Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cebula. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cebula. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 maja 2010

Ciasteczko na maj




Jednym z ulubionych dań mojego Taty jest chleb z pomidorem, cebulką, solą i pieprzem. Kiedy więc kilka lat temu wpadliśmy na pomysł, że idealnym prezentem dla niego będzie elektryczny młynek do pieprzu, a wymyślenie odpowiedniego prezentu nie jest wcale takie proste, nie mogliśmy tak łatwo odpuścić. „Kilka lat temu” brzmi niby całkiem jeszcze nowożytnie, ale dostanie odpowiedniego młynka okazało się wcale skomplikowane (teraz i owszem, jest to łatwe i to za rozsądną cenę), na szczęście w końcu natrafiliśmy na coś w miarę sensownego. Pewne wątpliwości wzbudził tylko fakt, że sprzęt był marki Peugeot. Zaryzykowaliśmy jednak i młynek służy nam do dzisiaj.

Teraz wykonujemy małą wycieczkę w czasie i lądujemy w okolicach lutego tego roku, kiedy na urodziny J. sprawiła mi pasjonującą książkę Bryana Bruce’a „Historia smaku”. Jest równie wciągająca jak kryminał, a do tego, ma nad nim pewną przewagę. Swojego czasu do moich nałogów należało czytanie zakończeń książek praktycznie na początku lektury, jak tylko zdołałam się zorientować, o co właściwie chodzi. Udało mi się z tego wyleczyć, ale jak wiadomo, nałogowcem pozostaje się przez całe życie, można najwyżej odstawić swoją używkę. Czytając „Historię smaku” mogłam nie tracąc nic z napięcia budowanego przez autora bezkarnie wybiegać kartki i rozdziały na przód, chcąc szybciej się dowiedzieć, co będzie dalej, co sprawiło mi dużą dodatkową przyjemność.

A jaki to ma związek z elektrycznym młynkiem? Otóż, na stronie 57, prawdziwie podekscytowana wyczytałam: Młynek do pieprzu został wynaleziony w 1842 roku przez Jeana-Fédérica i Jeana-Pierre’a Peugeot – braci, którzy później stali się sławni dzięki produkcji samochodów. Produkowali jeszcze różne inne rzeczy, piłę do drewna i sprężyny do zegarków, ale pierwszym sukcesem był młynek do kawy, na którego podstawie wyprodukowano potem młynek do pieprzu. Muszę powiedzieć, że naprawdę mnie uspokoiło, że młynek, który kiedyś zakupiłam, nie jest odrzutem produkcyjnym, ale dumą firmy Peugeot.

Dzisiejsze ciasteczka będą więc oczywiście z pieprzem, i nie lekceważcie tego, że należy dać go naprawdę dużo, bo mnie zadrżała ręka i przez to wypiek okazał się nieco mdły. Przepis pochodzi z książki Małgorzaty Musierowicz „Całuski pani Darling”, ale dlaczego nosi nazwę „Ciasteczka Ksantypy” zachowam dla siebie, jak ktoś jest ciekawy, to niech sam poszpera, czego nie piszę przez złośliwość, bardziej już może z tego powodu, że wpis jest wystarczająco długi, ale przede wszystkim dlatego, że takie samodzielne odkrycia dostarczają wiele radości.



Ciasteczka Ksantypy

Składniki:

½ kostki smalcu (dałam masło)
czubata szklanka mąki
czubata szklanka maku
2 cebule (obrane, drobno starte, troszkę odciśnięte – przepuściłam przez malakser, ale i tak nie udało mi się uniknąć łez)
2 jajka + jedno do smarowania ciastek
2 dkg drożdży, roztarte z 2 łyżkami letniej wody
sól, pieprz, kminek


Wykonanie:

  1. Wszystkie składniki (oprócz kminku) zagnieść. Z ciasta utoczyć wałeczki grube na dwa palce i pokroić ukośnie jak kopytka. Położyć na wyłożoną pergaminem blachę, posmarować jajkiem (porządnie, bo nie będą rumiane), posypać pieprzem i kminkiem (ja nie przepadam za kminkiem, więc dodatkowo posypałam makiem).
  2. Piec na rumiany kolor w 180 stopniach.

środa, 21 października 2009

Rozgrzewająca zupa indyjska


rozgrzewająca zupa indyjska

Zaczęło się na dobre. To już nie jest ta krygująca się jesień, co jeszcze trochę poświeci słoneczkiem, podroczy się zimnym porankiem, ale w dzień temperatura jest prawie letnia i zabrany na wszelki wypadek sweter tylko przeszkadza. Teraz już nie. Powietrze jest wilgotne i pełne zapachu butwiejących liści. Może i ma to swój urok, ale na pewno nie wtedy, kiedy trzeba rano wstać i w tym mglistym chłodzie się zanurzyć. A kiedy wraca się z tego szarego, przejmującego zimna, wszystko na co ma się ochotę, to talerz gorącej zupy. Gotowanie jej zaraz po powrocie jest jednak tak odpychające, że już lepiej chwycić kawałek bułki z byle czym, zalać herbatę i szybko wkraść się pod koc. Lepiej więc przygotować zupę dzień wcześniej.

Z tej zupy jestem bardzo dumna, bo wymyśliłam ją sama, w pamięci mając smaki i zapachy indyjskiej restauracji, w której kiedyś pracowałam. Po pewnym czasie poszłam do krakowskiej restauracji indyjskiej, gdzie zaserwowali... moją zupę. Chyba więc uzyskałam efekt, o który chodziło. Oczywiście, jak większość domowych potraw, składniki zwykle dobieram na oko, chociaż proporcje są mniej więcej takie, jak podałam, ale możecie je zmienić zgodnie z własnymi upodobaniami czy poeksperymentować z przyprawami. Niezależnie jednak od tego, ile czego wezmę, zupy zawsze wychodzi cały gar, ale to właściwie nie szkodzi, bo można zamrozić na chwilę, kiedy akurat nie chce Wam się gotować. Jest gęsta i rozgrzewająca, idealna na jesień i zimę, może stanowić właściwie cały zdrowy obiad, o ile przewidzicie jeszcze jakiś deser. Jeżeli widzę tu jakiś mankament, to obierania i krojenia jest sporo, za czym nie przepadam, ale zawsze można spróbować potraktować te czynności jako kuchenną psychoterapię.

jesień o poranku

Zupa indyjska

Składniki:
(ok. 6 porcji)

2 marchewki
2 cebule
4 ziemniaki
1 spora łyżka garam masali (ja dorzucam czasem dodatkowo trochę kuminu i kolendry)
8 łyżek czerwonej soczewicy
olej, masło lub ghee
bulion warzywny


Wykonanie:
  1. Warzywa obrać i pokroić na dość małe, ale niekoniecznie regularne, części.
  2. Na patelni rozgrzać ok. 2 łyżek oleju z łyżką masła, do jeszcze zimnego tłuszczu wrzucić garam masalę i ewentualnie resztę przypraw, chwilę posmażyć. Następnie dorzucić warzywa, dokładnie zamieszać, żeby pokryły się przyprawami. Smażyć chwilę, mieszając od czasu do czasu. Warzywa przełożyć do garnka po czym zalać taką ilością bulionu, żeby pokrył warzywa. Patelnię również zalać niewielką ilością wody, żeby odzyskać przyprawy, które do niej przywarły, płyn dolać do garnka. Gotować ok. 30 minut.
  3. Osobno ugotować w osolonej wodzie soczewicę . Trwa to jakieś 10 min. Odcedzić.
  4. Do miękkich warzyw dorzucić 1/3-1/2 soczewicy, zmiksować. Jeżeli zupa będzie za gęsta, dolać trochę wody, w razie potrzeby dosolić. Jeśli nie macie zamiaru jej jeść tego samego dnia, z dolewaniem wody poczekajcie do podawania, bo po leżakowaniu całą noc, dodatek wody i tak pewnie będzie konieczny.
  5. Nakładać porcje do miseczek, każdą udekorować łyżką odłożonej soczewicy. Podawać z chlebem (rzecz jasna, najlepiej indyjskim).

rozgrzewająca zupa indyjska
Jesienny poranek w drodze do pracy. Czasem nie bywa aż tak źle.

niedziela, 20 września 2009

Sezon jesień/zima 2009/2010 w mojej kuchni


Zupa cebulowa

Wrześniowe magazyny dla kobiet, w jeszcze większej części niż zwykle, składają się ze zdjęć chudych i bladych modelek, odzianych w to, co zdaniem kilku osób, powinni nosić wszyscy. Przynajmniej, jeżeli aspirują do jakiegoś poziomu. A ja, naiwna ofiara konsumpcyjnego stylu życia, uwielbiam to oglądać, przewracać kartki tam i z powrotem, starając się ułożyć jak najkrótszą listę tego, co chciałabym mieć.

Jeżeli jeszcze nie wiecie, uprzejmie informuję, że w tym sezonie, z zaledwie niewielkimi modyfikacjami, modne jest to, co zwykle, wkażdym razie zwykle od kilku lat. Asymetria, greckie drapowania, zwierzęce wzory, błyskotki, mundurki, motywy rosyjskie.

Jest to chyba oczywiste, ale czy świadomie zastanawialiście się kiedyś, że to, co jemy, też podlega modom?

Kiedy byłam dzieckiem, popularny niedzielny obiadek składał się z pieczonego kurczaka, ziemniaczków i sałaty (masłowej!) ze śmietaną. Pamiętacie? Później śmietana zaczęła pojawiać się równie często, jak sos vinegret z torebki. Trzy łyżki oleju, trzy wody, wymieszać, polać, wymieszać. A potem pojawiła się oliwa z oliwek. Po pewnym czasie okazało się, że koniecznie extra vergine i do tego niezbędny jest ocet balsamico. Wymieszać, doprawić, a otrzyma się pyszny i zdrowy sos do mieszanki sałat lub sałaty lodowej.

Niby ciągle można by przyrządzić taką masłową ze śmietaną, ale dzisiaj wydaje mi się to bardzo ekstrawaganckim pomysłem, a spróbowanie tego dania wymagałoby sporej odwagi.

Kilkakrotnie natrafiłam już na różnych guru od gotowania, którzy mówili, co zdaniem kulinarnych autorytetów, albo może tylko ich samych, dokładnie nie pamiętam, obecnie modnie wkładać do garnka i wykładać na talerz.

Pomyślałam, właściwie, ciekawy pomysł. Żeby nauczyć się czegoś nowego. Częściej jeść to, co lubię. Zmusić (o tak!) do gotowania zdrowiej. Postanowiłam jednak sama być swoim guru i tak powstała poniższa lista . Kulinarną czernią tej jesieni i zimy będą:

jabłka
kasze
kurczak (wszystko, tylko nie filet!)
kuchnia rosyjska
zupy

Zacznę od zupy. Jest naprawdę przepyszna. Dotychczas kawałki cebuli pływające w bulionie nie wydawały mi się zbyt apetyczne i zupę cebulową jadałam i gotowałam jedynie w wersji miksowanej. Dla tego przepisu robię wyjątek. Planowałam część zamrozić, na jakąś chwilę lenistwa, ale się nie udało. Czy jako zachęta wystarczy, jeśli napiszę, że jadłam ją trzy dni pod rząd?

Zupa cebulowa

Zupa cebulowa
przepis według tej strony

Składniki:
(dla 4 osób)

4-5 dużych cebul (białe lub czerwone, lub pół na pół – ja tak zrobiłam)
2-4 gałązki świeżego tymianku (dałam suszony)
3-5 listków laurowych
3-5 ząbków czosnku (nie dałam)
sól, pieprz
2-3 łyżki mąki
1-2 filiżanki (cups) wina*
8 uncji bulionu wołowego (moim zdaniem ok. 1,25 l, dałam warzywny)

do grzanek: bułka, żółty ser


*Spór białe czy czerwone trwa. Miałam czerwone i takie dałam.

Wykonanie:
  1. Cebulę posiekać, ogólnie rzecz biorąc, na takie kawałki, jakie macie ochotę jeść. Na ogniu rozgrzać sporą łyżkę masła, wrzucić cebulę, tymianek, liście laurowe. Nie mieszać, aż do momentu, kiedy cebula stanie się szklista. Dodać czosnek. Smażyć, już mieszając, dalej, jeżeli coś się lekko przypali, to nawet lepiej, skarmelizowane części nadadzą zupie smak. Dodać sól i pieprz.
  2. Nalać wino, gotować do momentu, aż prawie wyparuje. Jeżeli używaliśmy świeżych ziół, wyjąć je z cebuli. Posypać ok. 2 łyżkami mąki, wymieszać, gotować chwilę, aż mąka się wchłonie i straci surowy smak. Jeżeli jest to konieczne, można trochę rozprowadzić bulionem. Dodać resztę bulionu, gotować 20-30 min. bez przykrycia. Część płynu powinna wyparować, a zupa zgęstnieć. Jeżeli uznamy to za wskazane, dodać jeszcze trochę mąki, pamiętając, by rozprowadzić ja wcześniej w odrobinie wody lub bulionu.
  3. Bułkę pokroić w kromki, położyć na nie po plasterku sera. Zupę rozlać do miseczek, na każdej położyć po grzance (lub więcej, w zależności od wielkości grzanek i miseczek), zapiec w piekarniku, aż ser się rozpuści i zacznie bąbelkować. Można to też zrobić w mikrofalówce. Jak widać na zdjęciu, ja grzanki zrobiłam osobno, ale nie polecam, bo bułka za mało potem nasiąkała zupą.

Zupa cebulowa