wtorek, 27 kwietnia 2010

Nostalgia za zimą




Słupek rtęci na termometrze osiągnął wreszcie magiczną dwudziestkę, mogę więc sobie pozwolić na tekścik cokolwiek przewrotny. Pewnie niektórzy z Was wiedzą i pamiętają, o wygranej przeze mnie, w urodzinowym konkursie Anny Marii, książce Roast figs sugar snow, z budzącym duże nadzieję podtytułem Food to warm the soul Diany Henry. Otóż przesyłka do mnie dotarła, a ja entuzjastycznie ją kartkując, naglę zatęskniłam za zimą. Patrząc na zdjęcia w Roast figs... doszłam do wniosku, co piszę z całym przekonaniem, mając za oknem coraz bardziej zielone, a niektóre nadal kwitnące, drzewa, że zima nie ma nic wspólnego z marznącymi palcami i nosem, a istnieje jedynie po to, żebyśmy mogli zjeść pyszne rzeczy, które poleca Diana Henry i po to, żeby Jason Lowe mógł je (te pyszne rzeczy) i ją (zimę) sfotografować.

Ta książka, należy do tych, które cieszą, nawet jeśli nie chce się z nich gotować, a zaryzykowałabym nawet, że przepisy są miłym bonusem do całej reszty. Zimowe krajobrazy w skandynawskiej estetyce (chociaż potrawy wywodzą się także m.in. z Rosji, Gruzji, są też polskie akcenty), ascetyczne i chłodne, a jednak kojące, pojawiają się też nieodłączne w takich scenkach dzieci, maczające swe małe paluszki w tym i owym. Duży plus za rzecz czysto praktyczną – stopnie podawane są nie tylko w Fahrenheitach, ale też w Celsjuszach, a waga nie tylko w uncjach, ale także w gramach, a naprawdę nic nie irytuje tak, jak konieczność odnalezienie czegoś, gdzie można to poprzeliczać, w momencie kiedy obudziła się w was już domowa bogini, i nagle jest się zmuszonym porzucić nastrój romantycznego natchnienia na rzecz czynności godnych zwykłej podkuchennej.

Pierwszy przepis, który wypróbowałam, to obłędnie pachnące cynamonem muffinki, nietypowo mięciutkie i wilgotne, z przyjemnie szurającą między zębami cukrowo-orzechową posypką. Smak jabłek jest prawie niewyczuwalny, ale jeśli komuś na nim zależy, może po prostu wystarczy pokroić je grubiej. Są w każdym razie na tyle zniewalające, że chyba niepotrzebnie odmroziłam lodówkę, specjalnie po to, żeby nadwyżkę ciastek móc zamrozić.

Sprawdziłam już, czy w mojej ulubionej księgarni mają inną książkę Henry, Crazy Water, Pickled Lemons. Mają. Chwilowo jednak spróbuję zadowolić się wyłącznie tą wiedzą.

muffinki jabłkowe

Muffinki jabłkowe

14-16 sztuk*

nadzienie i posypka:

125 g pekanów, posiekanych (użyłam orzechów włoskich)
125 g brązowego cukru
1/2 łyżeczki cynamonu


Ciasto:

400 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
115 g masła
150 g brązowego cukru
1/2 łyżeczki cynamonu
szczypta soli
250 g drobno pokrojonych jabłek (ja starłam)
200 ml kwaśnej śmietany
25 ml pełnotłustego mleka
1 jajko


Wykonanie:
  1. Wszystkie składniki posypki wymieszać.
  2. Mąkę i proszek do pieczenia wsypać do miski, dodać masło i rozetrzeć z mąką na grudki.
  3. Wmieszać cukier, sól, cynamon i jabłka.
  4. Mleko, śmietaną i jajko wymieszać i dodać do ciasta. Wszystko dokładnie (ale krótko, tylko do połączenia się składników) wymieszać.
  5. Formę na muffinki wysmarować tłuszczem lub wyłożyć papierkami. Napełnić otworki do połowy, posypać posypką, nałożyć resztę ciasta i na wierzch nałożyć resztę posypki. To głównie od tej mieszaniny zależy, jak słodkie będą ciastka, więc sypcie według gustu. Piec 20 minut (ja piekłam ok. 30) w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.
*Robiłam z połowy porcji (podaję przepis na całość) i otrzymałam 13 muffinek, ale były raczej małe.

11 komentarzy:

Bea pisze...

A wiesz Karolino, ze to bardzo celne stwierdzenie, iz zima jest wlasnie po to, bysmy mogli jesc te wszystkie pyszne rzeczy? ;)
Zachecilas mnie do zobaczenia ksiazki, sprawdze czy maja ja moze w mojej ksiegarni (lubie przekartkowac zanim kupie ;) ).

Muffinki barrrdzo mi sie podobaja! Maz tez sie ucieszy, bo uwielbia wszystko co cynamonowe, nie tylko zima z reszta ;)

Pozdrawiam bardzo serdecznie!
I baaardzo slonecznie :)

Hazel pisze...

Najlepsze muffiny jakie w życiu jadłam. Idę sprawdzić czy na pewno wszystkie zamroziłaś.

Anna Maria pisze...

Cieszę się bardzo, że książka trafiła do osoby, która umie się nią delektować;-) Ja mam ją również, ale jeszcze nic robiłam (wiem, wstyd), natomiast przeglądałam - wielokrotnie;-)
Muffinki jednak zrobię.
Crazy Water... nie mam jeszcze, mam Cook Simple, którą kupiłam za grosze, ale jest to uboga krewna tych dwóch najwyżej cenionych książek Henry, raczej tylko dla osób bardzo niedoświadczonych w kuchni, i nie jest tak pięknie ilustrowana.
Wracając do Roast Figs..., to strasznie chciałabym spróbować Peasant Girls in the Mist (niektóre nazwy potraw są tak poetyczne).

Zosik pisze...

Wstrętna kusicielka. Ot co.

majka pisze...

"...a naprawdę nic nie irytuje tak, jak konieczność odnalezienie czegoś, gdzie można to poprzeliczać, w momencie kiedy obudziła się w was już domowa bogini, i nagle jest się zmuszonym porzucić nastrój romantycznego natchnienia na rzecz czynności godnych zwykłej podkuchennej..." - te kawalek tekstu rozbawil mnie do lez :))

A teraz przejdzmy do meritum :) Ksiazki niestety nie znam, czego ogromnie juz zaluje. A z tymi przepisami to mam podobnie. Przegladalam jakis czas temu jakas ksiazke kucharska i zachcialo mi sie wlasnie "zimowych" potraw. Jak to jest, ze wiosna tesknimy za zima a zima za wiosna? Poplatane to wszystko :))

Muffinki pyszne. Na jedna muffinke bym sie wprosila, gdyby choc jedna jeszcze zostala (bo przypuszczam, ze pozostalo juz po nich tylko wspomnienie:))

Tilianara pisze...

Czasem wiosną czy latem zdarzają się zimne dni, a wtedy takie muffinki pasują wspaniale ... a nostalgii za zimą wcale się nie dziwię, bo jak się patrzy na piękne śnieżne zdjęcia to czyż może być inaczej :)

majka pisze...

Zapomnialam wczoraj napisac, ze to ostatnie zdjecie ze slimakim jest re-we-la-cyj-ne! :))

Zaytoon pisze...

Ja tam za zimą nic a nic nie tęsknię.
Nie lubię.
Nie polubię.

A takie pyszności, przewrotnie, nawet latem można przygotować. ;))

Pozdrawiam! ;*

viridianka pisze...

'z przyjemnie szurającą między zębami cukrowo-orzechową posypką'
zdecydowanie fantastycznie to ujęłaś xD

ja tam zimę kocham, ale nie tęsknię, o nie. Teraz czekam z na lato, na wakacje, na truskawy... (:
byleby przetrwać te dwa miesiące.

karoLina pisze...

Beo, ja też lubię przekartkować zanim kupię, chociaż od czasu do czasu jestem gotowa zaryzykować. Fajnie, że muffinki przypadły Ci do gustu, u mnie przez trzy dni pachniało cynamonem, bo próbowałam zmiażdżyć laskę najpierw w prawie zabawkowym moździerzu, a potem młotkiem (nie całkiem się udało).

Hazel, szkoda, że nie załapię się na powtórkę w Twoim wykonaniu :)) A chociaż do mrożenia nie doszło to i tak, moim zdaniem, byłyśmy godnie podziwu wstrzemięźliwe.

Anno Mario, strasznie się cieszę, że książka trafiła właśnie do mnie, bo sama Henry pewnie bym prędko nie odkryła. Ja też zwróciłam uwagę na te "Wiejskie dziewczęta" i mało brakowało, a to od nich bym zaczęła.

Zosik, o to chyba chodzi w tej całej zabawie no nie? Ale w efekcie wyrzuty sumienia z powodu obżarstwa i tak mam tylko ja.

Majko, :))) Jak zwykle wracamy do smutnego stwierdzenia, że dobrze jest tylko tam, gdzie nas nie ma ;) Ale i tak zamierzam dalej wypróbowywać zimowe potrawy. A kiedy pisałaś ten komentarz to muffinka nawet jeszcze była, więc zjadłam ją w Twoim imieniu. A co do zdjęcia, to powiem nieskromnie, że to chyba najlepsze, jakie w życiu zrobiłam.

Tilinaro, to prawda, cała nadzieja w tych chłodniejszych dniach ;) A dla równowagi chyba muszę sprawić sobie książkę z pięknymi widokami lata.

Zay, ja zimę w teorii lubię, ale jak już nadchodzi zaczynam myśleć, w jaki sposób mogłabym ją spędzać w cieplejszym klimacie.

Viri, ja na te truskawy też czekam, a Ty szczęściara jesteś, że będziesz miała trzy miesiące wakacji. Eh, to były czasy...

Olciaky pisze...

Ostatnie zdjęcie jest zdjęciem tygodnia.
Super!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...