Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sałatki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sałatki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 października 2010

Moja piękna wielka dynia





Słyszałam, że straganiarze mają tyle zamówień na halloweenowe dynie (a to informacja sprzed kilku tygodni), że już się martwią, jak zdołają zapewnić je wszystkim klientom. Nie zamierzam świętować Halloween, tylko Festiwal Dyni ogłoszony przez Beę, ale wykorzystanie dyniowej skórki jako uroczej latarenki, chociaż niekoniecznie wyposażonej w szczerbaty uśmiech i złośliwe oczka (skłaniałam się ku geometrycznej abstrakcji), wydało mi się dobrym pomysłem.

Podobno, jeśli chce się wykorzystać dynię do latarenkowego celu, miąższ należy wydłubać łyżką. Być może jest to skuteczny sposób, pod warunkiem, że zadowala nas pozyskanie dyniowego puree. Ja potrzebowałam kostek. I pewnie rzecz byłaby do zrobienia, ale niecierpliwość i głód zmusiły mnie do podjęcia bardziej zdecydowanych kroków, pożegnania się z koncepcją latarenki, kilku zdecydowanych ruchów nożem i po ślicznej, pomarańczowo-żółto-zielonej dyni, ze smoczą, chropowatą i bąblastą skórką, nie ma już śladu.

A właściwie jest, w postaci rządka słoiczków w specjalnie na ich cześć uporządkowanej szafce. No, na tyle uporządkowanej, by zmieścić tam słoiki. Bo, chociaż to warzywo roztacza przede mną coraz smaczniejsze uroki, zjedzenie całej wielkiej dyni wydawało się przekraczać moje możliwości. Postanowiłam więc zamienić ją na dyniowe puree, które posłuży mi do robienia zupy, placuszków, ciast, zapiekanek i innych takich, kiedy świat na wiele miesięcy o dyni zapomni. W efekcie, prawie całe swoje długo oczekiwane wolne popołudnie poświęciłam na obieranie, krojenie, gotowanie i wpakowywanie do słoików mojej pięknej dyni. To bardzo, bardzo proste. Jednak przemysłowa ilość, która powstaje z zaledwie jednej sztuki sprawiła, że czułam się jak na linii produkcyjnej. Żadnego innego przetworu nie mam tak dużo. I wiecie co? Chyba zrobię jeszcze więcej, bo dynia to nieskomplikowany, pyszny i zdrowy produkt. Mam tylko nadzieję, że słoiczki wytrzymają, bo nadal nie udało mi się posiąść umiejętności porządnego ich zamykania.

Tymczasem, z bohatersko wykrojonych kostek przygotowałam pyszną jesienną sałatkę, a następnego dnia, na bazie tych samych składników, pyszną jesienną dyniową zupę. Przepis na sałatkę pochodzi z Roast figs sugar snow, trochę go dostosowałam do swoich bieżących możliwości i w tej wersji podaję, zachowując wszakże proporcje z książki, bo ja nie trzymałam się żadnych.

sałatka z dynią, soczewicą i serem/squash salat with lentils and cheese

Sałatka z dynią na ciepło
6 porcji

Składniki:

1.5 kg dyni (ok. 900 g po obraniu)
oliwa
250 g sera z zieloną pleśnią (pokroić)
275 g zielonej soczewicy
1/2 małej cebuli, drobno posiekanej
15 g masła
1/2 łyżki oliwy
1 1/2 łyżki posiekanej pietruszki (zapomniałam kupić, więc nie było)

dressing:
1/2 łyżki octu z białego wina
1 łyżeczka musztardy z Dijon
4 łyżki oliwy
duża szczypta cukru

Wykonanie:
  1. Soczewicę wrzucić do zimnej lub gorącej posolonej wody i gotować, aż zmięknie. Potrwa to 15-30 minut (z mojego doświadczenia wynika, że raczej 30). Kiedy się ugotuje, odcedzić.
  2. Dynię pokroić w kostkę. Na patelni rozgrzać oliwę, wrzucić dynię i smażyć, aż będzie miękka. Posolić, zdjąć z patelni.
  3. Na tej samej patelni (można oczywiście umyć/zmienić, ale po co?) roztopić masło i oliwę, podsmażyć na nich cebulę, aż będzie miękka, ale nie nabierze koloru.
  4. Zrobić dressing: wymieszać dokładnie wszystkie składniki, doprawić solą i pieprzem.
  5. Kiedy soczewica się ugotuje, wrzucić ją na patelnię do cebuli i chwilę smażyć. Dodać 2/3 sosu i pietruszkę, doprawić solą i pieprzem.
  6. Na każdy talerz wyłożyć trochę soczewicy, na nią dynię, a na koniec ser. Skropić pozostałym sosem.

ciasteczka dyniwoe z czekoladą/pumpkin chocolate chips cookies

Drugi przepis, który dorzucam do Festiwalu Dyni, to dyniowe chocolate chip cookies, które u mnie zlały się w jedno wielkie cookie. Czy to przepis jest trefny, czy ja mało uważna, trudno powiedzieć, w każdym razie, smak był bez zarzutu, dzięki dodanym przyprawom rozgrzewająco korzenny, zaledwie leciutko dyniowy, kto wie, potrafi wyczuć, kto nie wie, na pewno nie zarzuci Wam, że chcecie go czymś dziwacznym otruć. Śliczny oryginał możecie zobaczyć tutaj, a jeśli sami chcielibyście uzyskać chociaż coś zbliżonego kształtem do ciasteczek (co, moim zdaniem, warte jest zachodu, bo skarmelizowane, ciągnące brzeżki są bardzo apetyczne) użyjcie formy lub nawet papilotek do muffinek. "Ciastka" najlepiej smakują lekko ciepłe.

"Ciasteczka" z dynią i czekoladą

230 g masła
1 szklanka białego cukru
1 szklanka brązowego cukru
2 duże jajka
cukier waniliowy
1 szklanka puree dyniowego z puszki*
3 szklanki mąki
2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka cynamonu
1/2 łyżeczki imbiru w proszku
1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
1/4 łyżeczki mielonych goździków
2 szklanki czipsów z mlecznej czekolady (dałam posiekaną czekoladę)


Wykonanie:
  1. Piekarnik nagrzać do 180 stopni. Blachy wyłożyć papierem do pieczenia.
  2. Masło utrzeć mikserem na gładką masę. Dalej ucierając dodawać po trochu obydwa rodzaje cukru i cukier waniliowy, aż mieszanina będzie lekka i puszysta. Dodać po jednym jajku, a następnie dyniowe puree.
  3. Wszystkie suche składniki wymieszać razem, po czym po trochu dodawać do ciasta. Na końcu wmieszać czipsy.
  4. Na blasze wykładać łyżką ciasteczka, piec ok. 15-20 minut, aż będą rumiane na brzegach.
  5. Zrobiłam z połowy porcji, wyszło ok. 20 dużych ciastek (oczywiście, to stan przed pieczeniem, bo jak wspomniałam wyżej, i co świetnie widać na zdjęciu, efektem końcowym było jedno gigantyczne ciacho).
*puree z dyni (nie wiem, czym charakteryzuje się to z puszki, ja zrobiłam właśnie tak): dynię pokroić w kostkę i krótko ugotować w gorącej wodzie (ok. 10 minut, sprawdzić widelcem, czy jest już miękka) . Dobrze odsączyć, przełożyć do miseczki i widelcem rozdziabdziać na puree.


niedziela, 15 sierpnia 2010

Księżniczka Panzanella



Panzanella brzmi bardzo... romantycznie. I bajkowo. Jak imię jakieś księżniczki, która po wielu perypetiach znajdzie się w ramionach księcia, aby odjechać z nim na białym koniu w kierunku tęczy. Obowiązkowo przy akompaniamencie muzyczki znanej z czołówek produkcji Disneya.

Nieszczęśliwa Panzanella, przystojny i szlachetny książę Vignole, dobry, lecz jak to w bajce, pod pantoflem, król Inzimino i zła macocha Frittedda, to całkiem dobry pierwszy krok w kierunku stworzenia świetnej historii.

Ale chwilowo pora porzucić bajkopisarstwo, bo te interesujące słowa to w rzeczywistości nazwy dań, które odnalazłam w mojej niedawno odkurzonej książeczce o warzywach. A chociaż żadnego z nich, z wyjątkiem panzanelli, nie próbowałam, i nawet już nie pamiętam, jakie są ich składniki, to jednak to właśnie nazwa jest tym, co wyróżnia je spośród tak bezlitośnie bezpośredniego "bobu z szałwią duszonego w mleku", na przykład, do którego zresztą specjalnie kupione ziółko już jakiś czas spokojnie rośnie sobie na parapecie. Fakt, że jakieś danie zyskało nazwę jest szczególnie znaczący, bo mówi, że jest to danie z tradycją, warte wielokrotnego powtórzenia i zapamiętania, zasługujące na to, by po jednym słowie każdy zorientował się, o co chodzi i nawet trochę się rozmarzył. Mając w świadomości to wszystko, nie mogłam się księżniczce Panzanelli oprzeć, chociaż wymagała trochę zachodu (nieszczęsne obieranie papryki*) i zdobycia kilku składników. Czy ktoś zazdrości mieszkańcom Wielkiego Miasta, że na każdym rogu można znaleźć dowolny egzotyczny produkt krzyczący: wybierz właśnie mnie? Spróbujcie kupić anchois. Wszystkie te, niewielkie przecież, przeszkody zostały jednak w końcu pokonane, bo było to jednak nic, w porównaniu z ogromem nieszczęść, który mógłby spotkać prawdziwą Panzanellę.





Popełniłam jednak mały błąd – z braku octu z czerwonego wina dodałam balsamiczny, który uwielbiam, ale tutaj zdecydowanie nie pasuje, więc w tej kwestii trzymajcie się raczej przepisu. Poza tym, jak dzisiaj usłyszałam i co mogłabym przyjąć za swoje motto – gotowanie to nie apteka, składniki można więc trochę nagiąć do swoich potrzeb i smaków, ja tak właśnie zrobiłam, ale przepis podaję w oryginale. A księżniczka, nie dość, że smaczna, jest naprawdę piękna.

PS W przepisie na czarnolasową tartę podałam złe proporcje składników na ciasto – to znaczy, proporcje są dobre, czyli jeśli ktoś by się zdecydował na robienie, to wyszłoby w porządku, tylko robiłam z większej ilości, co już zostało poprawione.



Panzanella
źródło: River Cafe pocket books: Salads & Vegetables

Składniki:

500 g dojrzałych pomidorów, pozbawionych skórki
1 ząbek czosnku, obrany i zmiażdżony z łyżeczką soli morskiej
2 łyżki octu z czerwonego wina
1 papryczka chili, pozbawiona nasion i drobno posiekana (ja dałam suszone chili w płatkach)
1 ciabatta, bez skórki
1 czerwona i 1 żółta papryka, grillowane i pozbawione skóry, pokrojone na ćwiartki
50 g kaparów
10 filecików anchois
2 łyżki bazylii
oliwa z oliwek


Wykonanie:
  1. Pomidory pokroić na połówki, nad sitkiem (i miską) pozbawić nasion i mokrego środka. Do pomidorowego soku dodać czosnek, ocet, chili i 4 łyżki oliwy. Pomidory przyprawić solą i pieprzem.
  2. Chleb porwać na 3-4 centymetrowe kawałki, przełożyć do miski i polać sokiem z pomidorów. Chleb powinien być mokry, jeśli płynu jest za mało, należy dolać trochę wody.
  3. W naczyniu, w którym chcemy podawać sałatkę, rozłożyć warstwę chleba, na to część pomidorów, papryki, anchois i kaparów, skropić oliwą i ułożyć drugą warstwę z pozostałych składników. Na wierzchu rozrzucić bazylię i skropić oliwą. Sałatka najlepsza jest w temperaturze pokojowej, więc dobrze pamiętać o wcześniejszym wyjęciu produktów z lodówki.
*obieranie papryki: aby łatwo pozbawić paprykę skórki należy ją opalić na czarno: na grillu, patelni grillowej, trzymając na widelcu bezpośrednio nad gazem (nie polecam), podobno także w piekarniku, ale nie próbowałam; po czym przełożyć do plastikowej torebki, zamknąć i pozostawić do ostygnięcia. Z zimnej papryki skórka daje się zdrapać bez trudu. Wygodniej to zrobić dzień wcześniej.


środa, 16 września 2009

This is no shape for a girl


Sałatka z gruszką, rukolą, orzechami i serem z niebieską pleśnią
źródło: The Golden Age of Advertising – 60's, wyd. Taschen

Dzisiaj wstępu właściwie nie będzie, chociaż miał być, ale postanowiłam nie być taka ambitna. Na początek rzucam Wam tylko taki reklamowy smaczek, ale po więcej reklamowych smaczków odeślę do osoby, która zna się na tym lepiej niż ja, chociaż kwalifikacje, zważywszy na moje wykształcenie, niby jakieś mam. Jednak mój dyplom i umiejętności, które poświadcza, spokojnie pokrywają się kurzem, a ja wolę zajmować się gotowaniem. Oczywiście, nie wyłącznie ;)

Wpis z dedykacją specjalną dla Piany, chwilowo zamiast bakłażana. Chociaż ten jej post wrześniowy, to nie najszczęśliwszy, jeśli ma się z nim do czynienia w okolicach bloga o gotowaniu. Dobrze, że zrobiłam sałatkę, a nie jakieś ciacho z kremem...

A jak chcecie zaspokoić Waszą ciekawość, jaki jest ten odpowiedni kształt dla dziewczyny, to tutaj. I to akurat, zupełnie przypadkowo, jest bardzo wrześniowego wpisu à propos.

Sałatka z gruszką, rukolą, orzechami i serem z niebieską pleśnią

Sałatka z gruszką, rukolą, orzechami i serem

Składniki:

dla każdej osoby:
garść rukoli
pół niedużej gruszki
ok. 30 g sera z niebieską pleśnią
kilka orzechów włoskich (u mnie ze 4)
płaska łyżka cukru


Sos:
(na jakieś 4-6 porcji)

4 łyżki oliwy
1 łyżka octu balsamico
łyżeczka musztardy
sól, pieprz (nie za dużo)


Wykonanie:
  1. Cukier skarmelizować, zdjąć z ognia, wrzucić do niego orzechy, dobrze wymieszać, żeby dokładnie pokryły się karmelem, wylać na papier do pieczenia lub natłuszczoną folię. Chociaż to dla lodówki niezdrowe, ja od razu tam masę włożyłam, żeby szybciej zastygło. Kiedy stwardnieje, posiekać. Okruszki karmelu, bez orzechów, też są do wykorzystania.
  2. Rukolę opłukać, dobrze osuszyć, bo nie ma nic gorszego, niż sałata pływająca w wodzie. Ser pokroić. Gruszkę (ja nie obierałam) pokroić na plasterki lub półplasterki, zależy jaka była duża.
  3. Składniki sosu wymieszać, najłatwiej w słoiku lub trzepaczką, wlać na dno miski, w której będzie mieszana sałatka, na sos wyłożyć wszystkie składniki. Wymieszać, pamiętając o złotej zasadzie: mało sosu, dużo mieszania. Dobre z chlebem razowym.

Sałatka z gruszką, rukolą, orzechami i serem z niebieską pleśnią

niedziela, 16 sierpnia 2009

Zbytecznik kuchenny #1


sałatka z arbuza, mozzarelli ogórka

Niektórzy wstydzą się przyznać, że w ogóle tam chadzają, ale ja supermarkety bardzo lubię. Może dlatego, że moje pierwsze wspomnienie z nimi związane, to również moja pierwsza zagraniczna podróż. Kiedy dotarły wreszcie do Polski, za każdym razem, kiedy tam chodziłam, czułam się trochę jak na wakacjach. Wszystko przez zapach. I w Polsce i we Francji był ten sam. Nie, nie jest to słynny zapach chleba, puszczany z wywietrzników, żeby klienci więcej kupowali. To zapach środków myjących.

Teraz oczywiście czasami się wściekam, że długie kolejki, że znowu pozamieniali wszystkie działy i że nie da się po prostu chwycić tego, co się chce, nie przechodząc przez wszystkie działy, ale jakiś sentyment do supermarketów pozostał. Jedną z moich ulubionych (w zasadzie) darmowych przyjemności, jest chodzenie sobie bez celu i szukanie, co przybyło. Spacerowanie po sklepie z dizajnerskimi gadżetami albo po eleganckich delikatesach, to zupełnie nie ten klimat. Chodzi o to, że dzięki wąskim, niedoświetlonym alejkom, w supermarkecie jest coś tajemniczego. Ponieważ jest tam prawie wszystko i do tego niemożliwie stłoczone, to nigdy nie wiadomo, w którym z działów natrafi się właśnie na to COŚ. I, co nie bez znaczenia, to COŚ ma dużą szansę być przyjemnością na moją kieszeń, do nabycia tu i teraz, bez zastanowienia. Czasem jest to coś, o czym marzyłam od dawna, a czasem coś, o czym nie wiedziałam, że istnieje. A innym razem coś, o czym co prawda wiedziałam, ale czego nigdy dotąd nie chciałam, ale zapragnęłam tylko przez to, że właśnie tu jest.

Ten ostatni przypadek, to jeden z moich ostatnich nabytków, zwany, nieco krzywdząco, łyżką do melonów. Spojrzałam na nią przypadkiem i wtedy wpadło mi do głowy, do czego chciałabym jej użyć. Cóż, nie miałam już wyjścia, wylądowała w moim koszyku.

To teraz wreszcie pora na wyjaśnienia, o co chodzi z tym zbytecznikiem? Będzie to stworzony na mój własny użytek cykl, prezentujący przedmioty i gadżety, bez których świetnie się można w kuchni obejść, ale za to jak fajnie je mieć, bo dzięki nim gotowanie staje się o wiele zabawniejsze. Czy stanowią element „zbyteczny” czy „zbytku” (choć tak mi się widzi, że etymologicznie to jest to właściwie to samo), osądźcie sami.

sałatka z arbuza, mozzarelli ogórka

Sałatka z ogórka, mozzarelli i arbuza

Składniki:

ogórek, arbuz i mozzarella w mniej więcej równych proporcjach i ilości, na jaką macie ochotę
świeża mięta
oliwa z oliwek
sól, pieprz


Wykonanie:
  1. Ogórka obrać. Pokroić, tak samo jak arbuza i mozzarellę, w dość dużą kostkę lub wykroić kulki łyżką do melonów.
  2. Przełożyć do salaterki, skropić oliwą, posypać posiekaną miętą, lekko posolić i popieprzyć. Wymieszać.
  3. Sałatkę podawać bardzo zimną.