Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kruche ciasto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kruche ciasto. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 kwietnia 2010

Kwietniowe truskawki




Właśnie pojawiły się na straganach i w warzywniakach. Najbardziej wytrawni sprzedawcy stosują wobec nich prostą socjotechniczną sztuczkę: 5, a nawet 4 zł widoczne z daleka. Z bliska widać jeszcze, że to za pół kilo. W supermarkecie sprzedawane są w tych nieekologicznych plastikowych pudełeczkach, które starają się ukryć, że to 5 zł to za 250 g. A chociaż śliczne i rumiane jak prawdziwe, to jednak w smaku są marnym ersatzem. Cóż z tego, skoro każdy po raz kolejny z radością się nabiera, piszcząc z zachwytu, że to przecież pierwsze w tym roku. Kwietniowe truskawki.

Wszystko byłoby bardzo pięknie, gdyby nie to, że, przynajmniej w moim przypadku, jest to kompletna nieprawda, ale pomyślałam, że zabrzmi dobrze na początek. Dotychczas nigdy ich nie kupowałam, wolałam poczekać jeszcze ten miesiąc, kiedy bez uprzedniego znieczulania swoich kubków smakowych owocami nagrzanymi hiszpańską lampą szklarniową, naprawdę będę mogła ucieszyć się, nawet jeszcze trochę zieloną, ale najpyszniejszą na świecie polską truskawką.

W tym roku wszystko potoczyło się trochę inaczej. Najpierw kupiła je mama. Pachniały obłędnie, ale smakowały, no w ogóle nie bardzo smakowały. Mimo tego moja wyobraźnia zaczęła pracować i stworzyła właśnie takie sobie babeczki, nie jakieś nadzwyczajnie pomysłowe ani wyrafinowane, ale jednak wymagające obecności truskawki i z jakiegoś powodu z nimi nie chciałam poczekać jeszcze miesiąca. Kupiłam więc truskawki i ja. Skoro już je miałam, nie mogłam się jednak powstrzymać i jedna prosto z sitka wskoczyła mi mimochodem do buzi. I całkiem dobra była. Podobnie jak moje babeczki, takie na dwa kęsy, (pozornie) leciutkie i odświeżająco słodkie, pozostawiające po sobie miłe uczucie niedosytu, miłe, bo zaraz można próbować je usunąć, uspokajając się, że skoro taka mała, to kolejna nie zaszkodzi. A poza tym, one są w końcu z truskawkami, pierwszymi w tym roku, jeśli to nie jest dobra okazja, żeby sobie trochę odpuścić, to która jest?



Babeczki truskawkowe
12 sztuk

Ciasto:

1 szklanka mąki
2 łyżki cukru pudru
100 g masła
szczypta soli
2 łyżki zimnej wody

Nadzienie:

250 g mascarpone + 3 łyżki cukru pudru

kilka truskawek, kilka fig (u mnie 3, ale duże)
2 łyżki cukru
1 łyżeczka cukru waniliowego

Wykonanie:
  1. Mąkę, cukier puder, sól i masło posiekać. Dodać wodę i szybko zagnieść. Schłodzić w lodówce (ok. 1 godziny). Rozwałkować ciasto na posypanej mąką stolnicy, niezbyt cienko, i wykrawać krążki nieco większe od średnicy foremek (góry foremek, ja użyłam blachy do muffinek). Krążki wkładać w nienasmarowane foremki i piec ok. 20 min. w 180 stopniach.
  2. Figi zalać pół szklanki wody, dodać 2 łyżki cukru i cukier waniliowy, zagotować i pozostawić na ogniu jeszcze 10 minut. Wyjąc figi, a syrop gotować jeszcze chwilę, aż trochę zgęstnieje. Ostudzić.
  3. Mascarpone wymieszać z cukrem, rozłożyć do wystudzonych babeczek. Udekorować cząstkami truskawek i pokrojonymi figami. Skropić syropem. Podawać natychmiast, chociaż jakiś czas w lodówce też wytrzymają. Tak sobie myślę, że gotowane figi można też dać na dół babeczek, przykryć serkiem i na to położyć truskawki.

środa, 15 lipca 2009

Blueberry pie




Niby można by napisać „ciasto jagodowe”, ale to jednak zupełnie nie to samo. Tak jak „apple pie” nie jest szarlotką. Blueberry pie to staroświeckie, okrągłe ciasto z jagodowym nadzieniem schowanym między dwoma kruchymi warstwami. Kojarzy mi się z filmami, na przykład adaptacjami książek Lucy Maud Montgomery, gdzie dziecięcy bohaterowie spędzają wakacje biegając po lasach i łąkach. A w porze podwieczorku czeka na nich mama lub babcia z domowym ciastem, które ukoi ich wszystkie smutki. Na przykład z blueberry pie.

Przepis, który proponuję, jest bardzo prosty, ciekawostka to dodatek do nadzienia cynamonu oraz... gałki muszkatałowej. Ich lekko ostry smak jest wyraźnie wyczuwalny, spróbujcie jednak zapytać, nawet kulinarnie uświadomioną osobę, co konkretnie czuje, a raczej nie otrzymacie dobrej odpowiedzi. Największą jednak zaletą blueberry pie jest cudowny, jagodowy zapach, wypełniający kuchnię podczas pieczenia. I jeszcze jedno – nie trzeba czekać, aż całkiem wystygnie, bo najpyszniejsze jest jeszcze lekko ciepłe, najlepiej z dodatkiem lodów waniliowych.




Składniki:
przepis pochodzi ze strony blueberry-recipe.com
(ilości bardzo nieznacznie zmodyfikowane w porównaniu do oryginału)


Ciasto:
2 szklanki mąki
2/3 szklanki masła*
4-5 łyżek bardzo zimnej wody
szczypta soli


Nadzienie:
2/3 szklanki cukru
2 łyżki mąki
¼ łyżeczki cynamonu
1/2 łyżeczki gałki muszkatałowej
500g jagód (a tak naprawdę między 400 a 450, odejmując to, co wyjadłam w międzyczasie)

*u mnie to było 3/4 kostki. Jeżeli jednak chcecie, żeby Wasze pie miało jeszcze więcej staroświeckiego uroku, należy to zrobić tak: nalać do szklanki zimną wodę, odlać 2/3 i małymi kawałeczkami wrzucać masło, aż woda z powrotem wróci do brzegu szklanki. Wypróbowałam, ale radzę wziąć większe naczynie z podziałką i z niego odlać ilość odpowiadającą 2/3 szklanki, ponieważ przy tym stosunku masła do wody będziecie je musieli do tej szklanki wpychać, a to dość kłopotliwe.

Przygotowanie:
  1. W mąkę z dodatkiem soli wgnieść widelcem lub wsiekać nożem tyle masła, ile się da. Do mikstury wlać 3-4 łyżki wody i szybko zagnieść ciasto, jeśli to konieczne, dolać jeszcze wody.
  2. Ciasto podzielić na dwie nierówne połowy. Większą rozwałkować na koło o średnicy mniej więcej 30 cm (oczywiście zależy od wielkości formy, u mnie miała jakieś 23 czy 24 cm) i przełożyć do wysmarowanej masłem formy. Mniejszą połowę rozwałkować na wielkość formy i obydwie części włożyć do lodówki na co najmniej pół godziny. Mniejszy okrąg położyłam na desce do krojenia, inna opcja to większy talerz. Oczywiście można ciasto najpierw schłodzić, a potem wałkować, ale idea jest taka, żeby do piekarnika szło tak zimne, jak to możliwe, więc moim zdaniem lepiej się sprawdza pierwsza metoda.
  3. Wszystkie składniki nadzienia wymieszać i wyłożyć na schłodzone ciasto. Przykryć drugim okręgiem, zagiąć na niego boki pierwszego i dokładnie docisnąć np. widelcem, w cieście nie powinno być żadnych dziur ani pęknięć, bo to co nimi wypłynie, prawdopodobnie się przypali. Nie stresujcie się jednak za bardzo, u mnie dziury były, co jest dobrze widoczne na zdjęciach, a przypalone kawałki można od reszty odłupać. Żeby było całkiem jak na amerykańskim filmie, pośrodku ciasta zrobiłam cztery podłużne nacięcia (ma to swoje uzasadnienie – daje miejsce do ujścia parze, czyli inaczej rzecz ujmując, wodzie z owoców).
  4. Piec w 180 st. C. przez około 50 minut (Ja piekłam godzinę).