Pokazywanie postów oznaczonych etykietą desery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą desery. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 września 2011

Czy pani jest kreatywna?



Kreatywność (zaraz obok ponadprzeciętnych umiejętności interpersonalnych) to jedna z cech, do których czuję dużą niechęć.

Może dlatego, że jestem raczej leniwa i nie lubię się (niepotrzebnie) wysilać. A kreatywność na komendę nie wydaje mi się dobrym pomysłem. Czy do tego nie potrzeba przypływu weny? Samotności? Czasu?

Z moją kreatywnością jest nawet gorzej, niż myślałam, ponieważ gdyby nie szczęśliwy przypadek, splagiatowałbym samą siebie. Bo wymyśliłam sobie piękny post na ten temat. Tylko, no właśnie, okazało się, że już go kiedyś napisałam.

Wybaczcie, ale i tak mam ochotę o tym wszystkim opowiedzieć raz jeszcze (przynajmniej troszeczkę).

Czasami czuję się trochę niekomfortowo, że większość przepisów, które tu zamieszczam, pochodzi z książek lub innych blogów. Mam wrażenie, że warto by było tworzyć je samemu.

W życiu codziennym jednak ciągle muszę gotować coś z głowy. W pobliżu mojego obecnego mieszkania sklepy są bardzo marnie zaopatrzone (a moja ulubiona alternatywa dla gotowania – lody i pizza – też daleko), więc doszłam do mistrzostwa w przygotowywaniu naprawdę niezłych rzeczy dosłownie z niczego. Nigdy Wam jednak o nich nie opowiem. To dania bez planu, przepisu i proporcji. Szybkie obiady po pracy. Nie ma czasu na odmierzanie i ważenie. Nie ma czasu na robienie zdjęć.

A kiedy mam czas odmierzać, ważyć i fotografować, przeważnie wolę spróbować czegoś specjalnego. Specjalnego, czyli z gotowego przepisu, któremu towarzyszy smakowita fotografia. I za nic w świecie nie chcę w tym przepisie nic nie zmieniać, żeby mieć pewność, że zjem oryginał.

Na szczęście są osoby, które jednak eksperymentować lubią. Jak daleko Wy jesteście się w stanie posunąć?

Panna cotta należy do moich ulubionych deserów. Jest tak banalnie prosta, a przy tym kremowa i pyszna. Aż trudno uwierzyć, że to, jeśli pokusić się o klasyfikację, galaretka ze słodkiej śmietany (a galaretki mogłyby dla mnie nie istnieć).

Kukurydza w deserze brzmi dziwnie. Nie jest to jednak aż tak zdumiewające połączenie jak ser pleśniowy i czekolada. Jedno słodkie, drugie słodkie, naprawdę, nie ryzykuje się aż tak wiele. Kukurydza nadaje śmietance oryginalną nutę, bardzo subtelną, jeśli ktoś zje za szybko, może jej nie odnaleźć, chociaż oczywiście kukurydziana dekoracja jest wyraźną wskazówką, że coś jest nie w porządku. Dla mnie to jednak świetny deser i łatwy sposób na zrobienie wrażenia na tym, na kim aktualnie chcecie zrobić wrażenie.



Panna cotta z kukurydzą
źródło: magazyn bon appetit 8/2010

Składniki:

1 szklanka mleka
2 szklanki słodkiej śmietany
1/3 szklanki cukru
2 kolby kukurydzy
2 1/4 łyżeczki żelatyny


sos karmelowy lub dulche de leche

Wykonanie:
  1. Mleko wlać do garnka, dodać cukier i zagotować. W czasie, kiedy mieszanina się podgrzewa, z kolb kukurydzy zeskrobać ziarna (resztę zachować), a następnie ugotować je w mleku (około 5 minut).
  2. Kukurydzę odcedzić, a mleko z powrotem wlać do garnka, dodać śmietankę i te obskrobane kolby (można pokroić na mniejsze części). Całość podgrzać, po czym wyłączyć ogień i przykryć garnek. Po 30 minutach płyn razem z kolbami przełożyć od miseczki, przykryć i wystudzić.
  3. Śmietankę z mlekiem (ale już bez kolb kukurydzy) podgrzać ponownie, a w międzyczasie rozpuścić żelatynę w 3 łyżkach wody (albo tak małej ilości, jak się da). Kiedy masa na panna cottę się zagotuje, zdjąć ją z ognia, dodać rozpuszczoną żelatynę i energicznie mieszać, żeby zlikwidować jakieś ewentualne żelatynowe grudy.
  4. Masę (przez bardzo gęste, lub wyłożone gazą sitko) rozlać do 6 naczyniek. Ja zwykle przecedzam najpierw do dzbanka, żeby ułatwić sobie rozlewanie. Kiedy panny cotty ostygną, wstawić do lodówki na co najmniej kilka godzin. Podawać z ziarnami kukurydzy i sosem karmelowym.

sobota, 6 marca 2010

Na przekór (i do góry dnem)


Panna cotta z Czarnego Lasu

Chociaż mam pretensje w kierunku rozmaitych artystycznych zdolności i w moich szufladach zalegają farbki, kredki, koraliki i inne utensylia, kupowane w zależności od tego, jaki talent akurat chciałam rozwijać, to jednak nie uważam się za osobę obdarzoną szczególną fantazją czy też jakoś bardzo kreatywną. Podobnie jest z gotowaniem. Do niedawna przypuszczałam, że właściwie w ogóle nie wymyślam przepisów, co jednak po głębszej analizie okazało się nieprawdą. Przepisy wymyśla chyba każdy, kto gotuje. W końcu większość potraw powstaje jednak z tego, co mam pod ręką, niż w wyniku zrobienia wcześniej przemyślanych zakupów. Czasami wychodzą rzeczy pyszne, a czasami takie sobie, w sumie jednak nigdy ich nie zapisuję i wydają mi się zbyt banalne, żeby podawać je dalej.

Czymś, co kręci mnie o wiele bardziej, jest wypróbowywanie cudzych przepisów. Bardzo nie lubię, kiedy czegoś akurat nie mam i muszę zastąpić czymś innym, co zdarza się raczej często. Dla mnie ta drobna podmiana nie jest stworzeniem nowej jakości, ale stanięciem w obliczu okrutnej prawdy, że nie spróbuję oryginału. A największa radość i satysfakcja jest wtedy, kiedy moje danie, wygląda jak to na zdjęciu.

Na przekór jednak tym wszystkim faktom i moim preferencjom, dzisiaj będzie coś, co wymyśliłam sama. Deser, którego główną treścią jest panna cotta, niezbyt skomplikowany, choć początkowo może się takim wydawać, ale on po prostu wymaga trochę czasu, za to zdecydowanie jest śliczny i pasujący do foremki z serduszkami, którą niedawno dostałam i musiałam znaleźć dla niej odpowiednie wypełnienie. Jeśli miałabym jakieś drobne zastrzeżenia, to chyba wolałabym zmniejszyć grubość czekoladowego spodu na rzecz grubszej warstwy panny cotty.

Przepis dołączam do akcji W Krainie Czarów, a następnym razem będzie więcej o Alicji, wcale nie w związku z filmem o bardzo kosztownej akcji promocyjnej, ale w związku z absolutnie magiczną książką kucharską, którą ostatnio kupiłam. Jeśli przy „Ustach pełnych karmelu” pisałam, że uwielbiam je po prostu oglądać, to w przypadku kulinarnej Alicji szata graficzna byłaby wystarczającym pocieszeniem, nawet jeśli wszystkie przepisy okazałyby się niejadalne albo miałabym żadnego nigdy nie wypróbować. Oczywiście wypróbowałam i o tym właśnie (między innymi) będzie w kolejnym odcinku.

Panna cotta z Czarnego Lasu

Panna cotta z Czarnego Lasu
8 porcji o objętości ok. 75 ml

Składniki:

½ szklanki wiśni w syropie (więcej płynu niż wiśni)
1 łyżeczka żelatyny

1 ½ szkl. śmietany 30 lub 36%
1 ½ łyżki cukru
laska wanilii lub cukier waniliowy
1 ½ łyżeczki żelatyny

100 g herbatników
50 g gorzkiej czekolady
60 g masła

ewentualnie więcej wiśni i syropu do przybrania


Wykonanie:

  1. Przygotować galaretkę: 1 łyżeczkę żelatyny rozpuścić w małej ilości gorącej wody (pewnie z 2-3 łyżki wystarczą), dolać do wiśni z syropem i rozlać równomiernie w naczyńkach*, w których będziemy przygotowywać deser: najpierw wlać syrop, a potem rozłożyć wiśnie, po kilka sztuk na porcję. Wystudzić (albo i nie studzić, jeśli jesteście tak niecierpliwi jak ja, ale pamiętajcie, że lodówce to szkodzi) i wstawić do lodówki, żeby galaretka zastygła.
  2. Śmietanę zagotować z cukrem, laską wanilii (wcześniej wyskrobać z niej ziarenka i wrzucić do płynu) lub cukrem waniliowym. Żelatynę rozpuścić w ¼ szklanki gorącej wody i dolać do gorącej śmietany. Masę przecedzić, najlepiej do jakiegoś naczynia z dziubkiem, bo z niego będzie łatwiej nalewać. Śmietanę wylać na zastygłe galaretki, ostudzić i przełożyć do lodówki na kilka godzin (pewnie 2 wystarczą).
  3. Herbatniki i czekoladę zmiksować w malakserze na proszek, przełożyć do miseczki, zalać roztopionym masłem i wymieszać.
  4. Na zastygłych pannach cottach delikatnie rozłożyć warstwę herbatników, znowu odstawić do lodówki, aż spód się zestali.
  5. Aby wyjąć deser z naczyńka należy na krótką chwilę zanurzyć naczyńko w gorącej wodzie, po czym przykryć je talerzykiem i odwrócić. Jeśli deser nie chce się odkleić, włożyć na jeszcze chwilkę do wody.
*Myślę, że okrągłe desery będą wyglądały równie ładnie, do ich przygotowania można użyć nawet filiżanek. W zasadzie, jeśli bardzo obawiacie się tego wyjmowania można też zacząć przygotowania od dołu, czyli na dno czegoś dać masę herbatnikową, na to pannę cottę, a na to galaretkę i podać w naczyńkach. Tylko wtedy lepiej masę śmietanową częściowo zestalić, bo jeśli będzie całkiem płynna, to herbatniki mogą wypłynąć na wierzch.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Codzienność niezwykła jak crème brulée


creme brulee

Pamiętacie (chyba wszyscy pamiętają?) tę scenę, kiedy Amelia przebija karmelową skorupkę na crème brulée? Bardzo to mało oryginalne, odwołanie się akurat do tego obrazu, ale chyba właśnie o to chodzi, by w życiu wypełnionym nudnymi, powtarzalnymi zajęciami, potrafić każdej czynności, przy której Wam się to tylko uda, nadać charakteru święta i czegoś radosnego i wyczekiwanego. Dlatego nie zrażajcie się tym, że przygotowanie tego deseru nie jest proste i pamiętajcie o tym, co jest na końcu tej drogi. Dodam tylko, że zaproponowana metoda nie jest metodą klasyczną, w zasadzie prostszą i szybszą, która jednak jakoś nigdy mi się nie chce udać.

creme brulee

Zimowy crème brulée

Składniki:

8 żółtek
600 ml śmietanki 30% lub 36%
łyżeczka cukru waniliowego lub laska wanilii
3 łyżki miodu
skórka starta z 1 dużej pomarańczy (wcześniej sparzonej wrzątkiem)

+ cukier do karmelowej skorupki

a także:

2 garnki (jeden z szerokim dnem)
dzbanek (naczynie z dziubkiem)
miska
trzepaczka + ewentualnie łyżka
naczynka, w których chcemy podawać krem lub jedno większe naczynie (rozpoczynając przygotowania wstawiamy je do lodówki lub zamrażalnika)

Wykonanie:
  1. Wszystkie składniki odmierzyć i przygotować tak, by łatwo można było po nie sięgać.
  2. Postawić na gazie śmietanę z wanilią i zagotować, dorzucić laskę wanilii, jeśli jej używamy.
  3. W misce wymieszać, nie ubić!, żółtka z miodem i cukrem waniliowym, zalać stopniowo gorącą śmietaną, stale mieszając, aż masa będzie jednolita. Dorzucić skórkę pomarańczową.
  4. Przelać mieszaninę żółtkowo-śmietanową do czystego garnka z szerokim dnem i postawić na małym ogniu. Kluczowe pytanie jest takie: jak mały ma być ten ogień? Ja zazwyczaj zaczynam od najmniejszego, ale po 15 minutach mieszania moja cierpliwość się kończy i co jakiś czas na ok. 10 sekund przekręcam ogień na prawie maksimum, po czym go zmniejszam. To, aż krem zgęstnieje, może potrwać ok. 20 minut. BARDZO WAŻNE: cały czas trzeba mieszać! Ja używam do tego trzepaczki, moim zdaniem lepiej się sprawdza niż łyżka. Obok kuchenki, na wszelki wypadek, stawiamy większe od garnka naczynie z zimną wodą. Jeśli uznacie, że krem bliski jest zabulgotania, do czego pod żadnym pozorem nie można dopuścić, wstawcie garnek na chwilę do zimnej wody.
  5. Nadal stoimy i mieszamy. Przez dłuższy czas nie dzieje się nic. Jednak nie odchodźcie ani na chwilę, bo to może być właśnie ta chwila, która przesądzi o Waszym powodzeniu. Kiedy krem zacznie gęstnieć, wszystko idzie już szybko i na pewno nie przegapicie tego momentu, kiedy krem jest dobry. Jeśli chcecie, możecie wykonać próbę: zanurzyć łyżkę i przejechać palcem po jej tyle: jeśli płyn się nie zlewa, jest ok. Ja jednak tę próbę raczej odradzam, bo szczególnie na tym etapie, każda sekunda się liczy i zostawienie kremu bez czułych machnięć trzepaczki może Wasze starania obrócić w niwecz.
  6. Kiedy zdecydujecie, że krem jest już gotowy, szybko przelejcie go do dzbanka (wyjmijcie laskę wanilii) i dopiero z niego nalejcie do docelowych naczynek. Jest to bardzo wskazane, bo chociaż pozbawione stałego dopływu ciepła, dno garnka nadal jest gorące, Wy przestajecie mieszać i wszystko może się jeszcze zwarzyć, jeśli macie szczęście, to tylko na dnie. To spotkało mnie właśnie tym razem, ale rzecz jasna, nie przelałam do dzbanka, tylko nalewałam krem prosto z garnka.
  7. Teraz kremowi należy się odpoczynek.
  8. Wystudzony krem posypać około łyżką cukru na porcję i przypiec palnikiem (polecane), którego ja jednak nie mam, więc przypiekam pod rozgrzanym piekarnikowym grillem, bardzo się bojąc, czy krem się nie zwarzy, więc moje skorupki są trochę blade. Można też zrobić karmel z cukru i polać nim desery. Wystudzić.
  9. Deser podawać zimny, ale nie prosto z lodówki.

creme brulee

środa, 19 sierpnia 2009

Proste jak panna cotta


panna cotta z sosem malinowym

Panna cottę odkryłam tego samego popołudnia, co mojito. Było to kilka lat temu, w mojej mitycznej krainie szczęścia, na południu Francji, gdzie spędziłam rok na stypendium.

Oczywiście nie pamiętam wszystkich popołudni tam spędzonych, ale tamto właśnie tak, chociaż tak naprawdę niewiele różniło się od wielu innych, równie leniwych i beztroskich, pozbawionych obowiązków i wypełnionych przyjemną świadomością, że zanim ten rok się skończy, będzie takich jeszcze wiele.

Musiała być już późna jesień, bo pogoda była taka sobie. Wybrałam się z koleżanką na spacer do miasta. Kupiłam sobie brązowy sweter z dekoltem w serek. I upatrzyłam inny, niebieski, który kupiłam kilka dni później. A potem poszłyśmy do kolegi na herbatkę i wylałam ją na papierową torebkę, w którą sweter był zapakowany. Ten moment jednak już Was nie dotyczy, bo pamiętna chwila, w uroczej knajpce na rogu placyku, którego imienia już nie pamiętam, miała miejsce wcześniej.

Nie udało mi się nigdy później wypić tak dobrego mojito. Uściślając, nie udało mi się nigdy później wypić mojito, które zawierałoby równie uczciwą ilość alkoholu. Na szczęście, przynajmniej dobrą panna cottę mogę jeść tak często, jak mi się tylko zamarzy.

Kiedy jadłam ją po raz pierwszy, sądziłam, że ten wyrafinowany i delikatny mus musi mieć jakąś skomplikowaną i trudną do odtworzenia recepturę. Kiedy przeczytałam, że całe magiczne działanie, to właściwie zagotowanie śmietany z cukrem i dorzucenie żelatyny, trudno było mi w to uwierzyć. Ta biała, leciutka chmurka, kremowa i delikatna, to po prostu śmietana, cukier i żelatyna, którą mam zwykle w pogardzie? Tak bardzo nie mogłam się z tym pogodzić, że długo się wahałam, czy przepis wypróbować, na szczęście, w końcu się odważyłam i okazał się to całkowity sukces. Tajemnica polega na tym, żeby użyć tłustej śmietany i dodać tylko tyle żelatyny, by deser miał w miarę stałą, ale nie sztywną, konsystencję. Panna cotta jedzona we Francji była podana z sosem pomarańczowym, który stanowi świetny kontrapunkt dla słodkiego deseru. Dzisiaj prezentuję wersję z sosem malinowym. To słodsze, ale, moim zdaniem równie udane, połączenie.

panna cotta z sosem malinowym

Panna cotta z sosem karmelowo-malinowym
6 porcji

Składniki:

Panna cotta:
(zmodyfikowany przepis Agnieszki Kręglickiej)

500 ml śmietanki 30 lub 36%
2 łyżeczki żelatyny
40 g cukru
2 łyżeczki cukru waniliowego lub ziarnka wanilii


Sos karmelowo-malinowy:

1,5 szklanki malin
5 łyżek cukru
trochę soku z cytryny (niekoniecznie)
ewentualnie: maliny do przybrania


Wykonanie:
  1. Śmietankę zagotować z cukrem i cukrem wanilinowym (lub ziarnkami wanilii). Żelatynę rozpuścić w 1/2 szklanki gorącej wody, połączyć ze śmietanką. Przez gęste sitko przelać do małych naczyniek lub jednego dużego. Wystudzić, odstawić na kilka godzin do lodówki, do stężenia.
  2. Cukier skarmelizować na złoto. Jeżeli chcecie wykonać również karmelowe ozdoby, przygotujcie kawałek pergaminu do pieczenia lub folii aluminiowej, posmarowanej olejem. Zdejmijcie garnek z ognia, nabierzcie na łyżkę trochę karmelu i kreślcie nad pergaminem kółka. Jeżeli karmel za bardzo zgęstnieje, chwilę go podgrzejcie. Z folii karmel odklei się bez problemu, pergamin trzeba delikatnie zmoczyć i wtedy też z odklejeniem nie będzie kłopotu.
  3. Karmel z powrotem postawić na kuchence, natychmiast dorzucić maliny. Wszystko zacznie syczeć i się zestalać, ale spokojnie należy czekać, aż cukier znowu się rozpuści, maliny rozgotują i powstanie sos. Chwilę pogotować, aż trochę zgęstnieje. Można wcisnąć odrobinę cytryny albo, na etapie dorzucania malin, dodać startą z niej skórkę. Sos podawać zimny, gorący zacznie rozpuszczać deser.
  4. Panna cottę można podawać w naczyńkach lub na talerzykach. Wtedy naczyńka wkładamy na chwilę (naprawdę krótką) do gorącej wody, przykrywamy talerzykiem, obracamy, a deser powinien znaleźć się na talerzu.

panna cotta z sosem malinowym

piątek, 7 sierpnia 2009

Kartka z podróży. Mrożony jogurt cytrynowy


mrożony jogurt cytrynowy

Podróż w nieznane, chociaż kierunek jest określony. Za szybą ciągle nowe krajobrazy, wioski i miasta (znowu korek), drzewa i pola (eee, wszystko tak samo jak u nas), tunele (nie lubię), wybrzeża (jak pięknie). Zawsze te same myśli i rozmowy. Czemu wreszcie nie kupimy sobie samochodu z klimatyzacją? Albo: czemu oni nas tak mrożą, nie mogliby tego wyłączyć? Mamo, czy daleko jeszcze? I: czemu to radio tak ryczy, może trochę ciszej jednak. Nogi mi ścierpły nie możesz być już głodny dopiero wyjechaliśmy podaj mi picie przestań jej dokuczać nudzi mi się.

Stacje benzynowe i zajazdy. Grupy znużonych podróżnych, snujące się ze swoimi kanapkami, butelkami upragnionej zimnej coli i kubkami niezbyt gorącej i niezbyt dobrej kawy z automatów. Podróżni stojący w kolejkach do toalet, kupujący lody, rozrzucający papierki po tychże lodach i butelki po wypitej coli. Oglądający lokalne specjały i pamiątki w sklepikach przy stacjach benzynowych i zajazdach. Fale gorąca płynące od tirów i autobusów, opary benzyny i spaliny z silników. Jaki ma to związek z mrożonym cytrynowym jogurtem? Jeszcze nie wiem.

A może to dlatego, że jego smak przypomniał mi napój z kruszonego lodu, barwionego na żółto, pomarańczowo lub różowo, specyfikiem, którego składu lepiej nie znać? Można go dostać w każdej szanującej się miejscowości turystycznej. To jednak chyba nie to, bo nigdy go nie próbowałam.

A może to dlatego, że ten kurz, upał i zmęczenie, prowadzą do plaży, słońca, lenistwa i ogólnej wakacyjnej błogości? A mocno cytrynowy smak mrożonego jogurtu, sprawił, że na chwilę poczułam się jak na wakacjach.

mrożony jogurt cytrynowy

Mrożony jogurt cytrynowy
(przepis: Recettes express)

Składniki:
(porcja dla 8 osób)

1 litr jogurtu waniliowego (dałam naturalny)
185 ml soku z cytryny
185 g cukru
60 ml syropu kukurydzianego (dałam miód)
1 łyżeczka skórki startej z cytryny
½ łyżeczki esencji waniliowej (nie dałam)

Wykonanie:
  1. Sitko wyłożyć gęstą gazą, przelać na nie jogurt. Sitko położyć na misce i wstawić na co najmniej dwie godziny do lodówki, żeby z jogurtu odciekł nadmiar płynu.
  2. Wymieszać resztę składników, ubijać, aż cukier się rozpuści, dodać jogurt, nie przerywając ubijania.
  3. Przełożyć masę jogurtową do płytkiego naczynia i wstawić na dwie godziny do zamrażalnika. Po tym czasie wyjąć, przełożyć do miseczki i ubijać aż masa będzie jednolita (tzn. zamrożone części wmieszają się w resztę). Powtórzyć procedurę trzy razy. Następnie przełożyć masę do zamykanego pojemnika i mrozić do końca, co najmniej 4 godziny. Ja zrobiłam dużo mniejszą porcję, więc też krócej mroziłam. Czas kolejnych mrożeń dostosujcie do konsystencji, którą jogurt już osiągnął, żeby w pewnym momencie nie okazało się, że nie ma czego mieszać.
  4. Pewnie można to wszystko zrobić w maszynce do lodów, ale Ci, którzy są szczęśliwymi posiadaczami i tak pewnie wiedzą.

czwartek, 18 czerwca 2009

Eton mess, czyli truskawkowy bałagan


eton mess
eton mess


Ten zdecydowanie mało elegancki deser wziął swoją nazwę i podawany jest podobno w elitarnej brytyjskiej szkole dla chłopców w Eton. Anegdota mówi, że powstał po tym, jak pies usiadł na piknikowym koszyku. Nie wiem czy to prawda, ale eton mess właśnie tak wygląda, niedbałe połączenie truskawek, bez i bitej śmietany jest zdecydowanie mało fotogeniczne, ale za to jakie pyszne.

Eton mess

Składniki:

(dla czterech średnio żarłocznych osób)

250 ml śmietany 30 lub 36%

200 g truskawek

12 bezów (małych)

Wykonanie:

  1. Śmietanę ubić, posłodzić do smaku. Jeżeli nie lubicie bardzo słodkich deserów możecie nie słodzić w ogóle, bo deser wystarczająco osłodzą bezy.
  2. Truskawki pozbawić szypułek, duże pokroić na ćwiartki, małe na połówki.
  3. Bezy niezbyt drobno pokruszyć.
  4. Wszystkie składniki wymieszać i podzielić na porcje.

Jeżeli nie zamierzacie deseru podać od razu, przygotujcie składniki osobno i wymieszajcie dopiero przed podaniem.

Ilości w przepisie są orientacyjne, na tym polega jego urok, nie musicie wszystkiego ważyć i liczyć!