Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zupy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zupy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Wiosną rzodkiewka jest romantyczna



Nie jestem specjalnie odważna ani chętna do poznawania (pewnego rodzaju) nowych smaków i wcale nie zamierzam się tego wstydzić. Mrówki w czekoladzie, kurze dzioby i łapki albo nawet zwykłe flaki – nie, dziękuję. Może coś tracę, ale nie mam takiego wrażenia, bo pozostało ciągle mnóstwo rzeczy uważanych przeze mnie za potencjalnie pyszne, zanim będę musiała przejść do robactwa na słodko. Tak jak w każdej innej dziedzinie, tak i w kuchni wybieram ryzyko kontrolowane, dlatego moją największą ciekawość budzą niekonwencjonalne zestawienia dobrze znanych składników. Czyli tak dla pizzy z kalafiorem (okazało się to niezbyt fortunnym połączeniem) lub panny cotty z kukurydzą. Albo zupy z bakłażana, fasoli i sera ricotta z przepisu Jamiego Olivera, najbardziej mnie fascynującego przepisu z całej jego pierwszej książki.

[Teraz wzdycham]

W serialu „Downtown Abbey” (bo w końcu uległam jego urokowi) jest taka scena, w której jedna z bohaterek uczy się gotować i miesza coś w garnku a kucharka, bez spróbowania tego specyfiku, wyraża wątpliwość, czy da się to zjeść „bo tak nie może wyglądać cokolwiek, co nadaje się do jedzenia”. I to chyba najlepszy opis mojej biednej zupy. Lady Sybil zaczęła gotowanie od nowa, zupa Jamiego/moja w smaku była, mimo wszystko, nieszkodliwa (lecz nic ponadto), zjadłam bez przyjemność, nie potrafiąc wznieść się ponad to, że wygląda jak płynne błoto. Przepis podaję, ale zdjęcia, chociaż mam, to jednak nie pokażę.

W zamian przygotowałam dla Was coś o wiele ładniejszego i wymagającego wyjątkowo niewiele zachodu, a jednocześnie ekscytująco eksperymentalnego: romantyczną alternatywę dla marchewki z groszkiem lub kalarepką, wykonaną z rzodkiewki. W tej wersji subtelnieje zarówno kolor jak i smak rzodkiewki, a źródło pomysłu (o którym kiedy indziej) twierdzi, że jest nawet lepsza od warzyw klasycznie przygotowywanych w ten sposób. Ja się tak daleko nie posunę, ale na pewno warto spróbować.



Romantyczna rzodkiewka

Rzodkiewki pokroić na ćwiartki i ugotować (ok. 15 minut) w lekko osolonej wodzie. Większość wody odlać, rzodkiewki odrobinę posłodzić, dodać grudkę masła i oprószyć mąką, wymieszać i na chwilę postawić na ogniu, żeby mąka się "ugotowała" i całość zgęstniała. Osobno można przysmażyć na maśle bułkę tartą i polać nią rzodkiewki.
Pęczek rzodkiewek wystarczy jako dodatek do obiadu dla 2 osób.

Zupa z bakłażana, fasoli i sera ricotta albo zupa błotna
źródło: Oliver w kuchni

Składniki:
6 porcji

280 g fasoli namoczonej na noc
4 duże bakłażany
2 drobno posiekane ząbki czosnku
1-2 małe papryczki chilli drobno pokrojone (ja dałam suszone chilli w płatkach)
łyżka posiekanej świeżej bazylii
łyżka posiekanej świeżej pietruszki
ok. 560 ml bulionu drobiowego lub warzywnego
ok. 250 g sera ricotta


Wykonanie:
  1. Fasolę osączyć, zalać w garnku świeżą wodą, doprowadzić do wrzenia i gotować do miękkości, około 1 godziny.
  2. Bakłażany ponakłuwać nożem i piec w piekarniku przez 40 minut w najwyższej temperaturze, a następnie przekroić na połówki i wydrążyć miąższ ze środka.
  3. W garnku rozgrzać oliwę z oliwek, wrzucić papryczki, pietruszkę, bazylię i czosnek, chwilę smażyć. Dodać miąższ z bakłażanów, fasolę, wlać bulion i gotować przez 20 minut. Oddzielić połowę zupy i zmiksować ją na krem, połączyć z resztą, doprawić do smaku. Zupa powinna być kremowa i zawiesista, ale niezbyt gęsta. Na koniec dodać rozdrobnioną ricottę i zamieszać.
  4. Zupę nalewać do miseczek, spryskać oliwą z pieprzem i podawać ze świeżym chlebem.

środa, 5 października 2011

Zbytniogrzeczność odbiera apetyt



Dzieci, już na jednym z pierwszych etapów edukacji domowej, poznają trzy magiczne słowa: proszę, przepraszam, dziękuję.

I nie znajduje się wśród nich smacznego! Jednak wszystkie (duże, dorosłe, powiedziałabym nawet) dzieci zdają się je znać i używać z częstotliwością większą nawet niż wyrazy wchodzące do zestawu w wersji podstawowej. W moim ostatnim mieszkaniu terror mówienia „smacznego” panował do tego stopnia, że jedna ze współlokatorek, kursując o poranku między łazienką a swoją sypialnią, całkiem jeszcze półprzytomna, tylko spoglądając do kuchni, w której jadłam śniadanie, potrafiła zakrzyknąć to straszne słowo. A mnie, pomiędzy właśnie wkładanym do buzi kęsem, a „dziękuję”, wszystko rosło w ustach.

Każda trauma ma swój początek i przyczynę. Z niektórych z nich można sobie nie zdawać sprawy (i wtedy przydaje się pomoc psychoanalityka), ale inne są dla nas zupełnie jasne. Problem „smacznego” ma imię mojego kolegi B. (to nic nie szkodzi, jeśli to czyta, bo i tak o tym świetnie wie) i trwa od czasów liceum.

Nie pamiętam, od czego dokładnie się zaczęło. Pewnie ktoś komuś życzył smacznego podczas drugośniadaniowej kanapki i B. zakwestionował sens wymiany takich uprzejmości. Na dodatek, potem jeszcze sprawdził, co na ten temat mówią zasady savoir vivre'u.

No i mówią, że zbyt eleganckie słówko to to nie jest. Używanie go stanowi, hmm..., nie wiem do końca, jak to wyrazić, przejaw prostoty obyczajów, a my przecież chcemy być wyrafinowani i światowi. Ostatecznie, w domowych warunkach jest do przyjęcia, ale i tu obowiązują pewne zasady, tylko nie wiem teraz, która jest prawidłowa: nie należy mówić smacznego komuś, kto je posiłek przygotowany przez siebie? (ku temu się raczej skłaniam) Albo: nie należy życzyć smacznego osobom, które jedzą posiłek przygotowany przez nas? Jednak najlepiej nie mówić w ogóle.

Być może zupełnie nie wiecie, dlaczego o tym piszę i sądzicie, że przesadzam. Ale ten zestaw głosek układający się w „smacznego” wywołuje we mnie dreszcze i nic na to nie poradzę. Chociaż, jeszcze gorzej jest wtedy, kiedy tym wszystkim uprzejmym osobom muszę ich grzeczność odwzajemnić.

Koniec na tym, może przemawia przeze mnie tylko mizantropia (co z kolei kwalifikuje się chyba na kozetkę psychoanalityka), a żeby udowodnić Wam, że nie jest tak źle, proponuję pyszną i zdrową zupę z dyni. Prosty sposób na to, żeby okazać komuś sympatię, nie wysilając się zanadto (przynajmniej od tego momentu, jak rozkroicie już dynię).

PS Czy ktoś wybiera się na Blog Forum do Gdańska?



Zupa z dyni z pikantnymi pestkami
5-6 porcji

zupa:
700 g dyni, obranej i pokrojonej
1 cebula
25 g masła
sól, pieprz, gałka muszkatołowa


pestki:
50 g pestek dyni
1 łyżeczka mielonej kolendry
1 łyżeczka mielonego kuminu
0,5 łyżeczki chili (lub więcej, jeśli lubicie ostre)
0,5 łyżki oliwy
sól


dodatkowo:
kubeczek jogurtu naturalnego
40 g sera z niebieską pleśnią


Wykonanie:
  1. Cebulę obieramy i siekamy (ale bez przesady, potem i tak się zmiksuje). Masło rozpuszczamy w sporym garnku, wrzucamy cebulę i szklimy. Dodajemy dynię, chwilę podsmażamy, mieszając. Dolewamy tyle gorącej wody, by kawałki dyni swobodnie sobie pływały. Solimy i gotujemy ok. 10-15 minut, aż dynia będzie miękka. Miksujemy. Doprawiamy solą, pieprzem i gałką, jeśli trzeba, dolewamy trochę wody - wtedy zupę dobrze jeszcze raz zagotować.
  2. Kiedy dynia się się gotuje, mieszamy jogurt z serem i przygotowujemy pestki dyni. Na patelni prażymy przez chwilę przyprawy, po czym dodajemy pestki oraz oliwę i mieszamy, aż pestki dobrze się pokryją przyprawami i lekko zarumienią. Na końcu solimy, mieszamy i koniecznie zdejmujemy z patelni (bo inaczej dalej będą się na niej prażyć, nawet po wyłączeniu gazu).
  3. Do miseczek nalewamy zupę, dodajemy hojnie jogurtu i posypujemy pestkami. Smacznego?

piątek, 21 stycznia 2011

Nóżki po japońsku



(Moje) bose stopy z cokolwiek już odpryskującym lakierem to, przyznaję, nie do końca apetyczny temat na zdjęcie tytułowe dlatego, po namyśle, postanowiłam umieścić je jednak poniżej. Oczywiście jest jednak na temat, bo tym razem nie tylko rączki, ale i stópki przyczynią się do powstania niezwykłych pyszności. Mam nadzieję, że jesteście już ciekawi, co będzie dalej.



Wykorzystanie stóp do przygotowania jedzenia nie jest właściwie niczym nowym, przydają się chociażby do ugniatania kapusty (na kiszoną) i winogron (na wino). A nam posłużą do zrobienia makaronu, a dokładnie, japońskiego makaronu udon. Ten zadziwiający przepis pochodzi z książki „Japońska kuchnia domowa Harumi” („Harumi’s Japanese Home Cooking”), o której zaczęłam już trochę opowiadać przy okazji japońskiego schabowego.

Zacznę od tego, co podoba mi się w niej najmniej: szata graficzna. Niby wszystko ok, ale daleko od wow. Zdjęcia ładne, przepełnione światłem, jednak brakuje im tego czegoś, co zwykłą fotkę potrawy zamienia w fotografię artystyczną. Może brzmi to jak oczekiwanie przerostu formy nad treścią, ale mam nadzieję, że wiecie, o co mi chodzi. Znalazło się na szczęście coś, co te mankamenty usuwa w cień: osobowość autorki, Harumi Kurihary. Z okładki uśmiecha się bardzo szczupła, wyglądająca na co najmniej dwadzieścia lat mniej niż ma w rzeczywistości, osoba, którą Wikipedia nazywa „japońską Marthą Stewart”. O ile jednak Martha kojarzy mi się przede wszystkim z oczekiwaniem dążenia do nieosiągalnego ideału, Harumi wydaje się osobą ciepłą i sympatyczną, chcącą podzielić się z nami częścią swojej kultury. Zamiast onieśmielać nas rozwodząc się nad skomplikowanymi technikami i bogatymi tradycjami swojej kuchni, opowiada o niepewności z jaką podchodziła do pisania po angielsku, gdy jej znajomość tego języka była ledwie „szkolna”. A swojej książce nadała przyjazny podtytuł „Proste, eleganckie przepis dla współczesnych gustów”. Ta publikacja to fajny ukłon w stronę zachodniego czytelnika, nienadęty, prezentujący z jednej strony dania, które mnie wydają się typowo japońskie (= znane z książek Murakamiego), ale można też znaleźć europejsko-japońskie fusion, która pozwoli na zapoznanie się z tematem osobom nie całkiem przekonanym do surowych ryb i glonów (jak ja).

Makaron udon to właśnie takie niekontrowersyjne w smaku danie, które wybrałam oczywiście ze względu na szałowy sposób przygotowania. Podskakiwać na czymś, co za chwilę będzie się jadło, jeszcze mi się nie zdarzyło. Początkowo miałam w planach zrobić sobie do tego i japońską zupkę, jednak po powąchaniu (i spróbowaniu) rybnego bulionu dashi zrezygnowałam z jego dalszej obróbki i postanowiłam to wtajemniczenie zaliczyć kiedy indziej, decydując się na wyjątkowo einfachowy rosołek (czyt.: z kostki, na więcej nie było już czasu) klimatycznie doprawiony chili, dymką i sosem sojowym. Ale jeśli miałabym Wam polecić jakieś danie z domowym udonem, to wybieram zrobiony nazajutrz makaron z tuńczykiem.



Domowy udon
źródło: Harumi's Japanese Home Cooking

4 porcje*

szklanka wody
5 łyżeczek soli
3 ½ szklanki mąki chlebowej (dałam zwykłą)
1 ½ szklanki zwykłej mąki pszennej
dodatkowo mąka do podsypywania


*moim zdaniem ta porcja wyżywi 6-8 osób, robiłam z połowy

Wykonanie:
  1. Sól rozpuścić w łyżce wody (będziecie prawdopodobnie potrzebować więcej). Następnie połączyć z resztą wody. W misce wymieszać obydwa rodzaje mąki, dodać osoloną wodę i zagnieść ciasto. Ja ostatecznie musiałam dolać znacznie więcej wody niż w przepisie, żeby powstała zwarta kula. Zagniatać ciasto, wciskając w dno miski, aż składniki dobrze się połączą.
  2. Ciasto przełożyć na stolnicę i zagniatać jeszcze 5-10 minut. Następnie włożyć do plastikowego worka i owinąć ręcznikiem. Położyć na podłodze i wejść na ręcznik, tak, by ciasto w środku się rozpłaszczyło.
  3. Podnieść ciasto z podłogi, wyjąć z worka, rozwałkować, złożyć (nie jest dokładnie napisane jak, ja składałam na pół i jeszcze raz na pół) i z powrotem włożyć do worka, owinąć w ręcznik, położyć na podłodze itd., powtarzać przez 15-20 minut, aż ciasto będzie gładkie. Ponownie włożyć ciasto do worka i pozostawić na 3-4 godziny.
  4. Po tym czasie ciasto wyjąć, uformować w kulkę, ponownie włożyć do worka i owinąć w ręcznik, położyć na podłodze, wejść na pakunek i starać się jak najbardziej rozpłaszczyć ciasto, np. obracając się na piętach o 360 stopni albo w każdy sposób, jaki przyjdzie Wam do głowy.
  5. Stolnicę oprószyć mąką, położyć ciasto (jeśli robicie z całej porcji radzę Wam podzielić się na dwie części) i rozwałkować na kwadrat, o grubości ok. 3 mm.
  6. Ciasto złożyć na trzy (w taki sposób, jak złożylibyście kartkę papieru, by włożyć ją do koperty). Ciasto powinno mieć ok. 10 cm szerokości. Kroić je na ok. 3 mm paski (jak świetnie widać, moje są odrobinkę szersze). Jeśli kluski by się sklejały, podsypać mąką.
  7. W dużym garnku rozgrzać wodę i wrzucić do niej udon. Pałeczkami porozdzielać sklejony makaron. Kiedy woda zacznie się ponownie gotować, dolać filiżankę wody, by obniżyć temperaturę – tak należy zrobić za każdym razem, gdy woda zaczyna wrzeć. Gotować 6-7 minut.
  8. Ugotowany makaron przełożyć na sito i przelewać zimną wodą, aż ostygnie. Kiedy będzie się już dało go dotknąć, rękami rozdzielać pasma.
  9. Aby podgrzać makaron, ponownie należy umieścić go w sicie i polewać gorącą wodą z czajnika, aż się zagrzeje.




czwartek, 11 listopada 2010

Food porn i kwestia rosołu



Lubicie widok kogoś oblizującego palce? W wersji na żywo uważam to za niedopuszczalne (chociaż często sama tak robię, ale przecież na siebie nie patrzę). Jeśli jednak robi to, na przykład, Nigella, a tej kontrowersyjnej czynności towarzyszą jej zmysłowe pomruki, ma moją aprobatę. Nic więc dziwnego, że oblizywanie palców na szklanym ekranie stało się częścią bardzo lukratywnego biznesu: food porn.

Ten intrygujący termin, jakże przyjemnie sugerujący, że nawet takie grzeczne dziecko jak ja, może mieć do czynienia z czymś trochę mniej grzecznym, ale niebezpiecznym tylko tak bardzo, jak posługiwanie się palnikiem do crème brulée, został przetłumaczony na polski jako gastro porno. W tym kształcie wydaje mi się równie oddziałujący na wyobraźnię jak zakład zbiorowego żywienia. Jak powiedziała niegdyś J.: gastryczne, to są problemy.

Food porn w brzmieniu oryginalnym to zupełnie co innego. Hasło jest bardzo chwytliwe, ale takie skojarzenia mają podstawy naukowe. Okazuje się, że perspektywa jedzenia i seksu wywołuje podobne reakcje fizjologiczne. Zróbcie szybki rachunek sumienia, ale mnie wydaje się to sensowne. Jęki i pomruki towarzyszące oblizywaniu palców stają się nagle zupełnie zrozumiałe.

Food pornowi został poświęcony jakiś czas temu cały odcinek mojego ulubionego programu „Bez rezerwacji”, prowadzonego przez czarującego Anthony’ego Bourdain’a. Tak, wiem, facet jest aroganckim i cynicznym (byłym?) ćpunem, ale poczucie humoru i dystans do siebie powodują, że mu wybaczam. Jeśli miałabym omawiać cały odcinek, ten post nie skończyłby się nigdy, przejdę więc od razu do potrawy, która wzbudziła w proponowanym przez A. B. zestawie moje największe wątpliwości: rosół Fo – pierwowzór kwintesencji studenckiego (czyt. byle jakiego) jedzenia, makaronowych zupek chińskich instant. Tak mi się zdaje, że Bourdain bywa na kacu znacznie częściej niż ja i dlatego ten tradycyjnie dla Wietnamczyków śniadaniowy rosołek wydaje mu się (ale nie mnie) darem niebios. Mimo tego, postanowiłam zrozumieć. Niechętnie trzymam cokolwiek w garnku dłużej niż pół godziny, początkowa wersja zakładała więc nieco oszukiwania. W takiej chwili warto sobie powiedzieć: halo, stop, chcesz wiedzieć, czy rosół jest podniecający czy nie? Chciałam, ale... zdecydowałam się na wersję wegetariańską, czego, jestem pewna, Anthony nigdy by nie zrobił.

Było tak: w rosole najważniejsze jest, żeby był gorący. A po sesji fotograficznej mój już nie był. Z tego powodu moja opinia na jego temat może nie być taka, jak by była w innych okolicznościach, a brzmi: jest to zamiennik bijący na głowę chińską zupkę, ale cud nie nastąpił. Pewnego innego dnia wzięłam po prostu, o zgrozo, paczkę włoszczyzny z marketu, wrzuciłam ją do wody (obraną i umytą ;) i gotowałam 40 minut. Koniec. Kropka. Moim zdaniem kolosalnej różnicy między moim leniwym wywarem a przecedzanym na różne sposoby Fo według przepisu nie było, a znacznie mniej zawracania głowy. Ugotowanie rosołu warzywnego pewnie nie wydaje Wam się tak ważkim osiągnięciem kulinarnym, by się nimi publicznie chwalić, ale nigdy wcześniej tego nie robiłam (tak, tak), bo sądziłam, że bez mięsa w ogóle nie ma sensu. Teraz przynajmniej wiem, że się myliłam.

Więc jak to jest z rosołem Fo? Fajna alternatywa dla zwykłego rosołu i na pewno powtórzę (chociaż w szybkiej, nie mylić z instant, wersji), ale cóż, to, hmm, tylko? (aż?) rosół.



Wegetariański rosół Fo
wg Agnieszki Kręglickiej

Składniki:
6 porcji

2 kg włoszczyzny oczyszczonej i pokrojonej na kawałki
3 listki laurowe
8 ziarenek pieprzu
4 ząbki czosnku
5 cm korzenia imbiru
sól
2 cebule
pęczek natki pietruszki


dodatki:

makaron ryżowy, groszek cukrowy, szpinak, kiełki fasoli, kolendra, dymka, mięta, ostre papryczki, sos sojowy, olej sezamowy, sos rybny i tak dalej według fantazji.

Wykonanie:
  1. Wszystkie składniki, bez cebuli i natki pietruszki, zalać trzema litrami zimnej wody i zagotować. Zmniejszyć gaz, delikatnie posolić i gotować na małym ogniu ok. 40 min.
  2. Cebulę pokroić na ćwiartki, przypalić nad ogniem i razem z natką wrzucić do rosołu. Gotować kolejne pół godziny. Odczekać 10 minut, a następnie odcedzić. Gotować sam płyn, odkryty, aż zostanie ok. 1,5 litra gotowego rosołu.
  3. Makaron zalać do zmięknięcia, a następnie odcedzić i rozłożyć do misek. Tuż przed podaniem, do gorącego rosołu wrzucić groszek cukrowy, szpinak i kiełki.
  4. Rozlać do misek, a obok postawić pozostałe składniki, niech każdy dodaje wszystkiego według uznania.
  5. Mój rosół, chociaż prezentuję go dopiero teraz, powstał jakiś czas temu i nie do końca pamiętam, jaką zastosowałam magiczną mieszankę dodatków. Wydaje mi się, że były to: ogórek, dymki, czerwona cebula i zwykły makaron spaghetti. Przed zagotowaniem rosołu podsmażyłam na oliwie paprykę w płatkach, imbir i pewnie coś jeszcze, zalałam to rosołem i zagotowałam. Wyłącznie warzywna, beztłuszczowa chudzina nie wydaje mi się przekonująca.

środa, 20 stycznia 2010

Prawie jak... Pomidorowa


zupa pomidorowo-bananowa

Są takie przepisy, w których po prostu nie warto nic zmieniać, bo i tak nie będą lepsze. Nie chodzi do końca o smak, raczej o sentyment do określonej potrawy, wspomnienia z nią związane. Pewnie dlatego kluski/kotlety/rosół (niepotrzebne skreślić) robione przez mamę zawsze są najlepsze.

I tak jest również z zupą pomidorową.

Moją ulubioną robi się tak: pomidory pokroić na ćwiartki, udusić do miękkości w niewielkiej ilości wody, przetrzeć przez sitko (a nie miksować, bo wtedy zostaną różne farfocle). Doprawić solą i solidnym kawałkiem masła, jeśli trzeba, dolać trochę wody, chwilę pogotować. Zabielić śmietaną. W zimie pomidory można zastąpić tymi z puszki lub przecierem, ale to oczywiście nie to samo.

A jednak... pomidorowa aż zachęca do eksperymentów, a kiedy ma się przed sobą taki przepis jak dzisiejszy, to po prostu aż głupio go nie wypróbować, ciekawość zwycięża.

Pomidory i banany. Dziwne? Wszystkim smakowało, polecam :)

Zupa pomidorowo-bananowa
(przepis pani Pauliny Kupiec z Et Voilà)

Składniki:

1 puszka pomidorów (400 g)
2 duże banany
1 litr wody
1 łyżeczka curry
1 kostka rosołu z kury
30 g mąki
50 g masła
200 ml śmietany (opcjonalnie)
sól, pieprz


Przygotowanie:

Masło rozpuścić, dodać mąkę, wymieszać (ja robię to trzepaczką), podsmażyć chwilę, aż powstanie jasna zasmażka, dolać trochę wody i rozprowadzić mieszaninę w płynie, aby uniknąć grudek. Dodać kostkę rosołową, pomidory, pokrojone w plasterki banany, curry, resztę wody (ja lubię bardzo gęste zupy, więc dałam trochę mniej niż litr). Gotować 15-20 minut, a następnie zmiksować. Doprawić solą i pieprzem, wymieszać ze śmietaną.

zupa pomidorowo-bananowa

poniedziałek, 23 listopada 2009

Drugie powitanie kasztanów


zupa kasztanowa

Niektórzy jesienią czekają na dynię. A inni na beaujolais nouveau (już jest!). Ja znowu, po ich pierwszej, wrześniowej fali, czekałam na kasztany. Tym razem te jadalne.

Do zeszłego roku jadłam je tylko raz, było to raczej dawno, tata kupił je nam na jakimś salonie samochodowym (precyzyjniej: przed halą, w której odbywał się salon samochodowy ;)

Oczywiście, będąc na Placu Pigalle, także ich wypatrywałam. Kasztanów nie było (nic dziwnego, w lipcu?), a sam plac okazał się zupełnie nieciekawym miejscem, jeśli miał jakieś walory estetyczne, całkowicie przesłoniły je roboty drogowe.

W zeszłym roku odkryłam, że cena kasztanów jest, w przeciwieństwie do trufli lub foie gras, które Wam zaraz również zaproponuję, całkiem przystępna, a przygotowanie szybkie i proste. Na początek należy je umyć, wrzucić do naczynia z wodą, te, które wypłyną, wyrzucić. Resztę wysuszyć, zrobić w nich nożem nacięcie, wstawić na 20 minut do piekarnika. Jeść. Poparzone palce znajdują się w programie atrakcji towarzyszących.

Tym razem, na początek sezonu kasztanowego postawiłam być bardziej ambitna i spróbować czegoś więcej niż pieczenia.

Nie bez obaw przystąpiłam do gotowania kasztanowej zupy. Najgorsza wersja była taka, że otrzymam szarawą breję o smaku gotowanej śmietany. Najlepsza – to pozostawało intrygującą zagadką.

Nie ma co ukrywać, wyszła szarawa breja. Jednak bardzo kremowa i delikatna, o interesującym i niespotykanym smaku; po zjedzeniu pierwszej porcji zdecydowanie miałam ochotę na dokładkę. Zanim jednak zacznę popisywać się tym daniem przed rodziną, muszę lepiej opanować sztukę obierania kasztanów – przy 30 dkg zajęło mi to chyba z godzinę, jeśli więc macie jakiś magiczny sposób, który ten czas skróci, podzielcie się, proszę.

Update: Dzięki Arkowi wiem, że należy kasztany naciąć na krzyż, a nie tylko byle jak dziabnąć. Dobrze też chwilę odczekać przed obieraniem, ryzyko poparzenia znacznie spada.

zupa kasztanowa

Zupa kasztanowa
(przepis i wszystkie informacje dotyczące kasztanów: Kuchnia nr 10/2008)

Składniki (na 6-8 porcji):

1 kg kasztanów
1 l rosołu z kury (użyłam z kostki)
6 listków selera (wrzuciłam kawałek selera korzeniowego)
pół małej gałki muszkatołowej, startej
1 l śmietanki
sól, pieprz

do przybrania: kawałek foie gras lub płatki trufli


Wykonanie:

  1. Kasztany wstępnie przygotować tak jak do pieczenia (wskazówki w tekście), po czym wrzucić do wrzącej wody i gotować pięć minut, odcedzić, obrać.
  2. Jedną trzecią kasztanów zmiksować*, dolać rosół, dodać listki selera (seler), gałkę, sól, pieprz gotować pół godziny. Po tym czasie wrzucić resztę obranych kasztanów (w całości), dolać śmietanę i gotować jeszcze 45 min.
  3. Uwaga! Zupa łatwo się przypala, więc radzę zmniejszyć ogień na ile można i często mieszać, całe kasztany lubią przywierać do dna garnka. Po jakimś czasie przestałam się przejmować i dogotowałam zupę do końca, a potem przelałam do innego garnka (z przeznaczeniem do odgrzania, jeśli jecie natychmiast., ta operacja jest zbędna). Co prawda proporcji przestrzegałam na oko, ale okazało się, że to co mi wyszło jest okropnie gęste i płynu trzeba było dolać więcej, niż sobie wyliczyłam.
  4. Podawać z plasterkiem foie gras albo płatkami trufli. Ja wyjątkowo nic takiego nie miałam, więc zjadłam bez.
*nie bardzo wiedziałam jak, w końcu są jeszcze całkiem twarde, dolałam więc bulionu, po czym po pogotowaniu ich trochę zmiksowałam ponownie, na wszelki wypadek, żeby jakieś oporne kawałki nie zakłóciły mi potem idealnej kremowości, bo taka grudkowa skaza to przeżycie z gatunku słuchania dźwięku gwoździa na szkle.

zupa kasztanowa

środa, 21 października 2009

Rozgrzewająca zupa indyjska


rozgrzewająca zupa indyjska

Zaczęło się na dobre. To już nie jest ta krygująca się jesień, co jeszcze trochę poświeci słoneczkiem, podroczy się zimnym porankiem, ale w dzień temperatura jest prawie letnia i zabrany na wszelki wypadek sweter tylko przeszkadza. Teraz już nie. Powietrze jest wilgotne i pełne zapachu butwiejących liści. Może i ma to swój urok, ale na pewno nie wtedy, kiedy trzeba rano wstać i w tym mglistym chłodzie się zanurzyć. A kiedy wraca się z tego szarego, przejmującego zimna, wszystko na co ma się ochotę, to talerz gorącej zupy. Gotowanie jej zaraz po powrocie jest jednak tak odpychające, że już lepiej chwycić kawałek bułki z byle czym, zalać herbatę i szybko wkraść się pod koc. Lepiej więc przygotować zupę dzień wcześniej.

Z tej zupy jestem bardzo dumna, bo wymyśliłam ją sama, w pamięci mając smaki i zapachy indyjskiej restauracji, w której kiedyś pracowałam. Po pewnym czasie poszłam do krakowskiej restauracji indyjskiej, gdzie zaserwowali... moją zupę. Chyba więc uzyskałam efekt, o który chodziło. Oczywiście, jak większość domowych potraw, składniki zwykle dobieram na oko, chociaż proporcje są mniej więcej takie, jak podałam, ale możecie je zmienić zgodnie z własnymi upodobaniami czy poeksperymentować z przyprawami. Niezależnie jednak od tego, ile czego wezmę, zupy zawsze wychodzi cały gar, ale to właściwie nie szkodzi, bo można zamrozić na chwilę, kiedy akurat nie chce Wam się gotować. Jest gęsta i rozgrzewająca, idealna na jesień i zimę, może stanowić właściwie cały zdrowy obiad, o ile przewidzicie jeszcze jakiś deser. Jeżeli widzę tu jakiś mankament, to obierania i krojenia jest sporo, za czym nie przepadam, ale zawsze można spróbować potraktować te czynności jako kuchenną psychoterapię.

jesień o poranku

Zupa indyjska

Składniki:
(ok. 6 porcji)

2 marchewki
2 cebule
4 ziemniaki
1 spora łyżka garam masali (ja dorzucam czasem dodatkowo trochę kuminu i kolendry)
8 łyżek czerwonej soczewicy
olej, masło lub ghee
bulion warzywny


Wykonanie:
  1. Warzywa obrać i pokroić na dość małe, ale niekoniecznie regularne, części.
  2. Na patelni rozgrzać ok. 2 łyżek oleju z łyżką masła, do jeszcze zimnego tłuszczu wrzucić garam masalę i ewentualnie resztę przypraw, chwilę posmażyć. Następnie dorzucić warzywa, dokładnie zamieszać, żeby pokryły się przyprawami. Smażyć chwilę, mieszając od czasu do czasu. Warzywa przełożyć do garnka po czym zalać taką ilością bulionu, żeby pokrył warzywa. Patelnię również zalać niewielką ilością wody, żeby odzyskać przyprawy, które do niej przywarły, płyn dolać do garnka. Gotować ok. 30 minut.
  3. Osobno ugotować w osolonej wodzie soczewicę . Trwa to jakieś 10 min. Odcedzić.
  4. Do miękkich warzyw dorzucić 1/3-1/2 soczewicy, zmiksować. Jeżeli zupa będzie za gęsta, dolać trochę wody, w razie potrzeby dosolić. Jeśli nie macie zamiaru jej jeść tego samego dnia, z dolewaniem wody poczekajcie do podawania, bo po leżakowaniu całą noc, dodatek wody i tak pewnie będzie konieczny.
  5. Nakładać porcje do miseczek, każdą udekorować łyżką odłożonej soczewicy. Podawać z chlebem (rzecz jasna, najlepiej indyjskim).

rozgrzewająca zupa indyjska
Jesienny poranek w drodze do pracy. Czasem nie bywa aż tak źle.

niedziela, 20 września 2009

Sezon jesień/zima 2009/2010 w mojej kuchni


Zupa cebulowa

Wrześniowe magazyny dla kobiet, w jeszcze większej części niż zwykle, składają się ze zdjęć chudych i bladych modelek, odzianych w to, co zdaniem kilku osób, powinni nosić wszyscy. Przynajmniej, jeżeli aspirują do jakiegoś poziomu. A ja, naiwna ofiara konsumpcyjnego stylu życia, uwielbiam to oglądać, przewracać kartki tam i z powrotem, starając się ułożyć jak najkrótszą listę tego, co chciałabym mieć.

Jeżeli jeszcze nie wiecie, uprzejmie informuję, że w tym sezonie, z zaledwie niewielkimi modyfikacjami, modne jest to, co zwykle, wkażdym razie zwykle od kilku lat. Asymetria, greckie drapowania, zwierzęce wzory, błyskotki, mundurki, motywy rosyjskie.

Jest to chyba oczywiste, ale czy świadomie zastanawialiście się kiedyś, że to, co jemy, też podlega modom?

Kiedy byłam dzieckiem, popularny niedzielny obiadek składał się z pieczonego kurczaka, ziemniaczków i sałaty (masłowej!) ze śmietaną. Pamiętacie? Później śmietana zaczęła pojawiać się równie często, jak sos vinegret z torebki. Trzy łyżki oleju, trzy wody, wymieszać, polać, wymieszać. A potem pojawiła się oliwa z oliwek. Po pewnym czasie okazało się, że koniecznie extra vergine i do tego niezbędny jest ocet balsamico. Wymieszać, doprawić, a otrzyma się pyszny i zdrowy sos do mieszanki sałat lub sałaty lodowej.

Niby ciągle można by przyrządzić taką masłową ze śmietaną, ale dzisiaj wydaje mi się to bardzo ekstrawaganckim pomysłem, a spróbowanie tego dania wymagałoby sporej odwagi.

Kilkakrotnie natrafiłam już na różnych guru od gotowania, którzy mówili, co zdaniem kulinarnych autorytetów, albo może tylko ich samych, dokładnie nie pamiętam, obecnie modnie wkładać do garnka i wykładać na talerz.

Pomyślałam, właściwie, ciekawy pomysł. Żeby nauczyć się czegoś nowego. Częściej jeść to, co lubię. Zmusić (o tak!) do gotowania zdrowiej. Postanowiłam jednak sama być swoim guru i tak powstała poniższa lista . Kulinarną czernią tej jesieni i zimy będą:

jabłka
kasze
kurczak (wszystko, tylko nie filet!)
kuchnia rosyjska
zupy

Zacznę od zupy. Jest naprawdę przepyszna. Dotychczas kawałki cebuli pływające w bulionie nie wydawały mi się zbyt apetyczne i zupę cebulową jadałam i gotowałam jedynie w wersji miksowanej. Dla tego przepisu robię wyjątek. Planowałam część zamrozić, na jakąś chwilę lenistwa, ale się nie udało. Czy jako zachęta wystarczy, jeśli napiszę, że jadłam ją trzy dni pod rząd?

Zupa cebulowa

Zupa cebulowa
przepis według tej strony

Składniki:
(dla 4 osób)

4-5 dużych cebul (białe lub czerwone, lub pół na pół – ja tak zrobiłam)
2-4 gałązki świeżego tymianku (dałam suszony)
3-5 listków laurowych
3-5 ząbków czosnku (nie dałam)
sól, pieprz
2-3 łyżki mąki
1-2 filiżanki (cups) wina*
8 uncji bulionu wołowego (moim zdaniem ok. 1,25 l, dałam warzywny)

do grzanek: bułka, żółty ser


*Spór białe czy czerwone trwa. Miałam czerwone i takie dałam.

Wykonanie:
  1. Cebulę posiekać, ogólnie rzecz biorąc, na takie kawałki, jakie macie ochotę jeść. Na ogniu rozgrzać sporą łyżkę masła, wrzucić cebulę, tymianek, liście laurowe. Nie mieszać, aż do momentu, kiedy cebula stanie się szklista. Dodać czosnek. Smażyć, już mieszając, dalej, jeżeli coś się lekko przypali, to nawet lepiej, skarmelizowane części nadadzą zupie smak. Dodać sól i pieprz.
  2. Nalać wino, gotować do momentu, aż prawie wyparuje. Jeżeli używaliśmy świeżych ziół, wyjąć je z cebuli. Posypać ok. 2 łyżkami mąki, wymieszać, gotować chwilę, aż mąka się wchłonie i straci surowy smak. Jeżeli jest to konieczne, można trochę rozprowadzić bulionem. Dodać resztę bulionu, gotować 20-30 min. bez przykrycia. Część płynu powinna wyparować, a zupa zgęstnieć. Jeżeli uznamy to za wskazane, dodać jeszcze trochę mąki, pamiętając, by rozprowadzić ja wcześniej w odrobinie wody lub bulionu.
  3. Bułkę pokroić w kromki, położyć na nie po plasterku sera. Zupę rozlać do miseczek, na każdej położyć po grzance (lub więcej, w zależności od wielkości grzanek i miseczek), zapiec w piekarniku, aż ser się rozpuści i zacznie bąbelkować. Można to też zrobić w mikrofalówce. Jak widać na zdjęciu, ja grzanki zrobiłam osobno, ale nie polecam, bo bułka za mało potem nasiąkała zupą.

Zupa cebulowa