
Marzenie o upieczeniu prawdziwego chleba, z rumianą, chrupiącą skórką i puszystym miąższem z uwięzionymi bąbelkami powietrza, towarzyszyło mi chyba od czasu, kiedy w ogóle zaczęłam gotować.

Składniki:
400 g mąki
3 g drożdży
350 ml wody
2 łyżeczki soli
Wykonanie:
Pierwszy samodzielny chleb, który pamiętam, upiekłam wspólnie z tatą, z przepisu z Kuchni polskiej. Ciekawe, czy oprócz mnie, ktoś jeszcze to sobie przypomina? Miał nieco zbyt spieczoną skórkę, ale był całkiem smaczny.
Zaczęłam też kolekcjonować wszystkie przepisy na chleb, które udało mi się znaleźć. Nie szukałam ich specjalnie, ale wszystko na temat pieczywa, co wpadło mi w ręce, uważnie czytałam, niektóre artykuły zachowywałam, a inne tylko starałam się zapamiętać.
Studia te były prowadzone oczywiście w celu upieczenia bochenka idealnego, więc z niespecjalnie dużą, ale jednak pewną regularnością, przez okres pewnie kilkunastu (a 10 to już na pewno) lat podejmowałam takie próby. Większości nie można nazwać zupełnie nieudanymi, bo upieczone przeze mnie chleby były jadalne, czasem nawet całkiem smaczne, ale miały dwie wady: nie wyglądały jak chleb i nie smakowały jak chleb.
Jakiś czas temu u Liski pojawił się wpis dotyczący nowej, rewolucyjnej metody pieczenia chleba. A efekt miał być oszałamiający. Eksperyment wymagał poświęcenia jedynie kwadransa faktycznej działalności twórczej i niecałego pół kilo mąki.
Po raz pierwszy w życiu z pieca wyciągnęłam chleb marzeń. Tak. Wyglądał jak chleb i smakował jak chleb. Chyba ciężko mi będzie wypróbować jakieś przepisy nie opierające się na tej metodzie, bo to ideał zarówno dla leniwych, jak i początkujących. Dotychczas robiłam go dwa razy i za każdym razem był dokładnie taki, jak powinien. Jednak on również ma, niestety, dwie wady: przygotowanie wymaga przestrzegania przynajmniej podstawowych zasad BHP (żeliwne naczynie, w którym piecze się chleb, po nagrzaniu w piekarniku jest naprawdę bardzo gorące), a z tym bywa ciężko, ale i tak mam szczęście, że moją rękę zdobi tylko jedno malutkie oparzenie. A ta druga wada? Zjada się go znacznie więcej niż chleba z piekarni. Ale, trawestując kultową cytatę: Nothing is perfect.
PS Ciasteczka na styczeń oczywiście będą, ale ponieważ ostatnio były właściwie same ciasteczkowe przepisy, postanowiłam ich premierę trochę przesunąć.
Zaczęłam też kolekcjonować wszystkie przepisy na chleb, które udało mi się znaleźć. Nie szukałam ich specjalnie, ale wszystko na temat pieczywa, co wpadło mi w ręce, uważnie czytałam, niektóre artykuły zachowywałam, a inne tylko starałam się zapamiętać.
Studia te były prowadzone oczywiście w celu upieczenia bochenka idealnego, więc z niespecjalnie dużą, ale jednak pewną regularnością, przez okres pewnie kilkunastu (a 10 to już na pewno) lat podejmowałam takie próby. Większości nie można nazwać zupełnie nieudanymi, bo upieczone przeze mnie chleby były jadalne, czasem nawet całkiem smaczne, ale miały dwie wady: nie wyglądały jak chleb i nie smakowały jak chleb.
Jakiś czas temu u Liski pojawił się wpis dotyczący nowej, rewolucyjnej metody pieczenia chleba. A efekt miał być oszałamiający. Eksperyment wymagał poświęcenia jedynie kwadransa faktycznej działalności twórczej i niecałego pół kilo mąki.
Po raz pierwszy w życiu z pieca wyciągnęłam chleb marzeń. Tak. Wyglądał jak chleb i smakował jak chleb. Chyba ciężko mi będzie wypróbować jakieś przepisy nie opierające się na tej metodzie, bo to ideał zarówno dla leniwych, jak i początkujących. Dotychczas robiłam go dwa razy i za każdym razem był dokładnie taki, jak powinien. Jednak on również ma, niestety, dwie wady: przygotowanie wymaga przestrzegania przynajmniej podstawowych zasad BHP (żeliwne naczynie, w którym piecze się chleb, po nagrzaniu w piekarniku jest naprawdę bardzo gorące), a z tym bywa ciężko, ale i tak mam szczęście, że moją rękę zdobi tylko jedno malutkie oparzenie. A ta druga wada? Zjada się go znacznie więcej niż chleba z piekarni. Ale, trawestując kultową cytatę: Nothing is perfect.
PS Ciasteczka na styczeń oczywiście będą, ale ponieważ ostatnio były właściwie same ciasteczkowe przepisy, postanowiłam ich premierę trochę przesunąć.

Chleb metodą Jima Lahey'a
(Opisuję tak, jak ja to robiłam. Więcej wskazówek na White plate)Składniki:
400 g mąki
3 g drożdży
350 ml wody
2 łyżeczki soli
Wykonanie:
- Mąkę wsypać do sporej miski, dodać sól. Drożdże rozpuścić w ciepłej wodzie, mieszaninę dolać do mąki, mieszać łyżką 20 sekund. Ja rozumiem to tak: aż składniki się połączą. Przykryć ściereczką i zostawić w temperaturze pokojowej na 12-18 godzin.
- Po tym czasie przełożyć ciasto na stolnicę, obficie posypaną mąką (ciasto jest bardzo lepiące), z wierzchu również obficie posypać mąką i rozwałkować na kwadrat o boku 35 cm (ale oczywiście bez przesady z dokładnością), złożyć na 4 (czyli na kwadrat o boku 18 cm). Jeszcze raz obficie posypać mąką, przykryć ściereczką i zostawić na godzinę do wyrośnięcia.
- Piekarnik rozgrzać do 225 stopni. W piekarniku (jeszcze zimnym) umieścić żeliwne naczynie z pokrywką i pozwolić, by się nagrzało.
- Nagrzane naczynie wyjąć z piekarnia i przełożyć do niego wyrośnięte ciasto, przykryć pokrywką, z powrotem umieścić w piekarniku. Po dwudziestu minutach przykrywkę usunąć i dopiekać jeszcze 10-20 minut, aż skorka będzie rumiana.
- Wyjąć z piekarnika, wyjąkać "wow" i chwycić za nóż, by przekonać się, czy środek jest równie spektakularny. Albo po prostu wystudzić na kuchennej kratce.
















