Kilka tygodni temu zauważyłam w (dziewczyńskim) internecie pewne poruszenie wywołane planowaną premierą nowego serialu o Ani z Zielonego Wzgórza. Postanowiłam dołączyć do grona niecierpliwie czekających na to wydarzenie, ponieważ Ania (co widać chyba na zdjęciu, jeśli spojrzeć na stan okładki) była jedną z moich ukochanych lektur dzieciństwa i przez kilka lat namiętnie czytałam na okrągło tę część cyklu, która akurat była moją ulubioną. Pełna oczekiwań zaczęłam oglądać serial już w dniu premiery. Wrażenia?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciastka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciastka. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 16 maja 2017
„Ania, nie Anna” i staroświeckie ciasteczka
Kilka tygodni temu zauważyłam w (dziewczyńskim) internecie pewne poruszenie wywołane planowaną premierą nowego serialu o Ani z Zielonego Wzgórza. Postanowiłam dołączyć do grona niecierpliwie czekających na to wydarzenie, ponieważ Ania (co widać chyba na zdjęciu, jeśli spojrzeć na stan okładki) była jedną z moich ukochanych lektur dzieciństwa i przez kilka lat namiętnie czytałam na okrągło tę część cyklu, która akurat była moją ulubioną. Pełna oczekiwań zaczęłam oglądać serial już w dniu premiery. Wrażenia?
środa, 12 kwietnia 2017
Postne ciastka czekoladowe (bez cukru, masła i mąki)
Od kiedy zjadam wszystkie zakupione marchewki zanim zaczynają pleśnieć uznałam, że moja droga ku zdrowemu odżywianiu (cokolwiek to oznacza) została zakończona. Jednocześnie, w pełnej symbiozie ze zjadaniem 5 porcji warzyw i owoców dziennie, pozostaje moja miłość do słodyczy. Wykluczanie na zawsze rafinowanego cukru ze swojego życia uważam za głupotę, bo przynosi więcej szkód psychicznych niż korzyści zdrowotnych. Jednak pomimo tego, że zdaję sobie sprawę, że 100 gramowa tabliczka czekolady dość powszechnie uważana jest za porcję dla jednej osoby, to czasem, kiedy walczę z lekkimi mdłościami po jej zjedzeniu, nachodzą mnie różne myśli. Na przykład takie, że cześć słodyczy dostarczanej mi przez rafinowany cukier, białą mąkę i masło 82% tudzież mleczną czekoladę, można by jednak zastąpić czymś innym i zaczynam szukać przepisów na zdrowe słodkości. Nie akceptuję żadnych ersatzów. Przepis spełnia kryteria tylko jeśli okazuje się, że rezultat jest na tyle ok, że jadłabym to nawet gdyby nie było takie zdrowe. Czasem spotyka mnie gorzkie rozczarowanie, a czasami nie.
poniedziałek, 2 kwietnia 2012
Zrobiona w jajo. Przepiórcze
Może zauważyliście, że pojawia się u mnie raczej mało przepisów świątecznych. Kiedy na innych blogach trwa przegląd bab, mazurków i jajek pod różnymi postaciami, ja ciągle proponuję ciastka aktualne o każdej porze roku.
Bo mazurek zjedzony wcześniej niż w wielkanocny poranek to dla mnie prawie świętokradztwo. Lub, podchodząc do sprawy bardziej praktycznie, pozbawienie się połowy przyjemności. Oczywiście, z pewnego punktu widzenia, można by mówić raczej o mnożeniu przyjemności, ale to nie jest mój punkt widzenia. Dla mnie aksjomatem pozostaje fakt, że potrawy świąteczne są tak pyszne w przeważającej mierze z tego powodu, że jadane tylko raz do roku. I w związku z tym próbowanie ich wcześniej jest jak zepsuta niespodzianka czy spalony dowcip: po prostu nie ma już na co czekać.
Mimo tego zdecydowałam się dla Was (do pewnego stopnia) złamać tabu, chociaż jako dyplomowany socjolog powinnam wiedzieć, że za tego rodzaju wykroczenie przewidziana jest kara: w zamyśle urocze ciasteczka mające imitować przepiórcze jaja (moje tegoroczne odkrycie, chociaż na razie tylko w funkcji dekoracji) nie dość, że przypominają jedynie niewyrośnięte bezy, to jeszcze są twarde niczym kamienie.
Jak się jednak okazało, może i udało mi się zostać magistrem socjologii, co nie znaczy, że należało zaprzestać dokształcania się w innych dziedzinach. We francuskim oryginale ciastka nazywają się cailloux, czyli... kamyki, więc ich struktura nie powinna budzić zdziwienia. To odkrycie trochę mnie uspokoiło, bo oznacza, że wypiek, chociaż niezgodny z moimi oczekiwaniami, okazał się udany. Jeśli chcielibyście jednak te kamyki zjeść, to pomoczenie ich w kawie czy herbacie przekształca je w całkiem znośne ciastka.
Bo mazurek zjedzony wcześniej niż w wielkanocny poranek to dla mnie prawie świętokradztwo. Lub, podchodząc do sprawy bardziej praktycznie, pozbawienie się połowy przyjemności. Oczywiście, z pewnego punktu widzenia, można by mówić raczej o mnożeniu przyjemności, ale to nie jest mój punkt widzenia. Dla mnie aksjomatem pozostaje fakt, że potrawy świąteczne są tak pyszne w przeważającej mierze z tego powodu, że jadane tylko raz do roku. I w związku z tym próbowanie ich wcześniej jest jak zepsuta niespodzianka czy spalony dowcip: po prostu nie ma już na co czekać.
Mimo tego zdecydowałam się dla Was (do pewnego stopnia) złamać tabu, chociaż jako dyplomowany socjolog powinnam wiedzieć, że za tego rodzaju wykroczenie przewidziana jest kara: w zamyśle urocze ciasteczka mające imitować przepiórcze jaja (moje tegoroczne odkrycie, chociaż na razie tylko w funkcji dekoracji) nie dość, że przypominają jedynie niewyrośnięte bezy, to jeszcze są twarde niczym kamienie.
Jak się jednak okazało, może i udało mi się zostać magistrem socjologii, co nie znaczy, że należało zaprzestać dokształcania się w innych dziedzinach. We francuskim oryginale ciastka nazywają się cailloux, czyli... kamyki, więc ich struktura nie powinna budzić zdziwienia. To odkrycie trochę mnie uspokoiło, bo oznacza, że wypiek, chociaż niezgodny z moimi oczekiwaniami, okazał się udany. Jeśli chcielibyście jednak te kamyki zjeść, to pomoczenie ich w kawie czy herbacie przekształca je w całkiem znośne ciastka.
Kamyki, albo przepiórcze jaja
(przepis dla osób obdarzonych mocnymi zębami i bogatą wyobraźnią)
źródło: Merveilles. Delicieuses recettes au pays d'Alice
Składniki:
100 g cukru
100 g mąki
1 duże jajko (60 g)
Wykonanie:
Jajko ubić z cukrem na puszystą, jasną masę i delikatnie wmieszać mąkę. Na blachę wyłożoną papierem do pieczenia nakładać niewielkie porcje ciasta. Odstawić na noc do wyschnięcia. Następnego dnia lekko oprószyć kakao i piec 10 minut w 170 stopniach.
niedziela, 4 grudnia 2011
Odgrzewane kotlety
Intensywnie myślę nad porządnym wpisem książkowym, tymczasem na stosikach wokół mnie ciągle gromadzą się wyłącznie lektury reminiscencyjne w stałym składzie (tym razem wszystkie dostępne w domu tomy Jeżycjady oraz Dziennik Bridget Jones, który przypadkiem wpadł mi w oczy. Próba sięgnięcia pod Ponadczasowe Arcydzieło okazała się nieudana, wróciło do biblioteki prawie bez czytania.). Ale, ale, natrafiłam także na coś jeszcze, o czym raczej nie pisałam (chociaż pojawił się wpis o takim tytule), a lektura to urocza, zabawna i bardzo relaksująca – Pokój z widokiem autorstwa E. M. Forstera, znany, przynajmniej w Polsce, raczej ze swojej mutacji filmowej, także zabawnej i uroczej (z niepowtarzalnie śmieszną sceną kąpieli w leśnym stawie). Rzadko się zdarza, by ekranizacja była tak udana, ale w końcu reżyserował specjalista od stylowych adaptacji arcydzieł literatury angielskiej (to mówi Wikipedia, podsumowanie jednak, moim zdaniem, bardzo trafne), James Ivory, a w roli głównej wystąpiła Helena Bonham Carter, bardzo, bardzo młoda, wiecznie naburmuszona, trochę rozczochrana i absolutnie zniewalająca.
Za dużo chyba tych pochwał, zaczynam popadać w egzaltację, ale historia rozterek sercowych panny Lucy Honeychurch (co za nazwisko!) okraszona kpiną z obyczajów Anglii początków XX wieku niezależnie od tego, ile razy ją czytam, czy oglądam, polepsza mi humor. Dodatkowy smaczek mojego wydania stanowi post scriptum autora, dodane 50 lat po pierwszej publikacji powieści, w którym opisuje swoje wyobrażenia na temat dalszych losów bohaterów.
Gdyby Pokój… zauroczył Was tak jak mnie, przestrzegam przed innymi dziełami E. M. Forstera: Droga do Indii, z której, przynajmniej w swoim kraju, najbardziej zasłynął, jest wściekle nudna (przypadek dwukrotnego porzucenia lektury w połowie), zaś Powrót do Howard Ends (także świetnie przeniesiony na ekran przez Ivory’ego) podobał mi się, ale wydźwięk ma raczej gorzki niż rozrywkowy.
No dobrze, zaserwowałam Wam już dania odgrzewane, pora więc na nowości, a pytanie będące inspiracją dla dzisiejszego przepisu brzmi: jaka jest idealna przekąska czytelnika? Ponieważ niereprezentatywną grupą badawczą byłam ja, odpowiedź brzmi oczywiście: słodka. Przy tym poręczna, niebrudząca i niekrusząca. Znalazłam więc takie idealne ciasteczko, które zresztą mogłoby znaleźć się w menu podwieczorku u Szalonego Kapelusznika, bo twórca przepisu powrzucał do niego chyba wszystkie swoje ulubione smaki Bożego Narodzenia (tak, tak, pora już o tym myśleć, ale nikomu raczej nie trzeba przypominać), nie przejmując się tym, że nikt tak nie robi. Jest więc i czekolada, i orzechy, i migdały, przyprawy korzenne i skórka cytrynowa. I o dziwo, to jest niesamowicie dobre. Przepojone czekoladowością, chrupiące z zewnątrz i miękkie w środku. Mmmm… Aż trudno się skoncentrować na czytaniu.
Łapy niedźwiedzia
źródło: Regine Stroner, Świąteczne wypieki
Składniki:
na 40 szt.
125 g gorzkiej czekolady
125 g migdałów
125 g orzechów laskowych
3 białka
250 g cukru
½ łyżeczki cynamonu
po szczypcie zmielonych goździków i kardamonu
2 łyżki kakao
skórka starta z połowy cytryny
Wykonanie:
- Czekoladę pokroić i razem z orzechami i migdałami rozdrobnić w malakserze lub zmielić w inny dowolny sposób.
- Białka ubić na bardzo sztywną pianę, dodać do niej resztę składników i dokładnie wymieszać. Powstanie ścisłe, chociaż dość miękkie ciasto.
- Z ciasta zrobić kuleczki wielkości orzecha włoskiego i każdą obtoczyć dokładnie w cukrze. Foremkę w kształcie muszli (czyli niedźwiedziej łapy) wysypać cukrem (ja ją przedtem natłuściłam, żeby cukier się trzymał), kolejno wciskać w nią kule i natychmiast je wyjmować, po czym układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Ślady po foremce, przynajmniej na moich ciasteczkach, były bardzo nieznaczne, jeśli więc nie macie odpowiedniej foremki lub czasu i chęci, po prostu rozpłaszczcie kule na blasze.
- Przygotowane ciasteczka odstawić na noc do wysuszenia.
- Następnego dnia piec ciastka 15 minut w 180 stopniach. Jeśli uznacie, że szaleństwa nie jest dość, można je jeszcze zanurzyć, mniej więcej do 1/3 wysokości, w roztopionej czekoladzie.
wtorek, 20 września 2011
Mleko od krowy
Jak wiadomo, mleko bierze się z kartonu. Chociaż nie zawsze tak było.
W czasach mojego dzieciństwa mleko było z woreczka i przed piciem trzeba je było przegotować. Często się przypalało, kipiało i miało kożuch (ohyda...). A czasami od świeżości było już kwaśne i nie do użycia.
Mleko w woreczku da się jeszcze czasami kupić, ale nigdy bym tego nie zrobiła. Powoli jednak mija zachwyt kapitalistycznym wynalazkiem mleka w kartonie i coraz więcej osób pragnie powrotu do natury, czyli mleka od krowy. Byłoby niewybaczalnym marketingowym błędem nie dostarczyć ludziom tego, czego chcą. Podobno w Stanach Zjednoczonych można sobie kupić udziały w krowie, u nas na razie mleko z mlekomatu.
Mlekomat to urządzenie wielkości trzech normalnych automatów do napojów, składa się z części, w której kupuje się butelkę (ale można też przynieść własną) i drugiej, gdzie zamiast pysznej kawki z proszku z mleczkiem w proszku leci świeże, niepasteryzowane mleko. Podobno nadaje się na zsiadłe!
O cudzie mlekomatu dowiedziałam się niedawno z lektury jakiejś gazety i chyba zaledwie tydzień później samo urządzenie, zupełnie niespodziewanie, stanęło na mojej drodze. Oczywiście chciałam zobaczyć, o co właściwie chodzi, z co najmniej trzech powodów: i tak musiałam czekać na autobus, cały kwadrans!, dobrze więc było go czymś wypełnić; mam ostatnio lekki odchył na punkcie „naturalności”, głupio więc byłoby nie skorzystać z okazji spróbowania czegoś tak ewidentnie (przynajmniej według reklamowych zapewnień) prosto z natury; powód trzeci, najważniejszy, jest taki, że nie mogłam sobie odmówić przyjemności zabawy mlekomatem, wrzucania pieniążków, podstawiania butelki i tak dalej.
Mleko z mlekomatu jest tak naturalne, że, zupełnie jak to sprzed lat, należy je przed użyciem przegotować. (Chociaż widziałam na własne oczy, jak jakaś mamusia dawała dziecku do picia takie surowe.) I tu dochodzimy do smutnej konkluzji. Jak często udaje Wam się poczuć smak dzieciństwa? Prawie nigdy, prawda? Ja poczułam. Problem polega na tym, że był to smak, którego nie lubię: smak przegotowanego mleka. Uściślijmy to: ja mleka w ogóle nie lubię. Z płatkami, miodem, kakao, w budyniu to tak, owszem, ale nigdy, przenigdy nie sięgnęłabym po kubek czystego mleka gdyby nie fakt, że musiałam spróbować, jak bardzo jest „od krowy”.
Nie mam dobrego pomysłu, jak to podsumować, bo nie chciałabym Was zniechęcać do mlekomatów. Jeśli tylko wszystko, co się o nich pisze, jest prawdą, to idea jest super. Kto mi kazał pić mleko, skoro go nie lubię, nie można było zrobić owsianki? Pewnie, można, spróbuję jeszcze raz, tym bardziej, że na korzyść działa i cena – właściwie taka sama jak mleka w kartonie znanych marek.
Teraz coś na osłodę. Typowe amerykańskie cookies, dla których mleko jest tak naturalnym dopełnieniem jak czosnek dla szpinaku albo cynamon dla jabłek. Wiadomo, w tego typu wypiekach efekty są zwykle podobne, ale ten przepis jest zdecydowanie bardzo dobry. Ciastka są chrupiące z zewnątrz i ciągnące w środku, ale jeśli nie chcecie, by zlały się w ciasteczkowy placek pamiętajcie o bardzo dużych odstępach.
Ciasteczka z czekoladą, toffi i orzechami laskowymi
źródło: Bliss
Składniki:
2 szklanki odjąć 2 łyżki mąki pszennej
1 2/3 szklanki mąki pszennej chlebowej (dałam tylko zwykłą)
2 jajka
1 szklanka + 2 łyżki cukru
1 1/4 szklanki brązowego cukru
1 1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 1/2 łyżeczki soli
2 łyżeczki esencji waniliowej
290 g masła
1 szklanka kawałków karmelków toffi*
1 szklanka posiekanych orzechów laskowych
2 szklanki groszków czekoladowych (lub posiekanej czekolady)
*mój pomysł na ich uzyskanie okazał się przekombinowany. Najlepiej połamcie cukierki typu Werther's Original
Wykonanie:
- Masło utrzeć na puch z obydwoma rodzajami cukru, następnie dodać wanilię, a potem po 1 jajku i ucierać jeszcze kilka minut.
- Dodać mąkę, sól, proszek i sodę - miksować do połączenia składników, po czym dodać toffi, orzechy i czekoladę (ja na tym etapie wymieszałam łyżką). Przykryć miskę folią i odstawić do lodówki na 24-36 godzin. Ja oczywiście nie dałabym rady tyle czekać, moje ciasto leżakowało najwyżej 2 godziny, ale podobno leżakowanie jest bardzo, bardzo ważne, dla pełni efektu (pewnie) warto poczekać. Lub, jak radzi autorka przepisu, upiec kilka ciastek na smaka, a z resztą poczekać zgodnie z przepisem.
- Piekarnik nagrzać do 180 stopni. Na blachę wyłożoną papierem do pieczenia nakładać kulki ciasta (można łyżką do lodów – w każdym razie kulki tej wielkości, co z łyżki do lodów). Nie rozpłaszczać! – same to zrobią pod wpływem ciepła. Zachowywać naprawdę duże odstępy między ciastkami – uwzględniające rozpłaszczenie i rośnięcie.
- Ciastka piec 15-20 minut, aż będą brązowe na brzegach, ale ciągle miękkie. Po wyjęciu z piekarnika chwilę poczekać, aż stwardnieją, zdjąć z blachy i jeść jeszcze ciepłe. Ze szklanką mleka!
- Zrobiłam z połowy porcji, wyszło 17 ciasteczek.
- Surowe ciasto można również mrozić: na czymś płaskim i papierze do pieczenia rozłożyć kulki ciasta i wstawić do zamrażarki na kilka godzin. Później można je włożyć do jednego woreczka. Kiedy przyjdzie nam ochota piec, dodając do standardowego czasu w piekarniku 3-4 minuty.
wtorek, 22 marca 2011
Tiramisu to rodzaj deseru
Jeżeli zastanawiacie się już gdzie pojechać na wakacje, dobrze Wam radzę: zapomnijcie o Włoszech. To kraj bezprawia, przestępczości – zorganizowanej i nie tylko, korupcji i niesprawnej, lecz wszechwładnej biurokracji – takie wrażenie można przynajmniej odnieść z lektury doskonałych kryminałów Amerykanki Donny Leon. Na marginesie, to ciekawe, że podobne odczucia nie towarzyszą czytaniu książek Andrei Camilleriego, chociaż tam rzecz dzieje się na owianej złą sławą Sycylii.
Ta Donna Leon to ciekawa osoba. Mieszka w Wenecji (gdzie też rozgrywa się akcja jej powieści) już 30 lat, a nie pozwala tłumaczyć swoich książek na włoski. Podobno dlatego, by uchodzić wśród znajomych za zwykłą osobę, a nie słynną pisarkę. Biorąc jednak pod uwagę to, co wypisuje o swej drugiej ojczyźnie mam wrażenie, że raczej obawia się deportacji, która mogłaby nastąpić, gdyby po te dzieła sięgnął któryś z urzędników. Ale, ale, ja oczywiście nie o tym chciałam, tylko o kryminałach, a potem naturalnie o jedzeniu. Te powieści to było cudowne odkrycie, szesnaście tomów zbrodni, które domagają się wyjaśnienia. A chociaż główny bohater, komisarz Guido Brunetti, ma ponad czterdzieści lat, piękną i mądrą żonę oraz dwójkę dorastających dzieci i tak się w nim po prostu zakochałam.
Pan komisarz to nie jest osoba, która pogardziłaby dobrym posiłkiem. Ba, opisy jadłospisów rodziny Brunettich (oraz podawane do nich trunki) nie ustępują w szczegółowości opisom miejsc zbrodni. Aczkolwiek moja feministyczna dusza trochę się zżyma na myśl o tym, że te wspaniałości wychodzą wyłącznie spod rąk szanownej małżonki. By oddać Guidowi sprawiedliwość, nierzadko skoro świt idzie po ciastka na śniadanie – jeśli jednak mam być bezstronna, trudno nie zauważyć, że zwykle ma to ścisły związek z bezsennością i niepokojem spowodowanymi jakąś skomplikowaną i okrutną zbrodnią.
W jednym z tomów znalazłam coś uroczego, co świadczy o szybkiej przemianie obyczajów w naszym kraju. Otóż, pojawiające się tam tiramisu zostało opatrzone wyjaśnieniem: rodzaj deseru. Tom był wydany około 10 lat temu (nie pamiętam dokładnie, w którym to było, ale w jednym z pierwszych), czy myślicie, że ktoś dzisiaj pokusiłby się jeszcze o takie tłumaczenie? A może to tylko moja zawężona perspektywa blogerki kulinarnej każe mi tak sądzić?
Tiramisu miało być i u mnie, bo była to doskonała okazja, by wypróbować od dawna odkładany przepis na mrożoną wersję tego deseru. Cóż, okazała się niewypałem, nieumywającym się do oryginału. Zdjęcie jest, przepisu nie będzie, ale jeśli miałby Was ten brak troszkę rozczarować, to ja zwykle przyrządzam tiramisu na bazie propozycji Agnieszki Kręglickiej (chociaż na pewno nie z tych szalonych proporcji, nawet z połowy wyjdzie bardzo dużo).
Próbując szybko zapomnieć o przebytym rozczarowaniu postanowiłam odszukać recepturę na jakąś typową wenecką słodkość, co zaprowadziło mnie do tego, że jest nią właśnie… tiramisu (Wenecja walczy z Toskanią o pierwszeństwo wynalezienia tego boskiego deseru). Poza tym: pączki i faworki, może i odmienne od naszych, ale karnawał minął. (I również makaroniki!) Ostatecznie zdecydowałam się na zaletti, żółte od mąki kukurydzianej ciasteczka. Jednocześnie kruche i miękkie (bo nie są tak cienkie jak większość tego typu wypieków). W przeciwieństwie do mrożonego tiramisu, mogę Wam je szczerze polecić.
Ta Donna Leon to ciekawa osoba. Mieszka w Wenecji (gdzie też rozgrywa się akcja jej powieści) już 30 lat, a nie pozwala tłumaczyć swoich książek na włoski. Podobno dlatego, by uchodzić wśród znajomych za zwykłą osobę, a nie słynną pisarkę. Biorąc jednak pod uwagę to, co wypisuje o swej drugiej ojczyźnie mam wrażenie, że raczej obawia się deportacji, która mogłaby nastąpić, gdyby po te dzieła sięgnął któryś z urzędników. Ale, ale, ja oczywiście nie o tym chciałam, tylko o kryminałach, a potem naturalnie o jedzeniu. Te powieści to było cudowne odkrycie, szesnaście tomów zbrodni, które domagają się wyjaśnienia. A chociaż główny bohater, komisarz Guido Brunetti, ma ponad czterdzieści lat, piękną i mądrą żonę oraz dwójkę dorastających dzieci i tak się w nim po prostu zakochałam.
Pan komisarz to nie jest osoba, która pogardziłaby dobrym posiłkiem. Ba, opisy jadłospisów rodziny Brunettich (oraz podawane do nich trunki) nie ustępują w szczegółowości opisom miejsc zbrodni. Aczkolwiek moja feministyczna dusza trochę się zżyma na myśl o tym, że te wspaniałości wychodzą wyłącznie spod rąk szanownej małżonki. By oddać Guidowi sprawiedliwość, nierzadko skoro świt idzie po ciastka na śniadanie – jeśli jednak mam być bezstronna, trudno nie zauważyć, że zwykle ma to ścisły związek z bezsennością i niepokojem spowodowanymi jakąś skomplikowaną i okrutną zbrodnią.
W jednym z tomów znalazłam coś uroczego, co świadczy o szybkiej przemianie obyczajów w naszym kraju. Otóż, pojawiające się tam tiramisu zostało opatrzone wyjaśnieniem: rodzaj deseru. Tom był wydany około 10 lat temu (nie pamiętam dokładnie, w którym to było, ale w jednym z pierwszych), czy myślicie, że ktoś dzisiaj pokusiłby się jeszcze o takie tłumaczenie? A może to tylko moja zawężona perspektywa blogerki kulinarnej każe mi tak sądzić?
Tiramisu miało być i u mnie, bo była to doskonała okazja, by wypróbować od dawna odkładany przepis na mrożoną wersję tego deseru. Cóż, okazała się niewypałem, nieumywającym się do oryginału. Zdjęcie jest, przepisu nie będzie, ale jeśli miałby Was ten brak troszkę rozczarować, to ja zwykle przyrządzam tiramisu na bazie propozycji Agnieszki Kręglickiej (chociaż na pewno nie z tych szalonych proporcji, nawet z połowy wyjdzie bardzo dużo).
Próbując szybko zapomnieć o przebytym rozczarowaniu postanowiłam odszukać recepturę na jakąś typową wenecką słodkość, co zaprowadziło mnie do tego, że jest nią właśnie… tiramisu (Wenecja walczy z Toskanią o pierwszeństwo wynalezienia tego boskiego deseru). Poza tym: pączki i faworki, może i odmienne od naszych, ale karnawał minął. (I również makaroniki!) Ostatecznie zdecydowałam się na zaletti, żółte od mąki kukurydzianej ciasteczka. Jednocześnie kruche i miękkie (bo nie są tak cienkie jak większość tego typu wypieków). W przeciwieństwie do mrożonego tiramisu, mogę Wam je szczerze polecić.
Zaletti
źródło: My best food
Składniki:
125 g mąki
125 g drobnej mąki kukurydzianej
125 g masła (dosyć miękkiego)
70 g cukru
skórka starta z 1 cytryny
2 żółtka
ok. 50 g rodzynek
garść pinioli (dałam lekko posiekane migdały)
Wykonanie:
Wszystkie składniki zagnieść. Uformować wałek, zawinąć w folię i wstawić na co najmniej godzinę do lodówki. Po tym czasie nagrzać piekarnik do 180 stopni. Wałek pokroić na 1,5-2 cm plastry (jak się będzie kruszyć, to trochę ściśnijcie) i ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Piec 15 minut albo aż ciastka będą złote na brzegach. Wyszło mi 14 sztuk.
niedziela, 24 października 2010
Moja piękna wielka dynia


Słyszałam, że straganiarze mają tyle zamówień na halloweenowe dynie (a to informacja sprzed kilku tygodni), że już się martwią, jak zdołają zapewnić je wszystkim klientom. Nie zamierzam świętować Halloween, tylko Festiwal Dyni ogłoszony przez Beę, ale wykorzystanie dyniowej skórki jako uroczej latarenki, chociaż niekoniecznie wyposażonej w szczerbaty uśmiech i złośliwe oczka (skłaniałam się ku geometrycznej abstrakcji), wydało mi się dobrym pomysłem.
Podobno, jeśli chce się wykorzystać dynię do latarenkowego celu, miąższ należy wydłubać łyżką. Być może jest to skuteczny sposób, pod warunkiem, że zadowala nas pozyskanie dyniowego puree. Ja potrzebowałam kostek. I pewnie rzecz byłaby do zrobienia, ale niecierpliwość i głód zmusiły mnie do podjęcia bardziej zdecydowanych kroków, pożegnania się z koncepcją latarenki, kilku zdecydowanych ruchów nożem i po ślicznej, pomarańczowo-żółto-zielonej dyni, ze smoczą, chropowatą i bąblastą skórką, nie ma już śladu.
A właściwie jest, w postaci rządka słoiczków w specjalnie na ich cześć uporządkowanej szafce. No, na tyle uporządkowanej, by zmieścić tam słoiki. Bo, chociaż to warzywo roztacza przede mną coraz smaczniejsze uroki, zjedzenie całej wielkiej dyni wydawało się przekraczać moje możliwości. Postanowiłam więc zamienić ją na dyniowe puree, które posłuży mi do robienia zupy, placuszków, ciast, zapiekanek i innych takich, kiedy świat na wiele miesięcy o dyni zapomni. W efekcie, prawie całe swoje długo oczekiwane wolne popołudnie poświęciłam na obieranie, krojenie, gotowanie i wpakowywanie do słoików mojej pięknej dyni. To bardzo, bardzo proste. Jednak przemysłowa ilość, która powstaje z zaledwie jednej sztuki sprawiła, że czułam się jak na linii produkcyjnej. Żadnego innego przetworu nie mam tak dużo. I wiecie co? Chyba zrobię jeszcze więcej, bo dynia to nieskomplikowany, pyszny i zdrowy produkt. Mam tylko nadzieję, że słoiczki wytrzymają, bo nadal nie udało mi się posiąść umiejętności porządnego ich zamykania.
Tymczasem, z bohatersko wykrojonych kostek przygotowałam pyszną jesienną sałatkę, a następnego dnia, na bazie tych samych składników, pyszną jesienną dyniową zupę. Przepis na sałatkę pochodzi z Roast figs sugar snow, trochę go dostosowałam do swoich bieżących możliwości i w tej wersji podaję, zachowując wszakże proporcje z książki, bo ja nie trzymałam się żadnych.
Podobno, jeśli chce się wykorzystać dynię do latarenkowego celu, miąższ należy wydłubać łyżką. Być może jest to skuteczny sposób, pod warunkiem, że zadowala nas pozyskanie dyniowego puree. Ja potrzebowałam kostek. I pewnie rzecz byłaby do zrobienia, ale niecierpliwość i głód zmusiły mnie do podjęcia bardziej zdecydowanych kroków, pożegnania się z koncepcją latarenki, kilku zdecydowanych ruchów nożem i po ślicznej, pomarańczowo-żółto-zielonej dyni, ze smoczą, chropowatą i bąblastą skórką, nie ma już śladu.
A właściwie jest, w postaci rządka słoiczków w specjalnie na ich cześć uporządkowanej szafce. No, na tyle uporządkowanej, by zmieścić tam słoiki. Bo, chociaż to warzywo roztacza przede mną coraz smaczniejsze uroki, zjedzenie całej wielkiej dyni wydawało się przekraczać moje możliwości. Postanowiłam więc zamienić ją na dyniowe puree, które posłuży mi do robienia zupy, placuszków, ciast, zapiekanek i innych takich, kiedy świat na wiele miesięcy o dyni zapomni. W efekcie, prawie całe swoje długo oczekiwane wolne popołudnie poświęciłam na obieranie, krojenie, gotowanie i wpakowywanie do słoików mojej pięknej dyni. To bardzo, bardzo proste. Jednak przemysłowa ilość, która powstaje z zaledwie jednej sztuki sprawiła, że czułam się jak na linii produkcyjnej. Żadnego innego przetworu nie mam tak dużo. I wiecie co? Chyba zrobię jeszcze więcej, bo dynia to nieskomplikowany, pyszny i zdrowy produkt. Mam tylko nadzieję, że słoiczki wytrzymają, bo nadal nie udało mi się posiąść umiejętności porządnego ich zamykania.
Tymczasem, z bohatersko wykrojonych kostek przygotowałam pyszną jesienną sałatkę, a następnego dnia, na bazie tych samych składników, pyszną jesienną dyniową zupę. Przepis na sałatkę pochodzi z Roast figs sugar snow, trochę go dostosowałam do swoich bieżących możliwości i w tej wersji podaję, zachowując wszakże proporcje z książki, bo ja nie trzymałam się żadnych.

Sałatka z dynią na ciepło
6 porcji
Składniki:
1.5 kg dyni (ok. 900 g po obraniu)
oliwa
250 g sera z zieloną pleśnią (pokroić)
275 g zielonej soczewicy
1/2 małej cebuli, drobno posiekanej
15 g masła
1/2 łyżki oliwy
1 1/2 łyżki posiekanej pietruszki (zapomniałam kupić, więc nie było)
dressing:
1/2 łyżki octu z białego wina
1 łyżeczka musztardy z Dijon
4 łyżki oliwy
duża szczypta cukru
Wykonanie:
- Soczewicę wrzucić do zimnej lub gorącej posolonej wody i gotować, aż zmięknie. Potrwa to 15-30 minut (z mojego doświadczenia wynika, że raczej 30). Kiedy się ugotuje, odcedzić.
- Dynię pokroić w kostkę. Na patelni rozgrzać oliwę, wrzucić dynię i smażyć, aż będzie miękka. Posolić, zdjąć z patelni.
- Na tej samej patelni (można oczywiście umyć/zmienić, ale po co?) roztopić masło i oliwę, podsmażyć na nich cebulę, aż będzie miękka, ale nie nabierze koloru.
- Zrobić dressing: wymieszać dokładnie wszystkie składniki, doprawić solą i pieprzem.
- Kiedy soczewica się ugotuje, wrzucić ją na patelnię do cebuli i chwilę smażyć. Dodać 2/3 sosu i pietruszkę, doprawić solą i pieprzem.
- Na każdy talerz wyłożyć trochę soczewicy, na nią dynię, a na koniec ser. Skropić pozostałym sosem.

Drugi przepis, który dorzucam do Festiwalu Dyni, to dyniowe chocolate chip cookies, które u mnie zlały się w jedno wielkie cookie. Czy to przepis jest trefny, czy ja mało uważna, trudno powiedzieć, w każdym razie, smak był bez zarzutu, dzięki dodanym przyprawom rozgrzewająco korzenny, zaledwie leciutko dyniowy, kto wie, potrafi wyczuć, kto nie wie, na pewno nie zarzuci Wam, że chcecie go czymś dziwacznym otruć. Śliczny oryginał możecie zobaczyć tutaj, a jeśli sami chcielibyście uzyskać chociaż coś zbliżonego kształtem do ciasteczek (co, moim zdaniem, warte jest zachodu, bo skarmelizowane, ciągnące brzeżki są bardzo apetyczne) użyjcie formy lub nawet papilotek do muffinek. "Ciastka" najlepiej smakują lekko ciepłe.
"Ciasteczka" z dynią i czekoladą
230 g masła
1 szklanka białego cukru
1 szklanka brązowego cukru
2 duże jajka
cukier waniliowy
1 szklanka puree dyniowego z puszki*
3 szklanki mąki
2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka cynamonu
1/2 łyżeczki imbiru w proszku
1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
1/4 łyżeczki mielonych goździków
2 szklanki czipsów z mlecznej czekolady (dałam posiekaną czekoladę)
Wykonanie:
- Piekarnik nagrzać do 180 stopni. Blachy wyłożyć papierem do pieczenia.
- Masło utrzeć mikserem na gładką masę. Dalej ucierając dodawać po trochu obydwa rodzaje cukru i cukier waniliowy, aż mieszanina będzie lekka i puszysta. Dodać po jednym jajku, a następnie dyniowe puree.
- Wszystkie suche składniki wymieszać razem, po czym po trochu dodawać do ciasta. Na końcu wmieszać czipsy.
- Na blasze wykładać łyżką ciasteczka, piec ok. 15-20 minut, aż będą rumiane na brzegach.
- Zrobiłam z połowy porcji, wyszło ok. 20 dużych ciastek (oczywiście, to stan przed pieczeniem, bo jak wspomniałam wyżej, i co świetnie widać na zdjęciu, efektem końcowym było jedno gigantyczne ciacho).

środa, 13 października 2010
Na bis: ciasteczko na październik

Październik naprawdę daje się we znaki. Chociaż niepokojąca mgła często okazuje się zapowiedzią nie deszczu, ale dającego niewiele ciepła, lecz zawsze optymistycznego, słońca, to zimne poranki nie niosą już nadziei na cieplejsze popołudnia. Przynajmniej ja potrzebuję coraz lepszych powodów do tego, żeby jednak wyjść z domu. Z pewnością będzie coraz gorzej (słyszeliście o zimie stulecia?), postanowiłam więc ich poszukać. Możliwość zdobycia czegoś do jedzenia jest jednym z takich właśnie powodów, niezależnie od pogody i pory dnia. Cykl prezentacji smacznych miejsc, z konieczności, głównie w Krakowie, ma do pewnego stopnia zastąpić ten ciasteczkowy, ale tym razem nie narzucam sobie regularności. Żeby stare płynnie przeszło w nowe, od ciasteczka zaczniemy, ale prawdziwy początek, chociaż też słodki, jest zupełnie gdzie indziej.
Manufakturę słodyczy, o wywołującej we mnie dreszcze swym infantylnym brzmieniem (przykro mi, tak właśnie jest) nazwie, Ciuciu, odkryłam siódmym zmysłem kulinarnego globtrottera w Gdańsku, kiedy byłam tam podczas wakacji. Niedawno dowiedziałam się, że kolejną filię otwarto w Krakowie. Jak właśnie przeczytałam na stronie firmy, cukierki wyrabiane są w oparciu o XVII i XVIII wieczną technologię. Czy potrzeba czegoś więcej, żeby tam zajrzeć? No owszem, ja udałam się do Ciuciu zobaczyć na własne oczy, na czym ta technologia polega, bowiem o określonych godzinach odbywają się pokazy robienia landrynek, obowiązkowo połączone z degustacją.
Manufakturę słodyczy, o wywołującej we mnie dreszcze swym infantylnym brzmieniem (przykro mi, tak właśnie jest) nazwie, Ciuciu, odkryłam siódmym zmysłem kulinarnego globtrottera w Gdańsku, kiedy byłam tam podczas wakacji. Niedawno dowiedziałam się, że kolejną filię otwarto w Krakowie. Jak właśnie przeczytałam na stronie firmy, cukierki wyrabiane są w oparciu o XVII i XVIII wieczną technologię. Czy potrzeba czegoś więcej, żeby tam zajrzeć? No owszem, ja udałam się do Ciuciu zobaczyć na własne oczy, na czym ta technologia polega, bowiem o określonych godzinach odbywają się pokazy robienia landrynek, obowiązkowo połączone z degustacją.



To naprawdę niezwykłe i zaskakujące przedstawienie, kiedy żółty karmel staje się białą puszystą masą (kiedy zamienia się w zieloną masę, nie ma żadnej magii, tylko barwnik spożywczy), a gruba na 15 centymetrów rolada, malutkim, słodziutkim, dosłownie i w przenośni ;) cukiereczkiem. I muszę tu nadmienić, że właściwie nie lubię tego typu słodyczy, poza czekoladą niewiele się dla mnie liczy, ale nawet ja nie oprę się cieplutkiej landrynce, wyprodukowanej na moich oczach i poniekąd przy moim udziale. Chociaż... cukierki o smaku czekolady też można kupić, ja jak na razie zadowoliłam się szarlotką i cynamonem. Moi faworyci to jednak cytrynowe cukierki w kształcie uśmiechniętych buziek, dobrze je mieć pod ręką na wypadek, gdyby październikowa mgła odkryła przypadkiem, zamiast jak one żółciutkiego słoneczka, nieapetyczną szarawą chmurkę.
Manufaktura słodyczy Ciuciu
Gdańsk, ul. Długa 64/65
Kraków, ul. Gołębia 3

Proponowałam Wam już kiedyś tartę landrynkową, o której wystarczy powiedzieć tyle, że w smaku jest interesująca. Bez obaw, chociaż w dzisiejszym przepisie także występują landrynki, będzie pysznie. Te ciastka łączą w sobie zalety z dwóch przeciwnych biegunów: dzięki płatkom owsianym i suszonym jabłkom są naprawdę zdrowe (jeśli kogoś to w ogóle obchodzi), a dzięki cynamonowi zniewalają zapachem Bożego Narodzenia. Zresztą, landrynkowe witrażyki pojawiły się właśnie przy okazji przepisu na ciastka na choinkę i widziałam je chyba u Asieii (u której, co za przypadek, także aktualnie o całkiem innych niż moje, ale cynamonowo-jabłkowych ciastkach). Robienie witrażyków w ciastkach owsianych, ze względów praktycznych, okazało się nie do końca udanym pomysłem (dlaczego, wyjaśnię przy przepisie), ale witrażykowy efekt, chociaż wymaga trochę cierpliwości i precyzji, jest tak zachwycający, że po podmianie ciasta na zwykłe kruche, te cuda na pewno znajdą się na mojej choince. Już za niedługo :)

Owsiano-jabłkowe ciastka z witrażykiem
na podstawie digestives Gary'ego Rhodesa
Składniki:
ok. 30 ciastek
100 g mąki
100 g płatków owsianych
1 łyżeczka proszku do pieczenia
100 g masła
50 g cukru
30 g chipsów jabłkowych
1/2 łyżeczki cynamonu
szczypta soli
ok. 50 g landrynek jabłkowych, cynamonowych, albo jakichkolwiek innych, ale raczej w neutralnym kolorze (żółte lub pomarańczowe)
Wykonanie:
- Chipsy jabłkowe drobno posiekać lub zmielić w malakserze (oczywiście, nie aż na proszek). Wymieszać wszystkie suche składniki, dodać masło i zagnieść ciasto. Jeśli masa jest zbyt sucha, dodać trochę mleka. Ciasto odłożyć na co najmniej kwadrans do lodówki.
- Pokruszyć landrynki (to zadziwiająco proste): przełożyć je do woreczka i uderzać w woreczek wałkiem lub czymś innym w tym rodzaju – landrynki bez trudu się skruszą.
- Piekarnik nagrzać do 180 stopni. Blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Ciasto wałkować niezbyt cienko między dwoma kawałkami folii, a następnie wycinać z niego dowolne kształty, chociaż z kołami najłatwiej sobie poradzić. W środku ciastek wyciąć okrągły (lub jakikolwiek) otworek. Ciastka przełożyć na blachę a otworki wypełnić landrynkami. Piec 15- 20 min. wg przepisu, u mnie wystarczyło 12 minut.
- Poczekać, aż ciastka ostygną i dopiero wtedy zdejmować je z blachy, w przeciwnym razie witrażyki mogą się uszkodzić.
Jak się okazało, z tego ciasta dość trudno wykrawać coś o precyzyjnych zakończeniach, bo przeszkadzają wystające płatki owsiane. Można sobie trochę ułatwić sprawę mieląc płatki, wtedy będą mniej wystawać, pomaga także wykrawanie dość dużych ciastek, wtedy łatwiej poradzić sobie ze środkiem.
niedziela, 29 sierpnia 2010
Marketing w płatkach róży

Raz do roku, we Lwowie, w okresie Adwentu pani namiestnikowa Adamowa Potocka zapraszało do swego pałacu arystokratyczne dziewice, debiutujące w nadchodzącym karnawale. Każda z dziewic musiała udowodnić swą zdolność do zawarcia małżeństwa. Najlepszym takim dowodem był – według pani namiestnikowej – własnoręcznie wykonany słoiczek konfitur. (...) Ze szczególnym namaszczeniem pani namiestnikowa degustowała konfitury różane. Panna, która ośmieliła by się smażyć w cukrze nie płatki a całe kwiaty – narażała się na towarzyską anatemę i najczęściej pozostawała dziewicą aż do następnego konfiturowego sezonu – nie jest bowiem godne męża to płoche dziewczę, które nie wie jak sprawić mu rozkosz najwyższą.
Ten oto tekścik (to tylko fragment, reszta sławi inne rodzaje konfitur), wydrukowany na eleganckim kremowym papierze, a zawierający nawet zdjęcie pani namiestnikowej z małżonkiem, zakupiłam – nolens volens, jako uroczy przywiązywacz do marki wraz ze słoiczkiem konfitury różanej – etykietka zapewnia, że zrobionej z płatków.
Ale tutaj przestanie już być miło, bowiem ten wysmakowany dodatek wzbudził we mnie dwa uczucia, których spece od promocji wcale wywołać nie chcieli (tak myślę, chociaż pewnie sukces już i w tym, że przeczytałam i że wywołał jakiekolwiek uczucia). Po pierwsze, moje feministyczne jestestwo zbuntowało się przeciwko sprowadzaniu kobiety do funkcji przyjemności mężczyzny, bo niby historyjka dotyczy czasów zamierzchłych, ale raczej nie minionych...
Po drugie, chwyt marketingowy w postaci tej ślicznej (naprawdę), miniaturowej (i przez to od razu fajniejszej) książeczki, czyli, inaczej mówiąc, narzucanie mi ideologii, w chwili kiedy ideologię miałam już własną (o co w przypadku rzeczy tak romantycznej jak różana konfitura nietrudno), wcale mi się nie spodobał. A jednak, strategia Krakowskiego Kredensu, sieci, w której kupiłam mój słoiczek, jest bardzo skuteczna: chociaż niewiele miałam z nimi do czynienia, dzięki nostalgicznej kolorystyce (kremowy i sepia) i stylizacji, zarówno opakowań jak i wnętrz sklepów, na początek ubiegłego wieku, moja głowa może podawać jakie chce zdroworozsądkowe argumenty, ale ja i tak wierzę, że produkty tam sprzedawane, nawet jeśli nie są szczególnie tradycyjne (na, co prawda dość pobieżnie przejrzanej, stronie KK nie udało mi się znaleźć, do czego nawiązuje obecny w logo rok 1906), to mają wysoką jakość. W każdym razie, w tym przypadku powodem zakupu była cena, bo w ekologicznym sklepiku obok trzeba było zapłacić dwa razy więcej. Konfitury, trzeba uczciwie dodać, też było dwa razy więcej.
A jeśli chodzi o konfiturę z róży jako taką, to poprzednią z nią styczność miałam w zamierzchłym dzieciństwie. W ogóle mi nie smakowała i nawet jeśli świadoma tego babcia nadziewała różą tylko niektóre pączki, to jeśli już taki trafił przypadkiem do mnie, cała przyjemność była zepsuta.
Jakieś dwadzieścia lat później róża okazała się pyszna, a nadziane nią rożki Babci Rózi ,zaproponowane przez Basię w sierpniowej Weekendowej Cukierni, zgodnie z opisem Buruuberii, boskie. Jeśli przypadkiem spróbujecie rożków zaraz po wyjęciu z piekarnika jest pewne prawdopodobieństwo, że na zimno nie spróbujecie ich już w ogóle (mnie to nie spotkało, bo ostatnio jestem godnie podziwu wstrzemięźliwa ;). Rożki są cudownie staroświeckie i idealnie byłoby je podać razem z herbatą (prawdziwą, liściastą z imbryczka, nie z żadnym tam papierowym szczurem) w najcieńszych porcelanowych filiżankach. Z drugiej strony, tak elegancki sposób podania wymusza pewną powściągliwość w konsumpcji, o co będzie raczej trudno, ale rozwiązanie tego dylematu pozostawiam już Wam.

Rożki Babci RóziAle tutaj przestanie już być miło, bowiem ten wysmakowany dodatek wzbudził we mnie dwa uczucia, których spece od promocji wcale wywołać nie chcieli (tak myślę, chociaż pewnie sukces już i w tym, że przeczytałam i że wywołał jakiekolwiek uczucia). Po pierwsze, moje feministyczne jestestwo zbuntowało się przeciwko sprowadzaniu kobiety do funkcji przyjemności mężczyzny, bo niby historyjka dotyczy czasów zamierzchłych, ale raczej nie minionych...
Po drugie, chwyt marketingowy w postaci tej ślicznej (naprawdę), miniaturowej (i przez to od razu fajniejszej) książeczki, czyli, inaczej mówiąc, narzucanie mi ideologii, w chwili kiedy ideologię miałam już własną (o co w przypadku rzeczy tak romantycznej jak różana konfitura nietrudno), wcale mi się nie spodobał. A jednak, strategia Krakowskiego Kredensu, sieci, w której kupiłam mój słoiczek, jest bardzo skuteczna: chociaż niewiele miałam z nimi do czynienia, dzięki nostalgicznej kolorystyce (kremowy i sepia) i stylizacji, zarówno opakowań jak i wnętrz sklepów, na początek ubiegłego wieku, moja głowa może podawać jakie chce zdroworozsądkowe argumenty, ale ja i tak wierzę, że produkty tam sprzedawane, nawet jeśli nie są szczególnie tradycyjne (na, co prawda dość pobieżnie przejrzanej, stronie KK nie udało mi się znaleźć, do czego nawiązuje obecny w logo rok 1906), to mają wysoką jakość. W każdym razie, w tym przypadku powodem zakupu była cena, bo w ekologicznym sklepiku obok trzeba było zapłacić dwa razy więcej. Konfitury, trzeba uczciwie dodać, też było dwa razy więcej.
A jeśli chodzi o konfiturę z róży jako taką, to poprzednią z nią styczność miałam w zamierzchłym dzieciństwie. W ogóle mi nie smakowała i nawet jeśli świadoma tego babcia nadziewała różą tylko niektóre pączki, to jeśli już taki trafił przypadkiem do mnie, cała przyjemność była zepsuta.
Jakieś dwadzieścia lat później róża okazała się pyszna, a nadziane nią rożki Babci Rózi ,zaproponowane przez Basię w sierpniowej Weekendowej Cukierni, zgodnie z opisem Buruuberii, boskie. Jeśli przypadkiem spróbujecie rożków zaraz po wyjęciu z piekarnika jest pewne prawdopodobieństwo, że na zimno nie spróbujecie ich już w ogóle (mnie to nie spotkało, bo ostatnio jestem godnie podziwu wstrzemięźliwa ;). Rożki są cudownie staroświeckie i idealnie byłoby je podać razem z herbatą (prawdziwą, liściastą z imbryczka, nie z żadnym tam papierowym szczurem) w najcieńszych porcelanowych filiżankach. Z drugiej strony, tak elegancki sposób podania wymusza pewną powściągliwość w konsumpcji, o co będzie raczej trudno, ale rozwiązanie tego dylematu pozostawiam już Wam.

podaję dosłownie za Basią
Składniki:
100 ml letniego mleka
5 dag drożdży
5 łyżek cukru
30 dag mąki
3 żółtka
15 dag masła
konfitura z róży lub dobre powidła (na nadzienie)
cukier kryształ (do obtaczania rogalików)
Wykonanie:
Mleko, drożdże i cukier wymieszać i zostawić na kilkanaście minut żeby drożdże podrosły, następnie wymieszać z żółtkami i wlać do mąki wymieszanej z masłem (jeśli żółtka są duże, a masło miękkie ciasto potrzebuje dodatkowych 50g maki), zagnieść ciasto i włożyć do głębokiego naczynia z bardzo zimna woda i czekać aż ciasto wypłynie (jak nie wypłynie to wyjąć po około 20 minutach - zwykle wypływa, ale czasem nie chce :) Ciasto wyjąć z wody, wyłożyć na omączoną stolnice, podzielić ciasto na 8 częśćci, wałkować okrągłe placki o 2-3 mm grubości, ciąć na trójkąty (każdy krążek na 12 trójkątów), na szerszym końcu każdego trójkąta położyć pół łyżeczki nadzienia, zwinąć, szczelnie ścisnąć rogi, piec na złoto w temp. 175st. Po upieczeniu, jeszcze cieple, maczać górną część w białku, następnie w cukrze krysztale.


czwartek, 1 lipca 2010
Ciasteczko na lipiec
cynamon
goździki
gałka muszkatołowa
anyżek
mahlab (o tym za chwilę)
Czy to już myśl o Bożym Narodzeniu? Nie, raczej tęsknota za daleką podróżą, która pewnie i Was dopadnie, kiedy zaczniecie robić te ciasteczka rodem z Izraela. Wystarczy zamknąć oczy i za chwilę, na chwilę, magiczny zapach przeniesie Was na bliskowschodnie targowisko.
Lipcowe ciasteczka zawdzięczacie Basi, która na wieść o tym, że chciałabym je zrobić, błyskawicznie przesłała mi tajemniczy mahlab, czyli pestki wiśni wonnej, Prunus mahaleb L. Dziękuję :) Oczywiście, można je pominąć, ale wtedy aromaty i magia wschodniego targowiska stają się jakby trochę bardziej odległe. Jeśli ktoś miałby ochotę, mogę trochę mahlabu odstąpić, bo w takiej sytuacji wstyd byłoby cały zatrzymać dla siebie.
A tymczasem... Kiedy sobie to wszystko czytacie, ja wygrzewam się na prawdziwym bałtyckim piasku, z widokiem na prawdziwe Bałtyckie morze. No, prawda jest taka, że nie przepadam za tą akurat czynnością, w każdym razie, w każdej chwili mogłabym to potencjalnie zrobić, gdybym chciała, a w rzeczywistości raczej znowu zwiedzam Dar Pomorza.
Zostało mi jeszcze trochę pakowania, więc przepis na makroud (bo tak się nazywają te ciasteczka) dołączę, jak wrócę, póki co, zobaczcie na Makagigach.

goździki
gałka muszkatołowa
anyżek
mahlab (o tym za chwilę)
Czy to już myśl o Bożym Narodzeniu? Nie, raczej tęsknota za daleką podróżą, która pewnie i Was dopadnie, kiedy zaczniecie robić te ciasteczka rodem z Izraela. Wystarczy zamknąć oczy i za chwilę, na chwilę, magiczny zapach przeniesie Was na bliskowschodnie targowisko.
Lipcowe ciasteczka zawdzięczacie Basi, która na wieść o tym, że chciałabym je zrobić, błyskawicznie przesłała mi tajemniczy mahlab, czyli pestki wiśni wonnej, Prunus mahaleb L. Dziękuję :) Oczywiście, można je pominąć, ale wtedy aromaty i magia wschodniego targowiska stają się jakby trochę bardziej odległe. Jeśli ktoś miałby ochotę, mogę trochę mahlabu odstąpić, bo w takiej sytuacji wstyd byłoby cały zatrzymać dla siebie.
A tymczasem... Kiedy sobie to wszystko czytacie, ja wygrzewam się na prawdziwym bałtyckim piasku, z widokiem na prawdziwe Bałtyckie morze. No, prawda jest taka, że nie przepadam za tą akurat czynnością, w każdym razie, w każdej chwili mogłabym to potencjalnie zrobić, gdybym chciała, a w rzeczywistości raczej znowu zwiedzam Dar Pomorza.
Zostało mi jeszcze trochę pakowania, więc przepis na makroud (bo tak się nazywają te ciasteczka) dołączę, jak wrócę, póki co, zobaczcie na Makagigach.
A oto i przepis:
Makroud – izraelskie ciasteczka daktylowe
(oryginalny przepis pochodzi z The Book of New Israeli Food: A Culinary Journey Janny Gur)
Ciasto:
500 g mąki
15 g drożdży
240 ml oleju kukurydzianego
120 ml oliwy z oliwek
1/2 łyżeczki anyżku
1/2 łyżeczki mahlabu
240 ml letniej wody
Nadzienie:
500 g wypestkowanych zmielonych daktyli (lub gotowej masy daktylowej ajwa)
60 ml oleju kukurydzianego
1/2 łyżeczki cynamonu
1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
szczypta goździków
Do obtoczenia:
450g sezamu (ale powinna wystarczyć i połowa)
Wykonanie:
Makroud – izraelskie ciasteczka daktylowe
(oryginalny przepis pochodzi z The Book of New Israeli Food: A Culinary Journey Janny Gur)
Ciasto:
500 g mąki
15 g drożdży
240 ml oleju kukurydzianego
120 ml oliwy z oliwek
1/2 łyżeczki anyżku
1/2 łyżeczki mahlabu
240 ml letniej wody
Nadzienie:
500 g wypestkowanych zmielonych daktyli (lub gotowej masy daktylowej ajwa)
60 ml oleju kukurydzianego
1/2 łyżeczki cynamonu
1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
szczypta goździków
Do obtoczenia:
450g sezamu (ale powinna wystarczyć i połowa)
Wykonanie:
- Ciasto: drożdże pokruszyć i wymieszać z mąką i przyprawami, dodać oba rodzaje oleju i wymieszać. Dodawać stopniowo letnia wodę i wyrobić ręką przez około 2-3 minuty, do uzyskania luźnego i gładkiego ciasta. Odstawić.
- Nadzienie: daktyle wymieszać z przyprawami i olejem tak, by powstała miękka i łatwa do formowania masa.
- Podzielić zarówno ciasto jak i nadzienie na 4 części.
- Piekarnik nagrzać do 220 st.C
- Blat wysypać szczodra ilością sezamu, umieścić nań porcje ciasta i rozpłaszczyć dłonią, tak by uzyskać prostokąt wielkości pity (około 15cm średnicy). Na wierzchu ciasta położyć kulę daktylowej masy, posypać sezamem. Odwrócić do góry nogami i wałkować tak, by zarówno daktyle jak i ciasto rozpłaszczało się równomiernie (do grubości około 4-5 mm, wygodniej jest chyba osobno wałkować daktyle, a osobno ciasto – pisze Basia, ja potwierdzam). Z powrotem odwrócić i zwinąć w rulon (jak cienka i długą roladę, tak by ciasto było na zewnątrz), następnie spłaszczyć wałki ciasta do wysokości 1.5 cm (mniej więcej tak jak przy pieczeniu cantucci).
- Z ciasta odcinać 2cm kawałki, obtaczać w sezamie i układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.
- Piec 10 minut aż ciasteczka będą złote. Ostudzić i zajadać, można przechowywać do miesiąca w szczelnym pojemniku. Wychodzi 80-100 sztuk – tak też mówi Basia, bo ja, jak zwykle, zapomniałam policzyć.
wtorek, 2 marca 2010
Ciasteczko na marzec

Mniej więcej w połowie podstawówki zaczęłyśmy z siostrą korespondować z ludźmi z całego świata. Nie pamiętam, od czego to się zaczęło, ale było to bardzo wciągające. Do moich korespondentów należał Brazylijczyk Cleiton, który miał narzeczoną Juliannę, przebywającą w Japonii, i który za każdym razem powtarzał, że mnie kocha; Tajka (Kwang?), która dużo się uczyła, dziewczynka z Malezji, o której nie potrafię dziś nic więcej powiedzieć, a później jeszcze mieszkająca w Stanach Zjednoczonych Ukrainka Svitlana. W każdym razie ich pamiętam najlepiej. Na tej korespondencji można się było w różny sposób wzbogacić, bo oczywiście wymiana dóbr i różnego rodzaju wiedzy, trwała. Ja zyskałam szwajcarski znaczek pachnący czekoladą i dwa przepisy, a dziś będzie o jednym z nich.
Nowozelandka Teresa korespondowała właściwie z moją Siostrą. Pewnego razu przysłała przepis na ciasteczka, z adnotacją, że są pyszne (oczywiście!) i jest to jej pilnie strzeżona tajemnica. To, że są pyszne, szybko udało się zweryfikować, ale ponieważ ich nazwa była napisana nieco niewyraźnie, to długo pozostawała dla mnie tajemnicą.
Aż do całkiem niedawna, kiedy okazało się, że jest to przepis na bardzo znane i popularne ciastka Anzac. Nie wiem, czy rzeczywiście był to sekretny przepis Teresy, czy tylko tak napisała, aby dodać im ważności, ale ja naprawdę je lubię, mimo faktu, że aż do dziś (!) zawsze za bardzo się rozlewały i zdecydowanie przypiekały bardziej niż by należało, co jednak sprawiało, że były interesująco chrupkie. Trudno powiedzieć, czemu przypisać dzisiejszy sukces, chociaż wiem na pewno, co zrobiłam inaczej niż zwykle. Po pierwsze, przepisując przepis zapomniałam o cukrze, więc dodałam go tyle, ile uważałam, że będzie dobrze. Po drugie, w przepisie występuje golden syrup, który zwykle zastępowałam miodem, a dzisiaj, z jego braku, melasą. Ciastka wyszły mniej słodkie niż zawsze, co raczej przypisuje obecności melasy niż niedostatecznej ilości cukru.
Z powodu mojego rozkojarzenia ;) nie poznacie więc tajnego przepisu Teresy, a jedynie moją wariację na jego temat, nadal jednak uważam, że warto spróbować.
Nowozelandka Teresa korespondowała właściwie z moją Siostrą. Pewnego razu przysłała przepis na ciasteczka, z adnotacją, że są pyszne (oczywiście!) i jest to jej pilnie strzeżona tajemnica. To, że są pyszne, szybko udało się zweryfikować, ale ponieważ ich nazwa była napisana nieco niewyraźnie, to długo pozostawała dla mnie tajemnicą.
Aż do całkiem niedawna, kiedy okazało się, że jest to przepis na bardzo znane i popularne ciastka Anzac. Nie wiem, czy rzeczywiście był to sekretny przepis Teresy, czy tylko tak napisała, aby dodać im ważności, ale ja naprawdę je lubię, mimo faktu, że aż do dziś (!) zawsze za bardzo się rozlewały i zdecydowanie przypiekały bardziej niż by należało, co jednak sprawiało, że były interesująco chrupkie. Trudno powiedzieć, czemu przypisać dzisiejszy sukces, chociaż wiem na pewno, co zrobiłam inaczej niż zwykle. Po pierwsze, przepisując przepis zapomniałam o cukrze, więc dodałam go tyle, ile uważałam, że będzie dobrze. Po drugie, w przepisie występuje golden syrup, który zwykle zastępowałam miodem, a dzisiaj, z jego braku, melasą. Ciastka wyszły mniej słodkie niż zawsze, co raczej przypisuje obecności melasy niż niedostatecznej ilości cukru.
Z powodu mojego rozkojarzenia ;) nie poznacie więc tajnego przepisu Teresy, a jedynie moją wariację na jego temat, nadal jednak uważam, że warto spróbować.

Ciastka Anzac
ok. 18 dużych ciastek
Składniki:
szklanka mąki
szklanka wiórków kokosowych
szklanka płatków owsianych
120 g masła
2 łyżki golden syrup (lub miodu)
¾ szklanki cukru
1 ½ łyżeczki sody oczyszczonej
Wykonanie:
- Mąkę, wiórki i płatki owsiane wymieszać w misce.
- W garnuszku rozpuścić masło z cukrem i złotym syropem.
- Sodę oczyszczoną rozpuścić w 2 łyżkach gorącej wody i dolać do mieszanki maślano-cukrowej. Wymieszać, a następnie przelać do suchych składników i znowu porządnie wymieszać.
- Na blachę wyłożoną papierem do pieczenia za pomocą dwóch łyżek lub łyżki do lodów nakładać kulki, wielkości piłeczki ping-pongowej.
- Piec 12-15 minut w 180 stopniach. Po upieczeniu ciasteczka powinny być miękkie, ponieważ stygnąc, twardnieją.

poniedziałek, 1 lutego 2010
Ciasteczko na luty

W lutym moja wytrzymałość na zimę, wcześniej również niewielka, dobiega końca. Nie wystarcza już herbata z cytryną i ciepły koc, przyjemność spędzania długich wieczorów z książką zaczyna się nudzić, a wydłużający się dzień, zamiast cieszyć, irytuję swoją ciągle niedostateczną świetlistością i długością. A na dodatek, przynajmniej według mojej teorii, teraz dopiero nadchodzi najgorsze, bo luty to najzimniejszy* miesiąc roku. Zdaje się, że zawiera się to nawet w jego etymologii.
Myślę, że udaje mi się to przetrzymać tylko dlatego, wybaczcie to osobiste wyznanie, że w lutym są moje urodziny, ponieważ jednak nie każdy ma takie szczęście, proponuję bardziej uniwersalny antydepresant. Ciasteczka na luty szczypią podniebienie niczym mróz policzki i skrzą się jak śnieg w bardzo zimny dzień, ale to szczypanie jest całkiem przyjemne, bo pochodzi od imbiru, a zachęcające błyski rzucają kryształki cukru.
Sposób wykonania - lepienie maleńkich kuleczek, spokojne i oczyszczające umysł z innych myśli, podwaja terapeutyczne działanie ciasteczek. Przynajmniej tak musiałam sobie wmawiać, ale ponieważ ładnie przetłumaczyłam dla Was przepis, pewnie nie popełnicie tego błędu, co ja. A mianowicie, autorka radzi, by ciasto nabierać łyżką, a potem tę porcję dzielić na dwie i toczyć dwie kuleczki. Z jakichś powodów doszłam do wniosku, że chodzi jej o małą łyżeczkę i lepiłam przez dłuższy czas takie mikrokuleczki. Jednak pod koniec pierwszej blachy coś mnie tknęło i pomyślałam, że chyba nikt nie byłby tak szalony, żeby robić ciastka tej wielkości. Otóż, tu miałam rację, ja szalona może byłam, autorka przepisu na pewno nie i jak wół napisała "tablespoon". Druga blacha poszła szybciej.
Myślę, że udaje mi się to przetrzymać tylko dlatego, wybaczcie to osobiste wyznanie, że w lutym są moje urodziny, ponieważ jednak nie każdy ma takie szczęście, proponuję bardziej uniwersalny antydepresant. Ciasteczka na luty szczypią podniebienie niczym mróz policzki i skrzą się jak śnieg w bardzo zimny dzień, ale to szczypanie jest całkiem przyjemne, bo pochodzi od imbiru, a zachęcające błyski rzucają kryształki cukru.
Sposób wykonania - lepienie maleńkich kuleczek, spokojne i oczyszczające umysł z innych myśli, podwaja terapeutyczne działanie ciasteczek. Przynajmniej tak musiałam sobie wmawiać, ale ponieważ ładnie przetłumaczyłam dla Was przepis, pewnie nie popełnicie tego błędu, co ja. A mianowicie, autorka radzi, by ciasto nabierać łyżką, a potem tę porcję dzielić na dwie i toczyć dwie kuleczki. Z jakichś powodów doszłam do wniosku, że chodzi jej o małą łyżeczkę i lepiłam przez dłuższy czas takie mikrokuleczki. Jednak pod koniec pierwszej blachy coś mnie tknęło i pomyślałam, że chyba nikt nie byłby tak szalony, żeby robić ciastka tej wielkości. Otóż, tu miałam rację, ja szalona może byłam, autorka przepisu na pewno nie i jak wół napisała "tablespoon". Druga blacha poszła szybciej.
*Internet twierdzi, że jednak styczeń.

Ciasteczka Trójimbirowe
(Triple Ginger Cookies, przepis: 101cookbooks)
Składniki:
2 szklanki mąki
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 łyżeczka zmielonego anyżu gwiazdkowego (pominęłam)
4 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
1/2 łyżeczki soli
100 g masła
1/4 szklanki melasy (normalnie dałabym miód, ale tym razem zaszalałam i kupiłam melasę)
2/3 szklanki jasnego cukru trzcinowego
1 1/2 łyżki świeżego imbiru, startego
1 jajko
1 szklanka kandyzowanego imbiru, dobrze posiekanego (dałam opakowanie 125 g = ok. 2/3 szklanki)
skórka z 2 cytryn
gruby cukier do obtaczania ciastek (użyłam zwykłego kryształu)
Wykonanie:
- W misce wymieszać mąkę, sodę, anyż, mielony imbir i sól
- Masło rozpuścić, trochę przestudzić, dodać cukier trzcinowy, melasę i świeży imbir. Wymieszać. Masa powinna być lekko ciepła, tak, żeby można było włożyć palec. Dodać jajko.
- Płynne składniki dodać do mąki, dorzucić kandyzowany imbir (musi być bardzo drobno posiekany, wręcz na pastę, ja przepuściłam go przez malakser), skórkę z cytryn. Zagnieść.
- Łyżką STOŁOWĄ nabierać ciasto, dzielić porcje na pół, toczyć kuleczki, które następnie obtaczać w cukrze. Każdą kuleczkę dokładnie obtoczyć w dłoni, żeby cukier dobrze się trzymał. Kuleczki układać na blasze posmarowanej masłem lub wyłożonej papierem do pieczenia.
- Piec w 180 stopniach, ok. 7-10 minut, aż lekko się zarumienią i popękają. Zdaje się, że moje piekły się trochę dłużej.


środa, 13 stycznia 2010
Ciasteczko na styczeń
Nikt mnie nie przekona, że najwspanialszą rzeczą w życiu nie są ciastka z czekoladą.
Pies Snoopy

Jako fanka pesymistycznej, przesiąkniętej bólem istnienia i poczuciem niezrozumienia świata dla jednostki (nie tylko wybitnej, każdej), filozofii szkoły Fistaszków, nie mam nic do dodania. Może tyle, że ciastka te posmakują raczej wielbicielom brownies, niż mlecznej z orzechami. Przepis Nigelli, znaleziony u Karolci.
Ciastka czekoladowe
12-14 dużych ciastek
Składniki:
125 g gorzkiej czekolady
150 g mąki
30 g kakao
1 łyżeczka sody
½ łyżeczki soli
125 g masła
75 g brązowego cukru (jasnego)
50 g cukru demerara lub zwykłego białego
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (zastąpiłam cukrem waniliowym)
1 zimne jajko
350 g czekoladowych groszków lub posiekanej czekolady*
Wykonanie:
- Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej lub mikrofalówce (ostrożnie). Wymieszać mąkę, kakao, sól i sodę.
- Masło utrzeć z cukrami (w tym waniliowym), dodawać po trochu rozpuszczoną czekoladę, później ekstrakt (jeśli używamy), jajko, a następnie, na małych obrotach, suche składniki.
- Wymieszać, już raczej nie za pomocą miksera, z groszkami czekoladowymi lub kawałkami czekolady.
- Na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, w dość dużych odstępach od siebie, łyżką do lodów nakładać kopczyki ciasta. Nie spłaszczać. Ja formowałam kulki rękami.
- Ciastka piec ok. 18 min. w 170 stopniach.
*Postanowiłam sobie ułatwić życie i zmiksować czekoladę w blenderze, co niestety spowodowało, że część czekolady zamieniła się w proszek i swoją proszkowatością zwiększyła zawartość czekolady w cieście jako takim, dopuszczam więc możliwość, że efekt, który otrzymuje się, mając wyłącznie kawałki czekolady, będzie trochę inny niż mój.

poniedziałek, 28 grudnia 2009
Myśli poświąteczne
Tylko dla osób o mocnych nerwach i ugruntowanych przekonaniach

Nawet przy założeniu, że lubicie święta, to jest to zwykle bardzo stresujący okres. Najpierw, przez minimum dwa tygodnie, trzeba intensywnie sprzątać, gotować, biegać za prezentami (lub o tym wszystkim intensywnie myśleć, co też jest stresujące), aby potem przez dwa dni z kawałkiem ten porządek sukcesywnie rujnować, a przygotowane i wyczekiwane cały rok rzeczy zjadać; aby trzeciego dnia odczuwać wstręt na sam widok tych pysznych potraw i w co dramatyczniejszych wypadkach można już pędzić do sklepów wymieniać otrzymane przedmioty na inne*, przedzierając się przez sterty jeszcze niesprzątniętych, wczoraj tak bardzo pożądanych, a dzisiaj, mimo iż przecenionych o połowę, przez nikogo niechcianych świątecznych gadżecików, wegetujących na sklepowych półkach niczym ilustracja vanitas godna szkolnego podręcznika**.
A do tego, obojętnie, czy święta upłynęły Wam na leniwym oglądaniu wszystkich powtórkowych filmów w telewizji, tudzież nielegalnych nowości na DVD, cudem zdobytych parę dni wcześniej, czy też na męczących posiedzeniach rodzinnych,*** ze szczególnym uwzględnieniem wysłuchania problemów zdrowotnych wszystkich cioć, licytacja kto jest najbardziej chory, gratis, to czeka Was jeszcze najgorsze: dzień PO świętach. Taki jak dzisiaj, szary, beznadziejny, deszczowy dzień, kiedy trzeba zwlec się z łóżka o 7.35 (i tak mam dużo szczęścia) i usiłować przez 7 godzin (znowu mam szczęście) zdusić w sobie poświątecznego kaca nieróbstwa.
A jest jeszcze gorsza wiadomość: za tydzień czeka nas dokładnie to samo.
Jeśli są osoby, których defetystyczny wydźwięk tego tekstu, tak bardzo sprzeczny z pogodnym duchem Bożego Narodzenia, nie powstrzymał od dobrnięcia aż tutaj, to teraz nastąpi wyjaśnienie.
O ile czytelnik bloga kulinarnego (co zbadałam na własnej, niereprezentatywnej, próbie) lubi myśli gładkie, przyjemne i optymistyczne, to pisanie o rzeczach beznadziejnych, gdzie można przedawkować ironię i sarkazm, pławić się w negatywnych przymiotnikach i puszczać wodze fantazji w wymyślaniu niezwykłych i mało dla czytelnika zrozumiałych przenośni, piszącemu dostarcza o wiele więcej satysfakcji i zadowolenia z własnej elokwencji i kreatywności. Więc to jest taki poświąteczny prezent dla mnie.
Jednak jeśli wyjdziemy poza przyjemność pisania i skupimy się na istocie, albo przynajmniej jakiejś jej części, Bożego Narodzenia, to prawda jest taka, że nadal z dziecięcą naiwnością co roku oczekuję świąt z przekonaniem, że będzie to okres radości i beztroski, kiedy dwudniowa cudowna amnezja pozwoli nie pamiętać o codziennych kłopotach, czas radosnego obżarstwa bez skutków ubocznych, pogodnych piosenek w radiu, jeszcze bardziej uśmiechniętych niż zwykle prezenterów w telewizji i lampek wesoło migających na choince (w tym roku nie było, gdzieś się zgubiły).
Są i prezenty, wymarzone i wyczekane, jak te foremki w kształcie anielskich skrzydełek, które dostałam od Bei. Chyba pierwszy raz w życiu coś wygrałam (o co chodzi możecie przeczytać klikając tu) . To wprawiło mnie w świąteczny nastrój o wiele lepiej niż odkurzanie i mycie okien.. Nic więc chyba dziwnego, że musiałam ich (foremek) czym prędzej użyć, przepis na ciastka oczywiście również pochodzi od Bei.
*przesadzam? A ilu z Was nie wysłuchało/przeczytało przedświątecznej praktyczne porady, jak wymienić coś nieposiadając dowodu zakupu?
**ok, tu już przesadziłam.
***wcale nie twierdzę, że wszystkie rodzinne spotkania są męczące. U mnie w rodzinie zwykle nie są, ale pisanie o tych męczących podnosi poziom dramatyzmu.
A do tego, obojętnie, czy święta upłynęły Wam na leniwym oglądaniu wszystkich powtórkowych filmów w telewizji, tudzież nielegalnych nowości na DVD, cudem zdobytych parę dni wcześniej, czy też na męczących posiedzeniach rodzinnych,*** ze szczególnym uwzględnieniem wysłuchania problemów zdrowotnych wszystkich cioć, licytacja kto jest najbardziej chory, gratis, to czeka Was jeszcze najgorsze: dzień PO świętach. Taki jak dzisiaj, szary, beznadziejny, deszczowy dzień, kiedy trzeba zwlec się z łóżka o 7.35 (i tak mam dużo szczęścia) i usiłować przez 7 godzin (znowu mam szczęście) zdusić w sobie poświątecznego kaca nieróbstwa.
A jest jeszcze gorsza wiadomość: za tydzień czeka nas dokładnie to samo.
Jeśli są osoby, których defetystyczny wydźwięk tego tekstu, tak bardzo sprzeczny z pogodnym duchem Bożego Narodzenia, nie powstrzymał od dobrnięcia aż tutaj, to teraz nastąpi wyjaśnienie.
O ile czytelnik bloga kulinarnego (co zbadałam na własnej, niereprezentatywnej, próbie) lubi myśli gładkie, przyjemne i optymistyczne, to pisanie o rzeczach beznadziejnych, gdzie można przedawkować ironię i sarkazm, pławić się w negatywnych przymiotnikach i puszczać wodze fantazji w wymyślaniu niezwykłych i mało dla czytelnika zrozumiałych przenośni, piszącemu dostarcza o wiele więcej satysfakcji i zadowolenia z własnej elokwencji i kreatywności. Więc to jest taki poświąteczny prezent dla mnie.
Jednak jeśli wyjdziemy poza przyjemność pisania i skupimy się na istocie, albo przynajmniej jakiejś jej części, Bożego Narodzenia, to prawda jest taka, że nadal z dziecięcą naiwnością co roku oczekuję świąt z przekonaniem, że będzie to okres radości i beztroski, kiedy dwudniowa cudowna amnezja pozwoli nie pamiętać o codziennych kłopotach, czas radosnego obżarstwa bez skutków ubocznych, pogodnych piosenek w radiu, jeszcze bardziej uśmiechniętych niż zwykle prezenterów w telewizji i lampek wesoło migających na choince (w tym roku nie było, gdzieś się zgubiły).
Są i prezenty, wymarzone i wyczekane, jak te foremki w kształcie anielskich skrzydełek, które dostałam od Bei. Chyba pierwszy raz w życiu coś wygrałam (o co chodzi możecie przeczytać klikając tu) . To wprawiło mnie w świąteczny nastrój o wiele lepiej niż odkurzanie i mycie okien.. Nic więc chyba dziwnego, że musiałam ich (foremek) czym prędzej użyć, przepis na ciastka oczywiście również pochodzi od Bei.
*przesadzam? A ilu z Was nie wysłuchało/przeczytało przedświątecznej praktyczne porady, jak wymienić coś nieposiadając dowodu zakupu?
**ok, tu już przesadziłam.
***wcale nie twierdzę, że wszystkie rodzinne spotkania są męczące. U mnie w rodzinie zwykle nie są, ale pisanie o tych męczących podnosi poziom dramatyzmu.

Kruche ciasteczka pomarańczowo-czekoladowe
Składniki:
150 g masła
100 g cukru
szczypta soli
2 żółtka
otarta skórka z 1 pomarańczy
50 g gorzkiej czekolady (posiekanej bardzo drobno, bo zbyt duże kawałki uniemożliwią Wam rozwałkowanie ciasta, tak, jak trzeba. Przetestowałam ;)
25 g kandyzowanej skórki pomarańczowej, drobno posiekanej (ja dałam tak z dwa razy więcej, ale i tak uważam, że to było trochę za mało)
250 g mąki
polewa czekoladowa lub lukier do dekoracji
Wykonanie:
- Masło utrzeć, dodać cukier, sól, żółtka i ucierać do białości, następnie dodać otartą skórkę, posiekaną czekoladę, kandyzowaną skórkę pomarańczową i mąkę, dokładnie wszystko wymieszać (od pewnego momentu robiłam to już rękami). Z ciasta uformować kulę i włożyć do lodówki na 10 minut.
- Ciasto rozwałkować na grubość 7 mm i wycinać dowolne kształty. Ciasteczka piec w w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez około 11 minut, powinny być zaledwie lekko złote.
- Po wystudzeniu można udekorować czekoladą lub lukrem.

wtorek, 1 grudnia 2009
Ciasteczko na grudzień

Wreszcie jest. Grudzień. Najbardziej wyczekiwany miesiąc w roku. Nie dla wszystkich, oczywiście, ale to temat na artykuł w zupełnie innym miejscu niż blog kulinarny.
Co prawda, odkąd ze sklepów znikły znicze (choć gdzieniegdzie proces sprzedaży był równoległy) pojawiły się już, mniej lub bardziej agresywne i kiczowate, dekoracje świąteczne, które, w niewielkiej liczbie, lecz przyznaję się, już jakiś czas temu nabyłam, ale wczuwanie się w atmosferę świąteczną było jednak falstartem.
Ale teraz już można. Kupować cukrowe perełki, posypki, piec pierniki, myśleć i mówić o Świętach, planować świąteczne menu i dekoracje, znowu dyskutować, jak dużą będziemy mieć choinkę (ustalamy, że mniejszą niż w zeszłym roku, a potem przynosimy taką samą). I kupować prezenty. Po raz kolejny obiecuję sobie, że kupię je wcześniej i nie będę w Wigilię biegać po sklepach za tym ostatnim. Mam nadzieję, że się uda, a dzisiaj chciałabym Wam podrzucić pomysł na prezent.
W zeszłym roku w jednej z gazet (wiem jakiej, ale nie powiem, bo zbyt jest obciachowa) zobaczyłam coś, co strasznie mi się spodobało. Zamiast pieczenia ciastek, można kogoś (oczywiście starannie wybraną, niemającą do kuchni obrzydzenia, osobę) obdarować przepisem na pyszne ciasteczka zamkniętym w słoiku. Oprócz zamknięcia w słoiczku przepisu, w postaci sypkich składników, dobrze też dodać karteczkę, jak i co zrobić z zawartością należy i, ponieważ przepis na ciasteczka jest wybrany równie starannie, co obdarowana osoba, ergo, są one niebiańsko pyszne, także po to, żeby obdarowany już we własnym zakresie mógł ten smak powtórzyć.
Jeśli chcielibyście ten pomysł wykorzystać, to radzę wybrać słoik (pojemnik) ok. pół litrowy, większy zaczyna nabierać charakteru słoja po ogórkach, co nie jest do końca dekoracyjne. Do takiego (półlitrowego) słoika wejdą składniki na połowę porcji ciasteczek, którą podaję.
Jeśli niepokoiłoby Was, czy mój słoik rzeczywiście był półlitrowy, to nie był, to atrapa na potrzeby zdjęcia. Ale ciasteczka, według przepisu Nigelli, są prawdziwe i naprawdę przepyszne, warto też poeksperymentować z dodatkami.
Co prawda, odkąd ze sklepów znikły znicze (choć gdzieniegdzie proces sprzedaży był równoległy) pojawiły się już, mniej lub bardziej agresywne i kiczowate, dekoracje świąteczne, które, w niewielkiej liczbie, lecz przyznaję się, już jakiś czas temu nabyłam, ale wczuwanie się w atmosferę świąteczną było jednak falstartem.
Ale teraz już można. Kupować cukrowe perełki, posypki, piec pierniki, myśleć i mówić o Świętach, planować świąteczne menu i dekoracje, znowu dyskutować, jak dużą będziemy mieć choinkę (ustalamy, że mniejszą niż w zeszłym roku, a potem przynosimy taką samą). I kupować prezenty. Po raz kolejny obiecuję sobie, że kupię je wcześniej i nie będę w Wigilię biegać po sklepach za tym ostatnim. Mam nadzieję, że się uda, a dzisiaj chciałabym Wam podrzucić pomysł na prezent.
W zeszłym roku w jednej z gazet (wiem jakiej, ale nie powiem, bo zbyt jest obciachowa) zobaczyłam coś, co strasznie mi się spodobało. Zamiast pieczenia ciastek, można kogoś (oczywiście starannie wybraną, niemającą do kuchni obrzydzenia, osobę) obdarować przepisem na pyszne ciasteczka zamkniętym w słoiku. Oprócz zamknięcia w słoiczku przepisu, w postaci sypkich składników, dobrze też dodać karteczkę, jak i co zrobić z zawartością należy i, ponieważ przepis na ciasteczka jest wybrany równie starannie, co obdarowana osoba, ergo, są one niebiańsko pyszne, także po to, żeby obdarowany już we własnym zakresie mógł ten smak powtórzyć.
Jeśli chcielibyście ten pomysł wykorzystać, to radzę wybrać słoik (pojemnik) ok. pół litrowy, większy zaczyna nabierać charakteru słoja po ogórkach, co nie jest do końca dekoracyjne. Do takiego (półlitrowego) słoika wejdą składniki na połowę porcji ciasteczek, którą podaję.
Jeśli niepokoiłoby Was, czy mój słoik rzeczywiście był półlitrowy, to nie był, to atrapa na potrzeby zdjęcia. Ale ciasteczka, według przepisu Nigelli, są prawdziwe i naprawdę przepyszne, warto też poeksperymentować z dodatkami.

Ciasteczka z żurawiną i białą czekoladą
ok. 36 sztukSkładniki:
1 szkl. mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 szkl. płatków owsianych
1/2 szkl. cukru pudru (dałam zwykły)
1/2 szkl. brązowego cukru
1 łyżeczka cukru waniliowego
100 g masła
1/2 szkl. posiekanych orzechów włoskich
1/2 szkl. suszonej żurawiny
3/4 szkl. posiekanej białej czekolady
1 jajko (2, jeśli są małe)
Wykonanie:
- Masło zmiksować z jajkiem i cukrami. Dosypać resztę składników i zagnieść ciasto.
- Utoczyć kulę, włożyć ją na 10 min. do zamrażarki.
- Ciasto wyjąć z zamrażarki, odrywać od niego małe kawałki, toczyć kulki, a potem je spłaszczać i układać na wysmarowanej masłem lub wyłożonej papierem blasze. Odstępy takie średnie, bo nie rosną aż tak bardzo.
- Piec ok. 15 min. (aż będą lekko rumiane) w 175 stopniach.

Etykiety:
biała czekolada,
Boże Narodzenie,
ciasteczko na...,
ciastka,
słodko
poniedziałek, 2 listopada 2009
Ciasteczko na listopad
Są czasami takie przepisy, które wywołują moje wielkie podekscytowanie. Bo niespotykane zestawienie składników. Bo jakiś niewypróbowany przeze mnie wcześniej sposób wykonania. Więc kompletuję składniki, eksperymentuję, czekam (a tego nie cierpię!), a na końcu okazuje się, że efekt był już mi właściwie znany, pod jakąś zupełnie inną nazwę i najczęściej osiągany o wiele mniejszym nakładem pracy.
Zastanawiałam się, czy tak nie będzie i tym razem. Najbardziej tajemniczy składnik – syrop imbirowy. Składnik nieco podejrzany – smalec zamiast masła. W sumie jednak całość – mąka, cynamon, goździki, imbir, soda i cała metodologia przygotowania dopuszczała opcję, że wyjdzie z tego jakaś odmiana dobrze mi znanych pierniczków.
Tak się nie stało. Owszem, pierniczkowa jest twardość ciasteczek, ale smak zbliżony raczej do kruchych, myślałam, że imbir będzie bardzo dominował, ale czuć tylko jego delikatny aromat, jak dla mnie, nawet zbyt delikatny, więc następnym razem dodałabym więcej tego sproszkowanego albo zrobiła ostrzejszy syrop. Ciasteczka nie powaliły mnie na kolana, ale w poszukiwaniu tego, czego im brakuje, zjadłam jakoś tak niespostrzeżenie całkiem sporą liczbę, więc w sumie mogę uznać, że są całkiem niezłą przekąską, podczas pisania notek i oglądania cudzych smakowitych zdjęć. Wykonanie jest raczej szybkie, niech nie odstrasza Was konieczność przygotowania syropu imbirowego, tak naprawdę cała operacja, łącznie z czynnościami wstępnymi, to 15 minut, a na dalszym etapie używacie gorącego. W sumie, mimo wszystko, warto spróbować.
Zastanawiałam się, czy tak nie będzie i tym razem. Najbardziej tajemniczy składnik – syrop imbirowy. Składnik nieco podejrzany – smalec zamiast masła. W sumie jednak całość – mąka, cynamon, goździki, imbir, soda i cała metodologia przygotowania dopuszczała opcję, że wyjdzie z tego jakaś odmiana dobrze mi znanych pierniczków.
Tak się nie stało. Owszem, pierniczkowa jest twardość ciasteczek, ale smak zbliżony raczej do kruchych, myślałam, że imbir będzie bardzo dominował, ale czuć tylko jego delikatny aromat, jak dla mnie, nawet zbyt delikatny, więc następnym razem dodałabym więcej tego sproszkowanego albo zrobiła ostrzejszy syrop. Ciasteczka nie powaliły mnie na kolana, ale w poszukiwaniu tego, czego im brakuje, zjadłam jakoś tak niespostrzeżenie całkiem sporą liczbę, więc w sumie mogę uznać, że są całkiem niezłą przekąską, podczas pisania notek i oglądania cudzych smakowitych zdjęć. Wykonanie jest raczej szybkie, niech nie odstrasza Was konieczność przygotowania syropu imbirowego, tak naprawdę cała operacja, łącznie z czynnościami wstępnymi, to 15 minut, a na dalszym etapie używacie gorącego. W sumie, mimo wszystko, warto spróbować.
Ciasteczka imbirowe
(przepis z Kuchni z Zielonego Wzgórza)
Składniki:
(na ok. 30 szt.)
1/4 szklanki syropu imbirowego*
1/4 szklanki brązowego cukru
1/4 szklanki (ok. 60 g) smalcu (oczywiście może być także masło)
1 szklanka mąki (dałam trochę więcej)
szczypta soli
po pół łyżeczki mielonych goździków i cynamonu
1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
1/4 szklanki brązowego cukru
1/4 szklanki (ok. 60 g) smalcu (oczywiście może być także masło)
1 szklanka mąki (dałam trochę więcej)
szczypta soli
po pół łyżeczki mielonych goździków i cynamonu
1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
- Syrop imbirowy, cukier i smalec razem zagotować, ostudzić (ale do temperatury lekko ciepłej). Dodać do pozostałych składników i zagnieść ciasto. Będzie raczej miękkie (przynajmniej tak było u mnie).
- Ciasto wałkować niezbyt cienko i wykrawać z niego ciasteczka o dowolnym kształcie. Przełożyć na natłuszczoną lub wyłożoną papierem do pieczenia blachę. Rosną raczej nieznacznie, więc może być dość gęsto.
- Piec ok. 12-15 min. w piekarniku nagrzanym do 160 stopni (mój był cieplejszy - uroki starego pieca gazowego).
*Syrop imbirowy
Składniki:
1 szklanka wody
niecała szklanka cukru
kawałek obranego i zmiażdżonego imbiru, zawinięty w gazę albo pończochę, jak kto woli. Mój kawałek miał 3-4 cm, ale w przyszłości dałabym nawet dwa razy większy, bo posmak imbirowy wyszedł bardzo delikatny.
Wszystkie składniki włożyć do garnka, gotować (oczywiście, od momentu wrzenia) 10 min. Przechowywać w słoiku w lodówce. Resztę syropu, niewykorzystaną do ciasteczek, można dolewać do herbatki. Jeżeli nie macie ochoty na samodzielne przygotowanie syropu, to widziałam gdzieś w sklepie gotowy można też użyć miodu lub melasy, ale wtedy efekt na pewno będzie bardziej pierniczkowy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



