Mój blog zadebiutował 17 czerwca 2009 roku. Miał być o prostych przepisach, takich podstawach gotowania, możecie to sprawdzić w pierwszym wpisie. Zazwyczaj przypominam to sobie i Wam każdego roku z okazji „urodzin” Bułki z masłem. W moim pisaniu było już tyle przerw, że nie wiem, które urodziny wypadają tym razem, ale to nie jest takie ważne. Ważne jest, żeby dobrze wykorzystać każdą okazję do świętowania, a dla mnie obowiązkowym elementem porządnej uroczystości jest dobre jedzenie, w zasadzie, dobre słodkie jedzenie. Więc dzisiaj też będzie, ale o tym za chwilę.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą truskawki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą truskawki. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 18 czerwca 2017
wtorek, 4 kwietnia 2017
Ryż na mleku
Jak to często u mnie bywa(ło), w tym miejscu miało być całkiem o czymś innym. Jednak czuję się jakoś uroczyście po raz piąty (?) podejmując się wrócić do Bułki z masłem. Wiecie, jak to w tej chwili napisałam, to wygląda bardzo niedobrze i w sumie mam ochotę wykasować ten post i zapomnieć o całej sprawie. Ale z drugiej strony, tyle przygotowań, oczekiwań i jeszcze dzisiaj rano przeczytałam komentarz do jednego z moich pierwszych wpisów. Więc...
niedziela, 5 czerwca 2011
Jak nie smażyć konfitur

Są tacy, którzy uważają, że gotowanie to czarna magia.
Jeśli mowa o samym procesie codziennego przygotowywania posiłków, moim zdaniem, powodzenie/niepowodzenie, które się w tym osiąga, jest prawie tak proste i przewidywalne, jak rozwiązanie zadania z algebry na poziomie szkoły podstawowej. Wiedza, doświadczenie i trzymanie się sprawdzonej metody zawsze zapewnią sukces. O ile jednak w przypadku matematyki panuje zgoda co do tego, że aby się jej nauczyć, trzeba ćwiczyć, to gdy przychodzi do gotowania (czynności daleko bardziej przydatnej w przeciętnym życiu niż liczenie całek i różniczek) ta prosta prawda wszystkim samozwańczym kuchennym beztalenciom nie trafia do przekonania.
A cała magia (podejrzewam, że również w przypadku matematyki, chociaż nigdy jej nie odkryłam), zaczyna się dopiero wtedy, kiedy podstawy zostają opanowane. To ten rodzaj czarów, który w filmach rysunkowych wyraża się złotym pyłkiem i kiczowatą muzyką, albo jeszcze mętnym wzrokiem i wyrazem stuporu na twarzy. Ogólnie rzecz biorąc, w zależności od nastroju, możecie to łączyć z zakochaniem lub upojeniem alkoholowym.
Jednak jeśli chcecie doświadczyć kuchennej magii radzę, przynajmniej jeszcze na chwilę, odstawić na bok wszystkie wysokoprocentowe napoje, a tym bardziej porywy miłosne. Zamiast tego, upiec chleb, albo jak ja, powitać początek sezonu smażenia konfitur. Dżemów właściwie, ale nazwa konfitura jest o wiele bardziej poetycka i lepiej wpasowuje się w opisany przeze mnie klimat.
Prawdopodobnie, kiedy późnym popołudniem lub nawet wczesnym wieczorem, zmęczeni po całym dniu, znajdziecie się sam na sam z miską owoców, trudno będzie Wam to poczuć. Pomyślicie raczej ze złością o jakiejś beztroskiej chwili w okolicach południa, kiedy to powstał zamiaru robienia dżemu, który zaowocował zakupem 3 kilogramów truskawek, z którymi trzeba teraz coś zrobić zamiast, na przykład, relaksować się przy bogatej ofercie rozrywkowej telewizji publicznej. W każdym razie, ja zwykle odczuwam to raczej tak (z tym wyjątkiem, że w moim największym garnku nie zmieszczę więcej niż 1,5 kilo czegokolwiek).
Ogromny błąd. Miska truskawek/wiśni/malin/porzeczek... przed Wami, to szansa na godzinną psycho- i aromatoterapię w cenie kilograma owoców i pół kilo cukru (który, jak zauważyłam, zszedł już znacznie poniżej rekordowych cen). Niespieszna, powtarzalna i niewymagająca refleksji czynność odrywania szypułek to kwadrans resetowania umysłu. Wypełniający cały dom słodki, lepki i landrynkowy zapach gotujących się owoców to wakacje na wsi, leżenie na trawie i wystawianie buzi do słońca. Brzmi dobrze, co? To do dzieła!
Jeśli mowa o samym procesie codziennego przygotowywania posiłków, moim zdaniem, powodzenie/niepowodzenie, które się w tym osiąga, jest prawie tak proste i przewidywalne, jak rozwiązanie zadania z algebry na poziomie szkoły podstawowej. Wiedza, doświadczenie i trzymanie się sprawdzonej metody zawsze zapewnią sukces. O ile jednak w przypadku matematyki panuje zgoda co do tego, że aby się jej nauczyć, trzeba ćwiczyć, to gdy przychodzi do gotowania (czynności daleko bardziej przydatnej w przeciętnym życiu niż liczenie całek i różniczek) ta prosta prawda wszystkim samozwańczym kuchennym beztalenciom nie trafia do przekonania.
A cała magia (podejrzewam, że również w przypadku matematyki, chociaż nigdy jej nie odkryłam), zaczyna się dopiero wtedy, kiedy podstawy zostają opanowane. To ten rodzaj czarów, który w filmach rysunkowych wyraża się złotym pyłkiem i kiczowatą muzyką, albo jeszcze mętnym wzrokiem i wyrazem stuporu na twarzy. Ogólnie rzecz biorąc, w zależności od nastroju, możecie to łączyć z zakochaniem lub upojeniem alkoholowym.
Jednak jeśli chcecie doświadczyć kuchennej magii radzę, przynajmniej jeszcze na chwilę, odstawić na bok wszystkie wysokoprocentowe napoje, a tym bardziej porywy miłosne. Zamiast tego, upiec chleb, albo jak ja, powitać początek sezonu smażenia konfitur. Dżemów właściwie, ale nazwa konfitura jest o wiele bardziej poetycka i lepiej wpasowuje się w opisany przeze mnie klimat.
Prawdopodobnie, kiedy późnym popołudniem lub nawet wczesnym wieczorem, zmęczeni po całym dniu, znajdziecie się sam na sam z miską owoców, trudno będzie Wam to poczuć. Pomyślicie raczej ze złością o jakiejś beztroskiej chwili w okolicach południa, kiedy to powstał zamiaru robienia dżemu, który zaowocował zakupem 3 kilogramów truskawek, z którymi trzeba teraz coś zrobić zamiast, na przykład, relaksować się przy bogatej ofercie rozrywkowej telewizji publicznej. W każdym razie, ja zwykle odczuwam to raczej tak (z tym wyjątkiem, że w moim największym garnku nie zmieszczę więcej niż 1,5 kilo czegokolwiek).
Ogromny błąd. Miska truskawek/wiśni/malin/porzeczek... przed Wami, to szansa na godzinną psycho- i aromatoterapię w cenie kilograma owoców i pół kilo cukru (który, jak zauważyłam, zszedł już znacznie poniżej rekordowych cen). Niespieszna, powtarzalna i niewymagająca refleksji czynność odrywania szypułek to kwadrans resetowania umysłu. Wypełniający cały dom słodki, lepki i landrynkowy zapach gotujących się owoców to wakacje na wsi, leżenie na trawie i wystawianie buzi do słońca. Brzmi dobrze, co? To do dzieła!
Dżem truskawkowy z kwiatami bzu
na podstawie przepisu znalezionego u Bei*
Składniki:
600 g truskawek
300 g cukru
5 baldachów czarnego bzu
skórka z 1 cytryny
sok z połowy cytryny
Wykonanie:
- Truskawki obrać z szypułek, pokroić na ćwiartki, zasypać cukrem. Idealnie – odstawić na godzinę (czego ja nie zrobiłam). Wszystkie składniki przełożyć do garnka i gotować, na początku na dość małym ogniu, aż cukier się rozpuści, a owoce puszczą sok – jeśli nie będziecie uważać (nie przesadnie, ale jednak troszeczkę) to już na tym etapie wszystko pójdzie do kosza. Bez przed włożeniem do garnka idealnie zawinąć w gazę (ale to nie ja).
- Kiedy truskawki zaczną się gotować, skręcić gaz na średni i spokojnie zostawić wszystko na dłuższą chwilę (z moich doświadczeń wynika, że zwykle otrzymanie odpowiedniej konsystencji trwa około godziny).
- Kiedy dżem będzie gotowy, czyli łyżeczka masy na zimnym talerzyku dość szybko gęstnieje, wyłączyć ogień pod garnkiem i odczekać pięć minut (żeby masa nie pryskała!). Przelać dżem do słoików, porządnie zakręcić, postawić do góry dnem i poczekać, aż ostygną. Z podanych proporcji wyszły mi dwa 250 ml słoiki.
*kiedy się za to zabrałam, naprawdę było już dość późno, więc to jest wersja ekspresowa, nie do końca przestrzegałam reguł sztuki. I tak wyszło :)
czwartek, 17 czerwca 2010
Świętuję! Pierwszy rok Bułki z masłem

Moje pierwsze świadome zetknięcie z blogiem kulinarnym miało smak paluszków rybnych wyguglanych na White plate. Smakowały okropnie, bo nie do końca rozmroziłam rybę, więc zrobiły się wodniste i maziowate. Działo się to trochę więcej niż półtora roku temu.
Wydaje mi się, że pomysł założenia własnego bloga naszedł mnie niedługo potem, bo już na lutowe urodziny zażyczyłam sobie aparat. Blogowanie wydawało mi się fajnym rozwiązaniem, bo zawierało się w nim kilka rzeczy, które lubię: gotowanie, pisanie – chociaż wtedy od czasów pracy magisterskiej nie napisałam nic wartościowego, oraz fotografowanie – co oznacza, że sądziłam, że lubiłabym fotografować, bo sama idea jest fajna, ale ciągle jeszcze miałam kłopoty z obsługą aparatu na "głupim Jasiu". Problemem wydawała mi się tylko konieczność regularnych wpisów, ale pomyślałam, że jak mi się już nie będzie chciało, to przecież zawsze można przestać. Zanim zdecydowałam się zrobić zdjęcia, coś napisać i do tego to upublicznić, zrobił się 17 czerwca.
Bułka z masłem z 17 czerwca 2009 roku miała być blogiem o podstawach gotowania. Z prostymi przepisami i szczegółowymi opisami. Szczegółowe opisy szybko mi się znudziły, bo perspektywa nieograniczonej prawie niczym możliwości ekspresji własnej osobowości, wyrażanej w słowie pisanym, która mi się szybko ukazała, była się o wiele bardziej pociągająca niż planowana początkowo misyjność. Będę się jednak nadal upierać, że większość przepisów tu prezentowanych jest prosta, chociaż na pierwszy rzut oka może się tak nie wydawać.
A co się zmieniło? Umiem już upiec chleb :) Co prawda zwykły, na drożdżach, ale uroczyście obiecuję, że do czasu drugich urodzin wyjdzie już spod moich rąk, i z mojego piekarnika, piękny bochenek na zakwasie.
Wydaje mi się, że pomysł założenia własnego bloga naszedł mnie niedługo potem, bo już na lutowe urodziny zażyczyłam sobie aparat. Blogowanie wydawało mi się fajnym rozwiązaniem, bo zawierało się w nim kilka rzeczy, które lubię: gotowanie, pisanie – chociaż wtedy od czasów pracy magisterskiej nie napisałam nic wartościowego, oraz fotografowanie – co oznacza, że sądziłam, że lubiłabym fotografować, bo sama idea jest fajna, ale ciągle jeszcze miałam kłopoty z obsługą aparatu na "głupim Jasiu". Problemem wydawała mi się tylko konieczność regularnych wpisów, ale pomyślałam, że jak mi się już nie będzie chciało, to przecież zawsze można przestać. Zanim zdecydowałam się zrobić zdjęcia, coś napisać i do tego to upublicznić, zrobił się 17 czerwca.
Bułka z masłem z 17 czerwca 2009 roku miała być blogiem o podstawach gotowania. Z prostymi przepisami i szczegółowymi opisami. Szczegółowe opisy szybko mi się znudziły, bo perspektywa nieograniczonej prawie niczym możliwości ekspresji własnej osobowości, wyrażanej w słowie pisanym, która mi się szybko ukazała, była się o wiele bardziej pociągająca niż planowana początkowo misyjność. Będę się jednak nadal upierać, że większość przepisów tu prezentowanych jest prosta, chociaż na pierwszy rzut oka może się tak nie wydawać.
A co się zmieniło? Umiem już upiec chleb :) Co prawda zwykły, na drożdżach, ale uroczyście obiecuję, że do czasu drugich urodzin wyjdzie już spod moich rąk, i z mojego piekarnika, piękny bochenek na zakwasie.
Na dzień tych pierwszych urodzin Bułki z masłem czekałam prawie tak jak na swoje prawdziwe urodziny, chociaż mało brakowało, a w końcu bym je przegapiła, bo wydawało mi się, że przypadają parę dni później. Na szczęście w porę się zorientowałam i mogłam podzielić się z Wami okolicznościowymi wspominkami i refleksjami, a ponieważ jestem solenizantką, Wy musieliście to cierpliwie przeczytać. Nadchodzi jednak pora rzeczy ciekawszych, a mianowicie tortu urodzinowego. Jest dla Was – w podziękowaniu za to, że mnie odwiedzacie i dajecie dowody sympatii, i w sieci, i w realu. Bez słów zachęty z Waszej strony z pewnością nie chciałoby mi się tego robić.
PS Podczas robienia zdjęć stłukłam lustro pełniące rolę dodatkowego oświetlenia. Mam nadzieję, że to na szczęście.

Tort to niby zwykły biszkopt z truskawkami, który jednak został trochę ulepszony. Przepis na ciasto pochodzi z Kuchni polskiej i jest właściwie jedynym przepisem na biszkopt, z którego korzystam. Możecie sobie mówić, że jest oszukiwane, bo woda i proszek do pieczenia, jest jednak mięciutkie, puszyste i z a w s z e się udaje. Oczywiście można je zrobić także w tortownicy.
Biszkopt z kremem truskawkowo-rabarbarowym
Biszkopt:
4 jajka (rozdzielone)
25 dag cukru
6 łyżek wody
13 dag mąki pszennej
13 dag mąki ziemniaczanej
2 łyżki pokruszonych płatków migdałowych (to już mój dodatek)
1/2 paczki cukru waniliowego
1/2 paczki proszku do pieczenia
Krem:
30 dag truskawek + truskawki do dekoracji
4 łodygi rabarbaru
500 ml śmietanki kremówki
5 łyżek cukru
1/2 paczki cukru waniliowego
1 łyżeczka żelatyny
cukier puder
ewentualnie: woda z cytryną do nasączenia ciasta
Wykonanie:
- Biszkopt: żółtka ubić do białości z 20 dag cukru i cukrem waniliowym, następnie dodawać po łyżce wodę. Osobno ubić białka, pod koniec ubijania dodając resztę cukru. Na masę żółtkową wyłożyć pianę, obydwa rodzaje mąki wymieszane z proszkiem do pieczenia i płatki migdałowe, delikatnie wymieszać. Piec w prostokątnej formie wyłożonej papierem do pieczenia w 180 stopniach ok. 25 minut. Wystudzić.
- Krem: Rabarbar obrać i pokroić na małe kawałki, wrzucić do garnka razem z cukrem i cukrem waniliowym, dolać trochę wody, ale tylko tyle, żeby się nie przypalało i gotować na małym ogniu, aż rabarbar się rozpadnie i masa zgęstnieje. Od czasu do czasu zamieszać i sprawdzać, czy nie potrzeba dolać wody. Wystudzić.
- Śmietankę ubić na sztywno. Łyżeczkę żelatyny rozpuścić w kilku łyżkach gorącej wody i wymieszać z zimnym rabarbarem. Owoce wymieszać z ubitą śmietaną.
- Biszkopt przekroić na pół, dolną część delikatnie nasączyć wodą z sokiem z cytryny. Wyłożyć połowę kremu, na to położyć truskawki pokrojone w plasterki, przykryć resztą kremu i drugą częścią biszkopta. Odłożyć do lodówki na co najmniej kilka godzin.
- Przed podaniem posypać cukrem pudrem i udekorować truskawkami. Zamiast kroić kwadraty można wyciąć kółka, ja robiłam to metalową foremką o średnicy ok. 8 cm, po każdym kółku zanurzając ją w gorącej wodzie. Kółka mają tę zaletę, że zostaje dużo kawałków do podjadania.


czwartek, 22 kwietnia 2010
Kwietniowe truskawki

Właśnie pojawiły się na straganach i w warzywniakach. Najbardziej wytrawni sprzedawcy stosują wobec nich prostą socjotechniczną sztuczkę: 5, a nawet 4 zł widoczne z daleka. Z bliska widać jeszcze, że to za pół kilo. W supermarkecie sprzedawane są w tych nieekologicznych plastikowych pudełeczkach, które starają się ukryć, że to 5 zł to za 250 g. A chociaż śliczne i rumiane jak prawdziwe, to jednak w smaku są marnym ersatzem. Cóż z tego, skoro każdy po raz kolejny z radością się nabiera, piszcząc z zachwytu, że to przecież pierwsze w tym roku. Kwietniowe truskawki.
Wszystko byłoby bardzo pięknie, gdyby nie to, że, przynajmniej w moim przypadku, jest to kompletna nieprawda, ale pomyślałam, że zabrzmi dobrze na początek. Dotychczas nigdy ich nie kupowałam, wolałam poczekać jeszcze ten miesiąc, kiedy bez uprzedniego znieczulania swoich kubków smakowych owocami nagrzanymi hiszpańską lampą szklarniową, naprawdę będę mogła ucieszyć się, nawet jeszcze trochę zieloną, ale najpyszniejszą na świecie polską truskawką.
W tym roku wszystko potoczyło się trochę inaczej. Najpierw kupiła je mama. Pachniały obłędnie, ale smakowały, no w ogóle nie bardzo smakowały. Mimo tego moja wyobraźnia zaczęła pracować i stworzyła właśnie takie sobie babeczki, nie jakieś nadzwyczajnie pomysłowe ani wyrafinowane, ale jednak wymagające obecności truskawki i z jakiegoś powodu z nimi nie chciałam poczekać jeszcze miesiąca. Kupiłam więc truskawki i ja. Skoro już je miałam, nie mogłam się jednak powstrzymać i jedna prosto z sitka wskoczyła mi mimochodem do buzi. I całkiem dobra była. Podobnie jak moje babeczki, takie na dwa kęsy, (pozornie) leciutkie i odświeżająco słodkie, pozostawiające po sobie miłe uczucie niedosytu, miłe, bo zaraz można próbować je usunąć, uspokajając się, że skoro taka mała, to kolejna nie zaszkodzi. A poza tym, one są w końcu z truskawkami, pierwszymi w tym roku, jeśli to nie jest dobra okazja, żeby sobie trochę odpuścić, to która jest?
Wszystko byłoby bardzo pięknie, gdyby nie to, że, przynajmniej w moim przypadku, jest to kompletna nieprawda, ale pomyślałam, że zabrzmi dobrze na początek. Dotychczas nigdy ich nie kupowałam, wolałam poczekać jeszcze ten miesiąc, kiedy bez uprzedniego znieczulania swoich kubków smakowych owocami nagrzanymi hiszpańską lampą szklarniową, naprawdę będę mogła ucieszyć się, nawet jeszcze trochę zieloną, ale najpyszniejszą na świecie polską truskawką.
W tym roku wszystko potoczyło się trochę inaczej. Najpierw kupiła je mama. Pachniały obłędnie, ale smakowały, no w ogóle nie bardzo smakowały. Mimo tego moja wyobraźnia zaczęła pracować i stworzyła właśnie takie sobie babeczki, nie jakieś nadzwyczajnie pomysłowe ani wyrafinowane, ale jednak wymagające obecności truskawki i z jakiegoś powodu z nimi nie chciałam poczekać jeszcze miesiąca. Kupiłam więc truskawki i ja. Skoro już je miałam, nie mogłam się jednak powstrzymać i jedna prosto z sitka wskoczyła mi mimochodem do buzi. I całkiem dobra była. Podobnie jak moje babeczki, takie na dwa kęsy, (pozornie) leciutkie i odświeżająco słodkie, pozostawiające po sobie miłe uczucie niedosytu, miłe, bo zaraz można próbować je usunąć, uspokajając się, że skoro taka mała, to kolejna nie zaszkodzi. A poza tym, one są w końcu z truskawkami, pierwszymi w tym roku, jeśli to nie jest dobra okazja, żeby sobie trochę odpuścić, to która jest?

Babeczki truskawkowe
12 sztuk
Ciasto:
1 szklanka mąki
2 łyżki cukru pudru
100 g masła
szczypta soli
2 łyżki zimnej wody
Nadzienie:
250 g mascarpone + 3 łyżki cukru pudru
kilka truskawek, kilka fig (u mnie 3, ale duże)
2 łyżki cukru
1 łyżeczka cukru waniliowego
Wykonanie:
- Mąkę, cukier puder, sól i masło posiekać. Dodać wodę i szybko zagnieść. Schłodzić w lodówce (ok. 1 godziny). Rozwałkować ciasto na posypanej mąką stolnicy, niezbyt cienko, i wykrawać krążki nieco większe od średnicy foremek (góry foremek, ja użyłam blachy do muffinek). Krążki wkładać w nienasmarowane foremki i piec ok. 20 min. w 180 stopniach.
- Figi zalać pół szklanki wody, dodać 2 łyżki cukru i cukier waniliowy, zagotować i pozostawić na ogniu jeszcze 10 minut. Wyjąc figi, a syrop gotować jeszcze chwilę, aż trochę zgęstnieje. Ostudzić.
- Mascarpone wymieszać z cukrem, rozłożyć do wystudzonych babeczek. Udekorować cząstkami truskawek i pokrojonymi figami. Skropić syropem. Podawać natychmiast, chociaż jakiś czas w lodówce też wytrzymają. Tak sobie myślę, że gotowane figi można też dać na dół babeczek, przykryć serkiem i na to położyć truskawki.

czwartek, 18 czerwca 2009
Eton mess, czyli truskawkowy bałagan
Ten zdecydowanie mało elegancki deser wziął swoją nazwę i podawany jest podobno w elitarnej brytyjskiej szkole dla chłopców w Eton. Anegdota mówi, że powstał po tym, jak pies usiadł na piknikowym koszyku. Nie wiem czy to prawda, ale eton mess właśnie tak wygląda, niedbałe połączenie truskawek, bez i bitej śmietany jest zdecydowanie mało fotogeniczne, ale za to jakie pyszne.
Eton mess
Składniki:
(dla czterech średnio żarłocznych osób)
250 ml śmietany 30 lub 36%
200 g truskawek
12 bezów (małych)
Wykonanie:
- Śmietanę ubić, posłodzić do smaku. Jeżeli nie lubicie bardzo słodkich deserów możecie nie słodzić w ogóle, bo deser wystarczająco osłodzą bezy.
- Truskawki pozbawić szypułek, duże pokroić na ćwiartki, małe na połówki.
- Bezy niezbyt drobno pokruszyć.
- Wszystkie składniki wymieszać i podzielić na porcje.
Jeżeli nie zamierzacie deseru podać od razu, przygotujcie składniki osobno i wymieszajcie dopiero przed podaniem.
Ilości w przepisie są orientacyjne, na tym polega jego urok, nie musicie wszystkiego ważyć i liczyć!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



