Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasteczko na.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasteczko na.... Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 września 2010

36 ciasteczek



Kolejne podsumowanie przede mną: we wrześniu mija rok, od kiedy zaczęłam cykl ciasteczka na każdy miesiąc. Od początku przewidziałam te prezentacje na rok i poczułam się nawet zaskoczona, kiedy siostra, której o tym powiedziałam, nieco się zdziwiła, bo rzeczywiście, ten temat można ciągnąć w nieskończoność. Postanowiłam jednak nie zmieniać zdania, bo przyjemna zabawa, poprzez brak ograniczenia czasowego, mogłaby się zmienić w nieznośny obowiązek. Oczywiście, może już nie tak regularnie, ale nadal będę piec ciasteczka i dzielić się z Wami efektami.

Pomyślałam sobie, że odpowiednim zakończeniem byłoby to, od czego zaczęłam, cookies z czekoladowymi groszkami. Wszystkie przepisy jakie znalazłam były jednak zbyt podobne do tego pierwszego, a jedyny niepodobny, zbyt skomplikowany (ale interesujący, więc może kiedyś... przepis tutaj). Dzisiejsze cookies różnią się znacznie od wersji klasycznej, ale smak wynagradza brak poszanowania dla tradycji.

To z pewnością jedne z najlepszych ciastek jakie jadłam w ogóle i najlepsze czekoladowe, jakie udało mi się zrobić... Są jak awangardowe czekoladowe perfumy, łącząc w sobie nuty, których, jak by się wydawało, połączyć się nie da: pierwsze dochodzi do głosu doskonale kruche i maślane ciasteczko, żeby po chwili ustąpić idealnemu czekoladowemu ciastu w miniaturze: chrupiąca warstwa na zewnątrz, ciągnąca i wilgotna w środku. A kiedy się wydaje, że to już wszystko, niespodziewanie na języku pojawia się sól, która nie tylko nie przeszkadza, ale to właśnie ona sprawia, że te ciastka uzależniają. Czekoladoholicy, miejcie się na baczności!

Jak łatwo policzyć, cykl nie obejmował 36 przepisów, a o co chodzi, dowiedziecie się jeszcze trochę niżej. Przypominam też o konkursie, który trwa jeszcze do środy!







Czekoladowe cookies
przepis Pierre'a Hermé, wypatrzony na blogu mojej kuzynki

Składniki:

180 g mąki

1/2 łyżeczki sody
1/2 łyżeczki kwiatu soli (o którym już było tutaj i dzięki interwencji aż dwóch miłych osób mam go teraz na własność)
150 g cukru brązowego
20 g cukru białego (dałam w całości biały)
150 g masła
30 g kakao
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (dałam cukier waniliowy)
150 g gorzkiej czekolady, pokrojonej na małe kawałki

Wykonanie:
  1. Wymieszać mąkę, sodę, kwiat soli, kakao i czekoladę.
  2. W drugiej miseczce zmiksować masło i dodać do niego cukier oraz ekstrakt waniliowy. Następnie dodać pozostałe składniki i razem zmiksować. Moim zdaniem, na tym etapie lepiej zagnieść ciasto ręką.
  3. Z ciasta zrobić dwa wałeczki o średnicy 4-5 cm, owinąć w folię i włożyć do lodówki na 2 godziny lub do zamrażarki na 15 minut.
  4. Piekarnik nagrzać do 170 stopni. Schłodzone wałeczki kroić na niezbyt cienkie ciastka. Moje się rozpadały podczas krojenia, ale wystarczy porządnie je zgnieść na mniej więcej pożądany kształt. Ciastka przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i piec ok. 11 minut. Zaraz po upieczeniu się są bardzo miękkie, należy więc ostrożnie zdejmować je z blachy i układać do ostygnięcia w pojedynczej warstwie.
A dlaczego 36 ciasteczek? Przedstawiam Wam mój ulubiony kubek, nie tylko nikt nie może z niego pić, ale najlepiej, żeby nawet go nie dotykał. Pomimo moich wysiłków, których skutkiem jest pozbawienie zdjęć wartości artystycznej ;) tekst w takim pomniejszeniu nadal jest niewyraźny, więc transkrypcja poniżej zdjęcia.



Jon: Na tym talerzy było 36 ciasteczek... A teraz ich nie ma...

Garfield: Niegrzeczny talerzyk!

niedziela, 1 sierpnia 2010

Ciasteczko na sierpień



Kiedy, przygotowując te ciasteczka, w przyjemnym nastroju oczekiwania, mieszałam ananasa, wbrew logice oczekując, że w ten sposób przyspieszę jego karmelizowanie się, nagle z okrutną ostrością dotarło do mnie, że ekscytujący przepis, które wybrałam dla Was na sierpień, to receptura na zwykłe kokosanki.

A kokosanki kojarzą mi się jednoznacznie: z dniem Wszystkich Świętych. Skojarzenia te są raczej miłe: dnia bez szkoły, rodzinnej wycieczki, opowieści o nigdy niepoznanych i wspominanych tylko tego dnia wujkach i dziadkach, chociaż to, z biegiem lat, oczywiście i niestety, się zmieniało, zapachu butwiejących liści i złotych promieni niskiego, późnojesiennego słońca. Gdzieś mniej więcej w połowie dorocznego tour po cmentarzach, wypada zawsze przerwa na 20 deko kokosanek, a czasami jeszcze kostki piernikowej, czy czegoś innego, ale to już opcja, nie należy do rytuału. Te podejrzane słodkości kupowane są na przycmentarnych straganach (tych, które kiedy indziej stoją na odpustach), dla śląskiego pejzażu tego dnia równie charakterystycznych, jak doniczki z chryzantemami.

Jednak, ananas w garnku, więc ani mi się śniło zmieniać koncepcję, która początkowo nie miała nic wspólnego z listopadowymi klimatami, a dużo z wakacyjnym drinkiem piña colada. Przepis, który tak zawiódł moje nadzieje (na tym etapie przynajmniej), zaczerpnęłam ze strony Davida Leboviza, którą postanowiłam wreszcie trochę zgłębić. Spodziewałam się raczej dużo, na pierwszy rzut oka dostałam raczej niewiele – zieleń, która bije w oczy po przekliknięciu, to nie jest apetyczny kolor. Jest nawet ciut gorzej – zdjęcia do przepisów nie powalają, co jest do przyjęcia, kiedy ktoś jest takim amatorem jak ja, ale nie profesjonalistą jak Lebovitz. Jest jednak coś, co przekonało mnie, żeby nie rezygnować tak łatwo: rzucająca się w oczy prawie tak bardzo, jak soczysta zieleń górnego menu, okładka książki Ready for dessert, z obezwładniającym zdjęciem czekolady rozsmarowywanej na torcie (bo tak właśnie bym je opisała). A, do minusów wliczam jeszcze to, że autor, chociaż pisze o słodkim życiu w Paryżu, podając wagę użył uncji (do tego jako miarę puszki z ananasem, co komplikuje sprawę dwukrotnie) a ilość kokosa podał w filiżankach, chociaż, szczególnie w tej ilości, kupuje się go tylko chcąc zrobić, coś konkretnego, a skądinąd wiadomo, że tego typu produkty sprzedaje się w torebkach foliowych, nie w filiżankach. Mimo tych wszystkich odstręczających rzeczy, pewnie pokuszę się jeszcze kiedyś na wypróbowanie innego przepisu Davida.

A kokosanki? Mimo iż nic na to nie wskazywało (gotowe „ciasto” rozpada się na milion kokosowych wiórek) udały się bardzo dobrze, kwaskowaty ananas jest dobrym kontrapunktem dla słodyczy kokosu. To jednak ciągle są kokosanki i jeśli, nie oszukujmy się, cukier o teksturze kokosa nie wydaj Wam się wystarczającą zachęcający, lepiej zafundować sobie drinka.



Ciasteczka piña colada
przepis: David Lebovitz

Składniki:

puszka ananasa w kawałkach (560 g)
350 g wiórków kokosowych
1 ¼ szklanki cukru
3 białka
½ łyżeczki ekstraktu waniliowego (dałam trochę cukru waniliowego)


Wykonanie:
  1. Ananasa razem z sokiem przełożyć z puszki do garnka i podgrzewać, aż sok wyparuje. Gotować dalej, mieszając i pilnując, by owoce lekko się skarmelizowały, ale nie przypaliły. Zdjąć z ognia, kiedy całość będzie mieć objętość 2/3 szklanki (zdjęłam po prostu wtedy, kiedy wydawało mi się, że ananas jest już ok).
  2. W dużej misce wymieszać razem wiórki kokosowe, cukier, białka i ekstrakt waniliowy. Ja zrobiłam to ręką. Dodać ananasa.
  3. Rozgrzać piekarnik do 180 stopni i wyłożyć blachę papierem do pieczenia.
  4. Na blasze układać kupki ciasta o średnicy mniej więcej 4 centymetrów i formować je w zwarte piramidki.
  5. Piec 14 minut, aż ciastka się zarumienią – dla równomiernego efektu dobrze obrócić blachę w trakcie pieczenia.
  6. Wystudzić. Najlepsze są w dniu pieczenia (chociaż ja akurat tego nie zauważyłam). Z podanej porcji wychodzi ok. 36 ciasteczek.

czwartek, 1 lipca 2010

Ciasteczko na lipiec



cynamon
goździki
gałka muszkatołowa
anyżek
mahlab (o tym za chwilę)

Czy to już myśl o Bożym Narodzeniu? Nie, raczej tęsknota za daleką podróżą, która pewnie i Was dopadnie, kiedy zaczniecie robić te ciasteczka rodem z Izraela. Wystarczy zamknąć oczy i za chwilę, na chwilę, magiczny zapach przeniesie Was na bliskowschodnie targowisko.

Lipcowe ciasteczka zawdzięczacie Basi, która na wieść o tym, że chciałabym je zrobić, błyskawicznie przesłała mi tajemniczy mahlab, czyli pestki wiśni wonnej, Prunus mahaleb L. Dziękuję :) Oczywiście, można je pominąć, ale wtedy aromaty i magia wschodniego targowiska stają się jakby trochę bardziej odległe. Jeśli ktoś miałby ochotę, mogę trochę mahlabu odstąpić, bo w takiej sytuacji wstyd byłoby cały zatrzymać dla siebie.

A tymczasem... Kiedy sobie to wszystko czytacie, ja wygrzewam się na prawdziwym bałtyckim piasku, z widokiem na prawdziwe Bałtyckie morze. No, prawda jest taka, że nie przepadam za tą akurat czynnością, w każdym razie, w każdej chwili mogłabym to potencjalnie zrobić, gdybym chciała, a w rzeczywistości raczej znowu zwiedzam Dar Pomorza.

Zostało mi jeszcze trochę pakowania, więc przepis na makroud (bo tak się nazywają te ciasteczka) dołączę, jak wrócę, póki co, zobaczcie na Makagigach.





A oto i przepis:

Makroud – izraelskie ciasteczka daktylowe

(oryginalny przepis pochodzi z The Book of New Israeli Food: A Culinary Journey Janny Gur)

Ciasto:
500 g mąki
15 g drożdży
240 ml oleju kukurydzianego
120 ml oliwy z oliwek
1/2 łyżeczki anyżku
1/2 łyżeczki mahlabu
240 ml letniej wody


Nadzienie:
500 g wypestkowanych zmielonych daktyli (lub gotowej masy daktylowej ajwa)
60 ml oleju kukurydzianego
1/2 łyżeczki cynamonu
1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
szczypta goździków


Do obtoczenia:
450g sezamu (ale powinna wystarczyć i połowa)

Wykonanie:
  1. Ciasto: drożdże pokruszyć i wymieszać z mąką i przyprawami, dodać oba rodzaje oleju i wymieszać. Dodawać stopniowo letnia wodę i wyrobić ręką przez około 2-3 minuty, do uzyskania luźnego i gładkiego ciasta. Odstawić.
  2. Nadzienie: daktyle wymieszać z przyprawami i olejem tak, by powstała miękka i łatwa do formowania masa.
  3. Podzielić zarówno ciasto jak i nadzienie na 4 części.
  4. Piekarnik nagrzać do 220 st.C
  5. Blat wysypać szczodra ilością sezamu, umieścić nań porcje ciasta i rozpłaszczyć dłonią, tak by uzyskać prostokąt wielkości pity (około 15cm średnicy). Na wierzchu ciasta położyć kulę daktylowej masy, posypać sezamem. Odwrócić do góry nogami i wałkować tak, by zarówno daktyle jak i ciasto rozpłaszczało się równomiernie (do grubości około 4-5 mm, wygodniej jest chyba osobno wałkować daktyle, a osobno ciasto – pisze Basia, ja potwierdzam). Z powrotem odwrócić i zwinąć w rulon (jak cienka i długą roladę, tak by ciasto było na zewnątrz), następnie spłaszczyć wałki ciasta do wysokości 1.5 cm (mniej więcej tak jak przy pieczeniu cantucci).
  6. Z ciasta odcinać 2cm kawałki, obtaczać w sezamie i układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.
  7. Piec 10 minut aż ciasteczka będą złote. Ostudzić i zajadać, można przechowywać do miesiąca w szczelnym pojemniku. Wychodzi 80-100 sztuk – tak też mówi Basia, bo ja, jak zwykle, zapomniałam policzyć.

wtorek, 1 czerwca 2010

Ciasteczko na czerwiec



To były z pewnością jedne z najbardziej czekoladowych ciastek, jakie zrobiłam. Niech Was nie zmyli przepis, bo żeby na i w efekcie końcowym znalazło się 125 g i jedna kostka czekolady, kupiłam jej pół kilo, z czego wykorzystane zostało 400 g (i jedna kostka). Ale zaczęło się, jak zwykle, niewinnie.

Wymyślony przeze mnie efekt miał być kruchymi ciasteczkami z drobinkami ciemnej czekolady oraz lukrem z czekolady białej, jeśli szczęście dopisze, nieco zazielenionej od mięty . Mimo, że nie udało mi się dostać świeżej mięty (i właściwie tu nastąpił pierwszy moment, w którym przyszło mi zastanowić się, czy wszystko oby pójdzie gładko) i zadowoliłam się suszoną, w herbatce, z optymizmem przeszłam do działania. Początkowo szczęście nawet mi sprzyjało, bo ani jedno ciasteczko nie było spalone, co czasem się zdarza, ale, co zdarza mi się właściwie zawsze, żadne nie osiągnęło też lekko już niepokojącej fazy zbrązowienia, która co prawda nie ma jeszcze nic wspólnego ze spalenizną, ale ma już wiele wspólnego z gwałtownym spadkiem smaku.

Ciasteczka powoli sobie stygły, a ja przystąpiłam do przygotowania polewy. Zagotowałam śmietanę i wrzuciłam do niej woreczek z miętą. Po dziesięciu minutach zalecanych na opakowaniu herbatki aromat był słabo wyczuwalny, ale jakiś tam był. Śmietana była już w garnku, nie chciało mi się przygotowywać kąpieli wodnej, więc dorzuciłam czekoladę i zaczęłam podgrzewać na gazie. I wtedy wszystko kompletnie się zwarzyło. Ha, pomyślałam, tak to jest, kiedy rozsądek zostawia się za kuchennymi drzwiami i z niechęcią, ale jeszcze bez obrzydzenia, poszłam do sklepu po kolejną białą tabliczkę. Niestety, mimo, że tym razem podgrzewałam ją na parze, zwarzyło się po raz drugi. Trudno, pomyślałam, nie będzie ani biało, ani miętowo i zaczęłam rozpuszczać gorzką czekoladę, ale kiedy dodałam do niej śmietany, zwarzyło się po raz trzeci. Z rezygnacją przebrałam się po raz kolejny z dresu w dżinsy i poszłam do sklepu, tym razem przezornie kupując dwie tabliczki. I to jest właściwie koniec opowieści, bo nie ryzykowałam już dodawania do czekolady czegokolwiek, tylko stopiłam ją i posmarowałam ciastka. Nie ma jednak tego złego, bo przynajmniej idąc po zakupy po raz drugi (w sumie, trzeci) wpadłam na pomysł, żeby wykorzystać czekoladę z miętą, więc chociaż nie mogło być biało, to jest przynajmniej miętowo.

Właściwie po tym wszystkim nie bardzo chciało mi się jeszcze jeść, ale następnego poranka, kiedy robiłam zdjęcia, opary czekolady działały już na mnie mocno rozpraszająco. Ciastko w wersji z truskawką – zdecydowanie najlepsze, ma jednak tę wadę (wadę?), że trzeba szybko je zjeść.

PS Jeśli zastanawialibyście się, co stało się z jedną kostką, to trafiła ona na właśnie na truskawkę, a nie do mojej buzi, przynajmniej nie tak od razu.



Ciasteczka czekoladowo-miętowe
na podstawie przepisu Nigelli Lawson

Składniki:

200 g mąki
90 g masła
1 jajko
100 g cukru
pół łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
25 g bardzo drobno posiekanej gorzkiej czekolady

na polewę: czekolada z nadzieniem miętowym

dodatkowo: dowolne dekoracje na ciasteczka


Wykonanie:
  1. Wszystkie składniki, oprócz czekolady, zagnieść, kiedy ciasto będzie tworzyć duże grudy dodać posiekaną czekoladę i jeszcze chwilę zagniatać, aż będzie można utworzyć ścisła kulę. Ciast owinąć folią i wstawić na godzinę do lodówki.
  2. Piekarnik nagrzać do 180 stopni. Ciasto wałkować niezbyt cienko (lub według upodobania) na posypanej mąką stolnicy i wycinać dowolne kształty, które następnie przełożyć na blachę, wyłożoną papierem do pieczenia. Piec ok. 12 minut, aż ciasteczka będą lekko przyrumienione.
  3. Czekoladę roztopić na parze, wymieszać, żeby utworzyła jednolitą masę i smarować nią ciasteczka. Dowolnie je dekorować. Kiedy polewa zastygnie, ciastka przełożyć do szczelnego pojemnika, o ile oczywiście nie zamierzacie zjeść wszystkich od razu. Z przepisu wyszło mi ok. 60 małych ciasteczek.

sobota, 1 maja 2010

Ciasteczko na maj




Jednym z ulubionych dań mojego Taty jest chleb z pomidorem, cebulką, solą i pieprzem. Kiedy więc kilka lat temu wpadliśmy na pomysł, że idealnym prezentem dla niego będzie elektryczny młynek do pieprzu, a wymyślenie odpowiedniego prezentu nie jest wcale takie proste, nie mogliśmy tak łatwo odpuścić. „Kilka lat temu” brzmi niby całkiem jeszcze nowożytnie, ale dostanie odpowiedniego młynka okazało się wcale skomplikowane (teraz i owszem, jest to łatwe i to za rozsądną cenę), na szczęście w końcu natrafiliśmy na coś w miarę sensownego. Pewne wątpliwości wzbudził tylko fakt, że sprzęt był marki Peugeot. Zaryzykowaliśmy jednak i młynek służy nam do dzisiaj.

Teraz wykonujemy małą wycieczkę w czasie i lądujemy w okolicach lutego tego roku, kiedy na urodziny J. sprawiła mi pasjonującą książkę Bryana Bruce’a „Historia smaku”. Jest równie wciągająca jak kryminał, a do tego, ma nad nim pewną przewagę. Swojego czasu do moich nałogów należało czytanie zakończeń książek praktycznie na początku lektury, jak tylko zdołałam się zorientować, o co właściwie chodzi. Udało mi się z tego wyleczyć, ale jak wiadomo, nałogowcem pozostaje się przez całe życie, można najwyżej odstawić swoją używkę. Czytając „Historię smaku” mogłam nie tracąc nic z napięcia budowanego przez autora bezkarnie wybiegać kartki i rozdziały na przód, chcąc szybciej się dowiedzieć, co będzie dalej, co sprawiło mi dużą dodatkową przyjemność.

A jaki to ma związek z elektrycznym młynkiem? Otóż, na stronie 57, prawdziwie podekscytowana wyczytałam: Młynek do pieprzu został wynaleziony w 1842 roku przez Jeana-Fédérica i Jeana-Pierre’a Peugeot – braci, którzy później stali się sławni dzięki produkcji samochodów. Produkowali jeszcze różne inne rzeczy, piłę do drewna i sprężyny do zegarków, ale pierwszym sukcesem był młynek do kawy, na którego podstawie wyprodukowano potem młynek do pieprzu. Muszę powiedzieć, że naprawdę mnie uspokoiło, że młynek, który kiedyś zakupiłam, nie jest odrzutem produkcyjnym, ale dumą firmy Peugeot.

Dzisiejsze ciasteczka będą więc oczywiście z pieprzem, i nie lekceważcie tego, że należy dać go naprawdę dużo, bo mnie zadrżała ręka i przez to wypiek okazał się nieco mdły. Przepis pochodzi z książki Małgorzaty Musierowicz „Całuski pani Darling”, ale dlaczego nosi nazwę „Ciasteczka Ksantypy” zachowam dla siebie, jak ktoś jest ciekawy, to niech sam poszpera, czego nie piszę przez złośliwość, bardziej już może z tego powodu, że wpis jest wystarczająco długi, ale przede wszystkim dlatego, że takie samodzielne odkrycia dostarczają wiele radości.



Ciasteczka Ksantypy

Składniki:

½ kostki smalcu (dałam masło)
czubata szklanka mąki
czubata szklanka maku
2 cebule (obrane, drobno starte, troszkę odciśnięte – przepuściłam przez malakser, ale i tak nie udało mi się uniknąć łez)
2 jajka + jedno do smarowania ciastek
2 dkg drożdży, roztarte z 2 łyżkami letniej wody
sól, pieprz, kminek


Wykonanie:

  1. Wszystkie składniki (oprócz kminku) zagnieść. Z ciasta utoczyć wałeczki grube na dwa palce i pokroić ukośnie jak kopytka. Położyć na wyłożoną pergaminem blachę, posmarować jajkiem (porządnie, bo nie będą rumiane), posypać pieprzem i kminkiem (ja nie przepadam za kminkiem, więc dodatkowo posypałam makiem).
  2. Piec na rumiany kolor w 180 stopniach.

czwartek, 1 kwietnia 2010

Ciasteczko na kwiecień




To ciasteczko okazało się nieprzewidywalne niczym kwietniowa pogoda. Ja spodziewałam się słońca, a efekt to, powiedzmy, zachmurzenie z przejaśnieniami. Miałam więc duże wątpliwości, czy w ogóle Wam je pokazywać. Ale... są całkiem ładne, prawda?

To był przepis, z którym wiązałam po prostu zbyt duże nadzieje. Kruche ciasto wzmocnione praliną i kardamonem. Mocny akcent czekoladowy. Mięta z odrobiną słodyczy. Do tego chrupiące jabłkowe wykończenie. Złożone razem miało wyglądać na talerzu jak rozrzucona garść zielonych wiosennych listków z cukrowymi kroplami rosy, krzyczących: zjedz mnie!

Oczywiście nie było aż tak źle, a im dłużej je dla Was opisuje, tym poziom mojego zadowolenia z efektu rośnie ;) Mam wrażenie, że u podstawy rozczarowania leży fakt, że przygotowane przeze mnie listki trudno było przenieść z talerza do ust, nie gubiąc przy tym połowy dekoracji. W przepisie oryginalnym mięta przykrywała całe ciastko, ale jej listki są miękkie, więc podejrzewam, że jabłko zawsze skazane jest na wypadanie. Sam pomysł jest na tyle oryginalny, że go sobie na dłużej zapamiętam, jednak jeśli ma się zamiar robić nie tylko robić zdjęcia, ale także tę cukierniczą instalację w całości jeść, to lepiej wykonać ciastka w kształcie kwiatka, gwiazdki lub przynajmniej listka bez dziury.

***

Ponieważ będzie to już mój ostatni wpis przed Wielkanocą, chciałam Wam życzyć radosnego świętowania, oczywiście przy suto zastawionym stole ;)



Kruche listki
(przepis: Merveilles. Delicieuses Recettes au Pays d'Alice)

Kruche ciasto:

250 g mąki
100 g cukru pudru
150 g masła
1 jajko
50 g mielonych orzechów włoskich
25 g praliny*
szczypta soli
mielony kardamon (4 g w przepisie, ja dałam z pół łyżeczki)

100 g czekolady

  1. Wszystkie składniki oprócz jajka wrzucić do miski i zagnieść na okruchy, następnie dodać jajko, jeszcze raz szybko zagnieść i uformować kulę. Wstawić do lodówki na minimum godzinę.
  2. Ciasto rozwałkowywać na 3 mm grubości i wykrawać podłużne kształty (jak na zdjęciach, ja robiłam to radełkiem, niezbyt wygodna opcja). Układać w formie o kształcie rynienki** i piec ok. 8 minut w 180 stopniach. Kiedy ciastka się wystudzą, czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej lub mikrofalówce i w połowie pokrywać je czekoladą za pomocą pędzelka (oczywiście można też zanurzać, ale wtedy pewnie będzie potrzebne więcej czekolady). Pozostawić do zastygnięcia, najlepiej na kratce.
Miętowe listki:

duże listki mięty (tyle, ile ciastek)
cukier kryształ
białko


Miętę umyć i delikatnie osuszyć. Każdy listek posmarować białkiem i posypać lub zamoczyć w cukrze.

"Sałatka" jabłkowa

Jabłko (najlepiej Granny Smith) pokroić na maleńką kostkę. Wymieszać z sokiem z cytryny i cukrem lub galaretką cytrynową (do smaku).

Składanie całości:

Na każdym ciasteczku położyć listek mięty, a na to niewielką ilość jabłek. Serwować natychmiast.

*pralina: 40 g orzechów lub migdałów delikatnie uprażyć na patelni i przełożyć na kawałek papieru do pieczenia. 1/4 szklanki cukru dać do garnuszka i skarmelizować, polać migdały lub orzechy i poczekać aż karmel zastygnie. Następnie przełożyć do mocnego woreczka plastikowego lub owinąć w ściereczkę i uderzać w to wałkiem aż powstanie drobny proszek. Chociaż ilość składników jest niewielka, to i tak powstanie znacznie więcej praliny niż potrzebujecie. Radzę Wam jednak zachować te proporcje, zacząć od zmiażdżenia ok. 1/3 orzechów w karmelu (to chyba powinno wystarczyć) i po upewnieniu się, że macie już wystarczająco dużo proszku, resztę zjeść. Pycha :)
**ja takich listków zrobiłam tak naprawdę tylko kilkanaście, więc piekłam je na zakrzywionym brzegu tych dużych czarnych blach z piekarnika.


Wierzcie lub nie, ale metamorfoza tych smętnych szczypiorków trwała zaledwie jeden dzień
.

wtorek, 2 marca 2010

Ciasteczko na marzec


Ciastka Anzac

Mniej więcej w połowie podstawówki zaczęłyśmy z siostrą korespondować z ludźmi z całego świata. Nie pamiętam, od czego to się zaczęło, ale było to bardzo wciągające. Do moich korespondentów należał Brazylijczyk Cleiton, który miał narzeczoną Juliannę, przebywającą w Japonii, i który za każdym razem powtarzał, że mnie kocha; Tajka (Kwang?), która dużo się uczyła, dziewczynka z Malezji, o której nie potrafię dziś nic więcej powiedzieć, a później jeszcze mieszkająca w Stanach Zjednoczonych Ukrainka Svitlana. W każdym razie ich pamiętam najlepiej. Na tej korespondencji można się było w różny sposób wzbogacić, bo oczywiście wymiana dóbr i różnego rodzaju wiedzy, trwała. Ja zyskałam szwajcarski znaczek pachnący czekoladą i dwa przepisy, a dziś będzie o jednym z nich.

Nowozelandka Teresa korespondowała właściwie z moją Siostrą. Pewnego razu przysłała przepis na ciasteczka, z adnotacją, że są pyszne (oczywiście!) i jest to jej pilnie strzeżona tajemnica. To, że są pyszne, szybko udało się zweryfikować, ale ponieważ ich nazwa była napisana nieco niewyraźnie, to długo pozostawała dla mnie tajemnicą.

Aż do całkiem niedawna, kiedy okazało się, że jest to przepis na bardzo znane i popularne ciastka Anzac. Nie wiem, czy rzeczywiście był to sekretny przepis Teresy, czy tylko tak napisała, aby dodać im ważności, ale ja naprawdę je lubię, mimo faktu, że aż do dziś (!) zawsze za bardzo się rozlewały i zdecydowanie przypiekały bardziej niż by należało, co jednak sprawiało, że były interesująco chrupkie. Trudno powiedzieć, czemu przypisać dzisiejszy sukces, chociaż wiem na pewno, co zrobiłam inaczej niż zwykle. Po pierwsze, przepisując przepis zapomniałam o cukrze, więc dodałam go tyle, ile uważałam, że będzie dobrze. Po drugie, w przepisie występuje golden syrup, który zwykle zastępowałam miodem, a dzisiaj, z jego braku, melasą. Ciastka wyszły mniej słodkie niż zawsze, co raczej przypisuje obecności melasy niż niedostatecznej ilości cukru.

Z powodu mojego rozkojarzenia ;) nie poznacie więc tajnego przepisu Teresy, a jedynie moją wariację na jego temat, nadal jednak uważam, że warto spróbować.

Ciastka Anzac

Ciastka Anzac
ok. 18 dużych ciastek

Składniki:

szklanka mąki
szklanka wiórków kokosowych
szklanka płatków owsianych
120 g masła
2 łyżki golden syrup (lub miodu)
¾ szklanki cukru
1 ½ łyżeczki sody oczyszczonej


Wykonanie:
  1. Mąkę, wiórki i płatki owsiane wymieszać w misce.
  2. W garnuszku rozpuścić masło z cukrem i złotym syropem.
  3. Sodę oczyszczoną rozpuścić w 2 łyżkach gorącej wody i dolać do mieszanki maślano-cukrowej. Wymieszać, a następnie przelać do suchych składników i znowu porządnie wymieszać.
  4. Na blachę wyłożoną papierem do pieczenia za pomocą dwóch łyżek lub łyżki do lodów nakładać kulki, wielkości piłeczki ping-pongowej.
  5. Piec 12-15 minut w 180 stopniach. Po upieczeniu ciasteczka powinny być miękkie, ponieważ stygnąc, twardnieją.
Ciastka Anzac

poniedziałek, 1 lutego 2010

Ciasteczko na luty




W lutym moja wytrzymałość na zimę, wcześniej również niewielka, dobiega końca. Nie wystarcza już herbata z cytryną i ciepły koc, przyjemność spędzania długich wieczorów z książką zaczyna się nudzić, a wydłużający się dzień, zamiast cieszyć, irytuję swoją ciągle niedostateczną świetlistością i długością. A na dodatek, przynajmniej według mojej teorii, teraz dopiero nadchodzi najgorsze, bo luty to najzimniejszy* miesiąc roku. Zdaje się, że zawiera się to nawet w jego etymologii.

Myślę, że udaje mi się to przetrzymać tylko dlatego, wybaczcie to osobiste wyznanie, że w lutym są moje urodziny, ponieważ jednak nie każdy ma takie szczęście, proponuję bardziej uniwersalny antydepresant. Ciasteczka na luty szczypią podniebienie niczym mróz policzki i skrzą się jak śnieg w bardzo zimny dzień, ale to szczypanie jest całkiem przyjemne, bo pochodzi od imbiru, a zachęcające błyski rzucają kryształki cukru.

Sposób wykonania - lepienie maleńkich kuleczek, spokojne i oczyszczające umysł z innych myśli, podwaja terapeutyczne działanie ciasteczek. Przynajmniej tak musiałam sobie wmawiać, ale ponieważ ładnie przetłumaczyłam dla Was przepis, pewnie nie popełnicie tego błędu, co ja. A mianowicie, autorka radzi, by ciasto nabierać łyżką, a potem tę porcję dzielić na dwie i toczyć dwie kuleczki. Z jakichś powodów doszłam do wniosku, że chodzi jej o małą łyżeczkę i lepiłam przez dłuższy czas takie mikrokuleczki. Jednak pod koniec pierwszej blachy coś mnie tknęło i pomyślałam, że chyba nikt nie byłby tak szalony, żeby robić ciastka tej wielkości. Otóż, tu miałam rację, ja szalona może byłam, autorka przepisu na pewno nie i jak wół napisała "tablespoon". Druga blacha poszła szybciej.

*Internet twierdzi, że jednak styczeń.



Ciasteczka Trójimbirowe
(Triple Ginger Cookies, przepis: 101cookbooks)

Składniki:

2 szklanki mąki
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 łyżeczka zmielonego anyżu gwiazdkowego (pominęłam)
4 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
1/2 łyżeczki soli
100 g masła
1/4 szklanki melasy (normalnie dałabym miód, ale tym razem zaszalałam i kupiłam melasę)
2/3 szklanki jasnego cukru trzcinowego
1 1/2 łyżki świeżego imbiru, startego
1 jajko
1 szklanka kandyzowanego imbiru, dobrze posiekanego (dałam opakowanie 125 g = ok. 2/3 szklanki)
skórka z 2 cytryn

gruby cukier do obtaczania ciastek (użyłam zwykłego kryształu)


Wykonanie:
  1. W misce wymieszać mąkę, sodę, anyż, mielony imbir i sól
  2. Masło rozpuścić, trochę przestudzić, dodać cukier trzcinowy, melasę i świeży imbir. Wymieszać. Masa powinna być lekko ciepła, tak, żeby można było włożyć palec. Dodać jajko.
  3. Płynne składniki dodać do mąki, dorzucić kandyzowany imbir (musi być bardzo drobno posiekany, wręcz na pastę, ja przepuściłam go przez malakser), skórkę z cytryn. Zagnieść.
  4. Łyżką STOŁOWĄ nabierać ciasto, dzielić porcje na pół, toczyć kuleczki, które następnie obtaczać w cukrze. Każdą kuleczkę dokładnie obtoczyć w dłoni, żeby cukier dobrze się trzymał. Kuleczki układać na blasze posmarowanej masłem lub wyłożonej papierem do pieczenia.
  5. Piec w 180 stopniach, ok. 7-10 minut, aż lekko się zarumienią i popękają. Zdaje się, że moje piekły się trochę dłużej.
Na pierwszym zdjęciu: kandyzowany imbir




środa, 13 stycznia 2010

Ciasteczko na styczeń


Nikt mnie nie przekona, że najwspanialszą rzeczą w życiu nie są ciastka z czekoladą.
Pies Snoopy

ciastka czekoladowe

Jako fanka pesymistycznej, przesiąkniętej bólem istnienia i poczuciem niezrozumienia świata dla jednostki (nie tylko wybitnej, każdej), filozofii szkoły Fistaszków, nie mam nic do dodania. Może tyle, że ciastka te posmakują raczej wielbicielom brownies, niż mlecznej z orzechami. Przepis Nigelli, znaleziony u Karolci.

Ciastka czekoladowe
12-14 dużych ciastek

Składniki:

125 g gorzkiej czekolady
150 g mąki
30 g kakao
1 łyżeczka sody
½ łyżeczki soli
125 g masła
75 g brązowego cukru (jasnego)
50 g cukru demerara lub zwykłego białego
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (zastąpiłam cukrem waniliowym)
1 zimne jajko
350 g czekoladowych groszków lub posiekanej czekolady*


Wykonanie:
  1. Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej lub mikrofalówce (ostrożnie). Wymieszać mąkę, kakao, sól i sodę.
  2. Masło utrzeć z cukrami (w tym waniliowym), dodawać po trochu rozpuszczoną czekoladę, później ekstrakt (jeśli używamy), jajko, a następnie, na małych obrotach, suche składniki.
  3. Wymieszać, już raczej nie za pomocą miksera, z groszkami czekoladowymi lub kawałkami czekolady.
  4. Na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, w dość dużych odstępach od siebie, łyżką do lodów nakładać kopczyki ciasta. Nie spłaszczać. Ja formowałam kulki rękami.
  5. Ciastka piec ok. 18 min. w 170 stopniach.

*Postanowiłam sobie ułatwić życie i zmiksować czekoladę w blenderze, co niestety spowodowało, że część czekolady zamieniła się w proszek i swoją proszkowatością zwiększyła zawartość czekolady w cieście jako takim, dopuszczam więc możliwość, że efekt, który otrzymuje się, mając wyłącznie kawałki czekolady, będzie trochę inny niż mój.

ciastka czekoladowe

ciastka czekoladowe

wtorek, 1 grudnia 2009

Ciasteczko na grudzień


ciasteczka z żurawiną i białą czekoladą

Wreszcie jest. Grudzień. Najbardziej wyczekiwany miesiąc w roku. Nie dla wszystkich, oczywiście, ale to temat na artykuł w zupełnie innym miejscu niż blog kulinarny.

Co prawda, odkąd ze sklepów znikły znicze (choć gdzieniegdzie proces sprzedaży był równoległy) pojawiły się już, mniej lub bardziej agresywne i kiczowate, dekoracje świąteczne, które, w niewielkiej liczbie, lecz przyznaję się, już jakiś czas temu nabyłam, ale wczuwanie się w atmosferę świąteczną było jednak falstartem.

Ale teraz już można. Kupować cukrowe perełki, posypki, piec pierniki, myśleć i mówić o Świętach, planować świąteczne menu i dekoracje, znowu dyskutować, jak dużą będziemy mieć choinkę (ustalamy, że mniejszą niż w zeszłym roku, a potem przynosimy taką samą). I kupować prezenty. Po raz kolejny obiecuję sobie, że kupię je wcześniej i nie będę w Wigilię biegać po sklepach za tym ostatnim. Mam nadzieję, że się uda, a dzisiaj chciałabym Wam podrzucić pomysł na prezent.

W zeszłym roku w jednej z gazet (wiem jakiej, ale nie powiem, bo zbyt jest obciachowa) zobaczyłam coś, co strasznie mi się spodobało. Zamiast pieczenia ciastek, można kogoś (oczywiście starannie wybraną, niemającą do kuchni obrzydzenia, osobę) obdarować przepisem na pyszne ciasteczka zamkniętym w słoiku. Oprócz zamknięcia w słoiczku przepisu, w postaci sypkich składników, dobrze też dodać karteczkę, jak i co zrobić z zawartością należy i, ponieważ przepis na ciasteczka jest wybrany równie starannie, co obdarowana osoba, ergo, są one niebiańsko pyszne, także po to, żeby obdarowany już we własnym zakresie mógł ten smak powtórzyć.

Jeśli chcielibyście ten pomysł wykorzystać, to radzę wybrać słoik (pojemnik) ok. pół litrowy, większy zaczyna nabierać charakteru słoja po ogórkach, co nie jest do końca dekoracyjne. Do takiego (półlitrowego) słoika wejdą składniki na połowę porcji ciasteczek, którą podaję.

Jeśli niepokoiłoby Was, czy mój słoik rzeczywiście był półlitrowy, to nie był, to atrapa na potrzeby zdjęcia. Ale ciasteczka, według przepisu Nigelli, są prawdziwe i naprawdę przepyszne, warto też poeksperymentować z dodatkami.

ciasteczka z żurawiną i białą czekoladą

Ciasteczka z żurawiną i białą czekoladą
ok. 36 sztuk

Składniki:

1 szkl. mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 szkl. płatków owsianych
1/2 szkl. cukru pudru (dałam zwykły)
1/2 szkl. brązowego cukru
1 łyżeczka cukru waniliowego
100 g masła
1/2 szkl. posiekanych orzechów włoskich
1/2 szkl. suszonej żurawiny
3/4 szkl. posiekanej białej czekolady
1 jajko (2, jeśli są małe)


Wykonanie:
  1. Masło zmiksować z jajkiem i cukrami. Dosypać resztę składników i zagnieść ciasto.
  2. Utoczyć kulę, włożyć ją na 10 min. do zamrażarki.
  3. Ciasto wyjąć z zamrażarki, odrywać od niego małe kawałki, toczyć kulki, a potem je spłaszczać i układać na wysmarowanej masłem lub wyłożonej papierem blasze. Odstępy takie średnie, bo nie rosną aż tak bardzo.
  4. Piec ok. 15 min. (aż będą lekko rumiane) w 175 stopniach.

ciasteczka z żurawiną i białą czekoladą

poniedziałek, 2 listopada 2009

Ciasteczko na listopad


ciasteczka imbirowe

Są czasami takie przepisy, które wywołują moje wielkie podekscytowanie. Bo niespotykane zestawienie składników. Bo jakiś niewypróbowany przeze mnie wcześniej sposób wykonania. Więc kompletuję składniki, eksperymentuję, czekam (a tego nie cierpię!), a na końcu okazuje się, że efekt był już mi właściwie znany, pod jakąś zupełnie inną nazwę i najczęściej osiągany o wiele mniejszym nakładem pracy.

Zastanawiałam się, czy tak nie będzie i tym razem. Najbardziej tajemniczy składnik – syrop imbirowy. Składnik nieco podejrzany – smalec zamiast masła. W sumie jednak całość – mąka, cynamon, goździki, imbir, soda i cała metodologia przygotowania dopuszczała opcję, że wyjdzie z tego jakaś odmiana dobrze mi znanych pierniczków.

Tak się nie stało. Owszem, pierniczkowa jest twardość ciasteczek, ale smak zbliżony raczej do kruchych, myślałam, że imbir będzie bardzo dominował, ale czuć tylko jego delikatny aromat, jak dla mnie, nawet zbyt delikatny, więc następnym razem dodałabym więcej tego sproszkowanego albo zrobiła ostrzejszy syrop. Ciasteczka nie powaliły mnie na kolana, ale w poszukiwaniu tego, czego im brakuje, zjadłam jakoś tak niespostrzeżenie całkiem sporą liczbę, więc w sumie mogę uznać, że są całkiem niezłą przekąską, podczas pisania notek i oglądania cudzych smakowitych zdjęć. Wykonanie jest raczej szybkie, niech nie odstrasza Was konieczność przygotowania syropu imbirowego, tak naprawdę cała operacja, łącznie z czynnościami wstępnymi, to 15 minut, a na dalszym etapie używacie gorącego. W sumie, mimo wszystko, warto spróbować.

ciasteczka imbirowe

Ciasteczka imbirowe
(przepis z Kuchni z Zielonego Wzgórza)

Składniki:
(na ok. 30 szt.)

1/4 szklanki syropu imbirowego*
1/4 szklanki brązowego cukru
1/4 szklanki (ok. 60 g) smalcu (oczywiście może być także masło)
1 szklanka mąki (dałam trochę więcej)
szczypta soli
po pół łyżeczki mielonych goździków i cynamonu
1/4 łyżeczki sody oczyszczonej

  1. Syrop imbirowy, cukier i smalec razem zagotować, ostudzić (ale do temperatury lekko ciepłej). Dodać do pozostałych składników i zagnieść ciasto. Będzie raczej miękkie (przynajmniej tak było u mnie).
  2. Ciasto wałkować niezbyt cienko i wykrawać z niego ciasteczka o dowolnym kształcie. Przełożyć na natłuszczoną lub wyłożoną papierem do pieczenia blachę. Rosną raczej nieznacznie, więc może być dość gęsto.
  3. Piec ok. 12-15 min. w piekarniku nagrzanym do 160 stopni (mój był cieplejszy - uroki starego pieca gazowego).

*Syrop imbirowy

Składniki:

1 szklanka wody
niecała szklanka cukru
kawałek obranego i zmiażdżonego imbiru, zawinięty w gazę albo pończochę, jak kto woli. Mój kawałek miał 3-4 cm, ale w przyszłości dałabym nawet dwa razy większy, bo posmak imbirowy wyszedł bardzo delikatny.

Wszystkie składniki włożyć do garnka, gotować (oczywiście, od momentu wrzenia) 10 min. Przechowywać w słoiku w lodówce. Resztę syropu, niewykorzystaną do ciasteczek, można dolewać do herbatki. Jeżeli nie macie ochoty na samodzielne przygotowanie syropu, to widziałam gdzieś w sklepie gotowy można też użyć miodu lub melasy, ale wtedy efekt na pewno będzie bardziej pierniczkowy.

ciasteczka imbirowe

ciasteczka imbirowe

czwartek, 1 października 2009

Ciasteczko na październik


kruche ciasteczka

Może Wam się wydawać, że to takie zwykłe kruche ciasteczka, ale tak nie jest. Są jednymi z ulubionych w mojej rodzinie, pieczemy je zawsze na Boże Narodzenie i czasami, kiedy mamy na to ochotę. Chciałabym napisać, że jest to przepis przekazywany przynajmniej od czasów prababci, zapisany w starym zeszycie, z pożółkłymi już kartkami, prawie rozpadającymi się w palcach. Tak nie jest.

Przepis pochodzi od koleżanki mojej mamy i być może tam jest przekazywany od pokoleń, tego nie wiem. Z nami jest odkąd pamiętam, wpisany w kalendarz z 1988 czy 89 roku, który na co drugiej stronie sławi zbiory sztuki użytkowej Ermitażu, a na pozostałych, osiągnięcia, głównie w dziedzinie słodkości, znajomych i rodziny.

Tam właśnie, w sąsiedztwie jakiegoś zabytkowego cacka, znajdują się te ciasteczka. Ciekawe, czy smakowałyby także carom Rosji? Są bardzo kruche i bardzo maślane, a skórka cytrynowa nadaje im charakteru. Od jakiegoś czasu przekładamy je zawsze powidłami, ale dobrze pasuje też krem kawowy (taki na maśle).

Myślę, że znalazły już swoje miejsce w tradycjach naszej rodziny. W każdym razie, jeżeli będę miała córeczkę, albo nawet synka, bo nie widzę powodu, żeby synków dyskryminować, to na pewno będziemy je razem piec.

kruche ciasteczka

Kruche ciasteczka z powidłami i lukrem

Składniki:

Ciasto:
(wyszło mi 50 podwójnych ciasteczek, ale robiłam bardzo malutkie + kilka pojedynczych serduszek)


140 g masła
210 g mąki
70 g drobnego cukru
2 żółtka
skórka z cytryny

Poza tym:
powidła śliwkowe
1/2 szkl. cukru pudru


Wykonanie:

  1. Zagnieść szybko składniki ciasta, uformować kulę i włożyć do lodówki na co najmniej pół godziny. Następnie wałkować niezbyt cienko (ciasteczka nie mają spulchniaczy, więc w czasie pieczenia nie rosną) na posypanej mąką stolnicy. Wykrawać dowolne kształty, ale jeśli macie zamiar je przekładać, to najlepiej sprawdzają się te, nie mające „odnóży”, jak kółko czy serduszko.
  2. Ciasteczka przekładać na natłuszczoną lub wyłożoną papierem do pieczenia blachę. Można układać dość gęsto. Piec w 180 stopniach C. ok. 8-10 minut, aż ciasteczka będą lekko zrumienione. Jeżeli pieczecie bez papieru do pieczenia, należy je od razu (ostrożnie, są bardzo kruche) zdjąć z blachy, bo stygnąc przywierają do niej.
  3. Ciasteczka smarować dość cienko powidłem i składać po dwa. Cukier puder wymieszać z dwoma łyżkami gorącej wody i kilkoma kroplami soku z cytryny (część wody można też zastąpić sokiem). Ciastka smarować lukrem, odstawić aby lukier zastygł. Przechowywać w szczelnych pojemnikach, żeby nie zawilgły, w takich warunkach zachowują świeżość dość długo.

kruche ciasteczka

środa, 2 września 2009

Ciasteczko na wrzesień


Ciasteczka z groszkami czekoladowymi

Jak wszystko, co jest małą wersją czegoś większego, to stwierdzone naukowo!, wzbudzają sympatię i powodują, że ma się ochotę po prostu je... zjeść.

Ciasteczka. Bardzo je lubię, ale robię rzadko, bo te najlulubieńsze są raczej pracochłonne. Są też bardzo nieekonomiczne, bo zjada się je jakby przypadkiem, przechodząc przez kuchnię w celu zrobienia herbatki, poszukiwań gazety, nożyczek, czy z jakiegoś innego ważnego powodu. A jak się zje jedno, to właściwie tak, jakby się nie zjadło żadnego. I z tym przekonaniem można chrupać każde kolejne.

Ale co tam, mimo wszystkich ich wad, lecz przecież trudniej darzyć sympatią coś doskonałego, postanowiłam stworzyć sobie pretekst, by robić je częściej. Na słodki początek każdego miesiąca, a w najbliższym czasie, takie pozytywne rozpoczęcia na pewno się przydadzą, będę prezentować Wam kolejny przepis.

Ciasteczkowemu cyklowi groziło przesunięcie na październik, bo efekt estetyczny wybranych na wrzesień Chocolate Chip Cookies nie był zadawalający. Jednak, ponieważ zgodnie z ciasteczkową logiką, kolejne sztuki znikały z szybkością, która dobrze świadczy o ich smaku, a nieco gorzej o naszym łakomstwie, ewentualne uchybienia w wyglądzie zostały nadrobione.

Chocolate Chip Cookies to dla mnie najbardziej amerykańskie z ciasteczek. To chyba nimi objadał (obrzucał) się Ciasteczkowy Potwór z Ulicy Sezamkowej? Więc będą na wrzesień, jako symbol słodkiej satysfakcji, że do szkoły już iść nie musimy, ale z wielu uroków dzieciństwa korzystać można nadal.

A dzisiejszy program sponsorowały literki M i K (bo M i K piekły ciasteczka) oraz liczba 12 (bo tyle ich wyszło).

Ciasteczka z groszkami czekoladowymi

Ciasteczka z groszkami czekoladowymi

Chocolate Chip Cookies przepis z Joy of baking

Składniki:
(na 4 tuziny, ja piekłam z połowy porcji)

226 g masła
150 g (3/4 szkl.) białego cukru
160g (3/4 szkl.) brązowego cukru
2 jajka
1 ½ łyżeczki ekstraktu waniliowego (dałam cukier waniliowy)
295 g (2 ¼ szkl.) mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
½ łyżeczki soli
270g (1 ½ szkl.) groszków czekoladowych*
ewentualnie 100g (1 szkl.) posiekanych orzechów włoskich lub pekanów


Wykonanie:
  1. Masło ubić mikserem, dodać biały i brązowy cukier, a następnie wbijać po jednym jajku. Dodać wanilię.
  2. W drugiej misce wymieszać resztę składników (oprócz groszków i orzechów), dosypywać stopniowo do maślano-cukrowo-jajecznej mieszanki. Najłatwiej wymieszać ciasto za pomocą miksera. Dodać groszki i orzechy. Jeżeli masa jest rzadka, wstawić na pół godziny do lodówki.
  3. Piekarnik nagrzać do 190 stopni C. Na formę, wyłożoną papierem do pieczenia, kłaść, za pomocą łyżki do lodów lub dwóch zwykłych łyżek, kupki ciasta. Odpowiednia ilość na jedno ciasteczko to ok. dwóch PŁASKICH** łyżek.
  4. Ciastka piec 12-14 minut, bądź do czasu, kiedy mają rumiany kolor i lekko złote brzegi.
  5. Dobra wiadomość: ciasto można zamrozić. Należy wyłożyć porcje na papier do pieczenia i tak włożyć do zamrażarki. Kiedy już będą zmrożone, można przełożyć je do woreczka i upiec, kiedy ma się na to ochotę. Czas pieczenia trzeba wtedy trochę wydłużyć.
*ja groszków nie dostałam, ale że bardzo chciałam mieć, to wykonałam samodzielnie. Jednak raczej nie polecam, bo właściwie całe się rozpłynęły, efekty na zdjęciach, dlatego jeżeli nie dostaniecie gotowych, to lepiej po prostu pokroić czekoladę, bo efekt końcowy będzie ten sam.

**pamiętając o tym, że amerykańskie ciastka mają być duże, dałam ok. dwóch bardzo kopiastych łyżek, co spowodowało, że ciastka zrobiły się o wiele większe niż przewidywałam i zlały się ze sobą. Jeżeli jednak rzeczywiście dacie 2 płaskie łyżki, to powinna Wam wyjść dokładnie taka ilość ciastek, jaką przewiduje przepis. Nie spłaszczajcie kupek, bo zrobią to i tak same, więc należy pamiętać o zostawieniu sporej ilości miejsca pomiędzy ciastkami. Prawdopodobnie zrobią się bardziej płaskie, niż byście tego chcieli ale i tak są pyszne :)

Ciasteczka z groszkami czekoladowymi