czwartek, 25 marca 2010

Morderstwo przy muffince


muffinki bananowe

Uwielbiam czytać kryminały. Takie klasyczne, najlepiej angielskie. Miejsce akcji to monotonnie bezpieczny świat, w którym fakt morderstwa wydaje się być wykroczeniem przeciwko etykiecie. Pomiędzy kolejnymi przesłuchaniami bohaterowie piją herbatkę (albo koktajle, zależy) i pielą ogródki (albo nic nie robią, jeśli to jacyś lord i lady). Ofiara może być przypadkowa, ale zawsze musi być motyw (preferowany jakiś bardzo osobisty) i ostateczne wyjaśnienie, dlaczego to właśnie ta osoba zginęła w tej właśnie chwili. Po przeczytaniu takiego kryminału człowiek ma poczucie, że świat jest jednak bezpiecznym miejscem.

Ostatnio w moje ręce trafiło „Pod Anodynowym Naszyjnikiem” Marthy Grimes, będące właśnie taką pierwszorzędnie staroświecką rozrywką. Akcja toczy się, co prawda, chyba w latach osiemdziesiątych, ale wydaje się, że angielska prowincja dobrze zakonserwowała się jakieś 50 lat wcześniej. Pewna Miła Osoba, pożyczając mi tę książkę powiedziała przy tym, że je się tam muffinki (dodała coś jeszcze, ale rzecz jasna, to muffinki najbardziej utkwiły mi w pamięci).

Jednak jak się okazało, kawiarnia o budzącej nadzieję nazwie „Magiczna mufiinka” została umiejscowiona w naszej uroczej (w toku akcji nie tak znowu uroczej, ale w końcu mamy do czynienia z morderstwem) angielskiej wiosce z nieco przewrotną myślą. Mieszkańcy Littlebourne chodzą tam nie tyle z nadziei na pyszną przekąskę i miłą atmosferę, ale raczej ponieważ jest to jedyne miejsce, gdzie tego typu przekąskę można dostać. Myślę, że zrozumiecie o co mi chodzi, jeśli napiszę, że pewnego dnia muffinką dnia (i jak się wydaje, jedyną muffinką wtedy serwowaną) była taka z bakłażanem. Specialité de la maison są zaś muffinki z marchewką.

I tu dochodzimy do sedna. Czy muffinka marchewkowa to jest naprawdę pierwszy rodzaj muffinki, który przychodzi Wam na myśl? Drugi? To chociaż trzeci? Zastanawiam się, czy jest to dowód na niedostateczną wiedzę Marthy Grimes w tym temacie, czy tylko kolejny dowód na nieco oryginalny sposób bycia właścicielki „Magicznej muffinki”. Póki co, zakładamy, że to drugie. Ale kilkadziesiąt stron dalej pojawia się zdanie, które dotąd budzi moje zdumienie: „Panna Pettigrew marszczyła nos jak ktoś, kto w wyobraźni wyrabia ciasto na muffinki”. Nie wiem, czy to dzieło autorki czy tłumacza. Jednak w stosunku do muffinek n i g d y, p r z e n i g d y nie użyłabym słowa „wyrabiać”. Ciasto na muffinki się miesza. Łyżką. W żaden jednak sposób nie wpływa to na przyjemność czytania powieści i jeśli lubicie Agathę Christie, to Martha Grimes będzie Wam się podobać.

Do wykonanie moich muffinek zainspirowała mnie owocowa sałatka Majki, którą zapragnęłam przerobić na coś mniej jednoznacznie zdrowego i w tym celu odnalazłam przepis na ciasto bananowe. Zupełnie nie wiem, dlaczego porzuciłam je na tak długi czas. Jest absolutnie zniewalające, a od zapachu w czasie pieczenia nabiera się ochoty na działalność przestępczą, jaką mogłoby być włamanie do piekarnika. A chociaż czapeczka z bitej śmietany i ziarenka granatu fajnie wyglądają, to jednak samo ciasto jest tak dobre, że bez żalu można z nich zrezygnować.

I tutaj, żeby z kolei mnie ktoś nie posądził o dyletanctwo, czas na małe wyjaśnienie. Oczywiście ciastka? babeczki? przygotowane w ten sposób z klasycznymi muffinkami, oprócz kształtu, niewiele mają wspólnego. Ja jednak wolę mówić muffinki niż cupcakes, dlatego tak mało ortodoksyjnie pozostanie.

muffinki babanowe

Bananowe muffinki z czapeczką

ok. 15 szt.*

Składniki:

3 banany
2 jajka
1 szklanka cukru
½ szklanki stopionej margaryny
¾ łyżeczki proszku do pieczenia
1 ¼ szklanki mąki
½ szklanka orzechów włoskich, posiekanych
½ łyżeczki soli


czapeczka:

200 ml śmietany kremówki
2-3 łyżki cukru pudru (lub do smaku)
2 łyżki gęstej słodkiej śmietany lub mascarpone (opcjonalnie)
fix do śmietany (opcjonalnie)
1 granat


Wykonanie:
  1. Muffinki: jajka zmiksować z cukrem, dodać roztopioną margarynę, a następnie zmiksowane banany, potem mąkę i proszek, sól. Na końcu wymieszać z orzechami. Ciastem napełnić foremki do muffinek. Piec ok. 20-25 min. w 180 stopniach.
  2. Krem: Granat przekroić, wydłubać nasionka i odcedzić, zachowując sok. Śmietanę ubić razem z sokiem z granatu i cukrem, ewentualnie, jeśli chcemy, żeby ma być przetrzymywany dłużej, dodać łyżeczkę śmietan fixu, postępując zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Do ubitej kremówki delikatnie wmieszać gęstą śmietanę lub mascarpone.
  3. Wystudzone muffinki przyozdobić czapeczkami z kremu i posypać ziarnkami granatu.
*lub mała keksówka, czas pieczenia należy wydłużyć do 40-50 minut.

muffinki bananowe

17 komentarzy:

Zaytoon pisze...

Aż wstyd się przyznać, ale pomimo całej mojej miłości do czytania, chyba nigdy nie miałam do czynienia z książką Agaty Christie. W ogóle jakoś kryminały od zawsze omijałam szerokim łukiem. Czas chyba jednak zaprzestać tego zwyczaju, gdyż to całkiem przyjemna forma lektury jest...

Ta czapeczka na muffinku wygląda przeuroczo. A w kwestii tego nadgryzienia, to bez wątpienia przydałoby się przeprowadzić dochodzenie. Jak można tak biedną babeczką okaleczyć, no jak?! ;))

Pozdrawiam!

Anna Maria pisze...

"Wyrabiać"??? Stawiam na to, że tłumacz/ka nie umieją zrobić muffinów/ek (?) i to jednak błąd tłumacza. Aż jestem ciekawa, jak jest w oryginale, takich kwiatków jest niestety mnóstwo, nawet mam zanotowane co ciekawsze. Dorzucam "wyrabianie ciasta na muffinki":-)
Jednak ośmielę się zgłosić, niezbyt serio, sprzeciw przeciw używaniu "muffin" zamiennie z "cupcake" . Muffinki mają w UK b. długą tradycję, natomiast moda na cupcakes zapanowała niedawno, przywędrowawszy z USA, i wystąpiło zjawisko zwane "cupcake effect", które wyjaśniałam u siebie pisząc o angielskim rynku nieruchomości. Mufiny są takie "oklepane", cupcakes zaś to ostatni krzyk mody;-)

majka pisze...

To chyba znow telepatia, bo wlasnie dzis myslalam co sie z Toba dzieje, ze nie odpisujesz na komentarze i nie wstawiasz nic nowego... Moze Ty jesets moja zaginiona siostra blizniaczka? :)))

Nigdy bym nie wpadla na to, ze moja salatka owocowa moze stac sie inspiracja dla powstania muffinek :)) Tylko Ty kobieto moglas cos takiego wymyslec (w pozytywnym sensie oczywiscie :)) Muffinki prezentuja sie niezwykle dostojnie z tymi czerwonymi "perelkami" :))

Co do kryminalow..nigdy ich nie czytalam. Jakos ten gatunek literatury nie byl dla mnie zbyt interesujacy. Przez to zdanie z ksiazki, ktore cytujesz, bede sie teraz ciagle zastanawiac, jaka ja mam mine podczas robienia muffinek :))

Zosik pisze...

Aaaaaa mam Cię :-) Swoją drogą co za małpiszon, że się nie przyznała, że takiego ładnego bloga ma. Już wiem kto mi będzie teraz doradzał w sprawach kuchennych, bo dyletant totalny toteż o wyrabianiu muffinków pojęcia nie miałam :-)

aklat pisze...

Dla mnie nie ma różnicy muffiny czy cupcakes grunt że pysznie wyglada, a po Anodowy Naszyjnik koniecznie musze siegnać, szczegolnie ze mam teraz faze na kryminaly :)

dragonfly pisze...

Muffinki są dla mnie małe i eleganckie. Jak zobaczyłam jakiej wielkości są amerykańskie cupcakes w przeciętnej cukierni w NY (XXXXXLLL??), to...brr...odechciewa się jeść. Chociaz ciastko jest jakby to samo.

karoLina pisze...

Zay, ja kryminały uwielbiam, bo uważam, że dobrze mieć jakieś takie pewniaki, które trochę oczyszczą umysł między jednym a drugim poważnym dziełem, dla kogoś mogą to być romanse, a ja czytam akurat kryminały. A z tym dochodzeniem to przesadzasz, na szczęście dowód rzeczowy zniknął ;)

Anno Mario, też bym obstawiała, że cupcakes to amerykański wymysł, ale ciekawe co piszesz, że są teraz takie modne. W Polsce raczej królują muffiny (przynajmniej z nazwy). Mój zbiór "kwiatków" nie jest zbyt pokaźny, ale dotąd nie mogę otrząsnąć się z wrażenia po obejrzanym przed (bardzo) wielu laty filmie, gdzie "you are pulling my leg" przetłumaczono jako "pan mnie ciągnie za nogę" :)))

Majko, kto wie, może to jakieś astralne pokrewieństwo czy coś w tym rodzaju :) A nie piszę i nie odpisuję, bo postanowiłam trochę dać odpocząć oczom, a mój internet chyba wspomaga mnie w tym nawet bardziej niż bym chciała i działa najwyżej godzinę dziennie (albo wcale) i na przykład przez to zdążyłam wczoraj tylko z jednym komentarzem u Ciebie.

A muffinki można by jeszcze ulepszyć, zastanawiam się, czy nie fajniej byłoby wrzucić granat do ciasta, a czapeczkę polać czerwonym syropem jak w Twoim przepisie. Byłoby jeszcze bardziej zbrodniczo.

Zosik, hi, hi, a ja się zastanawiałam czy te trackbacki (a może to się zupełnie inaczej nazywa) działają, no i popatrz, jednak, skoro mnie nakryłaś. A chociaż musiałam rozważyć różne za i przeciw, bo ten projekt jest częściowo tajny ;) to ze względu na temat posta jednak zamierzałam się przyznać, tylko mi net padł i już wczoraj wieczorem nie zdołał powstać.

Aklat, w sumie trudno się nie zgodzić, najważniejsze, żeby było dobre :) A ja Marthy Grimes na pewno jeszcze będę szukać, bo mimo wszystko, ile razy można czytać te same książki Christie.

Dragonfly, mnie wielkość nigdy nie przerażała :) (chociaż ostatnio zaczyna, co uważam za kiepski objaw). Ale w Ameryce chyba wszystko jest wielkie, w każdym razie mam takie wrażenie po wypróbowaniu paru przepisów na ciastka z uwzględnieniem ilości sztuk, które z tego mają wyjść (przerażająco małej w stosunku do ilości ciasta).

Monika. L pisze...

To ja kryminały z drugiej ręki poproszę. Właśnie tak. I jeszcze z taką mufinką, to już mogę nawet zostać wierną czytelniczką ;)))

Pychota.
Bardzo mi się podobają.
Pozdrawiam
M.

Anna Maria pisze...

Ha, ha, nie wiem, czy lepsze to ciąganie za nogę, czy też "świątynie wokół głowy" (chodziło oczywiście o temples czyli skronia) z mojego zbiorka wpadek tłumaczy;-)
Cupcakes są teraz w UK szalenie modne, myślę, że w Pl muffinki nadal królują, bo pojawiły się niedawno, natomiast w UK znane są już od dawna.

Polka pisze...

:) Nie no żadne wyrabianie nie wchodzi w grę :) Mieszać krótko i delikatnie ;)
Wiesz co Karolina? A lubisz kryminały policyjne? Jak tak to mogę polecić dwóch pisarzy :)
Kwiatek z nogą jest po prostu genialny! :)
I muffina bym zjadła, oj zjadła...

Kredka pisze...

łaa.. klimatyczne. Ta puszysta czapeczka sprawia że robię się głodna..:D

Ania vel Vespertine pisze...

Można je nazwać "dyletanckie muffinki" :) ŁĄdnie brzmi!

Hi hi, nie chciałabym zjeść muffina, który był wcześniej "wyrabiany"... To byłby kamień!

PS B. fajny tytuł postu :)

viridianka pisze...

uwielbiam kryminały, moją ulubioną pisarką jest Katchy Reichs, dopiero na ostatnich wakacjach pokochałam Jej książki, dlatego Agathy Christie i Marthy Grimes nie znam... ale poznam, zapisuję ich nazwiska :)

a czy Twoja kuchnia po wydobywaniu ziarenek wyglądała prawdziwie jak po morderstwie? ;) moja zawsze tak wygląda - jak i przy drylowani wiśni :]

asieja pisze...

nigdy nie przeczytałam kryminału
upiekłam za to mnóstwo babeczek :-)

karoLina pisze...

Moniko, muffinkę odstąpię, na kryminały nie namawiam ;) Każdego kręci coś innego, chociaż trochę mnie zdziwił nie tyle nawet brak entuzjazmu dla tego niewymagającego gatunku, co ilość deklaracji, że nigdy się z kryminałem nie miało do czynienia.

Anno Mario, zdecydowanie temples to bardzo ładny okaz :) A z przewagą muffinek w Polsce (a przynajmniej z nazwy muffinek) jest pewnie tak jak mówisz. I łatwiej się tym posługiwać, bo wiadomo jak odmienić.

Polko, kryminały wolę takie "zwykłe" ale chętnie z Twoich rekomendacji skorzystam, bo niewymagającej rozrywki nigdy za wiele (hmm...)

Kredko, bardzo niebezpiecznie jest robić przegląd blogów, kiedy do jedzenia daleko. Chociaż ja zwykle popełniam ten błąd.

Aniu, "dyletanckie muffinki" brzmią cudownie, chyba będę musiała je jeszcze kiedyś popełnić. Ale, tak sobie pomyślałam, że muffinki o urodzie pocisków lepiej się nadają do popełnienia morderstwa ;)

Viri, nareszcie jakiś entuzjastyczny głos za kryminałami! A co do granatu, to postanowiłam zaniechać jakichś głupich, acz polecanych metod, w rodzaju walenia drewnianą łyżką, kiedy to niby wszystkie ziarna mają się wysypać, a zamias tego, tak jak piszesz, sok raźno tryska, tylko biorę dużą i głęboką miskę, myję rączki, zgniatam owoc i wszystko ładnie paluszkami daje się wydłubać :)

Asiejo, no tak, Twoje babeczki miałam okazję wielokrotnie podziwiać. A co do kryminałów – to już kwestia osobistych sympatii.

Bea pisze...

Hmmm... Nie wiem, czy marchewkowe muffinki przyszly by mi na mysl jako pierwsze, faktem jest jednak, ze mnie to jakos nie 'szokuje' zbytnio ;) Moze dlatego ze do szalenstwa kocham szwajcarskie ciasto marchewkowe (szwajcarskie! nie angielskie czy amerykanskie ;) to nasze jest lekkie i delikatne, jak dla mnie idealne :)).
Co do 'wyrabiania' jednak, to stanowczo - jak i Ty - zaprotestuje.
A bananowe muffinki z czapeczka bardzo chetnie kiedys popelnie :)

Pozdrawiam serdezcnie!

karoLina pisze...

Beo, ja się nawet tak minimalnie zawahałam, pytając o te marchwiowe muffinki, bo de facto sama je niedawno popełniłam, korzystając z przepisu Goś z, chyba styczniowej edycji, Weekendowej Cukierni. Ale tak naprawdę, tak jak te bananowe, one miały tylko kształt muffinek, choć nimi nie były. Jedno jest pewne - były pyszne :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...