niedziela, 20 września 2009

Sezon jesień/zima 2009/2010 w mojej kuchni


Zupa cebulowa

Wrześniowe magazyny dla kobiet, w jeszcze większej części niż zwykle, składają się ze zdjęć chudych i bladych modelek, odzianych w to, co zdaniem kilku osób, powinni nosić wszyscy. Przynajmniej, jeżeli aspirują do jakiegoś poziomu. A ja, naiwna ofiara konsumpcyjnego stylu życia, uwielbiam to oglądać, przewracać kartki tam i z powrotem, starając się ułożyć jak najkrótszą listę tego, co chciałabym mieć.

Jeżeli jeszcze nie wiecie, uprzejmie informuję, że w tym sezonie, z zaledwie niewielkimi modyfikacjami, modne jest to, co zwykle, wkażdym razie zwykle od kilku lat. Asymetria, greckie drapowania, zwierzęce wzory, błyskotki, mundurki, motywy rosyjskie.

Jest to chyba oczywiste, ale czy świadomie zastanawialiście się kiedyś, że to, co jemy, też podlega modom?

Kiedy byłam dzieckiem, popularny niedzielny obiadek składał się z pieczonego kurczaka, ziemniaczków i sałaty (masłowej!) ze śmietaną. Pamiętacie? Później śmietana zaczęła pojawiać się równie często, jak sos vinegret z torebki. Trzy łyżki oleju, trzy wody, wymieszać, polać, wymieszać. A potem pojawiła się oliwa z oliwek. Po pewnym czasie okazało się, że koniecznie extra vergine i do tego niezbędny jest ocet balsamico. Wymieszać, doprawić, a otrzyma się pyszny i zdrowy sos do mieszanki sałat lub sałaty lodowej.

Niby ciągle można by przyrządzić taką masłową ze śmietaną, ale dzisiaj wydaje mi się to bardzo ekstrawaganckim pomysłem, a spróbowanie tego dania wymagałoby sporej odwagi.

Kilkakrotnie natrafiłam już na różnych guru od gotowania, którzy mówili, co zdaniem kulinarnych autorytetów, albo może tylko ich samych, dokładnie nie pamiętam, obecnie modnie wkładać do garnka i wykładać na talerz.

Pomyślałam, właściwie, ciekawy pomysł. Żeby nauczyć się czegoś nowego. Częściej jeść to, co lubię. Zmusić (o tak!) do gotowania zdrowiej. Postanowiłam jednak sama być swoim guru i tak powstała poniższa lista . Kulinarną czernią tej jesieni i zimy będą:

jabłka
kasze
kurczak (wszystko, tylko nie filet!)
kuchnia rosyjska
zupy

Zacznę od zupy. Jest naprawdę przepyszna. Dotychczas kawałki cebuli pływające w bulionie nie wydawały mi się zbyt apetyczne i zupę cebulową jadałam i gotowałam jedynie w wersji miksowanej. Dla tego przepisu robię wyjątek. Planowałam część zamrozić, na jakąś chwilę lenistwa, ale się nie udało. Czy jako zachęta wystarczy, jeśli napiszę, że jadłam ją trzy dni pod rząd?

Zupa cebulowa

Zupa cebulowa
przepis według tej strony

Składniki:
(dla 4 osób)

4-5 dużych cebul (białe lub czerwone, lub pół na pół – ja tak zrobiłam)
2-4 gałązki świeżego tymianku (dałam suszony)
3-5 listków laurowych
3-5 ząbków czosnku (nie dałam)
sól, pieprz
2-3 łyżki mąki
1-2 filiżanki (cups) wina*
8 uncji bulionu wołowego (moim zdaniem ok. 1,25 l, dałam warzywny)

do grzanek: bułka, żółty ser


*Spór białe czy czerwone trwa. Miałam czerwone i takie dałam.

Wykonanie:
  1. Cebulę posiekać, ogólnie rzecz biorąc, na takie kawałki, jakie macie ochotę jeść. Na ogniu rozgrzać sporą łyżkę masła, wrzucić cebulę, tymianek, liście laurowe. Nie mieszać, aż do momentu, kiedy cebula stanie się szklista. Dodać czosnek. Smażyć, już mieszając, dalej, jeżeli coś się lekko przypali, to nawet lepiej, skarmelizowane części nadadzą zupie smak. Dodać sól i pieprz.
  2. Nalać wino, gotować do momentu, aż prawie wyparuje. Jeżeli używaliśmy świeżych ziół, wyjąć je z cebuli. Posypać ok. 2 łyżkami mąki, wymieszać, gotować chwilę, aż mąka się wchłonie i straci surowy smak. Jeżeli jest to konieczne, można trochę rozprowadzić bulionem. Dodać resztę bulionu, gotować 20-30 min. bez przykrycia. Część płynu powinna wyparować, a zupa zgęstnieć. Jeżeli uznamy to za wskazane, dodać jeszcze trochę mąki, pamiętając, by rozprowadzić ja wcześniej w odrobinie wody lub bulionu.
  3. Bułkę pokroić w kromki, położyć na nie po plasterku sera. Zupę rozlać do miseczek, na każdej położyć po grzance (lub więcej, w zależności od wielkości grzanek i miseczek), zapiec w piekarniku, aż ser się rozpuści i zacznie bąbelkować. Można to też zrobić w mikrofalówce. Jak widać na zdjęciu, ja grzanki zrobiłam osobno, ale nie polecam, bo bułka za mało potem nasiąkała zupą.

Zupa cebulowa

środa, 16 września 2009

This is no shape for a girl


Sałatka z gruszką, rukolą, orzechami i serem z niebieską pleśnią
źródło: The Golden Age of Advertising – 60's, wyd. Taschen

Dzisiaj wstępu właściwie nie będzie, chociaż miał być, ale postanowiłam nie być taka ambitna. Na początek rzucam Wam tylko taki reklamowy smaczek, ale po więcej reklamowych smaczków odeślę do osoby, która zna się na tym lepiej niż ja, chociaż kwalifikacje, zważywszy na moje wykształcenie, niby jakieś mam. Jednak mój dyplom i umiejętności, które poświadcza, spokojnie pokrywają się kurzem, a ja wolę zajmować się gotowaniem. Oczywiście, nie wyłącznie ;)

Wpis z dedykacją specjalną dla Piany, chwilowo zamiast bakłażana. Chociaż ten jej post wrześniowy, to nie najszczęśliwszy, jeśli ma się z nim do czynienia w okolicach bloga o gotowaniu. Dobrze, że zrobiłam sałatkę, a nie jakieś ciacho z kremem...

A jak chcecie zaspokoić Waszą ciekawość, jaki jest ten odpowiedni kształt dla dziewczyny, to tutaj. I to akurat, zupełnie przypadkowo, jest bardzo wrześniowego wpisu à propos.

Sałatka z gruszką, rukolą, orzechami i serem z niebieską pleśnią

Sałatka z gruszką, rukolą, orzechami i serem

Składniki:

dla każdej osoby:
garść rukoli
pół niedużej gruszki
ok. 30 g sera z niebieską pleśnią
kilka orzechów włoskich (u mnie ze 4)
płaska łyżka cukru


Sos:
(na jakieś 4-6 porcji)

4 łyżki oliwy
1 łyżka octu balsamico
łyżeczka musztardy
sól, pieprz (nie za dużo)


Wykonanie:
  1. Cukier skarmelizować, zdjąć z ognia, wrzucić do niego orzechy, dobrze wymieszać, żeby dokładnie pokryły się karmelem, wylać na papier do pieczenia lub natłuszczoną folię. Chociaż to dla lodówki niezdrowe, ja od razu tam masę włożyłam, żeby szybciej zastygło. Kiedy stwardnieje, posiekać. Okruszki karmelu, bez orzechów, też są do wykorzystania.
  2. Rukolę opłukać, dobrze osuszyć, bo nie ma nic gorszego, niż sałata pływająca w wodzie. Ser pokroić. Gruszkę (ja nie obierałam) pokroić na plasterki lub półplasterki, zależy jaka była duża.
  3. Składniki sosu wymieszać, najłatwiej w słoiku lub trzepaczką, wlać na dno miski, w której będzie mieszana sałatka, na sos wyłożyć wszystkie składniki. Wymieszać, pamiętając o złotej zasadzie: mało sosu, dużo mieszania. Dobre z chlebem razowym.

Sałatka z gruszką, rukolą, orzechami i serem z niebieską pleśnią

poniedziałek, 14 września 2009

Lewy foka szot wybieraj, klar na pokładzie, a w kambuzie...




Dobrze jest być znowu w domu. Napić się herbaty ze swojego kubka, wziąć niekończący się prysznic, a potem zasnąć we własnej pościeli.

Zwykle przez ostatnie dni wakacji (ilość dni proporcjonalna do długości wyjazdu) myślę o tym, co zrobię, jak już będę z powrotem. Gdzie pójdę. Co zjem. Co kupię. Z kim się spotkam. Co przeczytam.

Jednak zawsze w tej ostatniej chwili, kiedy plecak jest już spakowany, kiedy rzucam ostatnie spojrzenie na wysprzątany pokój (a w tym wypadku łódkę), zaczynam tęsknić, za tym, co zostawiam.

Czego mi będzie brakować, po mazurskim rejsie? Szumu wody (oczywiście!), który usypia do snu, kiedy nie wieje i przeszkadza spać, kiedy fale uderzają o burty, wydając niepokojące odgłosy. Wiatru, który zwykle jest za słaby, lub za mocny, prawie nigdy w sam raz, chociaż ciągle nie potrafię rozpoznać, skąd właściwie wieje, mimo znanych co najmniej czterech sposobów (cóż, najpewniejszy i najłatwiejszy – na dym z papierosa, ale ja nie palę). Nielubianego zrzucania żagli i składania masztu przed każdym kanałem (kanały łaczą poszczególne jeziora). Prysznica, z którego gwałtownie przestaje lecieć woda, kiedy kończy się opłaconych 5, 7 czy 10 minut. Nie, to nie wybór, długość zawsze jest narzucona, tylko zależna od kei. Codziennego cumowania, zawsze nieco niepokojącego, uda się tym razem, czy się nie uda bez problemów? (Nasza załoga nie była zbyt doświadczona). Wieczornego siedzenia w porcie i słuchania szant, śpiewanych przy dźwiękach gitary na innych łódkach i zgadywania, ile już ta wesoła załoga ma na pokładzie pustych butelek...

Już nie mogę doczekać się powtórki.

Słowniczek trudniejszych wyrazów:
kambuz – kuchnia pokładowa
keja – port

klar na pokładzie (robić) – porządek
lewy foka szot wybieraj – fok to jest ten mały żagiel z przodu. Kiedy robi się zwrot (czyli zmienia kierunek), to trzeba ten żagielek przerzucić na drugą stronę dziobu. A robi się to za pomocą jednej z dwóch lin do niego przytwierdzonych, czyli szotów. Czyli, mniej tajemniczo, znaczy to: ciągnij za linę przyczepioną z lewej strony żagla.

Tydzień temu też jeszcze większości z tego nie wiedziałam ;)

Makaron z tuńczykiem i serem z niebieską pleśnią

Makaron z tuńczykiem i serem z niebieską pleśnią
Skrzętnie odnotowuję, że potrawę wykonała Joasia, ale pomysł częściowo był mój.

Składniki:
dla 3 osób, bardzo wygłodniałych po całodziennym żeglowaniu

300 g makaronu
2 puszki tuńczyka w oleju
100 g sera z niebieską pleśnią
sól, pieprz, zioła prowansalskie


Wykonanie:
  1. Makaron ugotować według przepisu na opakowaniu.
  2. Olej z tuńczyka (wystarczy z jednej puszki, ale z dwóch też nie jest za dużo) rozgrzać, wrzucić rybę, podsmażyć, dodać zioła, pieprz. Ostrożnie z solą, bo ser jest słony.
  3. Ser byle jak pokroić, dodać do tuńczyka, poczekać, aż się rozpuści.
  4. Na patelnię wrzucić odcedzony makaron, wymieszać, rozłożyć na talerze (na łódce miseczki praktyczniejsze). Danie szybkie i proste, idealnie dopasowane do warunków, ale tak dobre, że powtórki będą także na lądzie.











środa, 9 września 2009

Waniliowe jajka przyprawione szczyptą absurdu


Waniliowe jajko na miękko

SYRENA POŁUDNIA

Jej oczy pozbawione są może wyrazu, szczególnie po usmażeniu. Jakimż jednak przysmakiem bywa dobrze odżywiona Syrena Południa o delikatnym mięsie, królowa stołu, chluba jezior. Przy odrobinie szczęścia można ją spotkać wszędzie, acz subtelna Syrena Południa, ów prawdziwy smakołyk, jest rzadkością nie lada. Najznakomitsze okazy pływają w Wielkich Jeziorach Buttes-Chaumont i lasku Bulońskiego. Syrena Południa waży zwykle pięćdziesiąt cztery kilo i jest w niczym niepodobna do innych syren. Ma smukłe ciało, kształtną głowę i spiczasty nosek. Jej sukienka w kratę jest gładka i miękka jak skóra. Dodajmy do tego cieniutkie, szlachetne łuski, za którymi przepadają kucharze. Z Syreną Południa nic się równać nie może.

A oto przepis:

Syrenę Południa uśpić, naszpikować gotowanymi truflami i położyć na pokrojonych warzywach. Dodać masła, przyprawić, obłożyć cienkimi plastrami słoniny i dolać czerwonego bordeaux do połowy garnka. Gotować dziesięć minut. Odcedzić udko. Rozprowadzić zasmażkę, zagęścić i na małym ogniu smażyć udko w zasmażce przez dwadzieścia minut. Podawać z przybraniem w formie czterech majorów (po dwóch z każdej strony), dekorowanych truflami z Périgord. Marsowy efekt podkreślamy, garnirując wiarusów potrawką z mlecza, trufli i grzybów. Danie wyborne i wytworne.
Za wielki rarytas uchodzi Syrena Południa duszona w białym winie. Niektórzy smakosze wolą ją jednak w wywarze, podaną z garnizonem angielskim lub szwajcarskim. Zgodnie z prawem Archimedesa, Syrenę faszerować na wysokości bluzki. Uważać na głowę, by zachowała naturalny kształt. Syrena Południa uszlachetnia wszystkie sosy. Znakomicie smakuje przyrumieniona na rożnie i podawana z potrawką z uszu białych myszek. Jest też świetna na niebiesko: skropiona gorącymi łzami, podlana dobrym burgundem i uduszona w pachnących oparach cebuli, pietruszki, szałwi, szczypiorku, tymianku, estragonu oraz liści laurowych.
Gdy tłuściutka, żywiołowa i młodzieńcza Syrena Południa jest w pełnym rozkwicie, najlepiej smakuje usmażona pod warstwą artystycznie przyrumienionej pietruszki.
Syrenę marynowaną w orleańskim różowym occie winnym, z dodatkiem tymianku, gałki muszkatałowej i liścia laurowego, kokieteryjnie obtoczyć w mące i rzucić na rozgrzaną patelnię. Podsmażoną, wrzucić do szamba i panierować, by każdy sznycel zrumienił się na złoto.
Posypana drobną solą, zdobna siemieniem i jajkiem, Syrena Południa wspaniale prezentuje się pod kopułą z pietruszki.

Delektujcie się Syreną Południa, rozkoszujcie jej wybornym ciałem, kamratem białego sauterna. Jeśli jednak chcecie trawić spokojnie, nie patrzcie jej w oczy. Po usmażeniu przesłonił je złoty całun, a ich tajemniczy wyraz budzi wspomnienie przejmujących i mglistych spojrzeń mumii faraonów. Dajcie raczej na mszę za spokój jej duszy. A przy okazji i swojej.

(Roland Topor, Księżniczka Angina)

Kiedy czytaliście ten przydługi i absurdalny wstęp (a także, kiedy będziecie czytać resztę tego posta), ja pływam sobie po mazurskich jeziorach. Jednak to wcale nie w związku z wodą i tym, co można w niej złowić, naraziłam Was na poznanie tajników przygotowania Syreny Południa. Ten tekst ma ścisły związek z dzisiejszym przepisem, ale o tym będzie nieco później, bo zacznę jednak właśnie od dzisiejszego przepisu, a właściwie od tego, jak na niego trafiłam.

Na wielu blogach napotkałam pochwały Michela Roux i jego książki, pod nieskomplikowanym tytułem, „Jajka”, której polski wydawca uznał za słuszne nadać mylący podtytuł „130 prostych przepisów”. Postanowiłam więc sprawdzić, co właściwie w tym dziele jest specjalnego. W poszukiwaniach obleciałam wszystkie księgarnie w okolicy, ale w końcu się udało. Oczarowana szatą graficzną w moim ulubionym stylu, niestety, rzadko spotykaną w polskich publikacjach kulinarnych, i zachęcona niewielką ceną (tym razem dla wydawcy brawo, że darował sobie twardą okładkę), książkę kupiłam, prawie nie zwracając uwagi, czy treść w ogóle jest tego warta.

A jest. Chociaż nie wszystkie przepisy są tak proste, jak sugeruje podtytuł, to jednak zaczyna się rzeczywiście od podstaw. W ten sposób i ja postanowiłam rozpocząć moją przygodę z panem Roux i na początek wybrałam coś, co właściwie w ogóle nie wymaga przepisu, a jednak, to danie znane w każdym polskim domu, potrafiło zaskoczyć. Mesdames et Messieurs:

Waniliowe jajko na miękko

Waniliowe jajka na miękko z karmelem i bułką maślaną
(nie, nie zapomniałam o tym wstępie, ale to będzie jeszcze za chwilę)

Składniki:
(4 osoby)

4 jajka
laska wanilii, przecięta wzdłuż
100g cukru
łyżeczka soku cytryny
4 kromki bułki maślanej


Wykonanie:
  1. Jajka wraz z laską wanilii włożyć do szczelnego pojemnika. Odstawić na 24 godziny do lodówki, zapach wanilii przeniknie przez skorupki.
  2. Przygotować sos karmelowy: cukier podgrzewać w garnku, aż zmieni barwę na złotą, zdjąć z gazu i dolać 100 ml wrzącej wody (to ważne, bo inaczej karmel się zestali) oraz sok z cytryny. Pogotować 2-3 min., aż sos osiągnie konsystencję syropu. Zeskrobać do niego parę ziarenek wanilii, dodać trochę soli. Przelać do małego dzbanuszka i trzymać w temperaturze pokojowej.
  3. Bułkę opiec w tosterze (piekarniku, na patelni), pokroić w słupki. Trzymać w cieple.
  4. Jajka przełożyć do garnka, zalać zimną wodą. Kiedy woda zacznie wrzeć, przeczytać na głos tekst przepisu na Syrenę Południa*. Jajka zdjąć z ognia, zalać zimną wodą (żeby dało się ich dotyknąć i przełożyć), wytrzeć, włożyć do kieliszków na jajka.
  5. Jajka jeść łyżeczką, dodając do nich po parę kropel karmelu; słupki bułki maczać w jajku.
*rzeczywiście to zrobiłam :) Dość szybkie czytanie trwa ok. 2,5 min. Jest to dobry czas na ugotowanie jajka. Najtrudniej było mi określić moment, kiedy woda naprawdę wrze i należy zacząć czytanie. Jeżeli Waszym zdaniem lekko płynne białko nie szkodzi (bo po 2,5 żółtko też zaczyna się nieznacznie ścinać, ale z tej strony, gdzie białka jest z kolei trochę więcej, nadal pozostaje troszkę płynne) skorzystajcie z rady Michela i gotujcie je od 1,5 do 2 min.

Waniliowe jajko na miękko

Waniliowe jajko na miękko

środa, 2 września 2009

Ciasteczko na wrzesień


Ciasteczka z groszkami czekoladowymi

Jak wszystko, co jest małą wersją czegoś większego, to stwierdzone naukowo!, wzbudzają sympatię i powodują, że ma się ochotę po prostu je... zjeść.

Ciasteczka. Bardzo je lubię, ale robię rzadko, bo te najlulubieńsze są raczej pracochłonne. Są też bardzo nieekonomiczne, bo zjada się je jakby przypadkiem, przechodząc przez kuchnię w celu zrobienia herbatki, poszukiwań gazety, nożyczek, czy z jakiegoś innego ważnego powodu. A jak się zje jedno, to właściwie tak, jakby się nie zjadło żadnego. I z tym przekonaniem można chrupać każde kolejne.

Ale co tam, mimo wszystkich ich wad, lecz przecież trudniej darzyć sympatią coś doskonałego, postanowiłam stworzyć sobie pretekst, by robić je częściej. Na słodki początek każdego miesiąca, a w najbliższym czasie, takie pozytywne rozpoczęcia na pewno się przydadzą, będę prezentować Wam kolejny przepis.

Ciasteczkowemu cyklowi groziło przesunięcie na październik, bo efekt estetyczny wybranych na wrzesień Chocolate Chip Cookies nie był zadawalający. Jednak, ponieważ zgodnie z ciasteczkową logiką, kolejne sztuki znikały z szybkością, która dobrze świadczy o ich smaku, a nieco gorzej o naszym łakomstwie, ewentualne uchybienia w wyglądzie zostały nadrobione.

Chocolate Chip Cookies to dla mnie najbardziej amerykańskie z ciasteczek. To chyba nimi objadał (obrzucał) się Ciasteczkowy Potwór z Ulicy Sezamkowej? Więc będą na wrzesień, jako symbol słodkiej satysfakcji, że do szkoły już iść nie musimy, ale z wielu uroków dzieciństwa korzystać można nadal.

A dzisiejszy program sponsorowały literki M i K (bo M i K piekły ciasteczka) oraz liczba 12 (bo tyle ich wyszło).

Ciasteczka z groszkami czekoladowymi

Ciasteczka z groszkami czekoladowymi

Chocolate Chip Cookies przepis z Joy of baking

Składniki:
(na 4 tuziny, ja piekłam z połowy porcji)

226 g masła
150 g (3/4 szkl.) białego cukru
160g (3/4 szkl.) brązowego cukru
2 jajka
1 ½ łyżeczki ekstraktu waniliowego (dałam cukier waniliowy)
295 g (2 ¼ szkl.) mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
½ łyżeczki soli
270g (1 ½ szkl.) groszków czekoladowych*
ewentualnie 100g (1 szkl.) posiekanych orzechów włoskich lub pekanów


Wykonanie:
  1. Masło ubić mikserem, dodać biały i brązowy cukier, a następnie wbijać po jednym jajku. Dodać wanilię.
  2. W drugiej misce wymieszać resztę składników (oprócz groszków i orzechów), dosypywać stopniowo do maślano-cukrowo-jajecznej mieszanki. Najłatwiej wymieszać ciasto za pomocą miksera. Dodać groszki i orzechy. Jeżeli masa jest rzadka, wstawić na pół godziny do lodówki.
  3. Piekarnik nagrzać do 190 stopni C. Na formę, wyłożoną papierem do pieczenia, kłaść, za pomocą łyżki do lodów lub dwóch zwykłych łyżek, kupki ciasta. Odpowiednia ilość na jedno ciasteczko to ok. dwóch PŁASKICH** łyżek.
  4. Ciastka piec 12-14 minut, bądź do czasu, kiedy mają rumiany kolor i lekko złote brzegi.
  5. Dobra wiadomość: ciasto można zamrozić. Należy wyłożyć porcje na papier do pieczenia i tak włożyć do zamrażarki. Kiedy już będą zmrożone, można przełożyć je do woreczka i upiec, kiedy ma się na to ochotę. Czas pieczenia trzeba wtedy trochę wydłużyć.
*ja groszków nie dostałam, ale że bardzo chciałam mieć, to wykonałam samodzielnie. Jednak raczej nie polecam, bo właściwie całe się rozpłynęły, efekty na zdjęciach, dlatego jeżeli nie dostaniecie gotowych, to lepiej po prostu pokroić czekoladę, bo efekt końcowy będzie ten sam.

**pamiętając o tym, że amerykańskie ciastka mają być duże, dałam ok. dwóch bardzo kopiastych łyżek, co spowodowało, że ciastka zrobiły się o wiele większe niż przewidywałam i zlały się ze sobą. Jeżeli jednak rzeczywiście dacie 2 płaskie łyżki, to powinna Wam wyjść dokładnie taka ilość ciastek, jaką przewiduje przepis. Nie spłaszczajcie kupek, bo zrobią to i tak same, więc należy pamiętać o zostawieniu sporej ilości miejsca pomiędzy ciastkami. Prawdopodobnie zrobią się bardziej płaskie, niż byście tego chcieli ale i tak są pyszne :)

Ciasteczka z groszkami czekoladowymi

niedziela, 30 sierpnia 2009

Jak spędzić wakacje w Wielkim Mieście. Atrakcje (nie tylko) kulinarne



Wakacje w mieście to coś dla mnie. Oczywiście, jak większość, nierozsądnie tęsknię za plażą i nawet teraz z radością wybrałabym się nad morze, ale zdaję sobie sprawę, że kiedy już tam się znajdę, smażenie się na słońcu szybko mi się nudzi, jest mi za gorąco, a postępy w opaleniźnie, w moim wypadku zawsze niewielkie i zbyt wolne, nieodłącznie wiążą się z czarnymi myślami o raku skóry. Słuchanie o „animacji w hotelu” (a o tym właśnie wczoraj, wracając pociągiem z Warszawy, słuchałam, w wykonaniu szczęśliwych uczestniczek wakacji all inclusive w Egipcie) wywołuje we mnie dreszcze, a co dopiero myśl, że mogłabym w takiej „animacji” uczestniczyć.

W stan wakacyjnej euforii wprowadza mnie włóczenie się po nieznanych ulicach i metodyczne zaliczanie kolejnych punktów z przewodnika oraz równie ciekawych punktów w przewodniku niewymienionych, na które natrafiam, kiedy mam problem z dotarciem do tych wymienionych. A kiedy już mnie to zmęczy, mogę bez żalu zrezygnować z tych atrakcji, które jeszcze pozostały i leżeć pół dnia w łóżku albo siąść w parku i gapić się przed siebie, podgryzając to, co akurat jest lokalnym odpowiednikiem obwarzanka i cieszyć się, że tam jestem i już nic nie muszę.


Jednak nawet w tym systemie rzadko pozostaje czas na jeszcze coś, co uwielbiam. Kiczowate rozrywki. Prawdopodobnie do nadania im tej nazwy natchnęła mnie Nigella Lawson swoim kiczowatym jedzeniem. Zasada jest, w pewnym sensie, ta sama. Co to więc jest kiczowata rozrywka? Chodzi o coś takiego, co każdy turysta musi zaliczyć, bo bez tego pobyt by się nie udał. Wjazd na Wieżę Eiffla tak, ale zwiedzanie Luwru nie. Mam nadzieję, że wiecie, jaka jest różnica. Nie chciałabym, żebyście odnieśli wrażenie, że dystansując się od Wieży Eiffla stawiam się ponad zwykłym turystą, ale ustanowienie dla takich rzeczy specjalnej kategorii dodaje im jeszcze uroku.

Ostatnie kilka dni (a pierwsze dni mojego urlopu tego lata!) spędziłam u siostry w Warszawie. M. przez większość dnia była zajęta, miałam więc czas tylko dla siebie. Warszawy nie znam może bardzo dobrze, ale byłam tam już wystarczającą liczbę razy, żeby zaliczyć większość obowiązkowych punktów, teraz mogłam już pójść tylko tam, gdzie naprawdę chciałam. I w ten sposób pierwszym punktem na mojej mapie zwiedzania miasta stał się

Starbucks



Jako kulinarna (choć nie tylko) fashion victim, nie mogłam sobie odmówić przyjemności wypicia kawy z kubka podpisanego moim imieniem. Miałam już okazję doświadczyć tego szczęścia, ale w podłym lokalu, na równie podłym, jak, moim zdaniem, prawie wszystkie, dworcu kolejowym w innym Wielkim Mieście. Mało to było spektakularne.

W Warszawie wszystko odbyło się jak trzeba. W środku kawiarni jest czysto i przyjemnie jak w McDonald'sie. Są darmowe serwetki, słomki i mieszadełka, brązowy cukier w saszetkach i parę innych gadżetów, do pobrania na pamiątkę. Wzięłam ulotkę, cukier i serwetkę. Do sesji, oczywiście. Jest i wielka tablica, pozorująca troskę o środowisko („nie zanieczyszczaj planety, przynieś własny kubek”). Kawa oczywiście nie lepsza niż gdzie indziej, ale i tak pyszna. Pełna satysfakcja.

Starbucks Coffee
ul. Nowy Świat 62


Oczywiście na mojej liście znalazła się też

Zygmuntówka

Dla tych, co jeszcze nie wiedzą to: „nowe ciastko warszawskie”. Składa się z kruchego ciasta z płatkami migdałowymi, czekoladowego musu, konfitury żurawinowej, bitej śmietany, a wszystko to przykryte jest kapeluszem z bezy, która mnie osobiście kojarzy się z koroną króla Zygmunta III. Brzmi pysznie? Dodam jeszcze, że ciastko w drodze na szczyty pokonało o wiele więcej kandydatów, niż szwedzki pretendent do polskiego tronu.

O tej jednak sztuce, którą mnie zaserwowano, dobrego można powiedzieć niewiele, począwszy od tego, że ze wszystkich ciastek w szklanej witrynce cukierni NOVA, Zygmuntówki wyglądały na najbardziej zmięte i zdecydowanie przedwczorajsze. Już pierwszy kęs utwierdził mnie, że istotnie tak było. Ciasto było gumowate i rozmiękłe, warstwy nadzienia jakieś takie zmieszane, kształtniejszą bezę chyba nawet ja potrafiłabym zrobić. No przykro mi, tak było. Niech Was nie zwiedzie, że na zdjęciu wygląda dobrze. Może miałam pecha, bo potencjał przecież jest. Niedosyt pozostał, więc chyba zdecyduję się kiedyś zrobić ją samodzielnie.

Cukiernia NOVA W. Teledziński
ul. Krakowskie Przedmieście 41


Tu znajdziecie przepis na Zygmuntówkę, a podsumowanie Weekendowej Cukierni, w ramach której kiedyś była pieczona i linki do dobrych rad dziewczyn, jak zrobić, żeby wyszło jak należy, na Around the Kitchen Table.

Nie były to jedyne kiczowate kulinarne rozrywki, jakie udało mi się zaliczyć, jednak pozostałych można doświadczyć wszędzie, więc może będzie o tym innym razem. Jeżeli chcielibyście się pobawić pozakulinarnie, zawsze dobrym wyborem są: przejażdżka metrem bez celu, wjazd na Pałac Kultury i wizyta w Złotych Tarasach.

Chciałabym Was uspokoić (?), że moja wizyta w stolicy miała również poważniejsze i bardziej wartościowe (?) punkty, ale po co o tym pisać, skoro znajdziecie je w każdym przewodniku.

A na koniec – przepis, sypana szarlotka, którą M. upiekła na moje powitanie (hmm, liczyłam na to). Przepis za Pinkcake


Szarlotka sypana

Składniki:

1 szkl. mąki
1 szkl. kaszy manny
1 szkl. cukru (naszym zdaniem to jednak trochę za dużo)
1 łyżeczka proszku do pieczenia (niekoniecznie)


4 jabłka (w wersji M. mieszane jabłka, gruszki, maliny)
pół kostki zmrożonej margaryny (podejrzewam, że M. dała jednak masło)


Wszystkie składniki suche wymieszać, połowę wysypać na formę, na to zetrzeć jabłka, posypać drugą częścią mieszanki. Zetrzeć margarynę. Piec 25 minut w 180 stopniach C. Idealne do wyjadania mimochodem, łyżką prosto z formy. Uwaga, bo znika nie wiadomo kiedy.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Niby-bułeczki z budyniem i rodzynkami (wersja dla leniwych)


bułeczki z budyniem i rodzynkami

Właściwie wcale nie lubię robić ciasta drożdżowego.

Nie, nie. To jednak nie tak.

Lubię łamać drożdże i robić rozczyn. Patrzeć jak rośnie i zastanawiać się po raz kolejny, czy dobry jest dopiero kiedy opadnie, czy wtedy właśnie już do niczego się nie nadaje. Mój rozczyn nigdy nie opada, brak mi cierpliwości, by tyle czekać. No i nie chcę ryzykować.

Lubię podjadać kogel-mogel. Wdychać zapach wanilii, nawet sztucznej, skórki cytrynowej i topiącego się masła. Przesypywać wszystkie składniki do dużej miski i wykonywać pierwsze zamieszanie drewnianą łyżką.

Nie lubię: ciasta za paznokciami. Długiego wyrabiania, kiedy miska nie chce trzymać się blatu. Pobrudzonej bluzki, kiedy jak zwykle zapomnę włożyć fartuszka. Dalszego wyrabiania w coraz gorętszej kuchni (ogrzewanej za pomocą zapalonego kuchenkowego palnika), bo przecież ciasto musi mieć ciepło, żeby ładnie wyrosło. Zastanawiania się, czy już wystarczy tego wyrabiania i odpowiadania sobie, że jeszcze nie.

Lubię: rozdrabniać palcami kruszonkę i podjadać ją na surowo. Czuć zapach pracujących drożdży i obserwować, jak ciasto puchnie. Wkładać je do piekarnika, bo wtedy zaczyna pachnieć jeszcze piękniej i patrzeć jak jest go jeszcze więcej. No i jeść, tylko tyle wystudzone, by się nie poparzyć.

Jakiś czas temu moja mama kupiła magiczną miskę do robienia ciasta drożdżowego. Jest to zwykła plastikowa miska ze szczelną przykrywką, którą wkłada się do ciepłej wody, żeby ciasto szybciej rosło. Jej magia polega na tym, że pozwala ominąć tę część, której najbardziej nie lubię: wyrabianie. Wystarczy zamieszać łyżką wszystkie składniki, a potem tylko ciastem w misce trząść, od czasu do czasu szpatułką odklejając je od ścianek. Nie będę Was oszukiwać: to ciasto nie jest tak samo dobre jak to, wyrabiane tradycyjnie, ale jest wystarczająco dobre, by warto go było robić. I nie trzeba zagniatać.

Nie tak dawno Liska zaprezentowała mini pains aux raisins, które bardzo lubię i na które pewnego niedzielnego poranka nabrałam nagłej ochoty. Miałam jednak tylko dwie godziny do dyspozycji i niechęć do trzymania się instrukcji, więc stworzyłam własną, leniwą, miskową wersję, zresztą inspirowaną innym przepisem z White Plate, znacznie mniej wymagającą, która z pierwowzorem ma tyle wspólnego, że nadzienie stanowią budyń i rodzynki. Tu jest zawarty drugi element lenistwa, bo budyń zrobiłam z paczki. Wstyd powiedzieć, ale problemem nie było nawet samodzielnie zrobienie go, ale przekartkowanie zeszytu, w poszukiwaniu dobrego budyniowego przepisu. Mimo tych drobnych szwindli, bułeczki wyszły naprawdę pyszne, a o tym, że nie było to tylko moje zdanie, świadczyła szybko opróżniająca się blacha.

bułeczki z budyniem i rodzynkami

Leniwe niby-bułeczki z budyniem i rodzynkami

Składniki:

Ciasto:
3 szklanki mąki
50 g drożdży
1 jajko i 1 żółtko
4 łyżki cukru
łyżeczka cukru waniliowego
4 łyżki oleju lub rozpuszczonego masła
250 ml ciepłego mleka


Nadzienie:
1 budyń waniliowy w proszku (i trochę mniejsza, niż w przepisie na opakowaniu, ilość mleka)
opcjonalnie: 2 żółtka, kawałek masła
mała paczka rodzynek (albo więcej, w zależności od Waszej dla nich sympatii)


Polewa:
50 g cukru pudru
60 ml wody

Wykonanie:

Podaję przepis, jak zrobić ciasto bez miski, ale jak najmniejszym wysiłkiem.
  1. Przygotować ciasto: wszystkie składniki, oprócz mąki wymieszać trzepaczką, dolać do mąki i wymieszać łyżką, a następnie zagniatać, aż ciasto przestanie się kleić i zacznie odstawać od ścianek miski. Ciasto jest dość luźne, więc konieczne może być dodanie większej ilości mąki. Jeżeli chcecie, możecie zrobić z drożdży rozczyn, ale wtedy będzie to wersja bardziej pracowita (drożdże rozetrzeć z połową mleka, łyżeczką cukru i taką ilością mąki, żeby masa miała konsystencję gęstej śmietany. Przykryć ściereczką, odstawić, poczekać 15-20 min. aż urośnie. Dodać do mąki razem z resztą składników i postępować zgodnie z przepisem). Ciasto posypać mąką, przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia, powinno podwoić swoją objętość.
  2. Ugotować budyń według wskazówek na opakowaniu, ale dodając trochę mniej mleka. Po zdjęciu z ognia wmieszać masło, a potem żółtka. Ja użyłam dużego budyniu, na 3 szklanki mleka, ale i tak jak na moje potrzeby było go trochę za mało. Niewątpliwie przyczynił się do tego fakt, że sporo z siostrą, w tak zwanym międzyczasie, wyjadłyśmy, ale tak czy inaczej, następnym razem wezmę dwa. Z wykorzystaniem ewentualnej nadwyżki nie powinno być problemu.
  3. Ciasto zagnieść, żeby wypuścić z niego powietrze i ponownie zostawić do wyrośnięcia. Jeżeli chcecie mieć bułeczki bardzo leniwe, ewentualnie można opuścić drugie wyrastanie, ale ma to wpływ na smak. Następnie podzielić ciasto na dwie części, jedną rozwałkować na prostokąt mniej więcej 25x40 cm. Na prostokącie rozłożyć połowę budyniu, dokładnie do wszystkich krawędzi (z wyjątkiem tej, która będzie dołem bułeczki), bo inaczej zewnętrzne bułeczki będą bez masy. Posypać rodzynkami na tyle hojnie, na ile kto lubi i zawinąć. Z rulonika powinno wyjść 12 bułeczek. Najlepiej osiągnąć dokładnie taką ilość dzieląc rulon nożem na dwa, znowu na dwa, a potem każdą małą cześć na trzy. Każdą bułeczkę ułożyć nadzieniem pionowo na blasze, wysmarowanej masłem lub wyłożonej papierem do pieczenia. Tak samo postąpić z drugim kawałkiem ciasta. 24 kawałki to powierzchnia dużej, prostokątnej blachy, więc żeby nie pomylić się w układaniu najlepiej na początek zrobić dwa rządki 4x6 bułeczek, a potem do każdego rządku dokładać bułek.
  4. Odstawić do wyrośnięcia na ok. 1/2 godziny.
  5. Piec ok. 30 min. w 180 stopniach Celcjusza albo do momentu, kiedy patyczek wbity w ciasto wychodzi suchy.
  6. Z cukru i wody ugotować syrop (czyli po prostu chwilę je razem pogotować), troszkę ostudzić. Polać również lekko przestudzone bułeczki. Nie chciało mi się sprawdzić w odpowiednim czasie z przepisem, kiedy należy tym syropem polać i polałam bułeczki przed upieczeniem, więc efekt nie był ten, którego oczekiwałam (czyli lepkość), ale przynajmniej nie trzeba było czekać, aż wszystko poprzestyga i pozastyga :)

bułeczki z budyniem i rodzynkami