Mój blog zadebiutował 17 czerwca 2009 roku. Miał być o prostych przepisach, takich podstawach gotowania, możecie to sprawdzić w pierwszym wpisie. Zazwyczaj przypominam to sobie i Wam każdego roku z okazji „urodzin” Bułki z masłem. W moim pisaniu było już tyle przerw, że nie wiem, które urodziny wypadają tym razem, ale to nie jest takie ważne. Ważne jest, żeby dobrze wykorzystać każdą okazję do świętowania, a dla mnie obowiązkowym elementem porządnej uroczystości jest dobre jedzenie, w zasadzie, dobre słodkie jedzenie. Więc dzisiaj też będzie, ale o tym za chwilę.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasta. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 18 czerwca 2017
wtorek, 24 sierpnia 2010
Sierpniowe gruszki

„W lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką i starszym bratem na pastwę białych od żaru i oszałamiających dni letnich. Wertowaliśmy, odurzeni światłem, w tej wielkiej księdze wakacyj, której wszystkie karty pałały od blasku i miały na dnie słodki do omdlenia miąższ złotych gruszek.”
To fragment opowiadania Bruno Schulza, Sierpień. Dalej też jest pięknie, a także fascynująco turpistycznie. Co tu ściemniać, zaliczam się raczej do niepraktykujących wielbicieli twórczości wspomnianego pisarza. Owszem, przeczytałam kiedyś cały tomik Sklepy cynamonowe, wyłącznie dla intelektualnej satysfakcji, i raczej tego już nie powtórzę (chociaż specjalnie na potrzeby tego posta nabyłam własny egzemplarz, za całe 5 złotych). Magnetyczna proza Schulza jest gęsta i oblepiająca niczym sok z gruszek, każde słowo domaga się uwagi, pochylenia się nad nim i obejrzenia z każdej strony. Jako entuzjastka kryminałów, niedbale prześlizgująca się nie tylko po słowach, ale raczej po całych zdaniach, z żalem nie mogę Schulzowi ofiarować tyle skupienia.

Tak się jednak stało, że do pierwszych akapitów Sierpnia wracałam wielokrotnie. Powód jest bardzo banalny: fragment tego opowiadania znajdował się w podręczniku do języka polskiego, który z obowiązku i dla przyjemności często wertowałam, natrafiając co jakiś czas także na ten opis, który w czasie roku szkolnego musiał budzić szczególną tęsknotę za upalnym, leniwym latem.
A dzisiejsze ciasto powstało w wyniku możliwej prawie natychmiast do zaspokojenia ochoty na słodki do omdlenia miąższ złotych gruszek. Za całą rekomendację może wystarczyć to, że już dawno niczego nie zjadłam aż tak dużo. Na szczęście ewentualne wyrzuty sumienia z tego powodu można było zbić racjonalną argumentacją: większość zwykle chętnych do jedzenia osób tym razem była na wakacjach, a głupio byłoby pozwolić, by taki cud się zmarnował (ewentualnie by cała przyjemność przypadła, li i jedynie, mojemu bratu). Gruszki z czekoladą to duet idealny, znamienne jest to, że wchodzą w skład deseru na cześć najpiękniejszej kobiety w dziejach świata, Heleny Trojańskiej. W moim cieście aksamitna, lekko gorzka czekoladowa warstwa cudownie łączy się z nienachalną i przytłumioną słodyczą gruszek. Jeśli podwoicie ilość składników tworzących masę czekoladową możecie upiec ciasto, na które przepis przywiozłam z Francji. Podejrzewam, że pochodzi raczej z gazety lub książki, niż rodzinnego kajecika Mme M., ale na pewno jest francuskie i, co najważniejsze, pyszne. Powinno mieć lekko mazistą konsystencję, czyli taką, jaką uzurpują sobie ciasta czekoladowe z pretensjami do oryginalności, albo może do francuskości – szczegółowe wskazówki jak to osiągnąć znajdziecie w przepisie.
Jakie jest poniższe zdjęcie, każdy widzi, ale, jakie mam szczęście, że ostatnio powtarzam to tak często, temu smakowi nie można się oprzeć, więc po co nawet próbować?

Ciasto czekoladowe z gruszkami
na formę o średnicy 24 cm
Kruche ciasto:
jak zwykle wg Jamiego Olivera
250 g mąki
125 g masła
100 g cukru pudru
2 żółtka
szczypta soli
ewentualnie 1-2 łyżki zimnej wody
Masa czekoladowa:
100 g czekolady
90 g masła
90 g cukru
2 jajka
2,5 łyżki mąki
Poza tym:
5 dużych gruszek
3/4 szklanki cukru
2 łyżeczki cukru waniliowego
Wykonanie:
- Zrobić kruche ciasto: mąkę posiekać z masłem, następnie dodać resztę składników i zagnieść w kulę. Jeśli ciasto jest zbyt suche, dolać trochę wody. Zawinąć w folię i odstawić do lodówki na jakąś godzinę. Ja moje ciasto od razu wyłożyłam na formę pokrytą papierem do pieczenia i takie, już gotowe do pieczenia, odstawiłam na odpoczynek.
- Piekarnik nagrzać do 200 stopni. Formę wyłożyć papierem do pieczenia, rozłożyć na niej ciasto, ponakłuwać je widelcem i włożyć do piekarnika. Temperaturę obniżyć do 180 stopni. Piec około 25 minut na jasnozłoty kolor.
- Do garnka wlać 3 szklanki wody, dodać 3/4 szklanki cukru i cukier waniliowy, gotować, aż cukier się rozpuści. W międzyczasie obrać gruszki, podzielić na połówki i wyciąć gniazda nasienne, po czym włożyć do syropu i gotować, aż będą dość miękkie, ale nie ciaprate. Ja gotowałam ok. 7 minut. Gruszki odsączyć.
- Czekoladę posiekać i razem z masłem włożyć do miseczki (może być ta, w której będziemy mieszać całą masę) , a tę miseczkę wstawić do większej, napełnionej gorącą wodą. Poczekać kilka minut, a następnie rozmieszać masło z czekoladą i doprowadzić do rozpuszczenia cząstek, które jeszcze nie zostały rozpuszczone. Do tej mieszanki dodać cukier, wymieszać, jajka, wymieszać i mąkę, wymieszać. Przez przypadek wsypało mi się trochę więcej cukru, i, jeśli nie lubicie typowych, lekko gorzkich ciast czekoladowych, zamiast udawać wyrafinowanie lepiej postawcie na doznania zmysłowe i też dajcie go (cukru, bo dygresja jest już zbyt długa) więcej, niż w przepisie.
- Na podpieczone ciasto wyłożyć dookoła gruszki, przykryć masą czekoladową. Piec ok. 30 minut. I tutaj będą dwie uwagi: mój kruchy spód był upieczony poprzedniego dnia, a więc zimny, być może przez to pieczenie trwało dłużej. Uwaga druga: Mme M. twierdziła, że ciastu, aby się upiekło, wystarczy 15 minut – i to rzeczywiście jej się udawało, ale mnie nigdy nie. Sekret idealnego wypieku polega w tym, że masa czekoladowa w środku ma być półpłynna, ma wtedy cudownie jedwabistą konsystencję. Moment właściwy do wyjęcia blachy z ciastem z piekarnika następuje zaraz po tym, kiedy zetnie się wierzch masy, jedyną więc skuteczną radą jest być czujnym i obserwować. W razie przepieczenia nic się nie dzieje, tylko ciasto jest bardziej suche. Po upieczeniu ciasto czekoladowe należy odwrócić do spodem góry i tak podawać.
- Jeść po wystudzeniu. Dotyczy i ciasta głównego, i pobocznego wątku ciasta czekoladowego ;)

A jeśli ktoś dotarł aż tutaj, to zdradzę mu jeszcze jedno: zaledwie przecznicę ode mnie znajduje się ulica Krokodyli (i tam właśnie mieści się dziwny sklepik z chlebem znany Wam poprzedniego wpisu, gdzie indziej mógłby być?), ale o niej napiszę innym razem.
wtorek, 26 stycznia 2010
Tu i teraz

Przegapiłam czas noworocznych postanowień. Właściwie od kilku lat już ich nie robię, bo sprowadzały się zwykle do "schudnąć" (ubrane w nieco mniej drastyczne: "zdrowiej się odżywiać", w poddtekście: i przez to schudnąć), a dietę porzucałam po kilku dniach, dla uczczenia tego faktu, objadając się czekoladą.
Co nie znaczy, że nie widzę potrzeby zmian. Postanowiłam jednak, zupełnie bez związku z nowym rokiem, podejść do tego od innej strony.
Pewnego wieczoru wzięłam kartkę papieru i zapisałam, jak bym chciała, żeby wyglądało moje życie. Nie za pół roku, ani za 10 lat. Tu i teraz, nawet jeżeli to, co napiszę, będzie całkiem nieprawdopodobne. Wyniki trochę mnie zaskoczyły. Po pierwsze, okazało się, że nie zmieniłabym wcale aż tak wiele. Po drugie, że pewną część z tego, co bym jednak zmieniła, można osiągnąć, co prawda, wkładając w to trochę wysiłku, ale w całkiem niedługim lub nawet bardzo niedługim czasie.
Oczywiście teraz, kiedy mój entuzjazm zdążył już opaść, nie jestem aż taka pewna, czy uda mi się zrealizować chociaż jeden z tych planów. Zresztą, to będzie fajnie, ale w tamtej chwili nie było to takie ważne. Trzymanie w ręce dowodu na piśmie, że większość rzeczy zależy od mnie i nie jest wcale taka nieosiągalna, podziało trochę jak terapia szokowa. Więc zaczynamy :)
Co prawda, wzięcie udziału w Weekendowej Cukierni nie znalazło się na mojej liście, ale to chyba tylko przez nieuwagę i mój debiut w niej jest jedną z pierwszych zmian, które wprowadzam i pewnie jedną z niewielu, które na pierwszym etapie nie tylko są bezbolesne, ale nawet przyjemne.
Dzisiejszy przepis zaproponowała Goś ze Sweet Art i z pewną obawą wyznałam rodzinie, co upiekę, bo nawet pozytywnie nastawiona do eksperymentów mama (a właściwie zwykle jedyna wtajemniczana w moje piekarnicze plany) na hasło: ciasto marchewkowe reaguje brzydkim grymasem.
Skoro mamy dzień z małym psychoterapeutą, to powiem Wam coś jeszcze, chociaż nie jestem pewna, czy nie zrobi to jakiejś skazy na moim image'u. Za pewnego rodzaju podręcznik, chociaż może odpowiedniejszą nazwą byłby przypominacz, mojej odmienionej drogi życia, obrałam przypadkowo odnalezione książeczki z serii: "Mały skarbnik porad życiowych". No i stoi tam tak: "Nie daj się nikomu namówić do rezygnacji z czegoś, co uważasz za świetny pomysł". Więc się nie dałam i upiekłam.
Dobre, chociaż marchewkowe – powiedziała Mama. Będą powtórki.
PS Jak pewnie zauważyliście, od jakiegoś czasu wisi u mnie banerek zachęcający do przekazania 1% na Fundację Gniazdo. W zasadzie mam stosunek mieszany do umieszczania reklam na blogu, ale treść tego zmieszania, prawdę mówiąc, dotyczy raczej psucia grafiki niż oporów moralnych. O zamieszczenie tego banerka poprosiła mnie Siostra, więc wierzę, że ta fundacja robi coś wartego wsparcia, jeśli więc nie macie pomysłu, komu podarować swój 1%, to zachęcam. Szczegóły po kliknięciu w banner.

Babeczki marchewkowe
Składniki:
Ciasto:
250 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
200 g cukru
cukier waniliowy
400 g bardzo drobno startej marchewki
płaska łyżeczka soli
3 łyżeczki cynamonu
200ml oleju
4 jaja
50 g rodzynek
50 g posiekanych orzechów
Masa serowa:
500 g twarożku śmietankowego (lub zwykłego kwarku lub sera białego)
100 g cukru pudru
200 g masła
skórka z jednej cytryny
sok z cytryny do smaku (dałam z niecałej połówki)
Wykonanie:
- W misce wymieszać mąkę, proszek do pieczenia, cukier waniliowy i cynamon, Dolać olej, ucierać mikserem i dodawać kolejno po jednym jajku. Dodać resztę składników: marchewkę, rodzynki i orzechy i dokładnie wymieszać. Napełnić ciastem dokładnie wysmarowane masłem foremki lub papilotki do muffinek, do około 2/3 wysokości. Piec w 170 stopniach aż się lekko zarumienią (ok. 25 min.). Jeśli pieczecie w metalowych foremkach z rowkami, radzę wyjąć z nich ciastka zaraz po upieczeniu, potem może być problem.
- Zrobić masę: stopić masło, wystudzić. Ser zmiksować z cukrem pudrem, dodać skórkę, powoli wlewać masło. Na końcu dodać sok z cytryny. Na babeczki nałożyć po czapeczce z masy, dowolnie udekorować. Co najmniej na godzinę wstawić do lodówki.
Moje ciasto miało kształt babeczek z powodów obiektywnych, czyli niedostatecznej ilości marchewki. Składniki podaję na całą porcję za Goś, uwzględniając jednak kilka innych zmian, które zrobiłam (czasem również z powodów obiektywnych). W wersji babeczkowej zostało mi sporo niewykorzystanej masy, ale to nie szkodzi aż tak bardzo, bo dobrze się nadaje do wyjadania.

piątek, 22 stycznia 2010
Pokój z widokiem


Czasami fajnie wziąć kubek gorącej herbaty, stanąć przy oknie i patrzeć na to, co dzieje się po drugiej stronie. I cieszyć się, że jest się w środku, z kubkiem gorącej herbaty.
Ostatnio, na kursie fotografii, na który chodzę, dostaliśmy zadanie domowe: widok z mojego okna. Z naciskiem na "mojego".
Moje ulubione okno mieści się w kamienicy z wykuszem, na końcu ulicy Bernardyńskiej, z jednej strony wychodzi na Wisłę, a z drugiej na Wawel. Czasami chodzę na Wawel i patrzę na moje okno, nie wiem dokładnie, na czym to polega, ale ma to działanie terapeutyczne.
Moje prawdziwe okno, to znaczy to, należące do mnie w tej chwili, wychodzi na ruchliwą ulicę. Ekrany wygłuszające. Ludzi, którzy często ciągną za sobą walizki, bo moje okno jest w pobliżu dworca. Studentów, którzy spieszą się na zajęcia na Uniwersytecie Ekonomicznym, który też można zobaczyć. Z mojego okna widać kościół Karmelitów i zbyt wiele latarni, które czasem przeszkadzają mi spać i gasną około 7.40, kiedy właśnie wstaję. Widać też wiadukt kolejowy. Czasami widać też piękne zachody słońca.
Chociaż, mimo wszystko, lubię widok z mojego okna, nie jestem pewna, czy coś z tego jest dobrym tematem do mojej fotografii, bo zachody słońca o tej porze roku raczej się nie zdarzają. Póki co, lepiej przyjrzeć się temu, co jest po MOJEJ stronie.
Ostatnio, na kursie fotografii, na który chodzę, dostaliśmy zadanie domowe: widok z mojego okna. Z naciskiem na "mojego".
Moje ulubione okno mieści się w kamienicy z wykuszem, na końcu ulicy Bernardyńskiej, z jednej strony wychodzi na Wisłę, a z drugiej na Wawel. Czasami chodzę na Wawel i patrzę na moje okno, nie wiem dokładnie, na czym to polega, ale ma to działanie terapeutyczne.
Moje prawdziwe okno, to znaczy to, należące do mnie w tej chwili, wychodzi na ruchliwą ulicę. Ekrany wygłuszające. Ludzi, którzy często ciągną za sobą walizki, bo moje okno jest w pobliżu dworca. Studentów, którzy spieszą się na zajęcia na Uniwersytecie Ekonomicznym, który też można zobaczyć. Z mojego okna widać kościół Karmelitów i zbyt wiele latarni, które czasem przeszkadzają mi spać i gasną około 7.40, kiedy właśnie wstaję. Widać też wiadukt kolejowy. Czasami widać też piękne zachody słońca.
Chociaż, mimo wszystko, lubię widok z mojego okna, nie jestem pewna, czy coś z tego jest dobrym tematem do mojej fotografii, bo zachody słońca o tej porze roku raczej się nie zdarzają. Póki co, lepiej przyjrzeć się temu, co jest po MOJEJ stronie.

Uwaga, bardzo słodkie.
Chrupiące trójkąty z czekoladą i orzechami
(przepis z Carrés gourmands, zmodyfikowany przeze mnie, jeśli chodzi o proporcje)Składniki:
2 paczki herbatników (150-200 g)
100 g masła
90 wiórków kokosowych
puszka mleka skondensowanego, słodzonego
200 g gorzkiej czekolady, drobno posiekanej
140 g mieszanych orzechów, drobno posiekanych (u mnie ilość "na oko", mają dokładnie pokryć całe ciasto)
100 g masła
90 wiórków kokosowych
puszka mleka skondensowanego, słodzonego
200 g gorzkiej czekolady, drobno posiekanej
140 g mieszanych orzechów, drobno posiekanych (u mnie ilość "na oko", mają dokładnie pokryć całe ciasto)
Wykonanie:
Herbatniki zmiażdżyć na proszek (wałkiem, w malakserze, nawet ręką, jeśli są bardzo kruche). Masło roztopić, wymieszać z herbatnikami, mieszaniną wyłożyć dno formy (ja użyłam okrągłej o średnicy 24 cm). Na herbatniki wysypać drobno pokrojoną czekoladę, wiórki czekoladowe i orzechy. Zalać mlekiem skondensowanym. Piec ok. 30 min. w 160 stopniach.

PS Jak łatwo zauważyć, moje okno dawno nie było myte. Ale zapewniam Was, że tylko dlatego, że taki filtr daje zdecydowanie lepsze do fotografowania światło, niż szyby lśniące od środków nabłyszczających ;)
PS 2 Dla porządku i po słusznej uwadze Hazel, dodaję, że ten wypiek jest dziełem wspólnym osób, które łączy widok z okna. Nawet Fin ;) wykazał dużą determinację, łupiąc orzechy za pomocą czegoś, co kiedyś było młotkiem. Poza tym, chociaż ciasto jest dziecinnie łatwe, to kooperacja wskazana, bo krojenia jest zdecydowanie za dużo jak dla jednej osoby.
PS 2 Dla porządku i po słusznej uwadze Hazel, dodaję, że ten wypiek jest dziełem wspólnym osób, które łączy widok z okna. Nawet Fin ;) wykazał dużą determinację, łupiąc orzechy za pomocą czegoś, co kiedyś było młotkiem. Poza tym, chociaż ciasto jest dziecinnie łatwe, to kooperacja wskazana, bo krojenia jest zdecydowanie za dużo jak dla jednej osoby.
środa, 25 listopada 2009
Lista lektur dla początkujących: Wyznania niecierpliwej kucharki

Ostatnio, przy pisaniu posta o tarcie tatin, pomyślałam o tych z Was, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z pieczeniem. Ja mogę sobie pisać, że to proste, ale Wy i tak wiecie swoje: to za trudne i na pewno się nie uda, lepiej kupić kawałek ciasta w sklepie, albo upiec to co zawsze, a inne rzeczy to można sobie, z żalem bo z żalem, ale tylko pooglądać.
No tak. Pierwsza książka kucharska, którą dostałam, wydana została w 1991 roku i pewnie mniej więcej wtedy do mnie trafiła (a byłam wtedy jeszcze naprawdę baaardzo małoletnia ;). Pierwsza książka kucharska, którą kupiłam samodzielnie i, tego akurat jestem pewna, nabyłam ją prawie natychmiast, jak się pokazała (a była to "Książka kucharska Ani z Zielonego Wzgórza"), została wydana dwa lata później. A do tego, obydwie te pozycje były, może nie intensywnie, ale jednak, używane.
Daje to sporo lat na nabranie doświadczenia, popełnienie mnóstwa błędów, nieudanych wypieków i przełknięcie niejednej porażki, o gorzkim smaku spalonego karmelu, na przykład, zamiast oszałamiającej słodyczy deseru, który na zdjęciu wyglądał tak pięknie.
Oczywiście, na szczęście!, i przede mną ciągle jest wiele wyzwań i katastrof , ale nawet to doświadczenie, które mam, czasem bywa bezsilne wobec pewnego faktu. Tak jak Nigella do znudzenia (czasem jest to nawet irytujące) powtarza, że jest niezdarna, tak ja mogę Wam do znudzenia powtarzać, że jestem niecierpliwa. Po prostu nie potrafię czekać. Jeśli jest to już absolutnie, ale to koniecznie niezbędne, zazwyczaj kręcę się po całym mieszkaniu, szperam i sznupię, nie mogę usiedzieć w miejscu. Dobrze, jeśli po pierwszym etapie można pomyć naczynia albo spędzić czas na wylizywaniu miski. Gorzej, jak nie ma nic do roboty, albo etap czekania jest tym pierwszym.
Dlatego uparcie:
miksuję masło prosto z lodówki;
nie czekam aż coś, co ma wystygnąć, całkiem wystygnie (bardziej uważam tylko przy drożdżowym);
nie schładzam kruchego ciasta dostatecznie, albo ochładzam je tak, że robi się z niego kamień;
nie rozmrażam tego, co ma się rozmrozić, do końca;
nie czekam, aż masa z żelatyną się zsiądzie i ryzykuję, że cała wsiąknie w ciasto;
czytam przepisy niezbyt uważnie;
(lista, rzecz jasna, niezbyt kompletna).
Przy przygotowaniu dzisiejszego ciasta zdarzył mi się ten ostatni wypadek. Nie stało się nic wielkiego, po prostu już na pierwszym etapie wrzuciłam całe jajka, zamiast dodać same żółtka, a białka ubić. Już widzę to przerażenie, jeśli zdarzyłoby to się tym mniej doświadczonym z Was. A jednak, chociaż kuchnia z chemią ma wiele wspólnego, to chemią nie jest, i nawet jeśli w zasadzie z tlenu i wodoru, czy czegoś tam, chcemy otrzymać wodę, to jak zdarzy się woda utleniona, to ciągle jest dobrze, a czasem nawet lepiej, a przekładając to na kuchenną praktykę, nawet jeśli ściśle trzymamy się przepisu, to może okazać się, że jest nie do końca sprawdzony, a mąki trzeba dodać jednak więcej niż 150 g, bo jajko było większe. Itd.
A jak wyszło moje ciasto? Świetnie. Jest niezbyt słodkie (można jeść z masłem i dżemem), mąka gryczana nadaje mu ciekawy smak, a dodatek kawy powoduje, że warto je zrobić tylko dla zapachu, który wypełnia kuchnię podczas pieczenia.
No tak. Pierwsza książka kucharska, którą dostałam, wydana została w 1991 roku i pewnie mniej więcej wtedy do mnie trafiła (a byłam wtedy jeszcze naprawdę baaardzo małoletnia ;). Pierwsza książka kucharska, którą kupiłam samodzielnie i, tego akurat jestem pewna, nabyłam ją prawie natychmiast, jak się pokazała (a była to "Książka kucharska Ani z Zielonego Wzgórza"), została wydana dwa lata później. A do tego, obydwie te pozycje były, może nie intensywnie, ale jednak, używane.
Daje to sporo lat na nabranie doświadczenia, popełnienie mnóstwa błędów, nieudanych wypieków i przełknięcie niejednej porażki, o gorzkim smaku spalonego karmelu, na przykład, zamiast oszałamiającej słodyczy deseru, który na zdjęciu wyglądał tak pięknie.
Oczywiście, na szczęście!, i przede mną ciągle jest wiele wyzwań i katastrof , ale nawet to doświadczenie, które mam, czasem bywa bezsilne wobec pewnego faktu. Tak jak Nigella do znudzenia (czasem jest to nawet irytujące) powtarza, że jest niezdarna, tak ja mogę Wam do znudzenia powtarzać, że jestem niecierpliwa. Po prostu nie potrafię czekać. Jeśli jest to już absolutnie, ale to koniecznie niezbędne, zazwyczaj kręcę się po całym mieszkaniu, szperam i sznupię, nie mogę usiedzieć w miejscu. Dobrze, jeśli po pierwszym etapie można pomyć naczynia albo spędzić czas na wylizywaniu miski. Gorzej, jak nie ma nic do roboty, albo etap czekania jest tym pierwszym.
Dlatego uparcie:
miksuję masło prosto z lodówki;
nie czekam aż coś, co ma wystygnąć, całkiem wystygnie (bardziej uważam tylko przy drożdżowym);
nie schładzam kruchego ciasta dostatecznie, albo ochładzam je tak, że robi się z niego kamień;
nie rozmrażam tego, co ma się rozmrozić, do końca;
nie czekam, aż masa z żelatyną się zsiądzie i ryzykuję, że cała wsiąknie w ciasto;
czytam przepisy niezbyt uważnie;
(lista, rzecz jasna, niezbyt kompletna).
Przy przygotowaniu dzisiejszego ciasta zdarzył mi się ten ostatni wypadek. Nie stało się nic wielkiego, po prostu już na pierwszym etapie wrzuciłam całe jajka, zamiast dodać same żółtka, a białka ubić. Już widzę to przerażenie, jeśli zdarzyłoby to się tym mniej doświadczonym z Was. A jednak, chociaż kuchnia z chemią ma wiele wspólnego, to chemią nie jest, i nawet jeśli w zasadzie z tlenu i wodoru, czy czegoś tam, chcemy otrzymać wodę, to jak zdarzy się woda utleniona, to ciągle jest dobrze, a czasem nawet lepiej, a przekładając to na kuchenną praktykę, nawet jeśli ściśle trzymamy się przepisu, to może okazać się, że jest nie do końca sprawdzony, a mąki trzeba dodać jednak więcej niż 150 g, bo jajko było większe. Itd.
A jak wyszło moje ciasto? Świetnie. Jest niezbyt słodkie (można jeść z masłem i dżemem), mąka gryczana nadaje mu ciekawy smak, a dodatek kawy powoduje, że warto je zrobić tylko dla zapachu, który wypełnia kuchnię podczas pieczenia.

Keks gryczany
Przepis: Kuchnia 4/2008, podaję z moimi zmianami
Składniki:
10 dag suszonych daktyli, posiekanych
10 dag mąki gryczanej
10 dag mąki pszennej
2 łyżki drobno zmielonej kawy
2 łyżeczki proszku do pieczenia
15 dag masła
15 dag miodu
4 jajka
2 łyżki soku malinowego (nie dałam)
szczypta soli
Wykonanie:
- Masło utrzeć z miodem, dodawać po kolei jajka. Do masy stopniowo dosypywać obydwie mąki, wymieszane z proszkiem, solą i kawą.
- Ciasto wyłożyć na wysmarowaną keksówkę (35x12 cm) i piec ok. 40 min. w 180 stopniach.

czwartek, 12 listopada 2009
Dwa dziwne tygodnie i najmniej atrakcyjne ciasto
Pamiętacie jeszcze, jak to jest, kiedy większości wolnych chwil nie towarzyszy monotonne buczenie komputera?
Znowu tylko ja, fotel, kubek z herbatą. Obok fotela stosik książek, które już prawie straciły nadzieję, ale ich chwila jednak nadeszła. Zakładki opuściły wreszcie swoje miejsca, między stroną 74 a 75 albo 138 a 139, przesuwały się szybko dalej, żeby na koniec wycieczki powędrować w końcu z powrotem do koperty z innymi zakładkami i ponownie cierpliwie czekać. Wieczory znowu były długie. I okazało się, że jest jeszcze tyle rzeczy do zrobienia.
Och, nie twierdzę, że na początku było łatwo. W pierwszych dniach po tym, jak zepsuł mi się komputer, czułam się raczej nieswojo. Miałam wrażenie, że jestem odcięta od świata, że coś mi umyka, wypełniał mnie niepokój, że nie mogę na bieżąco śledzić Waszych wpisów, dodawać własnych, oglądać zdjęć, które właśnie zrobiłam, że moje słoneczko gg pozostaje ciągle czerwone, tak nagle i bez wytłumaczenia.
A przecież jeszcze całkiem niedawno nie miałam internetu na co dzień. Ba, jeszcze kilka miesięcy temu, przed blogiem, komputer włączałam wcale nie tak często i na niezbyt długo, poranne i południowe godziny spędzane przed ekranem w pracy, zniechęcały mnie do ponownego gapienia się w niego także wieczorem.
Chyba już nie uda mi się wrócić, do tego, co było. Jednak fajnie było znowu odkryć, że życie nie ogranicza się do 19 cali przede mną i mam nadzieję, że uda mi się pozostać przy rozsądniejszym dzieleniu czasu między rzeczywistość wirtualną i tę... rzeczywistą, niż działo się to ostatnio.
Znowu tylko ja, fotel, kubek z herbatą. Obok fotela stosik książek, które już prawie straciły nadzieję, ale ich chwila jednak nadeszła. Zakładki opuściły wreszcie swoje miejsca, między stroną 74 a 75 albo 138 a 139, przesuwały się szybko dalej, żeby na koniec wycieczki powędrować w końcu z powrotem do koperty z innymi zakładkami i ponownie cierpliwie czekać. Wieczory znowu były długie. I okazało się, że jest jeszcze tyle rzeczy do zrobienia.
Och, nie twierdzę, że na początku było łatwo. W pierwszych dniach po tym, jak zepsuł mi się komputer, czułam się raczej nieswojo. Miałam wrażenie, że jestem odcięta od świata, że coś mi umyka, wypełniał mnie niepokój, że nie mogę na bieżąco śledzić Waszych wpisów, dodawać własnych, oglądać zdjęć, które właśnie zrobiłam, że moje słoneczko gg pozostaje ciągle czerwone, tak nagle i bez wytłumaczenia.
A przecież jeszcze całkiem niedawno nie miałam internetu na co dzień. Ba, jeszcze kilka miesięcy temu, przed blogiem, komputer włączałam wcale nie tak często i na niezbyt długo, poranne i południowe godziny spędzane przed ekranem w pracy, zniechęcały mnie do ponownego gapienia się w niego także wieczorem.
Chyba już nie uda mi się wrócić, do tego, co było. Jednak fajnie było znowu odkryć, że życie nie ogranicza się do 19 cali przede mną i mam nadzieję, że uda mi się pozostać przy rozsądniejszym dzieleniu czasu między rzeczywistość wirtualną i tę... rzeczywistą, niż działo się to ostatnio.
***
Ciasto, na które przepis dzisiaj Wam przedstawiam, upiekłam, bo wydawało mi się najmniej ciekawe z całej książeczki. Małej i cienkiej, ale jednak nie byle jakiej książeczki, jednej z moich ulubionych, gdzie kolejne strony przedstawiają cuda z czekoladą, karmelem, orzeszkami, kokosem i innymi moimi ulubionymi pysznościami. A to ciasto było takie skromniutkie, takie brzydkie kaczątko, które postanowiłam trochę pocieszyć. I wiecie co? To jest naprawdę dobre. Wielki plus za to, że od momentu, kiedy przyjdzie Wam ochota na ciasto, do jego konsumpcji upływa tylko 30 minut. Oczywiście, o ile nie wyznajecie przedziwnej teorii, że ciepłe ciasto szkodzi.Kwadraty z pestkami dyni i sezamem
(przepis z Carrés gourmands)
Składniki:
90 g masła
1 łyżeczka skórki startej z cytryny
2 łyżki cukru
1 jajko
100 g mąki pszennej
80 g mąki razowej (ja dałam tylko pszenną)
80 g pestek dyni, grubo posiekanych
80 g konfitury morelowej
2 łyżki ziaren sezamu
- Ziarna sezamu uprażyć na suchej patelni. Uważajcie, bo łatwo się przypalają!
- W misce ubić mikserem masło, dodać skórkę cytrynową, jajko i cukier. Dodawać po trochu mąkę, w pewnym momencie trzeba zrezygnować z miksera i dognieść ciasto ręką, dorzucając również pestki dyni.
- Ciasto wyłożyć na wysmarowaną masłem tortownicę, kwadratową formę lub formę prostokątną, ale najwyżej do 2/3 długości.
- Na cieście rozsmarować konfiturę morelową. Ja a) zużyłam jej z dwa razy więcej niż w przepisie b) wymieszałam przed wyłożeniem na ciasto z 2 łyżkami cukru, bo była niskosłodzona, a ciasto jest mało słodkie. Ciasto obsypać sezamem.
- Piec ok. 20 min. w piekarniku nagrzanym do 200 stopni.
niedziela, 25 października 2009
Trochę sentymentalnie i bardzo landrynkowo
Pamiętacie, jak pisałam o trendach w mojej kuchni na sezon jesienno-zimowy? Pomyślałam sobie wtedy, że jeszcze ciekawiej byłoby wykorzystać w gotowaniu trendy w modzie. Jeden z nich, o którym chyba wtedy nie wspominałam, to różowy i słodki styl lalki Barbie.
Barbie chyba ciągle pozostaje marzeniem prawie każdej dziewczynki. Ja w każdym razie o niej marzyłam. Nie bardzo rozumiałam, czemu rodzice nie podzielają moich fascynacji i rozsądnie sprawili mi tylko jedną lalkę (wszakże z kenowo-dzieciowo-meblowymi itd. przyległościami, w stosownej, ale także rozsądnej, ilości). Moja Barbie miała na imię Diana i piękną sukienkę. Obcisłą, różową, przetykaną srebrną nitką, z tiulowymi bufiastymi rękawkami i tiulowym fartuszkiem. W tiulowe gwiazdki. Bardzo to było cudowne.
Dobre kilka lat później postanowiłam, że moja córeczka nie dostanie Barbie (ani nie będzie chodzić do McDonald’sa). Dzisiaj nie zamierzam już moim ewentualnym pociechom tak uprzykrzać dzieciństwa, bo z takiego widzenia świata, gdzie kicz jest synonimem piękna się wyrasta, a niespecjalnie wierzę, że lalka Barbie może przyczyniać się do zaburzeń żywienia albo innych problemów. Żadna rozsądna siedmiolatka nie pomyśli, że mogłaby Barbie dorównać, bo nigdy nie widziała kobiety o takich proporcjach, idiotycznie długich nogach, cienkiej talii, aż tak wielkich oczach (wraz z ewolucją lalek chyba coraz większych) i ustach. Całkiem inna historia, to prawdziwe kobiety w kolorowych pisemkach, dumne posiadaczki wystających żeber i ud grubości nadgarstka. Ale ja dzisiaj nie o tym.
Tak jeszcze na marginesie, w celu researchu do tego wpisu, wybrałam się do sklepu z dziecięcymi ciuszkami (fakt, tylko jednego), żeby sprawdzić, czy mała dziewczynka może wykazywać się w swoich garderobianych wyborach lepszym gustem niż firma Mattel. Nie może. Mała dziewczynka jest zmuszona do bezkrytycznego uwielbienia dla mlecznych róży i fioletów z przyczyn czysto praktycznych – inne kolory w dziale dla małych dziewczynek występują sporadycznie.
Ja raczej nie odważę się na całościowe zastosowanie stylu Barbie w swoim ubraniu. Wydaje mi się to zbyt dosłowne i po prostu nieciekawe. Jednak jako (świadoma ;) fanka kiczu, nie mam nic przeciwko jakimś, niekoniecznie różowym, ale także niekoniecznie subtelnym, akcentom rodem z barbielandu w garderobie. Więc czemu i nie w kuchni?
Barbie w tym roku kończy 50 lat, ale całkiem z niej krzepka pani w średnim wieku. Zamiast więc, z wyżyn swojego wieku i doświadczenia, narzekać na to paskudztwo, lepiej zjedzmy za jej zdrowie kawałek landrynkowej tarty i przypomnijmy sobie, ile ulotnej, ale zawsze, radości, dostarczały nam nowe różowe szatki, mebelki i dzieci z dziwnie powyginanymi nóżkami, nabywane przez naszych uległych i kochających rodziców.
Ta tarta, to miała być moja propozycja na Różowy Tydzień, mam nadzieję, że Szarlotek pozwoli mi jeszcze dołączyć.
Polewa ma wyraźnie landrynkowy smak, więc polecam raczej wtedy, kiedy macie ochotę na smaki dzieciństwa, niż na pyszne ciacho.
Tarta z czerwonymi landrynkami i migdałami
(przepis z jakiegoś starego numeru Elle)
Składniki:
Ciasto:
150 g mąki
62 g masła
55 g cukru pudru
3 żółtka
Polewa:
75 g czerwonych landrynek*
75 g migdałów bez skórki
150 g śmietanki 18% (ja dałam kremówkę)
Wykonanie:
- Składniki ciasta zagnieść, owinąć folią i odstawić do lodówki na 2 godziny. Po tym czasie wyłożyć na wysmarowaną masłem tortownicę, formując ok. 2 cm brzegi. Piec jakieś 15-20 min. w 175 stopniach.
- W garnku zagotować śmietanę, dodać landrynki, mieszać, aż całkiem się rozpuszczą, wsypać migdały i wylać na upieczone i ostudzone ciasto**.
- Odstawić do zastygnięcia.
niedziela, 11 października 2009
Tylko jedna kostka dziennie
Nie należę do tych osób, które po jednym kawałku ciasta mówią: nie, ja już dziękuję. Jestem raczej z tych, które jedząc ten pierwszy kawałek są już myślą przy chwili, kiedy on się skończy i w wyobraźni zajadają się kolejnym.
Ograniczenie się do jednej kostki czekolady, koniecznie gorzkiej i koniecznie (chyba?), między obiadem a kolacją, tak polecane przez rozmaite diety (niekoniecznie odchudzające, po prostu rady dotyczące zdrowego odżywiania), nigdy mnie nie pociągało. Czy jedząc jedną kostkę, w ogóle można poczuć jakiś smak?
Teraz już wiem, że ta jedna kostka ma sens. Jedna kostka służy świadomemu przeżyciu chwili, oderwaniu się od codziennych zmartwień i dostarczeniu sobie, chociaż tych pięciu minut, gwarantowanej i pozbawionej wyrzutów sumienia przyjemności w ciągu dnia .
Cała tabliczka (mleczna, z orzechami, z karmelem) jest dobra na depresję. Kolejno połykane kawałki działają kojącą, na 10 minut wyleczą z każdej chandry, temu nie da się oprzeć, to proces chemiczny. W miarę jak cukier przenika do krwi, uwalniają się endorfiny, albo coś w tym rodzaju, nie można tego pokonać. A potem następuje pierwsza fala mdłości, a czasem i ból brzucha, myśli zaczynają być nakierowane na te mdłości i ból a wszelkie smutki do następnego poranka są z głowy.
Ale ta jedna kostka, to całkiem coś innego. Nie można jej rozgryźć i połknąć. Nie warto tego robić w biegu, albo czytając gazetę. Z jedną kostką dobrze jest siąść w fotelu i na niej się skupić. Trzeba czekać, aż czekolada powoli rozpuści się na języku, starać się zatrzymać ten smak jak najdłużej. To nie jest łatwe. Trzeba ćwiczyć.
Dzisiaj oczywiście nie mam zamiaru przekonywać Was do poprzestania na jednej kostce. Kilka tygodni temu nazwisko Julii Child nic mi nie mówiło, skoro jednak dzięki precyzyjnej kampanii reklamowej (jestem pełna podziwu, wszyscy, zdaje się bezinteresownie, o niej mówią i piszą), powszechnie wiadomo, że jest ikoną, to ja się chętnie modzie na panią Child poddałam i postanowiłam zaraz skorzystać z jej przepisu, a jest to przepis na jej, podobno ulubione, ciasto czekoladowe. Jest ono dość wilgotne, kawałki migdałów przyjemnie chrzęszczą w zębach (ja nie zmieliłam ich zbyt drobno), czuć delikatny posmak kawy, polewa jest gładka i aksamitna. Dodatek czekolady nie jest jednak aż tak duży jak w innych znanych mi ciastach tego typu i pozostaje ono daleko za moim ulubionym. Ja zakwalifikowałabym je raczej jako „z czekoladą” niż „czekoladowe”. Co nie pozostaje w sprzeczności z tym, że smakuje całkiem nieźle i można je sobie upiec, żeby mieć w pogotowiu małą przekąskę na powrót z kina.
Ciasto czekoladowe królowej Saby*
przepis, na którym się oparłam tu, poniżej już z moimi zmianami
Ciasto:
110 g gorzkiej czekolady (u mnie, po tym jak się ta pierwsza porcja zważyła, ostatecznie 40 g to była czekolada mleczna, bo nie miałam już tyle gorzkiej)
100 g masła
½ szklanki cukru + 2 łyżki
3 jajka (rozdzielone)
¼ łyżeczki proszku do pieczenia
1/3 szklanki migdałów + 2 łyżki cukru
½ szklanki mąki
2 łyżki mocnej kawy (użyłam rozpuszczalnej)
Polewa:
75 g gorzkiej czekolady
1 ½ łyżki mocnej kawy
szczypta soli
75 g masła
Wykonanie:
*Od początku wszystko szło nie tak. Przepis zawierał dużo szczegółowych wskazówek Julii, które zlekceważyłam, albo raczej pominęłam, myśląc, co też mi może nowego powiedzieć. Zaczęło się od tego, że zwarzyła mi się czekolada i tu akurat Julia Child się nie popisała, bo nie ostrzegła, że z dodatkiem kawy czekolada rozpuszcza się fatalnie, które to spostrzeżenie zweryfikowałam, rozpuszczając drugą porcję, jak należy, w kąpieli wodnej, a nie mikrofalówce. Potem piana nie chciała się ubić. Następnie ciasto piekło się jakoś dziwnie i ostatecznie przepiekło (ale nie przypaliło). Polewy nie zamierzałam zestalać w żadnej lodowatej wodzie, bo takowej nie miałam, tylko w lodówce i oczywiście zestaliła się za bardzo, tak, że trzeba ją było znowu rozpuszczać. Ostatecznie efekt wizualny i smakowy był przyzwoity, chociaż jak już wcześniej napisałam, to ciasto nie znajdzie się na czele mojej top listy. Ups, a teraz, tłumacząc przepis, odkryłam, że dałam do polewy dwa razy tyle masła co trzeba.
Ograniczenie się do jednej kostki czekolady, koniecznie gorzkiej i koniecznie (chyba?), między obiadem a kolacją, tak polecane przez rozmaite diety (niekoniecznie odchudzające, po prostu rady dotyczące zdrowego odżywiania), nigdy mnie nie pociągało. Czy jedząc jedną kostkę, w ogóle można poczuć jakiś smak?
Teraz już wiem, że ta jedna kostka ma sens. Jedna kostka służy świadomemu przeżyciu chwili, oderwaniu się od codziennych zmartwień i dostarczeniu sobie, chociaż tych pięciu minut, gwarantowanej i pozbawionej wyrzutów sumienia przyjemności w ciągu dnia .
Cała tabliczka (mleczna, z orzechami, z karmelem) jest dobra na depresję. Kolejno połykane kawałki działają kojącą, na 10 minut wyleczą z każdej chandry, temu nie da się oprzeć, to proces chemiczny. W miarę jak cukier przenika do krwi, uwalniają się endorfiny, albo coś w tym rodzaju, nie można tego pokonać. A potem następuje pierwsza fala mdłości, a czasem i ból brzucha, myśli zaczynają być nakierowane na te mdłości i ból a wszelkie smutki do następnego poranka są z głowy.
Ale ta jedna kostka, to całkiem coś innego. Nie można jej rozgryźć i połknąć. Nie warto tego robić w biegu, albo czytając gazetę. Z jedną kostką dobrze jest siąść w fotelu i na niej się skupić. Trzeba czekać, aż czekolada powoli rozpuści się na języku, starać się zatrzymać ten smak jak najdłużej. To nie jest łatwe. Trzeba ćwiczyć.
Dzisiaj oczywiście nie mam zamiaru przekonywać Was do poprzestania na jednej kostce. Kilka tygodni temu nazwisko Julii Child nic mi nie mówiło, skoro jednak dzięki precyzyjnej kampanii reklamowej (jestem pełna podziwu, wszyscy, zdaje się bezinteresownie, o niej mówią i piszą), powszechnie wiadomo, że jest ikoną, to ja się chętnie modzie na panią Child poddałam i postanowiłam zaraz skorzystać z jej przepisu, a jest to przepis na jej, podobno ulubione, ciasto czekoladowe. Jest ono dość wilgotne, kawałki migdałów przyjemnie chrzęszczą w zębach (ja nie zmieliłam ich zbyt drobno), czuć delikatny posmak kawy, polewa jest gładka i aksamitna. Dodatek czekolady nie jest jednak aż tak duży jak w innych znanych mi ciastach tego typu i pozostaje ono daleko za moim ulubionym. Ja zakwalifikowałabym je raczej jako „z czekoladą” niż „czekoladowe”. Co nie pozostaje w sprzeczności z tym, że smakuje całkiem nieźle i można je sobie upiec, żeby mieć w pogotowiu małą przekąskę na powrót z kina.
Ciasto czekoladowe królowej Saby*
przepis, na którym się oparłam tu, poniżej już z moimi zmianami
Ciasto:
110 g gorzkiej czekolady (u mnie, po tym jak się ta pierwsza porcja zważyła, ostatecznie 40 g to była czekolada mleczna, bo nie miałam już tyle gorzkiej)
100 g masła
½ szklanki cukru + 2 łyżki
3 jajka (rozdzielone)
¼ łyżeczki proszku do pieczenia
1/3 szklanki migdałów + 2 łyżki cukru
½ szklanki mąki
2 łyżki mocnej kawy (użyłam rozpuszczalnej)
Polewa:
75 g gorzkiej czekolady
1 ½ łyżki mocnej kawy
szczypta soli
75 g masła
Wykonanie:
- Migdały sparzyć, obrać ze skórki. Zetrzeć na tarce i wymieszać z 2 łyżkami cukru lub zmielić z cukrem w blenderze.
- Czekoladę połamać na kawałki, dodać kawę, rozpuścić w kąpieli wodnej (Czyli, w tej wersji łatwiejszej, większą miskę napełniamy wrzącą wodą, wkładamy do niej mniejszą miskę, do niej czekoladę i czekamy aż się rozpuści, mieszając od czasu do czasu).
- Masło utrzeć mikserem, dodawać po trochu cukier i żółtka
- Białka ubić ze szczyptą soli i 2 łyżkami cukru.
- Do mieszanki maślano-cukrowo-żółtkowej po trochu wmiksowywać roztopioną czekoladę. Następnie wmieszać (szpatułką) migdały, trochę piany i na przemian resztę piany i mąkę z proszkiem do pieczenia.
- Przelać do okrągłej formy o średnicy ok. 20 cm. Piec w piekarniku nagrzanym do 190 stopni, ok. 25 min. Ciasto nie powinno być do końca upieczone, środek ma się trochę trząść.
- Po upieczeniu ciasto całkowicie ostudzić.
- Przygotować polewę: czekoladę z kawą rozpuścić w kąpieli wodnej, dodać sól i po trochu dodawać masło, stale ubijając. Masa będzie bardzo rzadka, dlatego należy ją włożyć na chwilę do lodówki, aż stężeje na tyle, że będzie nią można posmarować ciasto. Jeżeli okazałoby się, że w tej lodówce przebywała jednak za długo, to trzeba na chwilkę umieścić ją w kąpieli wodnej.
*Od początku wszystko szło nie tak. Przepis zawierał dużo szczegółowych wskazówek Julii, które zlekceważyłam, albo raczej pominęłam, myśląc, co też mi może nowego powiedzieć. Zaczęło się od tego, że zwarzyła mi się czekolada i tu akurat Julia Child się nie popisała, bo nie ostrzegła, że z dodatkiem kawy czekolada rozpuszcza się fatalnie, które to spostrzeżenie zweryfikowałam, rozpuszczając drugą porcję, jak należy, w kąpieli wodnej, a nie mikrofalówce. Potem piana nie chciała się ubić. Następnie ciasto piekło się jakoś dziwnie i ostatecznie przepiekło (ale nie przypaliło). Polewy nie zamierzałam zestalać w żadnej lodowatej wodzie, bo takowej nie miałam, tylko w lodówce i oczywiście zestaliła się za bardzo, tak, że trzeba ją było znowu rozpuszczać. Ostatecznie efekt wizualny i smakowy był przyzwoity, chociaż jak już wcześniej napisałam, to ciasto nie znajdzie się na czele mojej top listy. Ups, a teraz, tłumacząc przepis, odkryłam, że dałam do polewy dwa razy tyle masła co trzeba.
środa, 2 września 2009
Ciasteczko na wrzesień
Jak wszystko, co jest małą wersją czegoś większego, to stwierdzone naukowo!, wzbudzają sympatię i powodują, że ma się ochotę po prostu je... zjeść.
Ciasteczka. Bardzo je lubię, ale robię rzadko, bo te najlulubieńsze są raczej pracochłonne. Są też bardzo nieekonomiczne, bo zjada się je jakby przypadkiem, przechodząc przez kuchnię w celu zrobienia herbatki, poszukiwań gazety, nożyczek, czy z jakiegoś innego ważnego powodu. A jak się zje jedno, to właściwie tak, jakby się nie zjadło żadnego. I z tym przekonaniem można chrupać każde kolejne.
Ale co tam, mimo wszystkich ich wad, lecz przecież trudniej darzyć sympatią coś doskonałego, postanowiłam stworzyć sobie pretekst, by robić je częściej. Na słodki początek każdego miesiąca, a w najbliższym czasie, takie pozytywne rozpoczęcia na pewno się przydadzą, będę prezentować Wam kolejny przepis.
Ciasteczkowemu cyklowi groziło przesunięcie na październik, bo efekt estetyczny wybranych na wrzesień Chocolate Chip Cookies nie był zadawalający. Jednak, ponieważ zgodnie z ciasteczkową logiką, kolejne sztuki znikały z szybkością, która dobrze świadczy o ich smaku, a nieco gorzej o naszym łakomstwie, ewentualne uchybienia w wyglądzie zostały nadrobione.
Chocolate Chip Cookies to dla mnie najbardziej amerykańskie z ciasteczek. To chyba nimi objadał (obrzucał) się Ciasteczkowy Potwór z Ulicy Sezamkowej? Więc będą na wrzesień, jako symbol słodkiej satysfakcji, że do szkoły już iść nie musimy, ale z wielu uroków dzieciństwa korzystać można nadal.
A dzisiejszy program sponsorowały literki M i K (bo M i K piekły ciasteczka) oraz liczba 12 (bo tyle ich wyszło).
Ciasteczka z groszkami czekoladowymi
Chocolate Chip Cookies przepis z Joy of baking
Składniki:
(na 4 tuziny, ja piekłam z połowy porcji)
226 g masła
150 g (3/4 szkl.) białego cukru
160g (3/4 szkl.) brązowego cukru
2 jajka
1 ½ łyżeczki ekstraktu waniliowego (dałam cukier waniliowy)
295 g (2 ¼ szkl.) mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
½ łyżeczki soli
270g (1 ½ szkl.) groszków czekoladowych*
ewentualnie 100g (1 szkl.) posiekanych orzechów włoskich lub pekanów
Wykonanie:
- Masło ubić mikserem, dodać biały i brązowy cukier, a następnie wbijać po jednym jajku. Dodać wanilię.
- W drugiej misce wymieszać resztę składników (oprócz groszków i orzechów), dosypywać stopniowo do maślano-cukrowo-jajecznej mieszanki. Najłatwiej wymieszać ciasto za pomocą miksera. Dodać groszki i orzechy. Jeżeli masa jest rzadka, wstawić na pół godziny do lodówki.
- Piekarnik nagrzać do 190 stopni C. Na formę, wyłożoną papierem do pieczenia, kłaść, za pomocą łyżki do lodów lub dwóch zwykłych łyżek, kupki ciasta. Odpowiednia ilość na jedno ciasteczko to ok. dwóch PŁASKICH** łyżek.
- Ciastka piec 12-14 minut, bądź do czasu, kiedy mają rumiany kolor i lekko złote brzegi.
- Dobra wiadomość: ciasto można zamrozić. Należy wyłożyć porcje na papier do pieczenia i tak włożyć do zamrażarki. Kiedy już będą zmrożone, można przełożyć je do woreczka i upiec, kiedy ma się na to ochotę. Czas pieczenia trzeba wtedy trochę wydłużyć.
**pamiętając o tym, że amerykańskie ciastka mają być duże, dałam ok. dwóch bardzo kopiastych łyżek, co spowodowało, że ciastka zrobiły się o wiele większe niż przewidywałam i zlały się ze sobą. Jeżeli jednak rzeczywiście dacie 2 płaskie łyżki, to powinna Wam wyjść dokładnie taka ilość ciastek, jaką przewiduje przepis. Nie spłaszczajcie kupek, bo zrobią to i tak same, więc należy pamiętać o zostawieniu sporej ilości miejsca pomiędzy ciastkami. Prawdopodobnie zrobią się bardziej płaskie, niż byście tego chcieli ale i tak są pyszne :)
Etykiety:
ciasta,
ciasteczko na...,
ciastka,
comfort food,
czekolada,
słodko
środa, 12 sierpnia 2009
Jeżynowe tartletki
Lubicie spacery po lesie? To nie jest wcale pytanie retoryczne. W dzieciństwie najchętniej w ogóle bym tam nie wchodziła, bo las kojarzył mi się nie z przyjemnym chłodem, zapachem igliwia, spokojem i ciszą, ale z czyhającymi na mnie wszędzie wściekłymi jeżami i wiewiórkami. I wilkami, oczywiście. Pewnie było to wynikiem lektury umoralniającej książeczki produkcji radzieckiej, której główna akcja polegała na poszukiwaniach lekarza, mającego przynieść ratunek pogryzionemu przez psa chłopcu. Mimo moich obaw, w lesie, ze stworzeń niosących bezpośrednie zagrożenie, można było spotkać wyłącznie mrówki, a poza tym pozbierać szyszki i kawałki kory, kolekcjonowane jako pamiątki z wakacji, narwać błękitnych dzwoneczków, a przy odrobinie szczęścia, najeść się jagód, malin, jeżyn oraz najrzadszych, i najbardziej z nich wszystkich poszukiwanych, poziomek. Smakują zupełnie inaczej niż te hodowlane.
Teraz na wycieczki do lasu (i w ogóle na jakiekolwiek wycieczki) jeżdżę stanowczo za rzadko, a leśne owoce, jeżeli już taki produkt w pobliżu się pojawi, żal jeść inaczej niż sauté. Ze sklepowymi jest jednak zupełnie inaczej, przetwarzanie często jedynie im służy.
Zabierając się do jeżynowych tartletek, choć to wariacja na temat francuskiego klasyka, nie spodziewałam się zbyt wiele. Nie sądziłam, by śmietanowa polewa, dotychczas znana mi w wersji wytrawnej, sprawdziła się na słodko. Cóż, okazuje się, że przyjemnie jest się czasem pomylić. Polewa jest kremowa i pyszna, jej słodki smak jest doskonałym tłem dla kwaskowatych owoców. Śmietanowa mieszanka świetna była nawet na surowo i, choć to pewnie strasznie niezdrowe, to co mi zostało po polaniu ciastek (a było tego sporo, bo trochę zamieszałam z ilością) po prostu wyjadłam na śniadanie. Polecam również kruche ciasto z przepisu Jamiego Olivera, jest na tyle dobre, że pewnie będę je stosować przy większości tego typu wypieków.
Tartletki z jeżynamiZabierając się do jeżynowych tartletek, choć to wariacja na temat francuskiego klasyka, nie spodziewałam się zbyt wiele. Nie sądziłam, by śmietanowa polewa, dotychczas znana mi w wersji wytrawnej, sprawdziła się na słodko. Cóż, okazuje się, że przyjemnie jest się czasem pomylić. Polewa jest kremowa i pyszna, jej słodki smak jest doskonałym tłem dla kwaskowatych owoców. Śmietanowa mieszanka świetna była nawet na surowo i, choć to pewnie strasznie niezdrowe, to co mi zostało po polaniu ciastek (a było tego sporo, bo trochę zamieszałam z ilością) po prostu wyjadłam na śniadanie. Polecam również kruche ciasto z przepisu Jamiego Olivera, jest na tyle dobre, że pewnie będę je stosować przy większości tego typu wypieków.
Kruche ciasto:
(przepis: Jamie Oliver)
(na dużą tartę lub 12 tartletek średnicy 10 cm, ja zrobiłam z połowy składników)
250 g mąki
125 g masła
100 g cukru pudru
szczypta soli
2 żółtka
2 łyżki zimnej wody/mleka
Nadzienie:
(na dużą tartę, w nawiasach na 6 tartletek)
maliny i jeżyny w dowolnych proporcjach, u mnie z przewagą jeżyn (myślę, że sobie poradzicie, bo zapomniałam zmierzyć, ile właściwie potrzeba)
3 jajka (1 jajko)
szklanka kwaśnej śmietany (niecała połowa szklanki – mniej więcej połowa małego opakowania)
pół szklanki cukru (2 łyżki)
Wykonanie:
- Wszystkie składniki ciasta, oprócz wody, połączyć ze sobą, najlepiej za pomocą noża lub widelca, aż osiągną konsystencję okruszków. Dodać wodę, szybko zagnieść. Ciasto owinąć folią, włożyć do lodówki na co najmniej godzinę. Jamie radzi przed włożeniem do lodówki uformować z ciasta wałek, a potem kroić go na krążki, które rozkłada się po powierzchni formy na tartę, aż pokryją całą, a następnie dociska, żeby było mniej więcej równo. W tartletkach ta metoda sprawdza się jeszcze lepiej, bo uformowałam taki wałek, żeby krążki miały trochę średnicę niewiele mniejszą, niż była potrzebna do wyłożenia foremek. Każdy krążek trochę rozwałkowałam, a potem ulokowałam w foremce.
- Piekarnik nagrzać do 180 stopni C. Tartletki podpiec, aż będą lekko rumiane (ok. 10 min.).
- Wymieszać składniki polewy: śmietanę, jajka, cukier. Owoce ciasno ułożyć na podpieczonym cieście, zalać polewą. Ważne! Owoce muszą być suche, żeby nie przemoczyły ciasta, więc trzeba je opłukać znacznie wcześniej lub osuszyć delikatnie papierowym ręcznikiem.
- Piec aż polewa się zsiądzie, ja piekłam ok. 30 min.
środa, 24 czerwca 2009
Ciasto pistacjowe
Jest pewna trudność w przygotowaniu tego ciasta... Możecie mieć problem ze znalezieniem odpowiednich pistacji. Ja kupiłam je sklepiku z orzeszkowo-bakaliowymi różnościami, ale pewnie są dostępne również w sklepach ze zdrową żywnością. Nie muszą być takie całkiem czyste, jak te na zdjęciu, mogą mieć tę zewnętrzną otoczkę (tę jadalną oczywiście, a nie łupinkę). Uważajcie na te paczkowane, bo nawet jeżeli informacja o tym, że są solone, nie jest od razu widoczna, to lepiej sprawdzić, czy producent gdzieś jej jednak w składzie sprytnie nie ukrył.
Ciasto ma oryginalny smak, jest wilgotne, słodkie i raczej ciężkie, trudno zjeść na raz więcej niż kawałek. Ostatni szlif nadaje mu chrupiąca, mocno cytrynowa polewa, równoważąca słodycz.
Hmm... jest coś jeszcze. Te pistacje kosztowały mnie majątek, ale czasem przecież trzeba zaszaleć.
Ciasto ma oryginalny smak, jest wilgotne, słodkie i raczej ciężkie, trudno zjeść na raz więcej niż kawałek. Ostatni szlif nadaje mu chrupiąca, mocno cytrynowa polewa, równoważąca słodycz.
Hmm... jest coś jeszcze. Te pistacje kosztowały mnie majątek, ale czasem przecież trzeba zaszaleć.
Ciasto pistacjowe
(przepis z River Cafe Cookbook Easy)
Składniki:
Ciasto:
250g cukru
250g masła
120g pistacji, niesolonych
100g migdałów
40g mąki
4 jajka
1 cytryna
laska wanilii (tak jest w oryginale, ale ja użyłam cukru wanilinowego)
Polewa:
60g pistacji, posiekanych
50g cukru
cytryna
Sposób wykonania:
- Migdały sparzyć (czyli zalać na kilka minut gorącą wodą) i zdjąć z nich skórki. Obrane migdały, razem z pistacjami, zmielić lub zmiksować w malakserze. Ostatecznie, jeżeli nie macie malaksera, możecie kupić mielone migdały, a pistacje naprawdę drobno posiekać.
- W misce utrzeć masło, dodawać po jednym jajku i po trochu cukier (także wanilinowy). Jeżeli masło będzie naprawdę miękkie, obędzie się bez miksera, wystarczy ręczna trzepaczka, w którą, jeśli jeszcze nie macie, koniecznie musicie się zaopatrzyć, bo jest naprawdę niezbędna.
- Cytrynę sparzyć (tak jak migdały) i zetrzeć z niej skórkę. Dodać ją do ciasta (razem z ziarnkami wanilii, jeżeli jej używacie), zmiksować.
- Do masy dodać zmielone migdały i pistacje oraz mąkę, wymieszać porządnie łyżką.
- Ciasto przełożyć do formy 30x9x8 cm wyłożonej papierem do pieczenia. Jeżeli nie chcecie, żeby papier się przesuwał i utrudniał Wam nakładanie ciasta, najpierw wysmarujcie formę masłem. W tym przepisie lepiej zastosować papier, bo ciasto trzeba z formy wyjąć, żeby nałożyć polewę, co może być trudne, jeżeli będzie tylko wysmarowana tłuszczem.
- Piec 45min.-1h w 150º C. Ciasto jest gotowe, jeżeli wbity w nie patyczek wychodzi suchy. [Tak mówi przepis. Ja piekłam 1,5h, bo po godznie ciasto nadal było w środku wyraźnie płynne].
- Wystudzone ciasto wyjąć z formy i położyć górą do dołu.* Z drugiej cytryny zetrzeć skórkę i wycisnąć sok. Z soku i cukru ugotować gęsty syrop, dodać skórkę i posiekane pistacje. Polać ciasto . Poczekać aż polewa zastygnie (ale i tak pozostanie lepka). Jeść.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















