Singer był też wegetarianinem ze względów etycznych, potępiał jedzenie mięsa, co jest, dla mnie przynajmniej, ciekawe.
Obie lektury można snobistycznie określić jako obowiązkowe dla osoby, które chce się uważać za oczytaną:-) zatem nie możesz powiedzieć, że polecam Ci byle co;-)

wegetarinka pisze...

Ha, moja będzie kulinarna właśnie, wegetariańska "Zaskakujące tofu" M. Białołęckiej... jak wiem nie masz dobrych doświadczeń z tofu, a ta książka i przepisy w niej zawarte potwierdzają tezę zawartą w tytule :)
Pozdrówki :)

oladios pisze...

Popieram glos Anny Marii , 'Sztukmistraz' przeczytalam niedawno , bardzo mi sie podobal , nie moglam sie od niego oderwac , przedstawil kulture zydowska w ciekawy sposob , zachecil do poglobienia wiedzy na jej temat .
:)

Ewa pisze...

Wiktoria Zender "Strefa Cienia".
Pozdrawam serdecznie

Ania vel Vespertine pisze...

Fajny konkurs! Podoba mi się :) Pierwsza książka, która przyszła mi na myśl to oczywiscie "Czekolada" J. Harris, ale gdybym miała wytypować kogoś innego, to chyba wybrałabym ksiązki Małgorzaty Musierowicz. Pisałaś kiedyś o Ciasteczkach Ksantypy, ale to było z "Całusków...", a ja chcę tu wymienić "Idę sierpniową". Pamiętasz, ile w niej było cudeniek kulinarnych? ROgaliki (chyba z różą?), pączki, jakieś ciasteczka i dużo innych (w "Łasuchu literackim zostało to rezebrane na części pierwsze). Lubiłam klimat panujący w "Idzie...", szorstką Basię, która stawiając tacę ze słodkim podwieczorkiem na stole pokazywała, że wcale nie jest TAKA szorstka, jak by się mogło wydawać.

Fajne to było i już, ilekroć przeglądam tę ksiązkę, mam ochotę upiec jakieś starodawne pysznosci.

I wszystkiego najlepszego z okazji 100-tki! :)

pinkcake pisze...

To może "Wszystko Czerwone" Chmielewskiej? :)

majka pisze...

Ale wypasiony konkursik, fiu, fiu :) Ja juz sie zastanawiam nad nastepnym :))
Obiadek przygotowalas wspanialy. Wszystko pochlonelabym za jednam posiedzeniem. Moglabym go zaliczyc do grona doskonalych. I chcialabym byc Twoim gosciem wtedy, kiedy taki obiad serwujesz :))

A konkursie udzialu nie biore, o! :))

miss_coco pisze...

Bardzo ciekawy pomysł z tym konkursem. Lubię takie konkursy, gdzie się trzeba wysilić.
Nad książką pomyślę, obym zdążyła.
Śledzę sobie właśnie we francuskiej TF 1 taki program Master chef, dla kucharzy amatorów. Oprócz konkurencji, gdzie trzeba popisać się fantazją i kreatywnością, są takie, w których sprawdza się wiedzę i umiejętności dotyczące francuskiej klasyki. W sumie proste rzeczy, majonez, karamel, quiche, ale często zastanawiam się, czy bym umiała. Jeśli chodzi o crème caramel, zaliczyłabyś na piątkę ;))

Anonimowy pisze...

Klub Pickwicka - zawsze chce mi się jeść, jak czytam :)
Karolina T.

Bea pisze...

No i co? No i 'przez Ciebie' poszlam dzis do ksiegarni i kupilam ksiazke :)) Niestety nie do konca chyba te sama, jest wydana bowiem przez Larousse'a (ale autorki te same) i z tego co pisze, sa to przepisy z 'The French Kitchen' i 'The French Market'. Jesli mialabys czas, to chetnie porownalabym przepisy ze spisu tresci...

Pozdrawiam Cie serdecznie! I ide sobie zrobic podobna do Twojej salatke, bo mi smaka narobilas ;)

Milego weekendu Karolino!

arek pisze...

Hej, swietny zestaw - chetnie bym sobie zjadl. I zostawil spory napiwek - gdyby to bylo w restauracji. Fajny klimat i fajny pomysl na konkurs. Z ksiazkami mam tak samo i nie znosze ich pozyczac bo ludzie jakos na ogol nie widza specjalnie potrzeby by je oddawac. Na inspiracje nasuna mi sie Luk Triumfalny. Nie wiem sam dlaczego - z powodu kalwadosu?

monika pisze...

Karolino, przede wszystkim - fantastyczna propozycja nr 2! Nie jestem fanem mięsa ale tak zrobione polędwiczki kuszą strasznie i pewnie je zrobię :)

A poza tym - znasz książkę Podróż po stołach Francji L. Lewina? Ostatnio wpadła mi w łapy i nie mogłam się od niej oderwać - przepisów niewiele, ale za to dużo gadania o Francji i francuskich kulinariach, świetnie napisane - to tak apropos tego co pisałaś o książce o kuchni franc. napisanej przez Angielki :) Jeśli jeszcze nie czytałaś to polecam bardzo :)

A jak już pisze to dopiszę jeszcze książkową inspirację dla Ciebie - J.R.R. Tolkiena, Władcę pierścieni - może coś dobrego jedli na urodzinach u Bilba? :)

Pozdrawiam ciepło :)))

kasia pisze...

A ja proponuję "Ojciec chrzestny" Mario Puzo - inspiracją dla Ciebie mogłaby być wizja ogromnej rodziny wszystkich pokoleń spotykającej się przy dużym stole uginającym się od smacznych dań(niekoniecznie włoskich:), przy którym dyskutują na temat wszystkiego i niczego.

Usagi pisze...

Mam dwie propozycje:
1. Konkretnie: A. Sapkowski, "Miecz przeznaczenia", opowiadanie "Granica możliwości". Wiedźmin zjada tam niesamowitą kolację i zawsze marzyłam, żeby kiedyś spróbować czegoś takiego:)

2. I mniej konkretnie: D. Adams, "Restauracja na końcu Wszechświata" (II tom cyklu "Autostopem przez Galaktykę"). Ziemianin, Arthur Dent, trafia do restauracji na końcu Galaktyki. Łatwo się domyślić, że to nie będzie zwykły wieczór przy frytkach.

A jak już jesteśmy przy inspiracjach książkowych, dla mnie nieustającą inspiracją są książki Terry'ego Pratchetta z cyklu "Świat dysku". Niesamowita magia świata i dań tam spożywanych.

Pozdrawiam
p.s. I zapraszam do zabawy w Pierogarnię.

chantel pisze...

to ja proponuję książkę Johna Graya "Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus", która opowiada o różnicach dzielących kobiety i mężczyzn. Tak jak da się pogodzić w życiu te dwa żywioły, tak można znaleźć porozumienie w kuchni i być może przygotować danie zarówno męskie i kobiece? ;)

muffingirl pisze...

Dla mnie taką nieustannie inspirującą książką jest na pewno "Szkoła narzeczonych" Marii Krueger. Przeczytałam ją jako nastolatka i od tego czasu moim cichym marzeniem był właśnie wyjazd do takiej cudownej szkoły z internatem, w której nauczę się prowadzić dom, gotować (a w perspektywie czasu znajdę męża-stąd tytuł). Oczywiście marzenie to pozostało do dzisiaj niespełnione, prowadzić dom jako-tako się nauczyłam i bez szkoły, a i mąż się znalazł :-) Niemniej, nadal podczytuję sobie fragmenty tej książki i nie moge się już doczekać kiedy wręczę ją mojej Córce do poczytania. Ciekawe czy zrobi na niej takie samo wrażenie ?
Pozdrawiam serdecznie - muffingirl

PS. W tym samym stylu utrzymana jest "Godzina pąsowej róży" . Ta książka nieustannie kojarzy mi się ze słynnymi pierożkami z mięsem i móżdżkami w kokilkach oraz hasłem "wszystko na biało" w odniesieniu do planowanych na obiad dań... dzisiaj nikt by nawet o tym nie pomyślał :-)

muffingirl pisze...

Dla mnie taką nieustannie inspirującą książką jest na pewno "Szkoła narzeczonych" Marii Krueger. Przeczytałam ją jako nastolatka i od tego czasu moim cichym marzeniem był właśnie wyjazd do takiej cudownej szkoły z internatem, w której nauczę się prowadzić dom, gotować (a w perspektywie czasu znajdę męża-stąd tytuł). Oczywiście marzenie to pozostało do dzisiaj niespełnione, prowadzić dom jako-tako się nauczyłam i bez szkoły, a i mąż się znalazł :-) Niemniej, nadal podczytuję sobie fragmenty tej książki i nie moge się już doczekać kiedy wręczę ją mojej Córce do poczytania. Ciekawe czy zrobi na niej takie samo wrażenie ?
Pozdrawiam serdecznie - muffingirl

PS. W tym samym stylu utrzymana jest "Godzina pąsowej róży" . Ta książka nieustannie kojarzy mi się ze słynnymi pierożkami z mięsem i móżdżkami w kokilkach oraz hasłem "wszystko na biało" w odniesieniu do planowanych na obiad dań... dzisiaj nikt by nawet o tym nie pomyślał :-)

Darek pisze...

Ja dodam książkę, o której-patrząc na sam tytuł- ktoś mógłby powiedzieć, że jest to książka kucharska. Jest to CK Kuchnia Maklowicza. Przyznam się, że nigdy nie przygotowałem na jej podstawie żadnego dania. Czytam ją jednak nieustannie, bo zawiera doskonale napisane krótkie dykteryjki z czasów cesarsko-królewskich, a każda z nich jest zgrabnie połączona z jakimś przepisem. I nie o ten przepis chodzi, a o szczególną atmodferę tej książki. Czytajac ją mam wrażenie, że przekraczam próg Kawiarni Sachera we Wiedniu (przepis na Tort Sachera), albo jestem gdzieś na Węgrzech i wdycham aromat wędzonej papryki. Trudno to opisać, w każdym razie - książkę polecam. Pozdrawiam serdecznie - Darek

Joasia pisze...

Mam nadzieję, ze konkurs jeszcze niezamknięty i człowiek pracy zdąży...

Otóż chciałabym zainspirować Cię kulinarnie, choć przekornie nie tyle książką, co wierszem> Proszę się nie śmiać: chodzi o Kaczkę Dziwaczkę!

A dlaczego - bo w tym wierszu zawsze mi coś nie grało w dzieciństwie, ale nie potrafiłam zrozumieć, co. W końcu zrozumiałam: powodem była wewnętrzna niekonsekwencja: najpierw antropomorfizowano kaczkę i budzono do niej sympatię, aby następnie to biedną bohaterkę ponownie UPIEC! Choćby Brzechwa napisał, że ją zabito, a tu nie! "Pan kucharz kaczkę starannie / piekła jak należy w brytfannie". Co za sadystyczna zbrodnia dokonana na stworzeniu piśmiennym najprawdopodobniej, skoro "poszła kupować pocztowe znaczki"

Jakieś zadośćuczynienie dla Dziwaczki poproszę...

karoLina pisze...

Jolu, tłumaczyć oczywiście nie trzeba, Anię uwielbiam od kiedy przeczytałam tę książkę po raz pierwszy, a kulinarnych inspiracji w niej nie brakuje.

Zay, ciekawa propozycja i do tego należąca do uwielbianych przez mnie kryminałów. Uczta jak w starożytnym Rzymie to rzeczywiście byłoby coś.

Anno Mario, z całą pewnością nie polecasz mi byle czego, mało brakowało, a nagrodą byłaby jedna z książek Claudii Roden, która popełniła też przecież dzieło o kuchni żydowskiej. A jeśli chodzi o "Dumę i uprzedzenie" (po którą nie sięgnęłam natychmiast tylko dlatego, że nie mam w pobliżu), to mam nawet wydaną parę lat temu książkę, która zawiera przepisy z epoki i pewnie nazywa się Kuchnia Jane Austen, albo jakoś tak. Więc obydwie propozycje kuszące.

Wegetarinko, z tofu to ciągle prawda, jakoś nie mogę się zmobilizować, wiec to naprawdę jest książka dla mnie.

Oladios, ja "Sztukmistrza" czytałam już jakiś czas temu i przyznaję się, że nie pamiętam za dobrze, ale kultura żydowska i bez tego wydawała mi się zawsze interesująca. Chodziłam nawet kiedyś na hebrajski, ale teraz pewnie miałabym trudność nawet z alfabetem...

Ewo, przyznaję, że nie słyszałam wcześniej o tej książce, temat jest chyba zbyt poważny żeby czerpać z niego tak frywolne inspiracje, ale to pewnie dobra lektura ku przestrodze.

Aniu, no jasne, że Musierowicz! Czytając jej książki strasznie zazdrościłam bohaterom bez przerwy wcinającym ciasto. A niezależnie od wyników konkursu, to i tak mam w planie przygotować coś z "Idy sierpniowej", bo rzeczywiście, czytanie jej na głodno to czysty masochizm.

Pinkcake, mimo nieustannej kampanii mojej mamy przeciwko Chmielewskiej ja nadal bardzo ją lubię (nawet jestem w trakcie czytania "Dzikiego białka"). U niej też wszyscy ciągle coś jedzą.

Majko, w takim razie na obiad zapraszam i ciekawa jestem Twojego następnego konkursu.

miss_coco, ten creme caramel to było dla mnie wyzwanie... chyba dobrze, mimo wszystko, że nie muszę się poddawać ocenie profesjonalnych szefów.

Karolino, kiedyś zaczytywałam się w Dickensie, oczywiście także w Pickwicku, co jednak zabawne, to że tam się dużo je pamiętam z... "Ani na Uniwersytecie" (jedna z bohaterek czytała).

Beo, to jeden z najfajniejszych komplementów, jaki dostałam! Oczywiście chętnie porównam spis treści, z pobieżnych oględzin książki na Amazonie wynika, że możesz być dwa razy szczęśliwsza niż ja, bo całkiem prawdopodobne, że Twoja książka zbiera przepisy z tych dwóch wymienionych. Napiszę maila, ale proszę Cię o chwilę cierpliwości.

Arku, troszkę się na myśl o Paryżu i calvadosie rozmarzyłam... A książki Remarque'a też lubię.

Moniko, ja też nie jem zbyt dużo mięsa, ale czasami nie tylko można, ale nawet warto ;) Książki Lewina nie znam, ale bardzo lubię jego felietony, więc chętnie bym poczytała. U Bilba pewnie było pysznie, zupełnie nie pamiętam, ale muszę przyznać, że dość to intrygujące.

Kasiu, "Ojciec chrzestny" od razu nasuwa mi myśl o sycylijskich klimatach, i niestety znowu robię się głodna. I chętnie pozostaję przy wizji właśnie włoskich dań.

karoLina pisze...

Usagi, kiedyś przeczytałam sagę o wiedźminie, ale chyba nigdy nie natrafiłam na to opowiadanie, a jeśli kolacja jest taka jak piszesz, to nie mogłabym tego zapomnieć ;) A Terry Pratchett nieustannie na liście do przeczytania.

Chantel, połączenie kuchni męskiej z kobiecą to jest wyzwanie. Ale skoro Gray twierdzi, że we wszystkich innych sferach życia jest to możliwe, to warto próbować i w kuchni ;)

Muffingirl, natychmiast po przeczytaniu Twojego komentarza chwyciłam za "Godzinę pąsowej róży" żeby odszukać to "wszystko na biało". Też to pamiętam, ale nie znalazłam, za to na dłuższą chwilę zagłębiłam się w lekturze. Szkoda, że o "Szkole narzeczonych" nie dowiedziałam się w odpowiednim wieku, bo pewnie byłabym zachwycona. Ale jeśli gdzieś napotkam, to i teraz chętnie przeczytam.

Darku, poczułam się przekonana i książeczka prosto z biblioteki jest już u mnie na stoliku, chociaż na razie tylko bardzo pobieżnie przejrzana.

Joasiu, z tą Dziwaczką to rzeczywiście coś jest nie tak, ale kto by w poezji szukał logiki. Zadośćuczynienia biedaczka raczej się nie doczeka, bo z całą pewnością muszę ją kiedyś (no, pewnie tylko jakiś kawałek) przyrządzić by pokonać kolejny szczebel w kulinarnym zaawansowaniu.

A wyniki konkursu, mam nadzieję, już jutro – o ile uda mi się podjąć decyzję!

Bea pisze...

Karolino, zaden problem, poczekam cierpliwie, nie spieszy mi sie, tym bardziej ze nastepne dwa tygodnie beda w pracy dosyc 'gorace', wiec czasu na nic innego raczej miec nie bede :/

Pozdrawiam!

Anna Maria pisze...

Mam też tę książkę z przepisami z czasów Jane Austen;-) A dziś byłam w Chawton House Library - o rzut beretem od miejsca, w którym Jane napisała Dumę i Uprzedzenie (i pozostałych 5 powieści):-) Więcej wkrótce na blogu.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...