Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomidory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomidory. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 sierpnia 2011

O tym jak złudne są uroki sosu z torebki



Chyba każdy interesuje się życiem innych ludzi. Ciekawość tego, co robią i jak żyją nasi bliźni (w swej patologicznej formie zwana wścibstwem) jest naturalna i niełatwo ją powstrzymać. Ja, będąc u kogoś po raz pierwszy, mniej lub bardziej ukradkowo przyglądam się biblioteczce, wczytując się w grzbiety książek, by wiedzieć, czy mam do czynienia z pokrewną duszą.

W analogiczny sposób pokrewieństwo dusz można stwierdzić patrząc na to, co dana osoba je. Inspekcję szafek z jedzeniem zwykle trudno przeprowadzić dyskretnie, zresztą, przyglądanie się biblioteczce nie jest znowu aż tak niegrzeczne, jak zaglądanie do czyjejś lodówki. Znalezisko, o którym chcę teraz napisać, leżało na samej górze kosza na śmieci.

A była to torebka po sosie pomidorowym w proszku.

Ugh. Dzisiaj będzie dydaktycznie i moralizatorsko. Pierwsze moje pytanie na ten widok brzmi: ale dlaczego? To nie chodzi o to, że sos z torebki składa się z chemii. Że nawet nie leżał koło pomidorów. Jest niezdrowy. Albo nienaturalny.

Sos z torebki jest po prostu niedobry.

Korzystanie z sosu z torebki może usprawiedliwiać tylko niewiedza. Bo, uwaga, notujemy: punkt pierwszy: taki sos nie jest tańszy od zrobionego samodzielnie (a przynajmniej nieznacznie). Punkt drugi: nawet jeśli przygotowanie go trwa trochę krócej, korzyść jest wątpliwa, bo i tak trzeba czekać na makaron.

Punkt pierwszy (rozwinięcie)

Żeby sprawdzić jego prawdziwość wykonałam małe śledztwo i przebadałam sklepowe półki z sosami w proszku i pomidorami w puszce. Dygresja: puryści mogą się w tym miejscu zżymać, że uważam sos zrobiony z pomidorów w puszce za wystarczająco prawdziwy. Cóż, mogę tylko odpowiedzieć, że przez 10 miesięcy w roku jest on prawdziwszy niż z ten, który mogłabym zrobić z tzw. świeżych pomidorów...

A tak wypadło porównanie cenowe: sos pomidorowy z proszku waha się od 1,69 zł (z przeznaczeniem raczej do gołąbków - to mówi etykieta) do 2,60-3,60 zł za taki specjalnie do makaronu. Otrzymamy z tego 4 porcje.

Najtańsza puszka pomidorów to 2,99 zł, najdroższa 4,70 zł. Puszka pomidorów to 3 porcje sosu. Można też zaopatrzyć się w 500 g opakowanie przecieru (nie koncentratu!) z pomidorów za 3,69 zł i to na pewno starczy na 4 porcje. Ktoś może mieć zastrzeżenia, że do tego konieczne są jeszcze przyprawy i inne dodatki. To prawda, jednak są to rzeczy, które każdy i tak ma w domu, byłabym skłonna więc pominąć je w kosztach.

Punkt drugi

Czas: w rzeczywistości przygotowanie sosu z pomidorów z puszki trwa tylko tyle, co gotowanie makaronu (szczegóły jeszcze niżej).

Oczywiście, ktoś może (chociaż trudno uwierzyć) lubić sos z proszku. Pozostałym jednak (jeśli tego jeszcze nie zrobili) na czarną godzinę radzę zaopatrzyć się raczej w kilka puszek pomidorów niż torebek z magiczną mieszanką.

Żeby nie było rozczarowań, muszę tu napisać o jeszcze jednej rzeczy: jest całkiem prawdopodobne, że kilka pierwszych sosów wyda Wam się bez smaku. To wcale nie znaczy, że coś robicie źle. To znaczy, że tęsknicie za glutaminianem sodu. Zaufajcie mi, warto jednak się z nim rozstać na dobre.



Sos pomidorowy można przygotować w znacznie bardziej wyrafinowany sposób niż tu opisuję. Ta wersja jest dla osób wyjątkowo leniwych. Lub tak głodnych, że nie mają czasu nawet pokroić cebuli. Ja czasami należą do obydwóch kategorii. W każdym razie, taki sos jak poniżej jadam najczęściej. Uzupełnianie własnymi ulubionymi przyprawami mile widziane.

Sos pomidorowy

Składniki:
2-3 porcje

puszka krojonych pomidorów
2 łyżki oliwy
2 łyżeczki octu balsamicznego lub innego (byle nie spirytusowego ;)
łyżeczka cukru (lub do smaku)
sól, pieprz, papryka ostra, słodka
zioła świeże lub suszone
ewentualnie: zmiażdżony ząbek czosnku


Wykonanie:

Bierzemy garnek, wrzucamy do niego puszkę krojonych pomidorów i wszystkie pozostałe składniki (jeśli używamy świeżych ziół, to dodajemy je na samym końcu). Mieszamy. Gotujemy. Możemy pomieszać od czasu do czasu. Teraz stawiamy makaron. Kiedy będzie gotowy zdejmujemy z ognia i sos, ewentualnie doprawiamy. I już.

Uwaga: sos gotuję zwykle na dość dużym ogniu, żeby szybko zgęstniał, ale pod przykryciem, bo okropnie pryska.

piątek, 10 września 2010

Czytanie etykiet



Właściwie to nie wiem, kiedy zrobiłam to po raz pierwszy. Może wtedy, kiedy przeczytałam, że curry ma nadać potrawie ostrość, a nie słoność, więc w dobrej mieszance nie powinno być soli? A już na pewno wtedy, kiedy wyczytałam gdzie indziej, że należy się dobrze przypatrzeć puszce z pomidorami, bo oprócz pomidorów mogą być tam jeszcze cukier i sól, a te możemy sobie przecież dodać sami. W każdym razie, wzmocnione licznymi ostatnio kampaniami medialnymi, narasta we mnie przekonanie, że etykiety czytać warto.

Powiedzmy to jasno: nie zamierzam się ekscytować tym, że coca-cola zwiera tonę cukru i prawdopodobnie jest to (oprócz wody) mający najwięcej wspólnego z naturą element jej składu (uwaga: firma deklaruje, że wszystkie składniki są pochodzenia naturalnego). Piję colę, bo lubię, jestem świadoma tego, że już dawno nie sprzedają jej w aptekach jako panaceum na wszelkie dolegliwości. A do tego, jeśli miałabym jeszcze jakieś złudzenia, dzięki dobroczynnym regulacjom prawnym każda butelka informuje mnie, ile kalorii i innych obrzydliwości z każdym łykiem dobrowlnie w siebie wlewam.*

Wracając do sedna, chodzi mi o to, że od niektórych artykułów nie można oczekiwać, że będą zdrowe, niskokaloryczne, naturalne i eko: coca-cola bez cukru nie jest coca-colą, czekolada bez tłuszczu przestaje być czekoladą, a jogurt nie jest śmietaną 36%. Jeśli ktoś lubi produkty light, proszę bardzo, dla mnie jednak redukcja liczby kalorii nie rekompensuje redukcji smaku. Często jednak to, co jest napisane na etykiecie ma znaczenie. Jako świadoma konsumentka, chcąca zaopatrzyć się w słoiczek miodu, postanowiłam za wszelką cenę uniknąć takiego, który wyprodukowały karmione antybiotykami chińskie pszczoły. Nie było łatwo.

Jako konsumentka nie tylko świadoma, ale i niezbyt rozrzutna (hmm...), poszukiwania zaczęłam oczywiście od mojego supermarketu. Wszystkie etykiety, a słoiczków na półce było niemało, oferowały mi mieszankę miodów polskich i pochodzących z unii (bądź spoza unii) europejskiej. Nie miejcie złudzeń, nawet te firmowe. Literki ogłaszające te hiobowe wieści były wszędzie tej wielkości, jakby wstydziły się swego istnienia. Ok, pomyślałam, zobaczmy na dział ekologiczny: był miód z Nikaragui. To chyba potraktowano jako zaletę, bo było wytłuszczone i umieszczone na rzucającej się w oczy części opakowania. Ale ja chciałam zwyczajny polski miód. POL-SKI. Kupiłam go w końcu następnego dnia w Sklepiku Benedyktyńskim (chociaż informacja skąd dokładnie pochodzi też nie jest na nim zbyt obfita) i usatysfakcjonowana tym nabytkiem poniechałam już sprawdzania innych miejsc. Chociaż... miody w KK (kto nie wie, o co chodzi, tego odsyłam do wpisu o rożkach Babci Rózi) nie mają w ogóle oznaczenia pochodzenia, a w każdym razie nie doszukałam się go. Aby było rzetelnie, muszę napisać, że i w supermarkecie polski miód w końcu znalazłam, wiele zakupów po tym, jak był mi potrzebny. W zupełnie innym miejscu, z dala od pozostałych miodów. Ciekawa strategia.

Wbrew temu, o czym świadczyć mogą pełne poświecenia poszukiwania miodu, dzisiejsze danie, pieczone ratatouille, to nie było moje kulinarne marzenie. Moim marzeniem było prawdziwe ratatouille, ale jak wiadomo, takie musi gotować się absurdalnie długo, żadnego al dente, więc w czasie, kiedy moje prawdziwe ratatouille będzie bulkało sobie w garnku, ja potrzebowałam czegoś do jedzenia. Ilość argumentów za i przeciw pieczeniu była mniej więcej jednakowa. Przeciw: warzywka w wersji z grubsza saute to nie jest moja ukochana przekąska. Nadal, mimo licznych dowodów przemawiających za tą tezą, nie udało mi się samej siebie przekonać, że jarzyny są pyszne. Dwa: przepis jest zbyt prosty, żeby mógł oferować jakąś niespodziankę. Efekt będzie taki, że dostanę zwykłe niedopieczone warzywa – trudno mi było uwierzyć, że pół godziny w piekarniku wystarczy. Za: 1. danie pochodzi z mojej ulubionej książki Caramel Trish Deseine 2. Pieczenie to tylko 30 minut, czyli chwilka, w porównaniu z czasem, który poświęcę na krojenie, smażenie każdego z osobna, a potem godzinne duszenie warzyw na klasyczne ratatouille .

Niech żyje sceptycyzm i niedowiarstwo! To było naprawdę dobre. Słodko-czosnkowy smak przeniknął warzywa, które zjadłam z prawdziwą przyjemnością. Przyznaję, kawałek jakiegoś mięsa by temu nie zaszkodził, ale i tak było więcej niż dobrze. Polecam :)

*Nie mogę powstrzymać się od podzielenia się z Wami informacją, którą znalazłam na oficjalnej stronie coca-coli, a która raz na zawsze rozwiewa wątpliwości, czy napój rozpuszcza zęby. Odpowiedź: podobnie jak sok pomarańczowy!



Podaję zgodnie z przepisem, chociaż jeśli chodzi o ilości i proporcje, to wzięłam wszystkiego po prostu tyle, ile uznałam, że jestem w stanie zjeść. Jeśli lubicie słodkawe smaki, radzę dodać więcej miodu niż w przepisie. A na końcu, przed podaniem, warzywa dokładnie wymieszać z sosikiem, który się wytwarza – to w nim jest ukryty smak.

Szybkie ratatouille

Składniki:

1 bakłażan, pokrojony dość grubo wzdłuż, a powstałe plastry na kawałki mniej więcej 1/4 szerokości
2 cukinie, pokrojone jak wyżej
1 żółta i 1 czerwona papryka, pokrojona na paseczki
2 ząbki czosnku, obrane i posiekane
3 dojrzałe pomidory, pokrojone w ćwiartki
1 czerwona cebula, pokrojona w ćwiartki
3-4 łyżki oliwy
1 łyżka miodu (radzę więcej)
sól i pieprz


Dodatkowo:

trochę mniej niż pół kostki solonego masła (może być zwykłe, które się posoli)
1 ząbek czosnku, obrany, posiekany
1 łyżka posiekanego świeżego rozmarynu (dałam suszony)
bagietka (2 takie bardzo małe lub pół dużej)


Wykonanie:
  1. Nagrzać piekarnik do 180 stopni.
  2. Warzywa przełożyć do naczynia do zapiekania. Wymieszać razem oliwę, miód, czosnek, sól i pieprz. Polać tą mieszaniną warzywa i dobrze wymieszać, najlepiej rękami.
  3. Piec ok. 30 minut, co jakiś czas mieszając.
  4. Masło, czosnek, rozmaryn zmiksować. Przekroić bagietkę i posmarować otrzymaną pastą. Złożyć bagietkę, owinąć folią i piec obok warzyw ok. 15-20 minut aż chleb będzie złoto-brązowy.
  5. Ratatouille podawać na przystawkę z pokrojoną w plastry bagietką lub z pieczonym mięsem jako danie główne.

niedziela, 15 sierpnia 2010

Księżniczka Panzanella



Panzanella brzmi bardzo... romantycznie. I bajkowo. Jak imię jakieś księżniczki, która po wielu perypetiach znajdzie się w ramionach księcia, aby odjechać z nim na białym koniu w kierunku tęczy. Obowiązkowo przy akompaniamencie muzyczki znanej z czołówek produkcji Disneya.

Nieszczęśliwa Panzanella, przystojny i szlachetny książę Vignole, dobry, lecz jak to w bajce, pod pantoflem, król Inzimino i zła macocha Frittedda, to całkiem dobry pierwszy krok w kierunku stworzenia świetnej historii.

Ale chwilowo pora porzucić bajkopisarstwo, bo te interesujące słowa to w rzeczywistości nazwy dań, które odnalazłam w mojej niedawno odkurzonej książeczce o warzywach. A chociaż żadnego z nich, z wyjątkiem panzanelli, nie próbowałam, i nawet już nie pamiętam, jakie są ich składniki, to jednak to właśnie nazwa jest tym, co wyróżnia je spośród tak bezlitośnie bezpośredniego "bobu z szałwią duszonego w mleku", na przykład, do którego zresztą specjalnie kupione ziółko już jakiś czas spokojnie rośnie sobie na parapecie. Fakt, że jakieś danie zyskało nazwę jest szczególnie znaczący, bo mówi, że jest to danie z tradycją, warte wielokrotnego powtórzenia i zapamiętania, zasługujące na to, by po jednym słowie każdy zorientował się, o co chodzi i nawet trochę się rozmarzył. Mając w świadomości to wszystko, nie mogłam się księżniczce Panzanelli oprzeć, chociaż wymagała trochę zachodu (nieszczęsne obieranie papryki*) i zdobycia kilku składników. Czy ktoś zazdrości mieszkańcom Wielkiego Miasta, że na każdym rogu można znaleźć dowolny egzotyczny produkt krzyczący: wybierz właśnie mnie? Spróbujcie kupić anchois. Wszystkie te, niewielkie przecież, przeszkody zostały jednak w końcu pokonane, bo było to jednak nic, w porównaniu z ogromem nieszczęść, który mógłby spotkać prawdziwą Panzanellę.





Popełniłam jednak mały błąd – z braku octu z czerwonego wina dodałam balsamiczny, który uwielbiam, ale tutaj zdecydowanie nie pasuje, więc w tej kwestii trzymajcie się raczej przepisu. Poza tym, jak dzisiaj usłyszałam i co mogłabym przyjąć za swoje motto – gotowanie to nie apteka, składniki można więc trochę nagiąć do swoich potrzeb i smaków, ja tak właśnie zrobiłam, ale przepis podaję w oryginale. A księżniczka, nie dość, że smaczna, jest naprawdę piękna.

PS W przepisie na czarnolasową tartę podałam złe proporcje składników na ciasto – to znaczy, proporcje są dobre, czyli jeśli ktoś by się zdecydował na robienie, to wyszłoby w porządku, tylko robiłam z większej ilości, co już zostało poprawione.



Panzanella
źródło: River Cafe pocket books: Salads & Vegetables

Składniki:

500 g dojrzałych pomidorów, pozbawionych skórki
1 ząbek czosnku, obrany i zmiażdżony z łyżeczką soli morskiej
2 łyżki octu z czerwonego wina
1 papryczka chili, pozbawiona nasion i drobno posiekana (ja dałam suszone chili w płatkach)
1 ciabatta, bez skórki
1 czerwona i 1 żółta papryka, grillowane i pozbawione skóry, pokrojone na ćwiartki
50 g kaparów
10 filecików anchois
2 łyżki bazylii
oliwa z oliwek


Wykonanie:
  1. Pomidory pokroić na połówki, nad sitkiem (i miską) pozbawić nasion i mokrego środka. Do pomidorowego soku dodać czosnek, ocet, chili i 4 łyżki oliwy. Pomidory przyprawić solą i pieprzem.
  2. Chleb porwać na 3-4 centymetrowe kawałki, przełożyć do miski i polać sokiem z pomidorów. Chleb powinien być mokry, jeśli płynu jest za mało, należy dolać trochę wody.
  3. W naczyniu, w którym chcemy podawać sałatkę, rozłożyć warstwę chleba, na to część pomidorów, papryki, anchois i kaparów, skropić oliwą i ułożyć drugą warstwę z pozostałych składników. Na wierzchu rozrzucić bazylię i skropić oliwą. Sałatka najlepsza jest w temperaturze pokojowej, więc dobrze pamiętać o wcześniejszym wyjęciu produktów z lodówki.
*obieranie papryki: aby łatwo pozbawić paprykę skórki należy ją opalić na czarno: na grillu, patelni grillowej, trzymając na widelcu bezpośrednio nad gazem (nie polecam), podobno także w piekarniku, ale nie próbowałam; po czym przełożyć do plastikowej torebki, zamknąć i pozostawić do ostygnięcia. Z zimnej papryki skórka daje się zdrapać bez trudu. Wygodniej to zrobić dzień wcześniej.


środa, 20 stycznia 2010

Prawie jak... Pomidorowa


zupa pomidorowo-bananowa

Są takie przepisy, w których po prostu nie warto nic zmieniać, bo i tak nie będą lepsze. Nie chodzi do końca o smak, raczej o sentyment do określonej potrawy, wspomnienia z nią związane. Pewnie dlatego kluski/kotlety/rosół (niepotrzebne skreślić) robione przez mamę zawsze są najlepsze.

I tak jest również z zupą pomidorową.

Moją ulubioną robi się tak: pomidory pokroić na ćwiartki, udusić do miękkości w niewielkiej ilości wody, przetrzeć przez sitko (a nie miksować, bo wtedy zostaną różne farfocle). Doprawić solą i solidnym kawałkiem masła, jeśli trzeba, dolać trochę wody, chwilę pogotować. Zabielić śmietaną. W zimie pomidory można zastąpić tymi z puszki lub przecierem, ale to oczywiście nie to samo.

A jednak... pomidorowa aż zachęca do eksperymentów, a kiedy ma się przed sobą taki przepis jak dzisiejszy, to po prostu aż głupio go nie wypróbować, ciekawość zwycięża.

Pomidory i banany. Dziwne? Wszystkim smakowało, polecam :)

Zupa pomidorowo-bananowa
(przepis pani Pauliny Kupiec z Et Voilà)

Składniki:

1 puszka pomidorów (400 g)
2 duże banany
1 litr wody
1 łyżeczka curry
1 kostka rosołu z kury
30 g mąki
50 g masła
200 ml śmietany (opcjonalnie)
sól, pieprz


Przygotowanie:

Masło rozpuścić, dodać mąkę, wymieszać (ja robię to trzepaczką), podsmażyć chwilę, aż powstanie jasna zasmażka, dolać trochę wody i rozprowadzić mieszaninę w płynie, aby uniknąć grudek. Dodać kostkę rosołową, pomidory, pokrojone w plasterki banany, curry, resztę wody (ja lubię bardzo gęste zupy, więc dałam trochę mniej niż litr). Gotować 15-20 minut, a następnie zmiksować. Doprawić solą i pieprzem, wymieszać ze śmietaną.

zupa pomidorowo-bananowa

czwartek, 30 lipca 2009

Nowe spojrzenie na makaron z sosem ze świeżych pomidorów




Makaron przygotowany według tego przepisu, nie jest w sumie aż taki banalny, jak mi się początkowo wydawało. Urozmaicenie wnoszą feta, ostra papryczka i czerwony ocet. Nie trzeba wcale udawać się do kuchni, żeby wiedzieć, że jest to 100% pewniak. Jednak to wcale nie smak (chociaż naprawdę niezły) spowodował, że zdecydowałam się zaprezentować Wam to danie. Pozwólcie, że zacytuję (tłumaczenie z francuskiego, to ważna informacja):

Makaron z sosem ze świeżych pomidorów
dla 4 osób

Przepyszne danie, przygotowanie którego trwa krócej, niż otwarcie butelki wina.

Czy życie nie jest natychmiast piękniejsze, jeśli czas odmierza się otwieraniem butelek wina? Od razu pomyślałam, jakby to mogło być w wersji polskiej i pierwsze, co wpadło mi do głowy, to:

Przepyszne danie, którego przygotowanie trwa krócej, niż zagotowanie wody na herbatę.

Opijam się herbatą bez opamiętania, ale sami przyznacie, że brzmi to jednak zupełnie inaczej. Polecam więc ten prosty makaron, koniecznie z butelką wina, a zobaczycie, że ten zwykły czwartek od razu nabierze sobotniego charakteru.



Makaron z sosem ze świeżych pomidorów
przepis z: Recettes légerès, wyd. Marabout
(dla 4 osób)

Składniki:

375 g świeżych płatów lazanii, pociętych na wstążki (nie wiem czy takie można u nas w ogóle dostać, zamiast tego dobre będą tagliatelle, pappardelle albo po prostu to, co lubicie)
1 łyżka oliwy z oliwek

6 średnich pomidorów obranych ze skórki i pokrojonych w grubą kostkę
3 gałązki bazylii, grubo posiekanej
2 ząbki czosnku
2 łyżeczki octu z czerwonego wina (dałam balsamico)
1 ostra tajska papryczka, drobno posiekana
80 g pokruszonej fety


To był przepis z książeczki z "lekkimi" daniami, więc jeśli Wam na tej lekkości bardzo nie zależy, sugeruję zwiększyć ilość oliwy i fety.

Przygotowanie:
  1. Makaron ugotować, odcedzić, wymieszać z połową oliwy.
  2. W osobnym naczyniu wymieszać pomidory, bazylię, czosnek, resztę oliwy, papryczkę. W przepisie nie ma o tym mowy, ja jednak dodałam sól i pieprz. Jeżeli aż tak bardzo się nie spieszycie, myślę, że fajnie dać tej mieszance chwilę czasu na przegryzienie.
  3. Makaron rozłożyć na talerzach, na makaronie rozłożyć sos, posypać pokruszoną fetą. Gotowe.

czwartek, 23 lipca 2009

Alu kofta. Jak ziemniaki i kalafior, to nie tylko z jajkiem




Moja siostra wyprowadza się z domu do innego miasta. Przed wyjazdem powiedziała, że mam wreszcie napisać o czymś łatwym, żeby miała co gotować. A ja na to, że wszystko tu jest łatwe. A ona, że tak, ale...

No a ja wiem, bo też nie zawsze jem to anchois czy suszone pomidory. Więc dzisiaj będzie swojsko i bez wydziwiania. Zgodnie z życzeniem, również wegetariańsko. Kalafior i ziemniaki.

Mała dygresja, bo nie mogę się powstrzymać. Czy zauważyliście, jaki kalafior jest piękny? Jak mu się przyjrzeć z bliska, to cały składa się z malutkich białych kwiatuszków. Pomysł na relaks: wycieczka szkłem powiększającym po powierzchni kalafiora. A wiecie, że można go chrupać również na surowo?

Wracając do właściwej treści, dzisiejsze danie, to warzywne kulki alu kofta, podobne do tych, które jadłyśmy niedawno razem w indyjskiej restauracji. Tam były prawie wielkości piłek tenisowych i w sosie curry, u mnie są nieco mniejsze niż piłeczki do ping ponga (i tak jest, moim zdaniem, lepiej) i z sosem pomidorowym tym razem, ale na pewno pomyślę, jak odtworzyć ten z restauracji. Wersja, którą przyrządziłam wypadła bardzo łagodnie w porównaniu do oryginału, więc jeżeli lubicie ostre dania, proponuję dodać więcej przypraw niż w przepisie.

Więc dzisiaj na obiad: kalafior i ziemniaki. Czy o to chodziło?



Warzywne kulki alu kofta
przepis za: Kulinarny atlas świata. Indie południowe i środkowe (bezpłatny dodatek do Gazety Wyborczej)

Składniki:

Kulki:
Zrobiłam z trochę mniejszej ilości i wyszło ok. 15 kulek.
5 ziemniaków
pół kalafiora
10 dag mąki z ciecierzycy lub pszennej (dałam pszenną)
3 łyżki posiekanej świeżej kolendry (dałam pietruszkę)
sól
pieprz
garam masala
olej do smażenia


Sos:
1 kg posiekanych pomidorów bez skórki (m0gą być puszki, ja dałam jedną puszkę i moim zdaniem to wystarczy dla 3 osób)
1 łyżka ghee (dałam trochę oleju i trochę masła)
1 łyżeczka startego imbiru
1 łyżeczka kurkumy
1 łyżeczka kuminu
sól
pieprz
chili
1 mały jogurt


Wykonanie:
  1. Przygotować sos: do gorącego ghee dodać imbir i chili, jak zapachnie, dodać resztę przypraw i chwilę smażyć, mieszając. Dodać pomidory i dusić na małym ogniu, aż sos będzie gesty. Przetrzeć przez sitko*, wymieszać z jogurtem.

    *i ja to zrobiłam, chociaż moje sitko ma, naprawdę nie przesadzam, z sześć centymetrów średnicy. Jeśli po prostu zmiksujecie pomidory, to nie będzie to samo, bo nadal konsystencja nie będzie całkiem gładka, a o to chodzi, jeżeli sos ma idealnie obklejać kuleczki. Jeżeli więc nie chce Wam się przecierać, to moim zdaniem lepiej użyć przecieru pomidorowego (nie mylić z koncentratem!).

  2. Ziemniaki i kalafior podgotować na półtwardo. Zetrzeć na tarce z dużymi oczkami, wymieszać z resztą składników, dobrze wyrobić. Z masy formować kulki, smażyć w gorącym oleju na rumiano. Nie wiedziałam, jak głęboki ten olej ma być, więc smażyłam na takim na wysokość 1-1,5 cm i myślę, że było w porządku. Podawać z ciepłym sosem pomidorowo-jogurtowym. Jeżeli poprzedniego dnia przygotujecie sos i podgotujecie warzywa, to będzie to naprawdę szybki obiad.




piątek, 3 lipca 2009

Dzisiaj na obiad będzie makaron. Znowu?!




W krótkiej historii mojego bloga znowu spaghetti, oliwki, czosnek, anchois i pomidory, tyle, że suszone. Skoro jednak już puszkę z anchois otworzyłam, to muszę jej zawartość jakoś wykorzystać. Zapewniam Was, że efekt smakowy jest zupełnie inny od poprzedniego. W sosie wyraźnie czuć suszone pomidory, jest mocno czosnkowy i może Wam się początkowo wydać za słony. Nie przejmujcie się tym jednak, bo dodany do makaronu będzie w sam raz. Pewnie jest też dobry jako smarowidełko do grzanek, co z pewnością jutro sprawdzę z tym, co mi jeszcze zostało.

To kolejne danie 15 minutowe, idealne do przygotowywania w upały, bo tylko wrzucacie składniki do blendera i gotowe. Oczywiście, jeżeli przy tej temperaturze w ogóle macie ochotę na coś ciepłego.


Sos z suszonych pomidorów i anchois
ilość, którą podaję, jest może przesadnie detaliczna, ale tyle zrobiłam i było to ok. 1,5 porcji. Poza tym, oczywiście, potraktujcie proporcje orientacyjnie.

Składniki:

5 suszonych pomidorów*
5 czarnych oliwek
ząbek czosnku
3 fileciki anchois + olej z puszki
luźna garść świeżej bazylii
pieprz


*ja używam suchych suszonych pomidorów (do dostania w sklepach ze zdrową żywnością), wystarczy je namoczyć 10 minut w gorącej wodzie i odżyją. Dla lepszego efektu można je jeszcze zalać oliwą na jakiś czas. Zaletą takich pomidorów jest to, że na raz ma się tylko tyle, ile potrzeba, cały słoik to dla mnie za dużo, a nie lubię zbyt długo trzymać w lodówce otwartych rzeczy.

Wykonanie:
  1. Wszystkie składniku sosu zmiksować "pulsacyjnie", masa nie ma być gładka. Olej dolewać po trochu, sos nie powinnien być za rzadki, ale też niezbyt gęsty, bo nie rozprowadzi się dobrze po makaronie. Jeżeli oleju z puszki byłoby za mało, można dolać jeszcze oliwy z oliwek.
  2. Spaghetti ugotować wg przepisu na opakowaniu, wymieszać, zajadać.

wtorek, 30 czerwca 2009

Pancetta czy panchetta, czyli moje włoskie lato




Urlop w dającym się przewidzieć terminie stoi pod znakiem zapytania, ale na pocieszenie postanowiłam sobie zafundować (przynajmniej) całe lato z językiem włoskim. Strasznie się na to cieszę i jest to dobra okazja, żeby ugotować coś prawdziwie włoskiego. Autentyczność tego dania, makaronowego oczywiście, opiera się na tym, że przepis zdradził mi pewien Włoch. Z niewielkimi oporami, co prawda.

Jest to alternatywa dla sosu pomidorowego, zawierająca dwa ciekawe składniki: bułkę tartą w innej, niż panierka lub posypka do kalafiora, roli, i, chyba ciągle niedoceniane i niezbyt wykorzystywane w polskim (przynajmniej moim) gotowaniu, filety anchois. Dodatkowego plusa należy przyznać za to, że jest to sos, które spełnia podstawowe kryterium, kwalifikujące go na danie kategorii wracam-z-pracy-umieram-z-głodu, co u mnie jest przypadkiem właściwie codziennym – przygotowanie sosu trwa tyle samo (a nawet mniej), niż gotowanie makaronu.

A jak dowiedziałam się na pierwszej lekcji włoskiego, to pancetta (czyt. panczetta) to oczywiście włoski boczek, a panchetta (czyt. panketta) to mała ławeczka.

Makaron z pomidorami, anchois i bułką tartą

Składniki:
(dla jednej osoby)

1 średni pomidor
1-2 fileciki anchois
ząbek czosnku (lub trochę mniej/więcej, w zależności od Waszej dla niego sympatii)
6 sześć czarnych oliwek, pokrojonych
na ćwiartki
ok. 2 łyżki bułki tartej
80-100g spaghetti lub innego makaronu, który lubicie

Wykonanie:

  1. Pomidora sparzyć gorącą wodą, obrać ze skórki i pokroić niezbyt drobno. Jeżeli Wam skórka nie przeszkadza, to możecie nie obierać. Wykorzystanie pomidorów z puszki wchodzi w grę, ale samych pomidorów, po odlaniu soku.
  2. Na suchej patelni zrumienić bułkę tartą, odłożyć na talerzyk.
  3. Na tej samej patelni rozgrzać ok. łyżki oliwy z oliwek, wrzucić posiekany/starty/przeciśnięty przez praskę czosnek i anchois. Ja dałam ok. półtorej filecika, ale myślę, że dwa to byłoby optymalnie. Anchois nie trzeba siekać, rozpadnie się samo, wtedy dorzucamy pomidory i oliwki. Gotujemy jakieś 3-4 min., pomidory mają się raczej zagrzać, niż rozpaść. Nie solimy! Anchois powinno załatwić sprawę.
  4. Makaron stawiamy na ogniu równocześnie z początkiem przygotowywania sosu. Ugotowany, mieszamy z sosem i bułką tartą, trochę bułki zostawiając do dekoracji. I już. Od momentu, kiedy weszliście do kuchni, powinno upłynąć maksymalnie 15 minut, przy założeniu, że wodę zagrzeje czajnik elektryczny.