niedziela, 19 września 2010

Food design





Piszę ten post od prawie tygodnia i pomimo ekscytujących treści, które mam do przekazania jakoś mi nie idzie, więc wybaczcie, jeśli będzie coś nieskładnego.

A więc tak: byłam w Poznaniu na (podobno) pierwszej w Polsce konferencji i warsztatach Food Design. Mimo tak obiecującego początku, postanowiłam nie opisywać Wam konferencji zbyt szczegółowo, ponieważ, mimo pięknej nazwy, food design niewiele mówi o jedzeniu, a wszystko o tym jak je sprzedać i zarobić na nim pieniądze.

Zastanawialiście się kiedyś, w jaki sposób zwyczajny, zupełnie nieciekawy, a może nawet trochę suchy herbatnik staje się odrobiną magii na co dzień, najpiękniejszym wspomnieniem z dzieciństwa? Być może Wasza babcia była wysportowaną prekursorką jedzenia kiełków z jogurtem, ale dzięki odpowiedniej reklamie możecie mieć to, o czym zawsze marzyliście: rumianą staruszkę z nadwagą, która jak tylko pojawicie się na horyzoncie wyjmuje z pieca świeżutkie (chrupiące i pachnące) ciasteczka, optymalnie zrobione z tego zboża, co rośnie za domem i mleka od krowy, która też czai się w pobliżu. I z grubsza rzecz biorąc, to jest właśnie food design. Warto tu jednak wspomnieć, że, wbrew mojemu sceptycyzmowi, ciasteczka z bajeczką, czyli firmowe, mogą obiektywnie różnić się w smaku od ich supermarketowej podróbki. Udowodnił to prosty eksperyment, który jeden z prelegentów podczas konferencji przeprowadził na trzech ochotnikach z zasłoniętymi oczami. Dostali oni do jednej ręki oryginalne ciastko, do drugiej podróbkę. Oczywiście w celu degustacji ;) Wszyscy zgadli, który produkt jest ten „prawdziwy”. Co szczególnie ciekawe, tych ciastek nie ma w Polsce, nie znali więc jedynego słusznego smaku.

Jeśli chcielibyście więcej dowiedzieć się o konferencji, to można np. na designtece, ja poprzestaje na marzeniu o babci i ciastkach, bo nakierowane marketingowo rozważania mogłyby Was trochę znudzić. Aha, do food designu możliwe jest też podejście czysto artystyczne lub misyjno-idealistyczne i na pewno inspiracje z tym związane kiedyś wykorzystam. Tylko rzuciłam okiem na artykuł, do którego link podaję powyżej, ale zdaje mi się, że uwzględnia on raczej takie aspekty całej sprawy.

Malinowe marmoladki z pistacjowym marcepanem, które widzicie na zdjęciach, zrobiłam tydzień przed konferencją, bez myśli o konkretnym wykorzystaniu, ale świetnie się na dzisiaj nadają. To dla mnie prawie modelowy przykład dobrego food designu. Otóż, od pierwszego momentu, czyli jakiegoś dnia mniej więcej półtora roku temu, kiedy przepis został opublikowany w Kuchni, wydawało mi się, że to wcale nie są moje smaki. Poza tym, składniki do tych marmoladek kosztowały majątek, a do tego naprawdę musiałam się natrudzić, żeby wszystko dostać. Mimo tego, ten idealny, wypracowany i niejadalny (!) wygląd niesłychanie mnie kusił, po prostu nie mogłam się oprzeć wizji samodzielnego zrobienia czegoś tak pięknego i doskonałego. I chciałam sprawdzić, czy rzeczywiście moja wersja wyjdzie równie wspaniale. A dlaczego ten przykład jest tylko prawie idealny? Otóż, raczej nie zrobię tych marmoladek po raz drugi. W tym wypadku oczywiście nie jest to ważne, bo marmoladki nie są produktem na sprzedaż, ale jeśli by były, to celem jest nie tylko nakłonienie mnie do zakupu pomimo uprzedzeń, ale także przekonanie, żebym kupiła to po raz drugi, I trzeci. I tak dalej. Chociaż... te cudeńka dostarczyły naprawdę dużo inspiracji i już nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła zrealizować pomysły na nich oparte. Nie twierdzę przez to, że ten malinowo-pistacjowo-marcepanowe arcydzieło sztuki kulinarnej było niedobre: było dobre, ale nie w moim guście. Ale co najfajniejsze, ten niewiarygodny wizualnie efekt naprawdę łatwo osiągnąć, chociaż wymaga to trochę czasu.



Marmoladka z marcepanem pistacjowym

przepis Bożeny Sikoń opublikowany w Kuchni

marcepan pistacjowy:

400 g marcepanu
200 g mielonych orzechów pistacjowych (dałam 150 g)
40 ml wiśniówki
40 ml rumu (dałam tylko podwójną dawkę rumu)


100 g gorzkiej czekolady


marmoladka:

100 g cukru
20 liści bazylii
4-5 łyżeczek żelatyny
50 dag malin


Wykonanie:
  1. Marmoladka: na patelni skarmelizować cukier. W tym czasie drobno pokroić bazylię. Dodać ją do skarmelizowanego cukru razem z malinami, mieszać na ogniu, aż rozpuszczą się powstałe grudki. Żelatynę namoczyć w małej ilości gorącej wody. Masę malinową zmiksować, dodać żelatynę i pozostawić do ostygnięcia. Kiedy marmoladka będzie wystudzona, wstawić do lodówki, by szybciej się zsiadła (u mnie trwało to niewiarygodnie długo), co jakiś czas zamieszać.
  2. Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Marcepan zmiksować (lub zagnieść rękami) z pistacjami i alkoholem. Masę marcepanową rozwałkować na papierze do pieczenia (zapomniałam zapisać, jak duża była moja marmoladka, mam wrażenie, że dwadzieścia kilka na około dwadzieścia cm) i posmarować cienko czekoladą. Odstawić do lodówki, aż czekolada stwardnieje. Następnie, chwytając za papier odwrócić tak, by czekoladowa część była na dole. Całość położyć na folii aluminiowej i ponownie posmarować czekoladą. Boki folii zagiąć w rant, najlepiej takżę wzmocnić je dodatkową warstwą folii. Odstawić do lodówki. Resztę czekolady rozsmarować na papierze do pieczenia lub folii na prostokąt tej wielkości, co marmoladka. Położyć na np. deseczce i odstawić do lodówki.
  3. Na masie marcepanowej rozlać tężejącą marmoladkę malinową i znowu wstawić do lodówki. Czekoladę na folii pokroić na takie kawałki, jak duże chcemy mieć marmoladki (moim zdaniem optymalnie to ok. 3x3 cm). Ułożyć je na malinowej warstwie. Kiedy całość zastygnie, pokroić według linii jakie tworzą czekoladowe kostki. Udekorować posiekanymi pistacjami, albo inaczej, zgodnie z fantazją.
A na koniec krótka wycieczka po Poznaniu. To niespodziewanie piękne miasto, pewnie przez to, że element, który uważam za niezbędny w każdym porządnym mieście – dostateczna liczba uliczek do szwędania, występuje tam obficie. Przez chwilę byłam nawet gotowa rozważyć przeprowadzkę z Krakowa, ale póki co się wstrzymam, bo oprócz uliczek, w irytującej obfitości występuje też komunikacja świetlna.



Rogal świętomarciński – głupio by było przegapić taką okazję. Ale uważajcie, bo nie każdy, nawet w Poznaniu, jest prawdziwy. W cukierniach trzeba wypatrywać certyfikatów zaświadczających, że ten zakład trzyma jakość ;)



Jeśli ktoś upiera się przy diecie może nabyć balonika – w przeciwieństwie do jakichś tam herbatników z reklamy będących prawdziwym przedmiotem pożądania mojego dzieciństwa.



Frywolna fontanna przed Ratuszem, która jakoś nie pasuje mi do (stereotypowo) porządnych i praktycznych Poznaniaków.



Urocze miniaturowe naczynia na wystawie jednego z antykwariatów – moja słabość do takich rzeczy jest Wam już chyba znana. Mamiąc się obietnicą innych prezentów, udało mi się oprzeć tej pokusie.






Po lewej – ulica Gołębia z uroczą małą kafejką Coffee and Art. Wypiłam tam świetną kawę, z ziaren palonych zaledwie przed kilkoma dniami. Można też zamówić kanapkę z wypiekanego przez właścicielkę chleba.


13 komentarzy:

Anna Maria pisze...

Niesamowite:-) Wiesz, że opracowywałam informację prasową o tej konferencji, i mój tekst o Food Design opublikowano na portalu, dla ktorego piszę? Nie spodziewałam się, że ktoś z osób, które znam (no dobrze, wirtualnie, ale się znamy, prawda?) fizycznie wybierze się do Poznania!
B. ciekawy post i tematyka, dobrze, że ta dziedzina przeszczepiana jest na grunt polski, bo jednak jest to część szeroko pojętej kultury kulinarnej - dobre restauracje na światowym poziomie to nie jest tylko kwestia zaangażowania dobrego szefa kuchni, a duży asortyment w sklepach to nie tylko kwestia zamożności klientów.

Polka pisze...

Do mnie ten tzw food design nigdy nie przemawiał. Miałam okazję kiedyś podglądać pracę 'fachowców' i po 10 minutach miałam dosyć, a moje wyidealizowane pojęcie o pięknych zdjęciach z kulinarnych gazet pękło jak bańka mydlana. Niestety. Teraz zupełnie inaczej przeglądam książki czy czasopisma kulinarne bardziej pod kątem treści a nie efektów wizualnych.
Fajnie że tam byłaś. Zawsze to jakieś nowe ciekawe (lub nie) doświadczenie.

Pozdrawiam ciepło Karolino :)

ewelajna pisze...

Karolinko, mój Poznań... i czas studiów...

Mam koleżankę , która swego czasu pracowała przy reklamach kawy. Jakieś już naście lat temu - wtedy, aby była piękna pianka (na zdjęciu) do kawy dolewano Ludwika... Cóż...

Składniki twoich marmoladek całkiem atrakcyjne, nie dziwię się więc, że chciałaś je zrobić - Twoje wyglądają naprawdę niezwykle atrakcyjnie:)
Dobrej nocy:)

majka pisze...

Co za zbieg okolicznosci, u mnie taz mala fotorelacja tylko ze z zupelnie innego miejsca :) Nie ma to jak zgranie :)) Poznania nie znam, prawde mowiac nie przypominam sobie abym kiedykolwiek tam byla. Jesli bede tylko miala okazje to na pewno sie wybiore. Chociaz Krakow jest dla mnie numerem jeden :) No moze dwa, zaraz po Toruniu :)
Ciasto wyglada bardzo fajnie. Ciekawa jestem czy mnie by smakowalo (nie przepadam za wszelkiego rodzaju marmoladkami w ciastach). Szkoda, ze nie moge sprobowac :)

P.S. A ja slyszalam kiedys, ze kawa na zdjeciach bardzo czesto nie jest kawa tylko coca cola :) Oszukuja nas jak tylko moga :)

viridianka pisze...

nawet takie marmoladki lubię. Zestawienie kolorów jest świetne - z chęcią bym spróbowała, zwłaszcza że w malinowej części widzę bazylię co dla mnie jest kolejnym zaskoczeniem, choć o słodkościach bazyliowych słyszałam., lecz sama w kuchni z pomysłu jeszcze nie korzystałam.

pozdrawiam :)

asieja pisze...

dobrze, że te słowa się tu wreszcie znalazły..
marzy mi się Poznań, już był blisko pomysł by tam pobyc przez chwilkę, ale ja wiem, że już niebawem.

a to co na talerzyku.. cudowne.

Zaytoon pisze...

Poznań... Kiedyś odwiedzę, na pewno. Wydaje mi się, że to przepiękne miasto.

Co do food designu - bez wątpienia ma ogromne znaczenie. Z resztą - sama widzę swoją reakcję na niesamowicie smakowite zdjęcia potraw w książkach czy gazetach i to właściwie one często przeważają, czy jakąś potrawę przygotować czy nie.

Twoje marmoladki wydają się być doskonałe. Aż sama chciałabym zobaczyć takie małe dzieła sztuki w swojej kuchni.

Pozdrawiam! :)

Tilianara pisze...

Też pamiętam te marmoladki z Kuchni i tez chciałam je zrobić, ale w końcu zrezygnowałam. Nie moje to smaki i wydawało mi się to wszystko zbyt słodkie.

A co do konferencji to ciekawe to było na pewno, choć food design nie jest u mnie na pierwszym miejscu, za to o tej knajpce z dobrą kawą i kanapka z własnego chleba nie zapomnę :)

buruuberii pisze...

Jakos myslalam, ze food design to nie tylko marketing, ale gdy przeczytalam Twoj tekst to wszsytko mi sie rozjasnilo :)

Dobrze sie Ciebie czyta Karolina, jestes szczera do bolu i strasznie to cenie! zazwyczaj nie mam sily pisac o czyms co zrobilam raz, bylo dobre, ale nie zrobie nigdy wiecej...

arek pisze...

Apropos eksperymentu - wcale nie jestem zaskoczony. Jedzenie i wino maja w sobie wielka prawde i nie da sie tu szwabic ani krecic. Albo jest pycha,swiezosc,radosc i dusza nam sie smieje jak bierzemy kesa albo nie.
I coz - food design to duza sztuka i nauka tez (zprzeproszeniem za rym czestochowski). Jak sie dobrze przyjzec to wcale nie od dzisiaj.
Ciekawy watek oruszylas.

monika pisze...

Któryś raz już czytam Twoją notkę Karolina i tak sobie myślę na ile moje wrażenie że jestem odporna na te wszystkie marketnigowe chwyty jest prawdą a na ile jedynie pokornym życzeniem by tak było.. Bo z jednej strony jak widzę w reklamie tę babcie i tę krowę to od razu myślę "guzik prawda, Babcia nigdy herbatników nie piekła", a z drugiej strony fajne opakowanie czy perfekcyjny kształt ciasteczka już mnie skuszą..

Pozdrawiam ciepło :)))

karoLina pisze...

Anno Mario, pewnie, że się znamy ;) ja się zastanawiałam, czy może ktoś, kogo znam, będzie tam na miejscu, ale wirtualne obecność też jest ok.

Polko, kiedyś gdzieś zobaczyłam książkę o stylizacji potraw do zdjęć i pierwsze zdanie opisu brzmiało: używać produktów sztucznych, czy naturalnych? dalej już nawet nie czytałam. Ale co do samego food designu, to było też parę bardzo idealistycznych pomysłów i sposobów na jego wykorzystanie i o tym też niedługo napiszę, bo to znacznie bardziej do mnie przemawia, chociaż zdaję sobie sprawę, że takie podejście stanowi raczej margines, bo w końcu nawet za te działania na pograniczu sztuki, kulinariów i marketingu ktoś musi zapłacić i z jakiegoś powodu musi mu to się opłacać.

Ewelajno, trochę mnie dziwi wykorzystywanie takich dziwnych produktów przy robieniu niektórych zdjęć czy reklam. Ok, na takiej zupie szybko robią się mało apetyczne oka, więc może lepiej mieć substytut z galaretki, ale w przypadku pianki, łatwo się ją robi i dobrze się trzyma. Ze śmietanki też, nie tylko z Ludwika ;)

Majko, ja nigdy nie byłam w Toruniu. A co do miasta numer jeden, to jeszcze nie jestem przekonana, czy Kraków. W sprawie oszukiwanych produktów, to trochę napisałam poprzednim komentarzu. A nawet nie wydaje mi się, żeby wykorzystanie coli wychodziło jakoś taniej, co zawsze może być argumentem.

Viridianko, to połączenie kolorów zachęca tym, że jest bardzo kusząco niejadalne ;) Ja chętnie spróbowałabym jeszcze lodów bazyliowych.

Asiejo, mnie ten Poznań wpadł do głowy całkiem nagle i błyskawicznie podjęłam decyzję. I dobrze, bo jak się zbyt długo zastanawiam, to zwykle decyzja brzmi nie.

Zaytoon, to prawda, że to zwykle wygląd potrawy decyduje, czy chcemy ją zjeść. Zastanawiam się, jak to jest, że przy takich sesjach do książek pracuje sztab ludzi, tymczasem na blogach często pojawiają się tak niesamowite zdjęcia, robione przez jedną osobę i często w trudnych warunkach.

Tilinaro, marmoladki nie są za słodkie, bo do malin nie daje się zbyt dużo cukru. Ale jak już pisałam, szału nie było. Ja lubię się pobawić wyglądem jedzenia, ale żeby tworzyć syntetyczne zapachy gumy do żucia albo ciastek, to było dla mnie trochę za dużo.

Buruubuerii, jak już napisałam w którymś komentarzu na początku, to nie musi być sam marketing i powstają naprawdę niesamowite koncepcje, ale tak, jak napisałam, żeby znowu było szczerze, ktoś za to musi zapłacić i na realizowanie artystycznych koncepcji pozwolić może sobie naprawdę niewiele osób – przynajmniej ja tak uważam.

Arku, pewnie że często od razu można wyczuć produkt gorszej jakości. Ale muszę przyznać, że to, że jest to tak ewidentne w nieznanych i było nie było, kupnych ciastkach, naprawdę mnie zaskoczyło.

Moniko, ja też mówię (myślę) o sobie często, że jestem odporna, ale to nie prawda. Bo niby nieco pogardliwie patrzę na osoby obwieszające się markowymi elektronicznymi gadżetami, bo ja jestem ponad to, ale prawda jest taka, że nie jestem ponad to, tylko mnie to nie interesuje, a jak by mi było potrzebne, to też bym poleciała po markowe.I tak sobie myślę jeszcze, że w uleganiu reklamie nie ma nic złego, to daje nam przyjemność, o co oczywiście chodzi producentowi, ale ostatecznie co z tego, dochód narodowy rośnie i wszyscy są zadowoleni, a jeśli nam nie zasmakuje, to drugi raz nie kupimy.

Bea pisze...

Przykro mi w takim razie, ze konferencja tak malo udana. Jak i testowany przepis ;) Na szczescie ja kontemplowalam ten deser tylko na stronach Kuchni, ale po Twoim eksperymencie nie bede sie raczej porywac do testowania i degustacji.
Za to musze przyznac, ze w Twoim wykonaniu marmoladki wygladaja wspaniale! Gratuluje :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...