środa, 10 lutego 2010

Plan B


Pizza z kalafiorem

Kontynuując poniekąd rozważania z poprzedniego wpisu, Międzynarodowy Dzień Pizzy, który przypada 9 lutego, to dobra okazja, żeby Wam się do czegoś przyznać. Pewnie większość nie-food bloggerów (czy komuś udało się to już ładnie spolszczyć?) myśli, że autorzy blogów kulinarnych na co dzień jedzą, może niekoniecznie zdrowe, ale z pewnością same pyszne i niezwykłe rzeczy.

Przynajmniej ze mną tak nie jest. W moim menu goszczą stale i często (podkreślam, w postaci dań obiadowych) lody, drożdżówki i pizza. Prawdę mówiąc, zestaw pizza plus lody to moje ulubione połączenie obiadowe, które sprawdza się wtedy, kiedy jest mi smutno, jestem zmęczona albo po prostu nie chce mi się gotować. I to wcale nie pizza z jakiejś sprawdzonej i świetnej pizzerii, ani domowa, przygotowywana według włoskiego przepisu z pretensją do oryginalności. To pizza z food courtu (kolejny ohydny anglicyzm, ale taka jest OFICJALNA nazwa używana w materiałach promocyjno-informacyjnych) pobliskiego centrum handlowego. Lody z McDonald’sa albo galeryjnej lodziarni (te są niezłe). Obiad szybki, napychający („sycący” byłoby tutaj raczej eufemizmem), tani i poprawiający humor, co da się udowodnić naukowo, bo to przecież wielka dawka węglowodanów i cukru (tak, wiem, że węglowodany mniej więcej = cukry, ale węglowodany zawarte w pizzy i cukier z lodów robią różnicę, więc mam nadzieję, że rozumiecie, o co mi chodzi).

Wobec powyższych faktów, udział w Międzynarodowym Dniu Pizzy wydał mi się oczywisty. Wybrałam przepis. Kupiłam składniki. Zaplanowałam termin. I cóż, fatalne sobotnie samopoczucie spowodowało, że moje ambitne plany (bo oprócz pizzy planowałam jeszcze kawowe makaroniki z tegomiesięcznej Weekendowej Cukierni) wydały mi się jakby mniej kuszące. Następnego ranka okazało się jeszcze, że Tata zużył większość specjalnie przez mnie zakupionego i schowanego w tyle lodówki parmezanu (no prawie parmezanu, ale co tam) do grzanek. Ten kawałek, który się ostał na wszelki wypadek schowałam w prawdziwie niedostępne miejsce.

Moja determinacja była wielka, więc wybrałam poniedziałek na ponowną próbę realizacji planu, chociaż, ze względu na to, że tym razem całość przeznaczona była tylko dla mnie i miałam zdecydowanie mniej czasu, przepis trzeba było nieco zmodyfikować. A, co już chyba wypada w tym miejscu wyjawić, dzięki moim staraniom powstać miała pizza kalafiorowa z przepisu Jima Lahey'a, którego chleb tak mi posmakował.

Efekt w smaku mało przypominał pizzę (ciekawe dlaczego), chociaż był całkiem niezły, nie czuć było tego znienawidzonego przeze mnie smrodku kalafiora, tylko przyjemną chrupkość. Zdecydowanym atutem było ciasto, a skoro udało się nawet na patelni, to z piekarnika na pewno jest o wiele lepsze.

Podaję obydwa przepisy,dostosowany przeze mnie dla aktualnych potrzeb i dnia pracy, oraz oryginalny Jima Lahey’a, w tej wersji niewypróbowany, więc nie przyjmuję reklamacji ;)

Pizza z kalafiorem

Pizza z kalafiorem

Plan B (dla 1 osoby)

Ciasto:

70 g (1/2 szklanki) mąki
50 g wody
porządna szczypta soli
porządna szczypta cukru
½ łyżeczki suszonych drożdży


Nadzienie:

¼ miniaturowego kalafiorka (miniaturowego, bo tylko taki udało mi się dostać)
kilka zielonych oliwek, posiekanych
½ ząbka czosnku, startego
15 g parmezanu, startego
bułka tarta, ok. łyżeczki
sól, papryka ostra w płatkach
oliwa


Rano:

Wymieszać suche składniki, zalać wodą, dokładnie wymieszać łyżką lub zagnieść. Wrzucić do miski, przykryć folią i wstawić do lodówki.

Popołudniu:
  1. Ciasto wyjąć z lodówki, pozbierać szpatułką ze ścianek miski i wyłożyć na mocno umączoną stolnicę. Rozwałkować na średnicę patelni, którą mamy i odstawić na bok.
  2. Przygotować nadzienie: kalafior zetrzeć na plasterki (na tarce, tej stronie, gdzie są takie podłużne szramy. Da się. U mnie skończyło się na jednej ranie. Niektóre kalafiory naprawdę były poprzecznymi plasterkami. Inne nie).
  3. Na patelni rozgrzać oliwę, wrzucić kalafior i czosnek, kiedy zmięknie oliwki, sól, paprykę, a po zdjęciu z ognia bułkę tartą i parmezan. Patelnię umyć.
  4. Na patelni ponownie rozgrzać olej, przełożyć na nią pizzę (uwaga! bardzo się lepi, rozwałkowując trzeba uwzględnić naprawdę ogromną ilość mąki, bo będziecie mieć trudności z odlepieniem jej ze stolnicy i przeniesieniem na patelnię). Smażyć, aż się zrumieni, przewrócić na drugą stronę, jeśli trzeba, dolać oleju. Nałożyć nadzienie, zmniejszyć ogień i przykryć przykrywką. Smażyć, aż dół się zrumieni, a nadzienie podgrzeje i ser stopi.
Plan A

na blachę ok. 33x45 cm

Ciasto:

250 g mąki
5 g suchych drożdży
2,5 g soli
½ łyżeczki cukru
150 g wody w temperaturze pokojowej


Nadzienie:

1 średni kalafior pozbawiony liści
60 g posiekanych dużych zielonych oliwek
60 g startego parmezanu lub Grana Padano
2 duże ząbki czosnku, starte
¾ łyżeczki soli
½ łyżeczki, lub według uznania zmiażdżonych płatków czerwonej papryki
¼ szklanki oliwy z oliwek
1-2 łyżki bułki tartej.


Wykonanie:

  1. Ciasto: suche składniki wymieszać, dolać wodę, wymieszać łyżką lub zagnieść, przykryć miskę i odstawić na 2 godziny.
  2. Ciasto odlepić szpatułką od ścianek miski i wyłożyć na umączony blat. Uformować zgrabną kulkę, przykryć wilgotną ścierką i zostawić na 30 minut.
  3. Blachę wysmarować oliwą, przełożyć na nią ciasto i rozłożyć na całej powierzchni.
  4. Nagrzać piekarnik do 260 stopni.
  5. Kalafior przekroić na cztery części i zetrzeć, tak, jak w pierwszym przepisie. Przełożyć do miski i wymieszać z oliwkami, parmezanem, czosnkiem, solą, płatkami papryki i oliwą. Przełożyć na ciasto. Posypać bułką tartą
  6. Piec ok. 25-30 minut, aż nadzienie zacznie się robić złote, a ciasto odstawać od brzegów blachy.
International Pizza Day 2010

A jeśli sądzicie, że pizza z kalafiorem to najgorsze, co może Was spotkać, jesteście w błędzie. Lahey proponuje jeszcze pizzę z... selerem.

Pizza z kalafiorem

A ta inspiracja znaleziona u Hazel jednak trzeba uważać, bo plastykowa część się bardzo nagrzewa i nawet chyba lekko się odkształciła (Hazel, powinnaś udawać, że o tym nie wiesz i nie mówić nic R.)

8 komentarzy:

Zaytoon pisze...

Ważne, że chociaż plan B zadziałał! Swoją drogą, ten kalafior... Przerażający. Na równi z selerem. ;)

A myślę, że z niektórymi bloggerami to tak jest, że naprawdę co dzień jadają ciekawie. Podkreślam NIEKTÓRYMI. Bo ja w kuchni mogę wykazać się tylko w weekendy - w tygodniu pałeczkę przejmuje Tata albo B...

Pozdrawiam!

viridianka pisze...

mówisz że przyjemnie chrupał? to może i ja się odważę bo tak samo kalafior dla mnie to nie moje naulubieńsze warzywo :)
i świetny pomysł z patelnią, nigdy o takim nie słyszałam

Polka pisze...

Ja się nie odzywam bo na kolację wsunęłam garść frytek z piekarnika.
Lody lubię.
Pizzę mniej.
Wiesz co Karolina? Ja uważam że każdy powinien mieć złoty środek, bo najgorsze są przegięcia w obie strony...
Buziaki i słodkich snów :)

majka pisze...

Ta pizza mnie przeraza. Brrrr... Mimo, ze jestem otwarta na nowe doznania smakowe to raczej z taka kalafiorowa pizza nie chcialabym miec nic wspolnego :) Z selerowa tez nie. Na dania obiadowe w postaci drozdzowek i lodow niestety nie moge sobie pozwolic ze wzgledu na moich dwoch mezczyzn, ktorzy niestety jesc musza :)) A na co dzien jadam zwyczajnie, czesto gotuje zupy ale nie wystawiam ich na blogu bo przeciez kazdy zna i ma swoj ulubiony przepis np. na pomidorowa lub ogorkowa. Poza tym zdjecia nie zawsze wychodza takie, jak powinny albo cos nam nie smakuje (wystawiam na blogu tylko te potrawy, ktore naprawde nam smakowaly i warte sa polecenia). Ale sie rozpisalam...ufff... :)

cocardka pisze...

Ujmujący blog, świetne zdjęcia!
Pozdrawiam autorkę, będę zagladać!

karoLina pisze...

Zaytoon, ja wybrałam kalafior jako mniej przerażający niż seler... chociaż, z drugiej, strony Lahey tak zachwala kremowość tego selera, że kiedyś, kto wie. Ja też myślę, że niektórzy bloggerzy, odżywiają się, jeśli nie ciekawie, to przynajmniej porządnie, ale jak się ma rodzinę, to chyba przynajmniej jeden posiłek dziennie musi być w miarę zdrowy. Ja mam jeszcze ten luksus, że czasem mogę sobie pozwolić na obiadową drożdżówkę.

Viri, jeśli lubisz kalafior, to polecam. A pomysł z patelnią jest naprawdę fajny, to całkiem satysfakcjonująca alternatywa, jeśli nie ma się dostępu do piekarnika. Ser dobrze się topi :)

Polko, jasne, że najważniejszy jest złoty środek :) Ja mam niestety wrażenie, że ostatnio się jednak za bardzo rozleniwiłam i chyba mam nowe postanowienie: normalny (czyli bez lodów ani innych słodkich rzeczy) obiad przynajmniej trzy razy w tygodniu.

Majko, ja korzystam (albo raczej wykorzystuję ;) to, że jeszcze nikogo karmić nie muszę. Eksperyment z kalafiorem był fajny, ale i tak wolę tradycyjną pizzę, a przynajmniej taką, na której jest dużo sera. To prawda, że publikując przepisy przyjmuje się na siebie pewną (straszne słowo!) odpowiedzialność, żeby innym też smakowało, więc ja przynajmniej zaznaczam, jeśli nie było to, to, czego się spodziewałam.

Cocardko dziękuję i zapraszam jak najczęściej :)

Kredka pisze...

mmm.. moje smaki:D ostatnio jadłam pizze ze szpinakiem:D moja mama powiedziała, że smakuje jak z trawą:D hehe, przepis z kalafiorkiem koniecznie do wypróbowania.
Piękny świecznik:)! Pozdrawiam

zemfiroczka pisze...

Przede wszystkim zdjęcia są cudne - szczególnie trzecie :)Ta tarka wygląda, jakby puszczała do nas oczka ;))

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...