niedziela, 21 marca 2010

Grzanki. Francuskie śniadanie cz. II




Może Wam się wydawać trochę dziwne, dlaczego tak wyszydzone przeze mnie za swą ubogość francuskie śniadanie, zasługuje na aż dwa osobne posty. O kawie, właściwie wiadomo, można tomy napisać, ale co można powiedzieć o tych przypalonych grzankach? Pewnego razu, w okolicach postanowienia, że odświeżę trochę mój francuski, odkryłam, że wiele, a nawet, że mogą one budzić prawdziwe emocje.

Odświeżanie francuskiego zazwyczaj zaczynam (i niestety, kończę) od czegoś lekkiego i przyjemnego, czyli od lektury. A to co miałam pod ręką, to była bardzo przeze mnie lubiana, chociaż od lat niedoczytana do końca, książeczka Rémiego Bertranda na temat synonimów. Przeszukując spis treści w poszukiwaniu rozdziału, którego jeszcze nie czytałam, natrafiłam na rozdział o grzance. Początkowo chciałam Wam przetłumaczyć ten tekst, ale okazało się, że moja pomysłowość jeśli chodzi o synonimy grzanki w języku polskim zawiodła, zresztą, co mnie nieco pocieszyło, pomysłowość autorów rodzimych słowników ogranicza się do słów „grzanka” „opiekacz” „tost” i „toster”, a to zdecydowanie za mało. Przedstawię więc tylko najważniejsze punkty tekstu Bertranda. Mam nadzieję, że po tej lekturze będziemy już mogli potraktować francuską przypalonkę z powagą i respektem, na jaki zasługuje.

To, czym zajmuje się Bertrand, to dwa grzankowe synonimy: rôtie (rôtir znaczy piec) i taritne grillée (tartine to kanapka, griller – grillować, piec na grillu).

Spostrzeżenie 1. Nazewnictwo jest w dużej mierze kwestią zwyczaju rodzinnego ale także zależy od pokolenia. Użycie rôtie dominuje raczej wśród starszawych cioć.

Spostrzeżenie 2. A może te dwa synonimy powinny być odpowiednio używane w zależności od tego, jak grzankę przygotowano? W końcu w przypadku pieczenia, definicja słownikowa mówi o bezpośrednim wystawieniu na ogień (i musicie uwierzyć, że tak jest, w moim słowniku także), a przy grillowaniu jest coś, na przykład kratka, która między ogniem a kromką chleba pośredniczy.

Spostrzeżenie 3. jak na razie, najciekawsze. Słownik historyczny języka francuskiego mówi, że różnica wcale nie tkwi w tym, w jaki sposób tę kromkę opieczemy, ale... jakiego użyjemy chleba! Taritne grillée jest opieczoną kromką chleba francuskiego (wybaczcie, ale moje poszukiwania nie sięgnęły tak głęboko, by na pewno wiedzieć, o jaki chleb chodzi), zaś tartine rôtie jest opieczonym chlebem tostowym.

Ale, ale, to jeszcze nie wszystko. Obecnie na grillowaną kromkę chleba tostowego mówi się raczej: tost. Jest to zapożyczenie z angielskiego, które z kolei zostało zapożyczone ze starofrancuskiego tostee (czyli przypieczony chleb) i łacińskiego torrere (piec, smażyć, suszyć). Więc, o ile tost może oznaczać rôtie, to jednak rôtie nie jest taritne grillée - chleb francuski zobowiązuje. Ażeby sprawę skomplikować, grille-pain - który przypieka chleb za pośrednictwem grilla jest także nazywany tosterem.

Hmm...

Początkowo, aby dopasować się do opowieści, chciałam zaproponować Wam jakąś odmianę grzanek, ale po zastanowieniu postanowiłam zrobić coś, na co już dawno miałam ochotę, a co także pozwala zagospodarować nieco wczorajszą bagietkę. Przepis na chlebową zapiekankę pochodzi od Nigelli i jest jednym z tych dań (obok kedgeree – potrawy z ryżu i łososia oraz smażonej fasoli, na przykład), które z niezrozumiałych dla mnie powodów Anglicy polecają jeść na śniadanie. Okazało się jednak, że jest to potrawa co najmniej znana, a być może i wywodząca się z Francji, bo natrafiłam na nią, szukając przepisu na coś zupełnie innego, i u Michela Roux. U Roux nazywa się „francuską zapiekanką pierzynka” można więc powiedzieć, że jednak pewien związek z porankiem ma.

PS Jeśli ktoś zauważy jakieś nieścisłości w moich francuskich tłumaczeniach (a także będzie go razić brak rodzajników), to niech nie wygarnia mi nieuctwa, bo chodziło mi raczej o przekazanie Wam, jak bardzo jednak ta grzanka jest ważna, a nie nauczenie Was francuskiego. Więc niech proszę, nikt nie używa tego wpisu zamiast podręcznika. A jeśli mielibyście ochotę sięgnąć po książeczkę, z której skorzystałam, to jest to Un bouquin n'est pas un livre. Les nuances des synonymes Rémiego Bertranda.

PS 2 A jak się okazało, moje jednostkowe obserwacje na temat uwielbienia Francuzów do spalenizny można jednak choć trochę uogólnić, bo takie spostrzeżenie znalazłam u Marii Iwaszkiewicz w książeczce „Z moim ojcem o jedzeniu”. Dzięki Joasiu :*

PS 3 Z innej beczki: jeśli bylibyście zainteresowani "niedziecięcymi" ilustracjami do „Alicji...”, o których pisałam, to kilka z nich można zobaczyć tu



Francuska zapiekanka chlebowa

Składniki:

225 g podsuszonej bagietki, pokrojonej na kromki
6 dymek, posiekanych
200 g mozzarelli
50 g parmezanu w płatkach (nie dałam)
100 g cheddara (lub dowolnego żółtego sera)
100 ml śmietany (dowolnej, ja dałam słodką, ale tylko dlatego, że była pod ręką)
6 jajek
mały pęczek szczypiorku do przybrania


Wykonanie:
  1. Mozzarellę i cheddar zetrzeć lub pokruszyć. Jajka roztrzepać ze śmietaną i parmezanem, dobrze doprawić solą i pieprzem (inaczej danie będzie mdłe). Dymki drobno posiekać i dorzucić do masy.
  2. W naczyniu ułożyć połowę bagietek i posypać połową cheddara z mozzarellą, przykryć drugą częścią bagietki, zalać masą i posypać serem. Przykryć folią i odstawić do lodówki na noc, lub, jak radzi Roux, 24 czy nawet 48 godzin.
  3. Piec 30 minut w 180 stopniach lub do czasu, kiedy wetknięty w danie nóż wychodzi suchy. Przed podaniem posypać szczypiorkiem. Roux radzi także, oprócz sera, dodać do zapiekanki przysmażony boczek i brzmi to bardzo sensownie.

10 komentarzy:

Bea pisze...

Wspaniala opowiesc Karolino :) Chyle czola, bo ja zawsze mam nie lada klopot by pewne rzeczy po polsku objasnic; i zwykle sobie odpuszczam ;)
A jesli moge jeszcze cos dodac, to ze 'tartine' pochodzi od czasownika 'tartiner' czyli smarowac; i dlatego czym innym jest 'tartine' a czym innym poczciwy sandwich, czyli kanapka ;) Choc oczywiscie mamy jeszcze 'canapés', ktore sa tez czyms innym niz tradycyjna kanapka rzecz jasna :)

A Twoja zapiekanka (czy tez zapiekanka pana Roux ;)) brzmi i wyglada pysznie. Bardzo lubie takie przepisy na zagospodarowanie chlebowych resztek.

Pozdrawiam serdecznie!

Ewa pisze...

Takie zapiekanki i tu sa popularne. Bardzo mi kiedys zasmakowaly.
Swietnie opsiane!

Joasia pisze...

To ja dziękuję - za podsunięcie pomysłu na poradzenie sobie z usychającymi bagietkami mojego męża...

A do wywodu o chlebkach mogę dodać pomysł na pain perdu, co również oznacza sposób na niewyrzucenie wczorajszej bagietki, pomysł na pyszne, choć niedietetyczne śniadanie a poza tym bezpośrednio wiąże się z umiłowaniem... spalenizny! Bagietkę namoczyć w jajku roztrzepanym z dodatkiem cukru i cynamonu; smażyć na brązowo na patelni. Bon apetit!

Muscat pisze...

Mnie bez przerwy pouczano we Francji (o czym zresztą z lekcji j. francuskiego wiedziałam) że chleb (pain) to jest to, co u nas nazywa się bagietką, to co widać na zdjęciach Twoich, a bagette (czy jakoś tak, nie jestem pewna pisowni) to cieńsze paluchy z tego samego ciasta, takie z prawie samej skórki (które zresztą bardzo mi smakowały).
W muzeum w Menton widziałam XIX wieczne dzieże do wyrobu chleba i nie miały one normalnego kształtu dzieży (okrągłego), tylko wszystkie były takimi rynienkami jakby - w sam raz na bagietkę.

majka pisze...

Fiu, fiu, Karolajna :)) Niezly wykladzik :))

Szoda, ze moja nauka francuskiego skonczyla sie po trzech latach w liceum. Niestety kobieta, ktora nas uczyla (nasza wychowawczyni zreszta) nie potrafila przekazac wiedzy w atrakcyjny sposob. Jej lekcje byly nudne i beznamietne :) Moze kiedys znow do niego powroce ale najpierw czeka na mnie wloski i hiszpanski :))

Zapiekanka pyszna. Wydlubie tylko cebulke dymke (za ktora nie przepadam) i juz moge sie zajadac :))

Zaytoon pisze...

Hmm.. Chyba nawet widziałam odcinek, w którym Nigella przygotowywała tę zapiekankę dla swoich porannych gości. I też się dziwiłam - ja tam śniadania wolę bardziej "lekkie".

A wywód na temat tostów, czy jak je tam zwać, bardzo wyczerpujący. Nie przypuszczałam, że (nie)zwykła przypieczona kromka może mieć taką historię. ;))

Pozdrawiam!

aga-aa pisze...

taka zapiekanka musi byc przepyszna i warta swoich kalorii ;) ja to zawsze o jednym ;)

karoLina pisze...

Beo, ja sądziłam, że to będzie łatwe i przyjemne, ale jak zaczęłam myśleć nad tymi różnymi rodzajami bagietki to też myślałam, że zrezygnuję. A o tartiner nie wiedziałam, bardzo jest skomplikowane jeść po francusku ;)

Ewo, dziękuję :) Michel Roux pisze, że to ulubione danie dzieci, więc ja mam teorię, że to dlatego tak smakują dorosłym.

Joasiu, zdecydowanie bardzo to mało dietetyczne, ale czasami można zaszaleć. Szczególnie, że to co się zje na śniadanie, to się najlepiej spala. Podobno.

Muscat, pewnie masz rację, bo rzeczywiście nas uczą "pain" a we Francji kupuje się raczej "baguette". Ja nie miałam problemów praktycznych, bo od razu mnie poinstruowano, że mam mówić une demi-baguette ;)

Majko, może jeszcze kiedyś odkryję w sobie powołanie i będę uczyć francuskiego w atrakcyjniejszy sposób niż Twoja nauczycielka. A poza tym podziałałaś jak wyrzut sumienia, bo też miałam przyłożyć się do włoskiego. Aj.

Zaytoon, ja też wolę lżejsze śniadania. Chociaż tamto Nigelli można jakoś usprawiedliwić, pewnie było późne, bo świąteczne.

Ago-aa, pewnie że warta. Czasem trzeba zapomnieć o kaloriach.

Bea pisze...

Masz racje Karolino, troche to skomplikowane ;)
Wlasnie przez to 'tartiner' nie powinno sie tego nazywac kanapka, tylko... tylko jakos inaczej ;))
'Tartine' moze byc albo tylko z maslem, albo dodatkowo z konfitura; czy miodem. Potem juz albo 'canapé', albo sanwiche ;))

Pozdrawiam!

KUCHARNIA, Anna-Maria pisze...

Witam, bardzo podoba mi się ten pomysł, robiłam kiedyś podobny przepis z blogu Pioneer Woman, za Twoją wersję też sięlada dzień zabiorę. Pozdrawiam serdecznie:)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...