Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marchew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marchew. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Wymień dwa składniki, bez których nie wyobrażasz sobie gotowania



A może nawet inaczej: gdyby na świecie miały pozostać tylko dwa składniki, którymi można doprawić prawie wszystko, co by to powinno być?

Czosnek i oliwa z oliwek, odpowiadają Rose Gray i Ruth Rogers. Przynajmniej takie wrażenie można odnieść po lekturze* River Cafe Pocket Books Salads&Vegetables.

Nie wiem już, skąd dowiedziałam się o istnieniu River Cafe. Że to miejsce kultowe. I że zaczynał tam Jamie Oliver. Niestety, internet nie dał mi satysfakcjonującej odpowiedzi na pytanie, dlaczego River Cafe jest taka super, nie dostarczył mi też żadnych przepisów autorstwa dwóch właścicielek, a sama strona restauracji, bynajmniej nie tak łatwa do zidentyfikowania wśród wyników wyszukiwania, okazała się rozczarowująco mało treściwa.

Jednak kiedy moja siostra zażyczyła sobie na jakąś tam okazję książkę kucharską, gdy wśród innych pozycji w księgarni zauważyłam River Cafe Cookbook Easy, nie miałam wątpliwości, że to ją powinnam wybrać (w myśl udzielonej mi niegdyś przez M. porady, dotyczącej prezentów dla niej, ale która w większości innych przypadków jest mało uniwersalna: kup coś, co byś sama chciała mieć).** Pierwsze, ale już pozakupowe, oględziny, nie wywołały u mnie ochów i achów. Mało obrazków, a przepisy jakieś takie proste. Jednak uważniejsza analiza zawartości spowodowała wreszcie wybuch prawdziwego entuzjazmu (wewnętrznego ;), który po wypróbowaniu kilku przepisów jeszcze wzrósł. Posługując się wyświechtanym frazesem (widzieliście już nowy film Woody’ego Allena?) w prostocie tych dań, tkwi ich siła, a Ruth i Rose naprawdę wiedzą, o czym piszą. Od jakiegoś czasu program prowadzony przez którąś z nich, z River Cafe (chyba) w nazwie, emituje kuchnia.tv. Widziałam kawałek, nie poraża, ale z pewnością, jeśli już na niego natraficie, receptury zanotować warto.

Powracając do wątku wspaniałości River Cafe Cookbook Easy, oczywiście od razu zapragnęłam mieć własny egzemplarz i skoro przed okresem dobrowolnie sobie obiecanych ograniczonych zakupów miałam prawo do ostatniej specjalnej przyjemności (mam wrażenie, że strasznie dramatyzuję...) to postanowiłam, że będzie to właśnie książka z nazwą słynnej restauracji w tytule.

Pierwsze kartkowanie i znowu to samo: kurczę, jakie te przepisy są proste. Właściwie większość przepisów, większość rozdziałów, to ciągle te same przyprawy Ze statystyczną przewagą oliwy i czosnku. To nie dziwi? Zaskoczenie tkwi w tym, że często są to jedyne dodatki do głównego składnika. Tylko w towarzystwie różnych warzyw, zastosowane przy innej metodzie obróbki termicznej (!?). Poza tym często pojawia się ostra papryczka, bardzo dużo świeżych ziół. Najpopularniejsze to, wcale nie, przychodząca na myśl jako pierwsza, bazylia, ale mięta.

Jestem tak pewna (i mam nadzieję, że się nie rozczaruję) tych przepisów, że kupiłam książkę mimo iż szata graficzna nie powala (a jak wiecie, to dla mnie bardzo ważne), chociaż z pewnością przywiązywano do tego wagę, bo projektant, co raczej nie jest zwykłą praktyką, został wymieniony z imienia i nazwiska. Brakuje jednak tego czegoś. Pozytywy to fajna okładka i rewelacyjne, czarno-białe zdjęcia na początku każdego rozdziału.

Na pierwszy ogień poszły dwa ultra proste przepisy z czosnkiem i oliwą. A jednak było nieoczywiście i niebanalnie.

*Ja myślę, że nikt nie ma wątpliwości, że książki kucharskie to LEKTURA, na pewno nie gorsza od SF czy moich ukochanych kryminałów ;)
**nie sądzę co prawda, żeby mój brat był stałym czytelnikiem tego bloga, ale żeby nie było żadnych przekłamań, ten prezent był również od niego.

Mały dopisek: właśnie zupełnie przypadkiem odkryłam, że dzisiaj jest Dzień Czosnku, więc dołączam do akcji moje przepisy.



Składniki dla 4 osób

Marchewka Dada

Składniki:

650 g marchewki, obranej, pokrojonej w ukośne plastry (ok. 5 mm)
8 ząbków czosnku, obranych, przekrojonych wzdłuż
oliwa z oliwek


Wykonanie:
  1. Na patelni rozgrzać 5 łyżek oliwy. Dodać marchewkę, rozłożyć w jednej warstwie (jeśli wszystko nie zmieści się na patelni, trzeba ją przygotowywać partiami), smażyć na niezbyt mocnym ogniu. Kiedy zacznie się karmelizować, przewrócić na drugą stronę, posolić i dodać czosnek. Smażyć do czasu, aż czosnek zbrązowieje, a marchew zmięknie.
  2. Moja marchewka jest przypalona, nie bierzcie z niej przykładu, ale zbyt zatraciłam się w fotografowaniu czosnku i tak wyszło. Sądzę też, że potrawa będzie lepsza, jeśli powstrzymacie swoje łakomstwo do czasu, kiedy będzie dostępna świeża marchew. Oczywiście, o ile w ogóle można być łakomym na marchewkę.



Duszony koper włoski

Składniki:

6 bulw kopru
4 ząbki czosnku, obrane, przekrojone wzdłuż
oliwa z oliwek


Wykonanie:
  1. Bulwy kopru przekroić na pół, a potem każdą połówkę jeszcze na cztery części. Rozgrzać 4 łyżki oliwy z oliwek w garnku lub patelni z pokrywką, dodać koper. Smażyć na sporym ogniu, od czasu do czasu mieszając, aż koper zacznie brązowieć. Dodać czosnek i smażyć jeszcze dwie minuty. Dodać 3 łyżki gorącej wody i posolić. Przykryć garnek, zmniejszyć ogień i gotować, aż woda wyparuje, a koper zmięknie (u mnie ok. 15 min.) Podawać skropione oliwą.
  2. Ilość wody w podana w przepisie wydaje się być podejrzanie mała, dlatego należy kontrolować, czy przypadkiem Wasza apetyczna jarzynka nie staje się powoli niejadalną zwęgloną jarzynką i jeśli coś wskazuje na to drugie, odrobinę wody dolać.

wtorek, 9 marca 2010

W przelocie wzięła z którejś półki słoik z nalepką

DŻEM POMARAŃCZOWY, ale ku jej wielkiemu rozczarowaniu okazał się pusty





Moje słoiki będą oczywiście pełne, chociaż pomarańczowy jest tylko ich kolor, ale o nich będzie znacznie później.

„Alicja w Krainie Czarów” nigdy nie należała do moich ulubionych książek. Mimo, że byłam szczęśliwą posiadaczką własnego egzemplarza, nie wiem nawet, czy go przeczytałam. Jeśli do tego nie doszło, to pewnie z powodu dziwacznych, wcale niedziecięcych ilustracji Dusana Kallay'a (kilkukrotnie nagradzanych), na których widać dziwne dziecko o krótkich włosach (a to rzecz dla tego typu bohaterki niedopuszczalna) i zielonkawym odcieniu cery, a rysunki swoim charakterem przypominają raczej obrazy Boscha, niż Disneyowską wizję z uroczą blondyneczka w niebieskiej sukience w roli głównej, którą bardzo lubiłam. Powieść więc toczyła swój żywot na półce, a jeśli była wyjmowana to tylko po to, żeby wsadzić tam sreberko po cukierku albo liść do zasuszenia, bo format powodował, że do tego nadawała się idealnie.

Postanowiłam więc „Alicję...” wreszcie przeczytać (co zrobiłam, co kilka stron natykając się na kolorowe papierki) i teraz wiem, że ilustracje Kallaya lepiej pasują do ducha dzieła Carrolla niż nasycone, wesołe barwy Disneya. Podejrzewam też, że nawet jeśli tę książkę zaczęłam kiedyś czytać, to jako dziecku nie mogła mi się ona podobać. Powiem więcej, kiedy dzieliłam się swoimi spostrzeżeniami z Siostrą, to dowiedziałam się, że psychologowie odradzają czytanie „Alicji...” dzieciom do któregoś tam roku życia. Moim zdaniem i owszem, sama historia jest dla dzieci bardzo odpowiednia, opowiedziana w inny sposób mogłaby im się bardzo podobać, jednak ironiczno-schizofreniczny humor Carrolla jest chyba dla dziecka zbyt abstrakcyjny. To cudownie przewrotna opowieść o świecie, gdzie nie istnieje konwenans i norma, to mała Alicja do pewnego stopnia reprezentuje postać dorosłego, który zachowanie innych uważa za nieodpowiednie i który wyznacza, co jest zachowaniem normalnym. Tylko i tak nikt się tym nie przejmuje. Z drugiej strony Alicja wcale nie pozostaje bierna wobec nieuprzejmych i impertynenckich zachowań swoich rozmówców, co z pewnością jest rewolucyjne, bo przecież była dziewczynką z drugiej połowy XIX wieku! chociaż oczywiście nie odpowiada na nie w równie niegrzeczny sposób. A co jest z tego wszystkiego moim zdaniem najgorsze (przynajmniej z punktu widzenia dziecka): całej historii nie towarzyszy żaden morał.

Moim zdaniem, „Alicja w Krainie Czarów” czytana przez dorosłego jest absolutnie uroczym (chociaż , rzecz jasna, uroczym w takim nieupupiającym sensie) dziełem i jakbym zaczęła dzieliła się swoimi wrażeniami to mogłoby się to prędko nie skończyć, a miałam pisać o książce kucharskiej.



„Cuda. Przepyszne przepisy z krainy Alicji” to książka kucharska jedyna w swoim rodzaju. Każdy przepis jest inspirowany jakimś fragmentem z książki Carrolla (bo, choć uleciał mi dokładny cytat, musicie wiedzieć, że Alicja bardzo interesowała się sprawami jedzenia i picia). Przepisy są w porządku, chociaż wcale nie takie, które ma się ochotę natychmiast wypróbować. Mój podziw i pożądanie budzi raczej sposób podania, sposób dekoracji zwykłej tarty albo ciasteczek, które rzeczywiście nabierają magicznych cech. A do tego jak to jedzenie zaaranżowano! Nie wiem, czy Wam się to spodoba, ale w każdym razie fajnie zobaczyć, że tak zupełnie inaczej, też można, dlatego na deser będzie kilka zdjęć z książki. Ciekawe, czy wszędzie uda Wam się znaleźć jedzenie.

Co do samego przepisu – konfitury z jabłek i pomarańczy z imbirem, miałam sporo obaw, ale niepotrzebnie, każdy kto lubi imbir powinien być zadowolony, smak marchwi jest prawie niewyczuwalny, ale stanowi ona miły akcent kolorystyczny. Ponieważ jabłka pozostają twarde kiepsko nadaje się do chleba, ale z pewnością będzie pyszna z naleśnikami, goframi albo pancake’ami. A może by wymieszać słoiczek z surowymi, drobno pokrojonymi jabłkami i nadziać tym kruchą tartę? Wyobraźni odmówić Alicji na pewno nie można, a ja zachęcam Was, do uruchomienia Waszej.



Konfitura z jabłek, marchwi i imbiru
(12 słoiczków o pojemności 200 ml)

Składniki:

1,2 kg jabłek (1 kg po obraniu)
500 g marchwi (400 g po obraniu)
1,2 kg cukru
2 cytryny
100 g kandyzowanego imbiru

Wykonanie:
  1. Obrać marchew i pokroić na zapałkę. Przełożyć do garnka, zalać wodą i gotować do miękkości (ok. 15 minut od momentu zagotowania wody).
  2. Obrać jabłka, wyciąć gniazda nasienne i drobno, acz niekoniecznie regularnie, pokroić.
  3. Z cytryn zetrzeć skórkę i wycisnąć sok
  4. W garnku wymieszać marchew, jabłka, cukier, cytrynę i skórkę i zagotować. Dorzucić drobno posiekany imbir.
  5. Teoretycznie należy zbierać szumowiny, ale mnie nie udało się tego zrobić, musiałabym równocześnie wybierać owoce. Gotować ok. 10 minut. Ja gotowałam 15, syrop po tym czasie jest jeszcze dość rzadki, więc jeśli wolicie gęstszy i użyliście twardego gatunku jabłek, to bez szkody dla całości można pewnie pogotować chwilę dłużej. Do słoiczków przełożyć najpierw owoce, a potem zalać syropem. Zakręcić i położyć na ścierce do góry dnem. Odwrócić, kiedy ostygnie.


Wszystkie poniższe zdjęcia pochodzą z książki Ch. Ferber, P. Model, B. Winkelmann Merveilles. Delicieuses Recettes au Pays d'Alice










czwartek, 4 lutego 2010

Topos marchewki w powieściach dla kobiet. Wykład. Ćwiczenia




Jest jedna cecha, która łączy mnie z bohaterkami popularnych powieści dla kobiet. Co jakiś czuję psychiczny przymus, by zdrowo się odżywiać. Nawet nie odchudzać, tylko właśnie dostarczać sobie co najmniej z połowę tych wartościowych składników odżywczych, które poznałam dzięki lekturze magazynów dla kobiet, z kolei. Udaję się wtedy na wielkie, zdrowe zakupy, a w moim koszyku lądują brokuły, sałata, duże ilości marchewki, czasem nawet kasza i wszystko co tam jeszcze uznam za niezbędne. Koniecznym punktem tych zakupów, tak u mnie jak i w powieściach, jest marchewka. Koniecznie również trzy tygodnie do miesiąca później, wszystkie te marchewki (no, większość) kończy w śmieciach, ale na tym (niestety!) moje podobieństwo do bohaterek tych powieści się kończy, bo po pracy nie chodzę na wymyślne drinki, aby w modnym klubie poznać miłość swojego życia, która po 200 stronach okaże się zimnym draniem, a ja znajdę ukojenie w ramionach najbliższego przyjaciela. Wydaję mi się jednak, że da się to jeszcze nadrobić.

Ale do rzeczy. Muszę przyznać, że z biegiem lat zrobiłam pewne postępy. Chęć zdrowego odżywiania się nawiedza mnie zdecydowanie rzadziej (to źle), ale kiedy już nabędę te marchewki, brokuły, sałaty i kasze, to staram się je przynajmniej zjadać (to dobrze). A ponieważ chwila, kiedy uznam, że minerały i witaminy zawarte w makaronie carbonara, czekoladzie i lodach nie wystarczą na zdrową cerę i lśniące włosy, na pewno w końcu nadejdzie, to równie dobrze może nadejść już teraz.

Jeśli chodzi o dzisiejszy przepis , posłużę się tutaj cytatem z Nigelli to "prostota tego dania prawie mnie zawstydza". Właściwie, ponieważ jest to aż tak proste, a nie robiłam, tego już bardzo dawno, to miałam wątpliwości, czy w ogóle jest wystarczającą dobre, żeby Wam o tym napisać. Jest, nawet bardzo. Oczywiście danie zawiera marchewkę, chociaż nie jest ona obowiązkowa, jak właściwie żaden z pozostałych składników.





Warzywna potrawa jednogarnkowa z marchewką

Składniki:

garnek z pokrywką, wielkości takiej, by zapełniony nakarmił tyle osób, ile mamy zamiar nakarmić
kiełbasa, pokrojona w plasterki – tyle, żeby przykryła dno garnka
dowolne warzywa: ziemniaki, marchew, cukinia, dynia, buraki, pieczarki, papryka itp.
żółty ser
sól


Wykonanie:

Wszystkie warzywa obieramy i kroimy w plasterki. Do garnka wlewamy olej, tyle, żeby przykrył dno, i kładziemy dość ciasno plasterki kiełbasy. Następnie warstwami układamy warzywa, zaczynając od ziemniaków, a potem dalej, te, które gotują się dłużej, bliżej dna. Solimy. Wypełniony garnek przykrywamy folią aluminiową, a na to dajemy jeszcze pokrywkę., Folię owijamy wokół garnka i pokrywki, żeby wytworzyć porządną izolację. Gotujemy ok. pół godziny na małym ogniu. Powinno być słychać, jak olej bulgoce, ale cichutko. Kilka minut przed końcem gotowania na wierzchu posypujemy żółtym serem. Jeśli nie jesteście pewni, czy warzywa są miękkie, można to sprawdzić wbijając w nie nóż.

Więcej wskazówek praktycznych
  1. Trudno tu podać proporcje składników, zależą od wielkości garnka i Waszej fantazji. Moim zdaniem najgrubsza powinna być warstwa ziemniaków, ale decyzja należy do Was.
  2. Garnek możecie spokojnie wypchać do samej krawędzi, bo warzywa podczas gotowania opadną.
  3. Ten przepis oczywiście aż zachęca do eksperymentów, chociaż wersja podstawowa jest moim zdaniem naprawdę bardzo dobra. Jeśli jednak wolicie boczek od kiełbasy albo macie ochotę na zioła albo jakiś inny rodzaj sera, nie ma przeszkód.
  4. Nie obawiajcie się, że kiełbasa się spali, przy rozsądnie małym ogniu jedynie przypiecze się trochę bardziej niż zwykle ma to miejsce, ale będzie to bardzo apetyczna skarmelizowana chrupkość.
  5. Na jedno pytanie nie znam odpowiedzi – jak elegancko wyjąć danie z garnka.

wtorek, 26 stycznia 2010

Tu i teraz


Tu i teraz

Przegapiłam czas noworocznych postanowień. Właściwie od kilku lat już ich nie robię, bo sprowadzały się zwykle do "schudnąć" (ubrane w nieco mniej drastyczne: "zdrowiej się odżywiać", w poddtekście: i przez to schudnąć), a dietę porzucałam po kilku dniach, dla uczczenia tego faktu, objadając się czekoladą.

Co nie znaczy, że nie widzę potrzeby zmian. Postanowiłam jednak, zupełnie bez związku z nowym rokiem, podejść do tego od innej strony.

Pewnego wieczoru wzięłam kartkę papieru i zapisałam, jak bym chciała, żeby wyglądało moje życie. Nie za pół roku, ani za 10 lat. Tu i teraz, nawet jeżeli to, co napiszę, będzie całkiem nieprawdopodobne. Wyniki trochę mnie zaskoczyły. Po pierwsze, okazało się, że nie zmieniłabym wcale aż tak wiele. Po drugie, że pewną część z tego, co bym jednak zmieniła, można osiągnąć, co prawda, wkładając w to trochę wysiłku, ale w całkiem niedługim lub nawet bardzo niedługim czasie.

Oczywiście teraz, kiedy mój entuzjazm zdążył już opaść, nie jestem aż taka pewna, czy uda mi się zrealizować chociaż jeden z tych planów. Zresztą, to będzie fajnie, ale w tamtej chwili nie było to takie ważne. Trzymanie w ręce dowodu na piśmie, że większość rzeczy zależy od mnie i nie jest wcale taka nieosiągalna, podziało trochę jak terapia szokowa. Więc zaczynamy :)

Co prawda, wzięcie udziału w Weekendowej Cukierni nie znalazło się na mojej liście, ale to chyba tylko przez nieuwagę i mój debiut w niej jest jedną z pierwszych zmian, które wprowadzam i pewnie jedną z niewielu, które na pierwszym etapie nie tylko są bezbolesne, ale nawet przyjemne.

Dzisiejszy przepis zaproponowała Goś ze Sweet Art i z pewną obawą wyznałam rodzinie, co upiekę, bo nawet pozytywnie nastawiona do eksperymentów mama (a właściwie zwykle jedyna wtajemniczana w moje piekarnicze plany) na hasło: ciasto marchewkowe reaguje brzydkim grymasem.

Skoro mamy dzień z małym psychoterapeutą, to powiem Wam coś jeszcze, chociaż nie jestem pewna, czy nie zrobi to jakiejś skazy na moim image'u. Za pewnego rodzaju podręcznik, chociaż może odpowiedniejszą nazwą byłby przypominacz, mojej odmienionej drogi życia, obrałam przypadkowo odnalezione książeczki z serii: "Mały skarbnik porad życiowych". No i stoi tam tak: "Nie daj się nikomu namówić do rezygnacji z czegoś, co uważasz za świetny pomysł". Więc się nie dałam i upiekłam.

Dobre, chociaż marchewkowe – powiedziała Mama. Będą powtórki.

PS Jak pewnie zauważyliście, od jakiegoś czasu wisi u mnie banerek zachęcający do przekazania 1% na Fundację Gniazdo. W zasadzie mam stosunek mieszany do umieszczania reklam na blogu, ale treść tego zmieszania, prawdę mówiąc, dotyczy raczej psucia grafiki niż oporów moralnych. O zamieszczenie tego banerka poprosiła mnie Siostra, więc wierzę, że ta fundacja robi coś wartego wsparcia, jeśli więc nie macie pomysłu, komu podarować swój 1%, to zachęcam. Szczegóły po kliknięciu w banner.



Babeczki marchewkowe

Składniki:

Ciasto:
250 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
200 g cukru
cukier waniliowy
400 g bardzo drobno startej marchewki
płaska łyżeczka soli
3 łyżeczki cynamonu
200ml oleju
4 jaja
50 g rodzynek
50 g posiekanych orzechów


Masa serowa:
500 g twarożku śmietankowego (lub zwykłego kwarku lub sera białego)
100 g cukru pudru
200 g masła
skórka z jednej cytryny
sok z cytryny do smaku (dałam z niecałej połówki)


Wykonanie:
  1. W misce wymieszać mąkę, proszek do pieczenia, cukier waniliowy i cynamon, Dolać olej, ucierać mikserem i dodawać kolejno po jednym jajku. Dodać resztę składników: marchewkę, rodzynki i orzechy i dokładnie wymieszać. Napełnić ciastem dokładnie wysmarowane masłem foremki lub papilotki do muffinek, do około 2/3 wysokości. Piec w 170 stopniach aż się lekko zarumienią (ok. 25 min.). Jeśli pieczecie w metalowych foremkach z rowkami, radzę wyjąć z nich ciastka zaraz po upieczeniu, potem może być problem.
  2. Zrobić masę: stopić masło, wystudzić. Ser zmiksować z cukrem pudrem, dodać skórkę, powoli wlewać masło. Na końcu dodać sok z cytryny. Na babeczki nałożyć po czapeczce z masy, dowolnie udekorować. Co najmniej na godzinę wstawić do lodówki.
Uwagi:

Moje ciasto miało kształt babeczek z powodów obiektywnych, czyli niedostatecznej ilości marchewki. Składniki podaję na całą porcję za Goś, uwzględniając jednak kilka innych zmian, które zrobiłam (czasem również z powodów obiektywnych). W wersji babeczkowej zostało mi sporo niewykorzystanej masy, ale to nie szkodzi aż tak bardzo, bo dobrze się nadaje do wyjadania.

Ciasto marchewkowe


środa, 21 października 2009

Rozgrzewająca zupa indyjska


rozgrzewająca zupa indyjska

Zaczęło się na dobre. To już nie jest ta krygująca się jesień, co jeszcze trochę poświeci słoneczkiem, podroczy się zimnym porankiem, ale w dzień temperatura jest prawie letnia i zabrany na wszelki wypadek sweter tylko przeszkadza. Teraz już nie. Powietrze jest wilgotne i pełne zapachu butwiejących liści. Może i ma to swój urok, ale na pewno nie wtedy, kiedy trzeba rano wstać i w tym mglistym chłodzie się zanurzyć. A kiedy wraca się z tego szarego, przejmującego zimna, wszystko na co ma się ochotę, to talerz gorącej zupy. Gotowanie jej zaraz po powrocie jest jednak tak odpychające, że już lepiej chwycić kawałek bułki z byle czym, zalać herbatę i szybko wkraść się pod koc. Lepiej więc przygotować zupę dzień wcześniej.

Z tej zupy jestem bardzo dumna, bo wymyśliłam ją sama, w pamięci mając smaki i zapachy indyjskiej restauracji, w której kiedyś pracowałam. Po pewnym czasie poszłam do krakowskiej restauracji indyjskiej, gdzie zaserwowali... moją zupę. Chyba więc uzyskałam efekt, o który chodziło. Oczywiście, jak większość domowych potraw, składniki zwykle dobieram na oko, chociaż proporcje są mniej więcej takie, jak podałam, ale możecie je zmienić zgodnie z własnymi upodobaniami czy poeksperymentować z przyprawami. Niezależnie jednak od tego, ile czego wezmę, zupy zawsze wychodzi cały gar, ale to właściwie nie szkodzi, bo można zamrozić na chwilę, kiedy akurat nie chce Wam się gotować. Jest gęsta i rozgrzewająca, idealna na jesień i zimę, może stanowić właściwie cały zdrowy obiad, o ile przewidzicie jeszcze jakiś deser. Jeżeli widzę tu jakiś mankament, to obierania i krojenia jest sporo, za czym nie przepadam, ale zawsze można spróbować potraktować te czynności jako kuchenną psychoterapię.

jesień o poranku

Zupa indyjska

Składniki:
(ok. 6 porcji)

2 marchewki
2 cebule
4 ziemniaki
1 spora łyżka garam masali (ja dorzucam czasem dodatkowo trochę kuminu i kolendry)
8 łyżek czerwonej soczewicy
olej, masło lub ghee
bulion warzywny


Wykonanie:
  1. Warzywa obrać i pokroić na dość małe, ale niekoniecznie regularne, części.
  2. Na patelni rozgrzać ok. 2 łyżek oleju z łyżką masła, do jeszcze zimnego tłuszczu wrzucić garam masalę i ewentualnie resztę przypraw, chwilę posmażyć. Następnie dorzucić warzywa, dokładnie zamieszać, żeby pokryły się przyprawami. Smażyć chwilę, mieszając od czasu do czasu. Warzywa przełożyć do garnka po czym zalać taką ilością bulionu, żeby pokrył warzywa. Patelnię również zalać niewielką ilością wody, żeby odzyskać przyprawy, które do niej przywarły, płyn dolać do garnka. Gotować ok. 30 minut.
  3. Osobno ugotować w osolonej wodzie soczewicę . Trwa to jakieś 10 min. Odcedzić.
  4. Do miękkich warzyw dorzucić 1/3-1/2 soczewicy, zmiksować. Jeżeli zupa będzie za gęsta, dolać trochę wody, w razie potrzeby dosolić. Jeśli nie macie zamiaru jej jeść tego samego dnia, z dolewaniem wody poczekajcie do podawania, bo po leżakowaniu całą noc, dodatek wody i tak pewnie będzie konieczny.
  5. Nakładać porcje do miseczek, każdą udekorować łyżką odłożonej soczewicy. Podawać z chlebem (rzecz jasna, najlepiej indyjskim).

rozgrzewająca zupa indyjska
Jesienny poranek w drodze do pracy. Czasem nie bywa aż tak źle.