Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia francuska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia francuska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 lutego 2011

Mont Blanc i inne szczyty



Uff… Wreszcie. Suche w środku. Niegąbczaste. Niespalone. Ślicznie połyskujące na perłowo-różowo-beżowo (może ktoś wie, jak oni to robią, że te sklepowe lśnią taką nieskazitelną, nienaturalną bielą? czy to osiągalne?). Bezy. Udało się.

Jeśli chodzi o Mont Blanc, to nie udajemy się wcale na jego szczyt, tylko przeciwnie, do słodkiego wnętrza. A niezdobyta przeze mnie aż do teraz góra, to właśnie niepozorny, nieduży kopczyk bezy.

Kolejne próby podejmowałam zawsze z niezmąconym optymizmem, trzymając daleko w niepamięci poprzednie razy i ich smutne efekty. I teraz przystąpiłam do pracy głęboko wierząc, że się uda, w końcu sojusznikiem była jedna z moich ukochanych książek My French Kitchen, z którą nawet przygoda z kapryśnym crème caramel zakończyła się sukcesem. W tych okolicznościach, czy w ogóle coś mogło pójść nie tak?

Owszem, mogę Wam zdradzić, dlaczego się udało (przynajmniej tak myślę), chociaż wytłumaczenie nie ma w sobie nic z magii: w odpowiedniej chwili przykryłam bezy folią i moje chmurki zamiast zyskiwać coraz większy stopień zrumienienia, przechodzący w miarę upływu czasu w nieapetyczną spaleniznę, otulone aluminiową kołderką mogły spokojnie się dosuszyć. To wszystko.

Mamy bezy, możemy mieć i Mont Blanc. To taki trochę deser-widmo, trudno o nim powiedzieć coś pewnego. Jest moim zdaniem bardzo francuski w charakterze (chociaż podobno popularny we Włoszech, Japonii i… na Węgrzech), ale większość przepisów, na które natrafiłam, było po angielsku.

Właściwie nie wiem, co powoduje, że deser można już nazwać Mont Blanc. Wychodzi na to, że wystarczy… beza. No bo niby krem kasztanowy jest niezbędny, ale wersja japońska zezwala na wykorzystanie puree z dyni (podobno). Przyjmijmy jednak, że podstawą jest beza i krem kasztanowy. Ale drugiej strony, puree kasztanowe wcale nie musi występować w czystej postaci, można je wymieszać z bitą śmietaną i wtedy utworzy pyszny krem, który można przykryć dodatkową czapeczką śmietany. Widziałam też gdzieś pociągającą i wyrafinowaną wariację, w której zamiast bez były makaroniki, a zamiast kremu kasztanowego – kasztany kandyzowane. Można sobie zrobić i wersję dietetyczną (hmm, raczej „dietetyczną”), w której skład wchodzi tylko kasztanowe puree i twarożek. Ale wtedy moja teoria na temat bezowej istoty deseru, niestety, upada.

Miło tak sobie pomarzyć o różnych wariacjach, ale teraz będą konkrety: może Wam się wydawać, że Mont Blanc tylko warstwa śmietany, beza i sam w sobie mdławy krem kasztanowy, ale jesteście w błędzie. To połączenie jest zadziwiająco pyszne. Banalne w wykonaniu, przy tym oryginalne i bardzo, bardzo słodkie. Ważne: by satysfakcja mogła być pełna, tylko jedna metoda jedzenia jest prawidłowa: wbijcie łyżeczkę po samo dno i pozwólcie, by znalazło się na niej trochę każdej warstwy. I hop do buzi. Teraz poczekajcie, aż cukier zrobi swoje i poczujcie, jak z każdą łyżeczką dzień będzie się wydawał (jeszcze) piękniejszy.



Bezy
Źródło: My French Kitchen

Składniki:

3 białka
¾ szklanki + 2 łyżki drobnego cukru


Wykonanie:
  1. Piekarnik nagrzać do 135 stopni.
  2. Białka ubić na sztywno, ciągle ubijając dodać cukier w dwóch porcjach. Łyżką nałożyć na blachę, wyłożoną pergaminem, 12 sporych bez. Oczywiście możecie się postarać, by Wasze bezy miały idealnie okrągły kształt, ale moim zdaniem, nieregularne chmurki są bardziej urokliwe. Piec 2 godziny, wyłączyć piekarnik i zostawić w nim bezy jeszcze na 12 godzin (będą bardziej chrupiące). Po 45 minutach przykryłam bezy folią aluminiową, bo zaczęły się ciut za bardzo rumienić, więc obserwujcie i Wasze, by w razie potrzeby pospieszyć im na ratunek.


Mont Blanc
4-6 porcji

Składniki:

Bezy (1 duża lub 2-3 małe na każdą porcję)
Krem kasztanowy* (po dużej łyżce na porcję)
250 ml śmietanki kremówki
150 g serka śmietankowego np. Bielucha
2 łyżeczki cukru
1 łyżeczka żelatyny rozpuszczona w niewielkiej ilości gorącej wody lub fix do śmietany (opcjonalnie)


*puree kasztanowe można kupić w sklepach typu Kuchnie świata lub delikatesach, w puszkach lub tubkach. Ja wykorzystałam krem kasztanowy, który znalazłam w Carrefourze w okolicach dżemów.

Wykonanie:
  1. Śmietanę ubić z cukrem, ewentualnie dodać fix, zgodnie z wskazówkami na opakowaniu. Śmietana powinna być bardzo sztywna. Można dać więcej cukru lub przeciwnie, w ogóle z niego zrezygnować, bo reszta składników jest bardzo słodka.
  2. Serek rozbełtać w misce, dodać trochę śmietany, delikatnie wymieszać, dodać resztę i wymieszać. Jeśli chcemy dodać żelatynę, należy wmieszać ją razem z drugą porcją śmietany. Żelatyna/fix nie są obowiązkowe, ale ja zawsze mam wizję, że bez nich cała masa się rozpłynie.
  3. Do indywidualnych naczynek nałożyć: bezy, duuużą łyżkę kremu kasztanowego i dopełnić kremem. Przed podaniem posypać kakao lub cukrem pudrem, który imituje śnieg. Deser można przygotować kilka godzin przed podaniem, ale lepiej nie trzymać go zbyt długo, bo bezy mogą rozmięknąć.

poniedziałek, 18 października 2010

Kurs kuchni francuskiej. Sezon II

Naleśniki gryczane/Buckwheat Crepes

Nie oglądam seriali. Nie jest to związane z żadną skrają postawą typu „seriale są głupie i pożerają mnóstwo czasu” – to drugie to akurat prawda, ale na pewno nie więcej, niż pisanie bloga. Powodem jest, jak zwykle, lenistwo: nie mam telewizora, a skoro mój biedny komputer nie odtwarza filmów z Youtube'a, nie chce mi się nawet sprawdzać, czy odtworzy coś innego. A poza tym, musiałabym sobie jeszcze ten serial ściągnąć, albo od kogoś uzyskać, co stwarza nowe komplikacje.

Oczywiście, mam na koncie jakieś tam serialowe epizody, dłuższe lub krótsze, tu z kolei daje o sobie znać moja niecierpliwość, bo o ile jest jakaś akcja (a zwykle jakaś jest), która ma prowadzić do kulminacyjnego punktu sezonu, najlepiej happy endu, bo jeśli już mam jakiś serialowy gust, to niezbyt wyszukany, skazywanie się na tygodnie oczekiwania jest po prostu okrucieństwem.

Dlatego często kończyłam swoją przygodę z serialem nawet przed upragnionym szczęśliwym zakończeniem, które częściej bywa szczęśliwą przerwą w ciągu niepowodzeń. Jeśli chodzi o inne cykliczne programy o niewielkiej dawce intelektualnych treści (w tym programy kulinarne), to, być może z braku akcji, której rozwiązania nie można się doczekać i wobec możliwości włączenia się w każdym momencie serii, bez uczucia rozczarowania, że przegapiłam ten moment, na który czekałam przez ostatnie dwa miesiące, śledziłam je zawsze z regularnością i zapałem, na które nie mogły liczyć czasowniki nieregularne albo brzuszki i pompki.

Czy kurs kuchni francuskiej należy do tej właśnie kategorii (tej przed brzuszkami i pompkami)? Być może, bo w dniu pierwszych zajęć w tym roku (szkolnym), pojawiłam się tam znowu. Na temat kursu nie będę się rozpisywać, o moich tamże początkach możecie przeczytać w tym poście. Oczywiście, jak to w nowym sezonie, zaszły pewne zmiany. Od dawna nie ma już tych niesamowitych starszych pań, zniknął gdzieś entuzjastyczny pan Roman. Zamiast nich dołączyła do mnie Z., której obecność motywuje mnie do pójścia do Domu Kultury nawet kiedy jest zimno, pada i wieje. Jakiekolwiek niespodzianki byłyby przewidziane w tegorocznym scenariuszu, mam nadzieję, że i tym razem będzie pysznie.

A dzisiaj będą bretońskie naleśniki gryczane, chociaż przepis, tu pierwsza niespodzianka, pochodzi z wychwalanej już przeze mnie książki (i z każdym przepisem mam do tego coraz więcej powodów) My French Kitchen Joanne Harris i Fran Warde, bo na kursie naleśniki co prawda były, ale już gotowe. Musiałam, po prostu musiałam tego spróbować, zwłaszcza po spotkaniu się po raz kolejny z niedowierzaniem Z., które już kiedyś sprawiło, że nauczyłam się piec kurczaka. A przyczyną niedowierzania był tym razem tak pociągająco wątpliwy składnik jak cała szklanka octu jabłkowego (zamiast mleka) w cieście. W momencie, kiedy miałam dolewać octu do naleśników okazało się, że ten mój jest zwykły winny, a nie jabłkowy, więc dopuszczam do siebie niesatysfakcjonująca myśl, że mogło to nieco zmienić doznania smakowe. Jakie były? Powiem tak: zjadłam z entuzjazmem właściwym odkrywaniu nowych dań, ale następnym razem użyję mleka. Chyba, że ciekawość zmusi mnie do wypróbowania przepisu z właściwym rodzajem octu.

Naleśniki gryczane/Buckwheat Crepes
Naleśniki gryczane/Buckwheat Crepes

Naleśniki z mąki gryczanej z nadzieniem porowo-serowym
źródło: My French Kitchen

Składniki:

naleśniki:

1 szklanka mąki gryczanej
1 szklanka mąki pszennej
1 szklanka mleka (można zastąpić octem jabłkowym)
1 szklanka wody
3 duże jajka
olej do smażenia


nadzienie:

2 łyżki oliwy
225 g boczku, pokrojonego w kostkę
2 posiekane ząbki czosnku
5 porów, pokrojonych w krążki
1 szklanka (ok. 115 g) startego żółtego sera
sól, pieprz do smaku
3 łyżki kwaśnej śmietany
3 łyżki stopionego masła


Wykonanie:
  1. Ciasto: w misce wymieszać mąkę pszenną i gryczaną, pośrodku zrobić dołek, do którego wlać mleko (lub ocet), wodę i jajka. Dokładnie wymieszać. Odstawić na co najmniej dwie godziny. Gotowe ciasto powinno mieć konsystencję gęstej śmietany. W razie potrzeby można dolać wody.
  2. Na patelni rozgrzać trochę oleju i wylać na nią chochelkę ciasta. Jest bardzo gęste i trzeba go rozsmarowywać po powierzchni. Po chwili naleśnik przewrócić na drugą stronę i dosmażyć. Według przepisu powinno wyjść 18 naleśników. Ja robiłam z połowy ciasta i wyszło mi chyba 7.
  3. Nadzienie: oliwę rozgrzać, wrzucić na nią boczek, pory i czosnek. Smażyć 10 minut, ciągle mieszając, aż pory będą miękkie, a płyn wyparuje. Dodać sól i pieprz. Zdjąć z ognia, dorzucić ser i śmietanę, wymieszać.
  4. Na każdym naleśniku położyć łyżkę nadzienia i złożyć w chusteczkę.
  5. Piekarnik rozgrzać do 190 stopni. Naczynie do zapiekania wysmarować stopionym masłem, położyć naleśniki i polać pozostałym masłem. Piec, aż naleśniki będą gorące, ok. 15 minut. Podawać natychmiast.
Uwagi :

Rozgrzewanie mojego piekarnika to zdecydowanie zbyt długa zabawa, więc po prostu podsmażyłam naleśniki na patelni.

Jeśli zostanie Wam trochę naleśników bez nadzienia, możecie je przygotować tak, jak jedliśmy na kursie: z szynką, serem i jajkiem sadzonym, smażonym bezpośrednio na naleśniku. Jajko należy przykryć bokami naleśnika lub złożyć naleśnik na pół chowając jajko.

Naleśniki gryczane/Buckwheat Crepes

Autorki piszą, że te naleśniki najlepiej kupować i jeść na ulicy, to taki francuski fast food – ja przeniosłam je chociaż na balkon.

sobota, 2 października 2010

Pieczenie z Julią (Child)



Jak powszechnie wiadomo czytelnikom literatury kobiecej oraz wielbicielom pouczających filmów zwanych mylnie komediami romantycznymi, była o tym już mowa i tutaj, najlepszym lekarstwem na chandrę jest wydanie pewnej ilości pieniędzy. Wymienione przed chwilą źródła twierdzą, że jeszcze lepszym sposobem na każdy kłopot, jest zjedzenie wielkiego pudełka ulubionych lodów.

Postanowiłam wybrać ten drugi sposób, bo sama wizja zjedzenia lodów zmniejszyła nieco rozmiar mojego nieszczęścia. Być może dlatego, kiedy już dotarłam do pobliskiej galerii handlowej ograniczyłam spożycie lodów do rozsądnych dwóch gałek i udałam się na wydawanie pieniędzy. Miałam na to konkretny i stosunkowo tani pomysł, który można była zrealizować w Empiku, gdzie szybko złapałam dwie gazetki (nie, wcale nie kobiece), by potem już całkiem nierozsądnie podążyć w kierunku nowości wydawniczych, a stamtąd, właściwie już nie pamiętam dlaczego, bo wybór to dziwny, w kierunku półek z książkami dla dzieci. Tak się składa, że w tamtej okolicy mieści się również półka z literaturą obcojęzyczną, a na nie pyszniło się Mastering the Art of French Cooking, ze śliczną staroświecką okładką i w bardzo przystępnej cenie. Cóż, zrezygnowałam z pudełka lodów, coś musiało mi to zrekompensować. Niepokoił mnie podtytuł Volume Two, jednak postanowiłam na razie nie zwracać na to uwagi, szybko tylko przeleciałam spis treści, a potem książka była moja.

Właściwie wcale nie miałam zamiaru z niej gotować. To typowe kieszonkowe wydanie Penguina, więc jeśli wiecie, jak ono wygląda, to wiecie również, że ani wielkością, ani czcionką, ani wygodą użytkowania (szczególnie, że książka jest gruba i nie da się jej rozłożyć tak, by się nie zamykała) nie zachęca do korzystania z niego w kuchni. To miała być tylko moja ekonomiczna wersja wielkiego telewizora plazmowego, która cieszy z samego faktu posiadania i daje poczucie dumy za każdym razem, jak się na nią spojrzy. Szybko zmieniłam zdanie.

Jeśli pomyślicie teraz o stereotypie Amerykanina, to książka jest przeznaczona właśnie dla takiej osoby, którą sobie wyobraziliście. Nieznośnie dokładna i szczegółowa, starająca się przewidzieć każdy błędny ruch i mu zapobiec. Ale to bywa bardzo przydatne, szczególnie przy tak precyzyjnej robocie jak bagietka. Całość jest uzupełniona świetnymi rysunkami, które krok po kroku przeprowadzą Was przez najbardziej skomplikowaną akcję. Urocza jest z jednej strony pryncypialność autorek – ogólny klimat jest taki, że należy ściśle trzymać się przepisu, ale z drugiej strony, jeśli coś się troszkę nie uda, to nic właściwie nie szkodzi. Ciągle jednak trochę trudno mi uwierzyć, że to zagniatanie to wewnętrzną, to zewnętrzną stroną dłoni, a to układanie złączeniem do góry, a potem do dołu ma AŻ takie duże znaczenie (podobno pomaga utrzymać właściwy kształt) i mimo, że bagietka to jest naprawdę duże przedsięwzięcie (przynajmniej za pierwszym razem) chyba kiedyś spróbuję równolegle zrobić ją bez tych wszystkich magicznych sztuczek oraz ściśle trzymając się przepisu. W każdym razie, chociaż czytania jest dużo, szczególnie w przypadku bardziej wrażliwych receptur, jak te bagietki, czy brioszki (już nie mogę się doczekać!) warto zapoznać się z wszystkimi wariacjami i dygresjami dotyczącymi wypieku czy dania, bo jeśli postępuje się, no, przynajmniej stara się postępować zgodnie ze wskazówkami, sukces murowany.

A, jeszcze wyjaśnienie, owo tajemnicze Volume Two oznacza, że moja książka nie jest tą kultową, nad którą Julia pracowała w filmie. Tom drugi powstał z powodów, których już nie pamiętam, ale można przeczytać o tym we wstępie. Współautorką książki jest już tylko Simone Beck, współpracująca przy pierwszej Louisette Bertholle, jak to zostało ładnie objaśnione, została żoną jakiegoś pana o szlacheckim nazwisku i mieszka na pięknych terenach łowieckich niedaleko Brugii.

A na koniec przemówi do Was Julia, rada jakże oczywista, nigdy przeze mnie nieprzestrzegana i z tego powodu tak rozczulająca: Zagniatajcie ciasto tylko jedną ręką, pozostawiając drugą czystą, aby trzymać szpatułkę, dosypać mąki, odebrać telefon i tak dalej.



Nie wierzę, że ktoś z Was naprawdę to zrobi, ale podaję tak szczegółowo, jak tylko mnie na to stać. W razie czego, służę dodatkowymi wskazówkami ;) Julia udziela ich jeszcze jakieś parę stron więcej, ale myślę, że bazując na tym, co napisałam (a także na swoim ewentualnym doświadczeniu) i tak osiągniecie więcej niż satysfakcjonujący efekt.

Francuskie bagietki

Składniki:

14 g świeżych drożdży lub 7 g suszonych
4 łyżki ciepłej wody
450 g mąki
2 1/2 łyżeczki soli
250 ml ciepłej wody


Wykonanie:
  1. Drożdże rozpuścić w 4 łyżkach wody (jeśli używamy drożdży suszonych, to należy je tylko wymieszać z mąką). Do miski wsypać mąkę, dodać sól, wodę i rozpuszczone drożdże. Wszystko razem wymieszać za pomocą szpatułki, aż utworzy się miękkie, klejące ciasto, które następnie przekładamy na stolnicę (ja cały czas zagniatałam w misce). Dajemy ciastu odpocząć 2-3 minuty, a w tym czasie myjemy i suszymy miskę.
  2. Zagniatanie ciasta: unosimy bliższy nam koniec ciasta i kładziemy go na dalszy. Jeśli ciasto klei się do stolnicy pomagamy sobie szpatułką. Powtarzamy powyższy ruch przez 2-3 minuty, aż ciasto będzie na tyle uformowane, że możemy je zagniatać poprzez "pchanie" wewnętrzną stroną dłoni. Jeśli ciasto nadal jest zbyt klejące, podsypujemy je mąką. Kontynuujemy zagniatanie "pchając" przez 5-10 minut. Ciasto powinno być elastyczne i trzymać nadany mu kształt oraz samo odklejać się od powierzchni blatu. Kiedy osiągnie ten stan, dajemy mu znowu odpocząć przez 2-3 minuty, a następnie zagniatamy przez kolejną minutę.
  3. Ciasto przekładamy do miski, przykrywamy folią plastikową, a następnie ściereczką. Odstawiamy do wyrośnięcia na ok. 3-5 godzin. Ciasto powinno urosnąć 3 1/2 raza. Wyrośnięte ciasto powinno mieć kształt kopułki, być lekkie i gąbczaste, na wierzchu i po bokach miski powinny być w nim widoczne pęcherzyki powietrza.
  4. Kiedy ciasto jest wyrośnięte, szpatułką wygarniamy je z miski na lekką posypaną mąką stolnicę. Umączonymi dłońmi spłaszczamy ciasto na okrąg, przekłuwając widoczne pęcherzyki powietrza. Zagarniamy brzegi ciasta pod spód, tak, by utworzyć ładny bochenek. Wkładamy pod niego porządnie umączone ręce i przekładamy do miski, którą przykrywamy i zostawiamy ciasto do wyrośnięcia na ok. 1 1/2 - 2 godziny, aż znów będzie miało kopułkowaty kształt, będzie lekkie i gąbczaste.
  5. Wyrośnięte ciasto ponownie wykładamy na umączoną stolnicę i dzielimy na 3 części. Każdą z części składamy na pół i dajemy im na 5 minut odpocząć. W tym czasie bierzemy ściereczkę i rozkładamy ją na tacy lub blasze do pieczenia, ściereczkę posypujemy porządnie mąką.
  6. Bierzemy 1 część ciasta, resztę przykrywamy. Kawałek ciasta rozpłaszczamy na ok. 20 cm owal, jeśli pojawią się pęcherzyki powietrza, to je przekłuwamy. Składamy owal na pół, tak jak pieróg, i dociskamy brzegi za pomocą złączonych kciuków. Odwracamy ciasto złączeniem ku górze i znowu spłaszczamy. W owalu za pomocą dłoni formujemy rowek, a następnie ciasto ponownie składamy na pół, po czym dociskamy tym razem wewnętrzną stroną dłoni. Ciasto układamy szwem do dołu, po czym wałkujemy rękami, zaczynając od środka - najpierw kładąc jedną rękę na drugiej, potem, w miarę jak ciasto się wydłuża, oddalając ręce od siebie. Staramy się, żeby złączenie było ciągle na dole (ja szybko je zgubiłam). Formujemy maksymalnie tak długi bochenek jak nasza blacha :)
  7. Uformowane ciasto kładziemy na przygotowanej ściereczce złączeniem do góry, po czym przy bagietce robimy zakładkę ze ściereczki, by ciasto było w rynience, a obok można było położyć następny bochenek, który formujemy w ten sam sposób. Kiedy wykonamy wszystkie bochenki, pod zewnętrzne części ściereczki możemy podłożyć wałki czy książki, by chleb trzymał odpowiedni kształt. Przykrywamy chleby i zostawiamy do wyrośnięcia na 1 1/2 do 2 1/2 godziny. Wyrośnięte ciasto powinno być lekkie, ale ciągle troszkę elastyczne przy dotknięciu.
  8. Na 30 minut przed włożeniem bochenków nagrzewamy piekarnik do 230 stopni.
  9. Wyrośnięte bagietki trzeba teraz przełożyć na blachę. Usuwamy spod ściereczki wałki czy książki i przykładamy do pierwszego bochenka np. długą deskę do krojenia czy tacę (posypaną dobrze mąką!) i przetaczamy na nią bochenek. Przekładamy bagietkę na docelową blachę (ja moją wyłożyłam papierem do pieczenia), chleb powinien być ułożony do góry nogami w stosunku do stanu przy wyrastaniu. Na blasze układamy kolejne bagietki, pamiętając o odpowiednich odstępach między nimi.
  10. Nacinanie: bagietki nacinamy naprawdę ostrym nożykiem, robiąc trzy cięcia, które powinny w sumie przebiegać przez cały chleb. Pierwsze cięcie zaczyna się prawie przy końcu bochenka w połowie jego szerokości i biegnie mniej więcej do 1/3 długości w kierunku któregoś z brzegów bagietki. Ostatnie cięcie kończy się w połowie szerokości drugiego końca. Mam nadzieję, że rozumiecie mniej więcej o co chodzi. Ostrze nożyka powinno iść prawie równolegle do ciasta.
  11. Bagietki należy teraz posmarować lub spryskać zimną wodą i przełożyć do piekarnika. Smarowanie/zraszanie powtarzamy w 3,6 i 9 minucie pieczenia. Łącznie pieczemy 25 minut, aż chleb od spodu będzie wydawał głuchy odgłos. Po wyjęciu z pieca można jeszcze raz posmarować go zimną wodą, dzięki temu skórka będzie błyszcząca.
  12. Teoretycznie bagietki są lepsze po wystudzeniu, ale komu by się chciało czekać (przynajmniej za pierwszym razem). Zdecydowanie jednak prawdą jest, że najsmaczniejsze są pierwszego dnia, więc nie miejcie wyrzutów sumienia, jeśli znikną zbyt szybko ;)

środa, 4 sierpnia 2010

Kieszenie pełne czereśni



To był jeden z pierwszych pogodnych letnich wieczorów, jechałam sobie ze znajomymi samochodem. Z odtwarzacza Pidżama Porno wyśpiewywała o śmierci rock'n'rolla i innych negatywnych zjawiskach, które nękają ten najdoskonalszy ze światów, ale moją uwagę w tekście przykuło (jakżeby inaczej) tylko jedno: kieszenie pełne czereśni.

Może ten wers piosenki ma jakieś drugie dno i tak jak większość pozostałych mówi, że ogólnie to jest źle, nie wiem, nigdy nie byłam dobra w interpretacji tekstu. Zamiast analizować, moja wyobraźnia przenosi się do czereśniowego sadu, wchodzi na drabinę i, nawet jeśli nie ma to sensu, napycha kieszenie szortów czereśniami.

A to przypomina mi o pannie Kamili, która zajmuje się przyjemną czynnością rwania czereśni na ostatnich stronach hrabalowskich "Lekcji tańca dla starszych i zaawansowanych". Muszę tu wyznać, że chociaż odpowiada mi przesłanie Hrabala jako takie, urzekają tytuły jego książek („Czuły barbarzyńca” to przez niego stworzony uroczy oksymoron – też ładne słowo), ale czytanie tego, co napisał, niesamowicie mnie męczy i znajomość z dziełami tego pana uważam chwilowo za zakończoną.

"Lekcje tańca..." to kwintesencja męczącej lektury. Wyobraźcie sobie, że siedzicie na spotkaniu rodzinnym obok miłego, starszawego wujka, który wybrał właśnie ten dzień, żeby opowiedzieć Wam o złotym okresie w swoim życiu, ludziach, których nigdy nie znacie, nie poznacie i nawet nie chcielibyście znać, kobietach, które może nie były piękne, ale zawsze chętne i to się liczy, no i piwie i innych trunkach, które lały się strumieniami. Jeśli już w opowiadaniu pojawi się jakiś wątek, który zdoła Was zainteresować, nie przywiązujcie się do niego, bo zanim nastąpi puenta, zostanie zastąpiony przez inny.

A potem następuje zakończenie. Jest tak urocze i czułe, że męki, które przeżywałam przez poprzednie strony nabrały sensu, a co więcej, gdybym ich nie przeżywała, zakończenie nie miałoby tyle uroku. Kluczową rolę odegrała tu panna Kamila od czereśni, ale może ktoś chciałby sobie poczytać, więc nie zdradzę dlaczego, w ramach rekompensaty dzieląc się czereśniowym clafoutis.

Clafoutis to francuski klasyk, który próbowałam zrobić już wcześniej, ale efekt był wyjątkowo kiepski, wyszedł straszny zakalec, a ja nabrałam przekonania, że tak już musi być i clafoutis po prostu nie lubię. Dzisiejszy przepis podała pani Paulina na ostatnich przed wakacjami zajęciach z kuchni francuskiej i tam odkryłam, że jednak jest to całkiem dobre ciasto. Niestety, powtórka w domu nie była już tak udana i nowy werdykt brzmi: lubię clafoutis, ale nie umiem go zrobić. W każdym przypadku, jeść należy na ciepło, bo potem ciasto przypomina już tylko rozgnieciony kapeć. Chociaż, jeśli to nie traficie na moją zakalcowatą wersję, w smaku nadal jest dobre, więc jeśli chcecie mieć więcej dla siebie, to jednak polecam na zimno :))



Clafoutis z czereśniami
Clafoutis aux cerises

Składniki:

4 jajka
9 łyżek cukru
szczypta soli
5 łyżek mąki
250 ml mleka
60 g masła
500 g czereśni (wydrylowanych)
cukier puder i cukier waniliowy do posypania gotowego ciasta

Wykonanie:
  1. Połowę masła rozpuścić i odstawić do ostudzenia. Jajka ubić widelcem, dodać cukier i sól.
  2. Dodać mąkę, mieszać, aż ciasto będzie gładkie. Dodać masło, a potem mleko.
  3. Wydrylowane czereśnie ułożyć na wysmarowanej masłem ceramicznej (najlepiej) formie i zalać ciastem, wierzch posypać wiórkami pozostałego masła.
  4. Piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni aż ciasto się zrumieni (ja piekłam chyba z 50 minut). Podawać letnie, posypane cukrem pudrem i cukrem waniliowym.


A robiąc ciasto, żeby nie wypaść z rytmu, możecie posłuchać sobie Pidżamy Porno.

niedziela, 21 marca 2010

Grzanki. Francuskie śniadanie cz. II




Może Wam się wydawać trochę dziwne, dlaczego tak wyszydzone przeze mnie za swą ubogość francuskie śniadanie, zasługuje na aż dwa osobne posty. O kawie, właściwie wiadomo, można tomy napisać, ale co można powiedzieć o tych przypalonych grzankach? Pewnego razu, w okolicach postanowienia, że odświeżę trochę mój francuski, odkryłam, że wiele, a nawet, że mogą one budzić prawdziwe emocje.

Odświeżanie francuskiego zazwyczaj zaczynam (i niestety, kończę) od czegoś lekkiego i przyjemnego, czyli od lektury. A to co miałam pod ręką, to była bardzo przeze mnie lubiana, chociaż od lat niedoczytana do końca, książeczka Rémiego Bertranda na temat synonimów. Przeszukując spis treści w poszukiwaniu rozdziału, którego jeszcze nie czytałam, natrafiłam na rozdział o grzance. Początkowo chciałam Wam przetłumaczyć ten tekst, ale okazało się, że moja pomysłowość jeśli chodzi o synonimy grzanki w języku polskim zawiodła, zresztą, co mnie nieco pocieszyło, pomysłowość autorów rodzimych słowników ogranicza się do słów „grzanka” „opiekacz” „tost” i „toster”, a to zdecydowanie za mało. Przedstawię więc tylko najważniejsze punkty tekstu Bertranda. Mam nadzieję, że po tej lekturze będziemy już mogli potraktować francuską przypalonkę z powagą i respektem, na jaki zasługuje.

To, czym zajmuje się Bertrand, to dwa grzankowe synonimy: rôtie (rôtir znaczy piec) i taritne grillée (tartine to kanapka, griller – grillować, piec na grillu).

Spostrzeżenie 1. Nazewnictwo jest w dużej mierze kwestią zwyczaju rodzinnego ale także zależy od pokolenia. Użycie rôtie dominuje raczej wśród starszawych cioć.

Spostrzeżenie 2. A może te dwa synonimy powinny być odpowiednio używane w zależności od tego, jak grzankę przygotowano? W końcu w przypadku pieczenia, definicja słownikowa mówi o bezpośrednim wystawieniu na ogień (i musicie uwierzyć, że tak jest, w moim słowniku także), a przy grillowaniu jest coś, na przykład kratka, która między ogniem a kromką chleba pośredniczy.

Spostrzeżenie 3. jak na razie, najciekawsze. Słownik historyczny języka francuskiego mówi, że różnica wcale nie tkwi w tym, w jaki sposób tę kromkę opieczemy, ale... jakiego użyjemy chleba! Taritne grillée jest opieczoną kromką chleba francuskiego (wybaczcie, ale moje poszukiwania nie sięgnęły tak głęboko, by na pewno wiedzieć, o jaki chleb chodzi), zaś tartine rôtie jest opieczonym chlebem tostowym.

Ale, ale, to jeszcze nie wszystko. Obecnie na grillowaną kromkę chleba tostowego mówi się raczej: tost. Jest to zapożyczenie z angielskiego, które z kolei zostało zapożyczone ze starofrancuskiego tostee (czyli przypieczony chleb) i łacińskiego torrere (piec, smażyć, suszyć). Więc, o ile tost może oznaczać rôtie, to jednak rôtie nie jest taritne grillée - chleb francuski zobowiązuje. Ażeby sprawę skomplikować, grille-pain - który przypieka chleb za pośrednictwem grilla jest także nazywany tosterem.

Hmm...

Początkowo, aby dopasować się do opowieści, chciałam zaproponować Wam jakąś odmianę grzanek, ale po zastanowieniu postanowiłam zrobić coś, na co już dawno miałam ochotę, a co także pozwala zagospodarować nieco wczorajszą bagietkę. Przepis na chlebową zapiekankę pochodzi od Nigelli i jest jednym z tych dań (obok kedgeree – potrawy z ryżu i łososia oraz smażonej fasoli, na przykład), które z niezrozumiałych dla mnie powodów Anglicy polecają jeść na śniadanie. Okazało się jednak, że jest to potrawa co najmniej znana, a być może i wywodząca się z Francji, bo natrafiłam na nią, szukając przepisu na coś zupełnie innego, i u Michela Roux. U Roux nazywa się „francuską zapiekanką pierzynka” można więc powiedzieć, że jednak pewien związek z porankiem ma.

PS Jeśli ktoś zauważy jakieś nieścisłości w moich francuskich tłumaczeniach (a także będzie go razić brak rodzajników), to niech nie wygarnia mi nieuctwa, bo chodziło mi raczej o przekazanie Wam, jak bardzo jednak ta grzanka jest ważna, a nie nauczenie Was francuskiego. Więc niech proszę, nikt nie używa tego wpisu zamiast podręcznika. A jeśli mielibyście ochotę sięgnąć po książeczkę, z której skorzystałam, to jest to Un bouquin n'est pas un livre. Les nuances des synonymes Rémiego Bertranda.

PS 2 A jak się okazało, moje jednostkowe obserwacje na temat uwielbienia Francuzów do spalenizny można jednak choć trochę uogólnić, bo takie spostrzeżenie znalazłam u Marii Iwaszkiewicz w książeczce „Z moim ojcem o jedzeniu”. Dzięki Joasiu :*

PS 3 Z innej beczki: jeśli bylibyście zainteresowani "niedziecięcymi" ilustracjami do „Alicji...”, o których pisałam, to kilka z nich można zobaczyć tu



Francuska zapiekanka chlebowa

Składniki:

225 g podsuszonej bagietki, pokrojonej na kromki
6 dymek, posiekanych
200 g mozzarelli
50 g parmezanu w płatkach (nie dałam)
100 g cheddara (lub dowolnego żółtego sera)
100 ml śmietany (dowolnej, ja dałam słodką, ale tylko dlatego, że była pod ręką)
6 jajek
mały pęczek szczypiorku do przybrania


Wykonanie:
  1. Mozzarellę i cheddar zetrzeć lub pokruszyć. Jajka roztrzepać ze śmietaną i parmezanem, dobrze doprawić solą i pieprzem (inaczej danie będzie mdłe). Dymki drobno posiekać i dorzucić do masy.
  2. W naczyniu ułożyć połowę bagietek i posypać połową cheddara z mozzarellą, przykryć drugą częścią bagietki, zalać masą i posypać serem. Przykryć folią i odstawić do lodówki na noc, lub, jak radzi Roux, 24 czy nawet 48 godzin.
  3. Piec 30 minut w 180 stopniach lub do czasu, kiedy wetknięty w danie nóż wychodzi suchy. Przed podaniem posypać szczypiorkiem. Roux radzi także, oprócz sera, dodać do zapiekanki przysmażony boczek i brzmi to bardzo sensownie.

piątek, 4 grudnia 2009

Opera, czyli wykorzystana druga szansa


opera

Podczas roku spędzonego we Francji (o którym już było i na pewno jeszcze będzie wiele napisane), chętnie przejęłam pewne przyjemne francuskie przyzwyczajenia, ale też nie widziałam powodu, żeby zrezygnować z przyjemnych polskich przyzwyczajeń. Na przykład, takiego niedzielnego ciastka do kawy.

A jednak, tak jak o tym pomyślałam, to okazało się, że, pamiętam na przykład:

pains au cholcolat, którymi zajadała się J. (ja też ,ale chyba mniej);
compote de pommes au fromage blanc (biały twarożek z musem jabłkowym), który czasem podawano na stołówce, a którym J. z kolei, moim zdaniem, nie całkiem słusznie, gardziła;
świderki z masą migdałową, to pamiętam szczególnie!, obficie przysypane cukrem pudrem, które kiedyś, zupełnie bez powodu, kupiłyśmy sobie z J. w piekarni na rogu ulicy, której nazwy nie pamiętam, ale z pewnością bym tam trafiła;
lody w Café Riche, starannie i długo wybierane, aby na końcu wziąć to co zwykle.

Nie pamiętam jednak żadnego z kilkudziesięciu ciastek, które zjadłam przez niedziele całego roku.

Czy to znaczy, że słynne francuskie słodkości są przereklamowane?

Postanowiłam dać im jeszcze jedną szansę.

Tym razem było tak: delikatny migdałowy biszkopt, nasączony koniakowo-kawowym syropem. Maślana masa, której słodycz przełamuje smak kawy. Gruba warstwa czekolady (to chyba nie wymaga komentarza).

Słynna Opera. Bardzo eleganckie ciastko. Nie za słodkie, zrównoważone, chociaż sycące (masło i czekolada, cukier i żółtka!)). Żeby dostarczyło Wam satysfakcji, należy podawać małe kawałki, bo właściwym stanem, po skierowaniu do ust ostatniego widelczyka Opery (łyżeczki są zdecydowanie za mało wysublimowane, chociaż ja wolę), jest uczucie lekkiego niedosytu.

Operę się smakuje, a nie po prostu zjada. To nie jest coś, co wypełni Was uczuciem błogiego, domowego ciepła i ochotą na ponowne obejrzenie odcinka "Przyjaciół", zajadając się kolejnym kawałkiem. W tym celu upiekłam dodatkowo szarlotkę, ale o niej będzie kiedy indziej.

PS Niestety, na zdjęciach, kiedy było już za późno, wyszło całe moje niechlujstwo i przede wszystkim niedostateczna staranność włożona w krojenie. Ale mam nadzieję, że uda Wam się zobaczyć chociaż część tych rzeczy, o których napisałam. I uwaga, to jest pracochłonne, ale wcale nie trudne.

Przepis dołączam do akcji Czas na kawę

Opera
(źródło: Kuchnia 12/2009)

Składniki:

Ciasto migdałowe
2 duże jajka
1 szkl. zmielonych migdałów (użyłam 100 g paczki całych i mozolnie je obrałam i, hmm, nie przemieliłam, co daje właściwy efekt, tylko przepuściłam przez malakser)
1/2 szkl. cukru pudru
3 łyżki mąki + trochę do oprószenia formy (zlekceważyłam, nic się nie stało)
2 białka (wyjęte z lodówki na 30 min. wcześniej)
1/4 łyżeczki soku z cytryny lub białego octu winnego
1/8 łyżeczki soli
1 łyżka cukru
2 łyżki stopionego i sklarowanego masła (nie sklarowałam) + masło do formy


Syrop kawowy:
1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej
1/2 szkl. + jedna łyżka wody
1/2 szkl. cukru
1/4 szkl. koniaku lub brandy


Krem kawowy
2 łyżeczki kawy rozpuszczalnej
1/4 szkl. + 1 łyżka wody
6 łyżek cukru
2-3 żółtka
10 dag masła pokrojonego w kostkę


Glazura czekoladowa
20 dag grubo pokrojonej gorzkiej czekolady (min. 70% kakao)
6 łyżek masła (odmierzam metodą wodną, opisana jest tu)

  1. Zrobić ciasto. Ubić całe jajka przez 2-3 minuty, zmniejszyć obroty miksera, dodawać po trochu migdały i cukier puder. Wsypać mąkę, lekko wymieszać. Ubić białka, dodać do nich sok z cytryny i sól, ubijać jeszcze chwilę, następnie wsypać zwykły cukier i miksować aż się rozpuści. 1/3 piany dodać do ciasta, wymieszać, dodać resztę piany (wymieszać), dolać masło (wymieszać). Rozsmarować na blasze wyłożonej pergaminem, wysmarowanej masłem i oprószonej mąka. Blacha powinna być duża, większa niż zwykła na ciasto (bo wtedy wasza Opera wyjdzie mikroskopijna) ja użyłam takiej, która jest częścią składową piekarnika. Piec 8-10 min w 220 stopniach, odstawić na 10 min., pergamin z ciastem wyjąć z blachy, przekroić na 2 kwadraty i prostokąt (tak, żeby dało się to złożyć w trzy warstwy ciasta – 2 mają być w całości (te kwadraty), a 3 sztukowany). Moja blacha miała 30 cm, szerokości, trochę na długość i tak naprawdę przecięłam po 15 cm (ciut może więcej po jednej stronie), miałam cztery mniej więcej równie prostokąty, więc jeden przedzieliłam jeszcze na 3 i zrobiłam malutkie ciasteczko.
  2. Zrobić syrop. Zagotować wodę z cukrem, kiedy się rozpuści zmniejszyć ogień i gotować jeszcze 5 minut bez mieszania. Po zdjęciu z ognia wymieszać z kawą rozpuszczoną w łyżce wody i alkoholem.
  3. Zrobić krem. W rondelku zagotować, mieszając, cukier z wodą. Zmniejszyć ogień i gotować (nie mieszając), aż powstanie gęsty syrop. Ja osobiście zwiększam ogień na możliwie duży w stosunku do garnka, bo cała operacja trwa krócej. Ubić żółtka, gdy będą kremowe, zaparzać powoli wlewanym syropem, stale ubijając. Wlać kawę rozpuszczoną w łyżce wody i ubijać dalej, aż masa wystygnie. Dodawać po kawałku masło, aż masa zgęstnieje i będzie kremowa.
  4. Zrobić glazurę. Odłożyć dwie łyżki pokrojonej czekolady, resztę włożyć z masłem do metalowej miseczki i rozpuścić na parze lub w kąpieli wodnej (tak wolę – czyli włożyć do większego naczynia z gorącą wodą). Wyjąć z kąpieli i dodać odłożoną czekoladę i mieszać, aż i ona się rozpuści. Wystudzić do temperatury pokojowej.
  5. Złożyć wszystko w całość. Jeden kwadrat ciasta nasączyć (obficie!) syropem kawowym, posmarować połową kremu. Na to położyć drugi kwadrat (albo, jeśli pokroiliście jakoś inaczej, to np. dwa mniejsze prostokąty), nasączyć syropem, posmarować połową glazury. Przykryć ostatnim kwadratem, nasączyć syropem i posmarować resztą kremu. Odłożyć na 30 min. do lodówki. Po tym czasie podgrzać na parze (lub w kąpieli wodnej) resztę glazury, na tyle, by dała się rozsmarować i nałożyć ją na ciasto.

niedziela, 15 listopada 2009

Warsztaty kuchni francuskiej #2




Dzisiaj mogłabym zacząć tak: Stali czytelnicy pewnie pamiętają...

Fajnie jest mieć stałych czytelników. Kiedy zaczynałam blogowanie, zastanawiałam się, czy to, co piszę w ogóle ma sens i kogoś zaciekawi. Cieszę się, że tak jest, w przeciwnym razie chyba musiałabym poszukać innego hobby, a mało jest rzeczy, które bawią mnie tak, jak gotowanie. Dzisiejszy post dedykuję więc Stałym Czytelnikom, chociaż oczywiście, tych okazjonalnych i zupełnie przypadkowych, też witam z radością, a jeśli chcieliby wiedzieć, do czego w pamięci osób, które odwiedzają mnie częściej, się odwołuję, zapraszam tu.

W takim razie: Stali Czytelnicy pewnie pamiętają, jak pisałam o kursie kuchni francuskiej i o tym, że okazało się, że to może nawet poza kulinarne doznania były bardziej istotne. Oczywiście i w październiku (jak łatwo zauważyć, relację możecie przeczytać z pewnym opóźnieniem) nie mogło mnie zabraknąć w małej salce w Domu Kultury. A tym razem gotowaliśmy:

zupę z cukini z fetą (soupe de courgettes)
potrawkę z indyka (blanquette de dinde)
tartę tatin (tarte tatin)

Ja wybrałam dla Was tartę. To jeden z absolutnych klasyków, ciasto bardzo francuskie, bo wierne rewolucyjnemu hasłu równości, ponieważ, jestem o tym przekonana, można je znaleźć zarówno w menu drogich i snobistycznych restauracji, jak i małych knajpkach z trzydaniowym posiłkiem za 10 czy 12 euro. Tarta tatin jest z jednej strony elegancka, ale z drugiej bardzo domowa („rustic”, jak to mówią w brytyjskich programach kulinarnych), nie wymaga wyszukanych składników, jest prosta do wykonania i wybaczy wiele błędów. Oprócz jednego: przypalonego karmelu.

Przypalony karmel spowoduje, że Wasze arcydzieło haute cuisine godne trzygwiazdkowej restauracji Michelina zamieni się w Wielką Niejadalną Katastrofę.

Spokojnie. Na katastrofę trzeba zapracować, a do sukcesu wystarczy naprawdę niewiele, a na wszelki wypadek, zanim zdążycie uznać, że tym razem poprzestaniecie na pooglądaniu mojej tarty, dla tych mniej doświadczonych dalej będzie kilka rad dotyczących karmelu.

Ponieważ zapomniałam przewieźć ze sobą do domu przepis z zajęć, to moja tarta jest połączeniem wersji prowadzącej zajęcia, pani Pauliny z Et Voilà i Agnieszki Kręglickiej (ciasto).

tarta tatin

Tarta tatin

Ciasto:

150 g mąki
125 g masła
łyżeczka cukru
szczypta soli
lodowata woda


karmel: 200 g cukru

2 kg nierozpadających się jabłek średniej wielkości
cukier waniliowy
masło


Wykonanie:
  1. Ze wszystkich składników zagnieść ciasto, jeśli byłoby zbyt suche, dolać trochę wody. Odłożyć do lodówki na godzinę.
  2. Jabłka obrać, przekroić na połówki i wyciąć gniazda nasienne. Na głębokiej patelni albo w sporym garnku rozpuścić uczciwy (=dość duży) kawałek masła i wrzucić jabłka. Porządnie zamieszać. Chodzi o to, żeby wszystkie jabłka pokryły się masłem oraz puściły sok – bo wtedy masło nie będzie się palić. Smażyć, aż jabłka zmiękną (łatwo wchodzi w nie nóż), pod koniec wymieszać z cukrem waniliowym.

  3. Karmel:

  4. Najlepiej użyć garnka z dość grubym dnem i średniej wielkości (w każdym razie, niezbyt małego). Cukier trzeba podgrzewać na średnim ogniu. W ZASADZIE nie wolno go mieszać, najwyżej jak widzicie, że boki są już roztopione, a nawet skarmelizowane, potrząsnąć. Ja mieszam zawsze, a mam wyjątkowy talent, do kładzenia garnka na gazie krzywo i cukier roztapia się bardzo nierówno. Niezależnie od tego, czy będziecie mieszać czy trząść, należy dołożyć starań, żeby karmel w całym garnku jednak tworzył się równomiernie i nie można dopuścić, żeby boki się paliły, kiedy w środku kryształki nie zaczęły się nawet rozpuszczać. Wszystko oczywiście na początku dzieje się irytująco wolno, a w tym momencie, kiedy uznacie, że na przykład, można sobie zalać herbatę, proces gwałtownie przyspiesza. Lepiej więc jednak z herbatą poczekać. Jeśli zdecydujecie się mieszać, łyżka w krótkim czasie pokryje się cukrem/karmelem i nie próbujcie z tym walczyć, bo i tak się nie uda. Karmel jest dobry, kiedy osiągnie kolor miodu, czy, jak wolicie, orzecha laskowego. Jeśli zaczyna dymić bądź dziwnie pachnieć oznacza, że się go pozbywacie i zaczynacie zabawę od nowa. Nie ryzykujcie, bo gorzki karmel popsuje cały smak ciasta. I nie usiłujcie organoleptycznie (ładne słowo) sprawdzać, czy to już ten zepsuty etap. To jest wyjątkowo gorące. Gotowy karmel należy natychmiast przelać do formy, bo szybko zastyga, a wtedy nie rozleje się równomiernie po dnie. Ja używałam szklanej formy, ale może być też zwykła metalowa.
  5. Na karmelu ciasno ułożyć jabłka, pleckami do dołu. Może Wam się wydawać, że jabłek jest za dużo, ale należy nimi wypełnić wszystkie szpary i wolne miejsca.
  6. Ciasto wyjąć z lodówki i rozwałkować na okrąg o średnicy trochę większej niż forma. Jeśli przetrzymaliście je w lodówce zbyt długo (tak jak ja), prawdopodobnie nie będzie się dało go tak od razu rozwałkować. Ja podgrzałam je trochę w mikrofalówce, ale nie polecam tej metody, tzn. jest skuteczna, ale wedle wszystkich reguł sztuki, raczej ciastu nie służy. Rozwałkowane ciasto nawinąć na wałek bądź złożyć na cztery i przełożyć na jabłka. Za duże boczki powpychać w formę.
  7. Piec do zrumienienia (ok. 30 min.) w temperaturze 180 stopni. Odczekać chwilę, a następnie na formę położyć talerz trochę większy od jej średnicy i odwrócić, tak, żeby ciasto wpadło na talerz. Podawać na ciepło z bitą śmietaną lub lodami waniliowymi.

tarta tatin

niedziela, 11 października 2009

Tylko jedna kostka dziennie


Julii Child ciasto czekoladowe królowej Saby

Nie należę do tych osób, które po jednym kawałku ciasta mówią: nie, ja już dziękuję. Jestem raczej z tych, które jedząc ten pierwszy kawałek są już myślą przy chwili, kiedy on się skończy i w wyobraźni zajadają się kolejnym.

Ograniczenie się do jednej kostki czekolady, koniecznie gorzkiej i koniecznie (chyba?), między obiadem a kolacją, tak polecane przez rozmaite diety (niekoniecznie odchudzające, po prostu rady dotyczące zdrowego odżywiania), nigdy mnie nie pociągało. Czy jedząc jedną kostkę, w ogóle można poczuć jakiś smak?

Teraz już wiem, że ta jedna kostka ma sens. Jedna kostka służy świadomemu przeżyciu chwili, oderwaniu się od codziennych zmartwień i dostarczeniu sobie, chociaż tych pięciu minut, gwarantowanej i pozbawionej wyrzutów sumienia przyjemności w ciągu dnia .

Cała tabliczka (mleczna, z orzechami, z karmelem) jest dobra na depresję. Kolejno połykane kawałki działają kojącą, na 10 minut wyleczą z każdej chandry, temu nie da się oprzeć, to proces chemiczny. W miarę jak cukier przenika do krwi, uwalniają się endorfiny, albo coś w tym rodzaju, nie można tego pokonać. A potem następuje pierwsza fala mdłości, a czasem i ból brzucha, myśli zaczynają być nakierowane na te mdłości i ból a wszelkie smutki do następnego poranka są z głowy.

Ale ta jedna kostka, to całkiem coś innego. Nie można jej rozgryźć i połknąć. Nie warto tego robić w biegu, albo czytając gazetę. Z jedną kostką dobrze jest siąść w fotelu i na niej się skupić. Trzeba czekać, aż czekolada powoli rozpuści się na języku, starać się zatrzymać ten smak jak najdłużej. To nie jest łatwe. Trzeba ćwiczyć.

Dzisiaj oczywiście nie mam zamiaru przekonywać Was do poprzestania na jednej kostce. Kilka tygodni temu nazwisko Julii Child nic mi nie mówiło, skoro jednak dzięki precyzyjnej kampanii reklamowej (jestem pełna podziwu, wszyscy, zdaje się bezinteresownie, o niej mówią i piszą), powszechnie wiadomo, że jest ikoną, to ja się chętnie modzie na panią Child poddałam i postanowiłam zaraz skorzystać z jej przepisu, a jest to przepis na jej, podobno ulubione, ciasto czekoladowe. Jest ono dość wilgotne, kawałki migdałów przyjemnie chrzęszczą w zębach (ja nie zmieliłam ich zbyt drobno), czuć delikatny posmak kawy, polewa jest gładka i aksamitna. Dodatek czekolady nie jest jednak aż tak duży jak w innych znanych mi ciastach tego typu i pozostaje ono daleko za moim ulubionym. Ja zakwalifikowałabym je raczej jako „z czekoladą” niż „czekoladowe”. Co nie pozostaje w sprzeczności z tym, że smakuje całkiem nieźle i można je sobie upiec, żeby mieć w pogotowiu małą przekąskę na powrót z kina.

Julii Child ciasto czekoladowe królowej Saby

Ciasto czekoladowe królowej Saby*

przepis, na którym się oparłam tu, poniżej już z moimi zmianami

Ciasto:

110 g gorzkiej czekolady (u mnie, po tym jak się ta pierwsza porcja zważyła, ostatecznie 40 g to była czekolada mleczna, bo nie miałam już tyle gorzkiej)
100 g masła
½ szklanki cukru + 2 łyżki
3 jajka (rozdzielone)
¼ łyżeczki proszku do pieczenia
1/3 szklanki migdałów + 2 łyżki cukru
½ szklanki mąki
2 łyżki mocnej kawy (użyłam rozpuszczalnej)


Polewa:

75 g gorzkiej czekolady
1 ½ łyżki mocnej kawy
szczypta soli
75 g masła


Wykonanie:
  1. Migdały sparzyć, obrać ze skórki. Zetrzeć na tarce i wymieszać z 2 łyżkami cukru lub zmielić z cukrem w blenderze.
  2. Czekoladę połamać na kawałki, dodać kawę, rozpuścić w kąpieli wodnej (Czyli, w tej wersji łatwiejszej, większą miskę napełniamy wrzącą wodą, wkładamy do niej mniejszą miskę, do niej czekoladę i czekamy aż się rozpuści, mieszając od czasu do czasu).
  3. Masło utrzeć mikserem, dodawać po trochu cukier i żółtka
  4. Białka ubić ze szczyptą soli i 2 łyżkami cukru.
  5. Do mieszanki maślano-cukrowo-żółtkowej po trochu wmiksowywać roztopioną czekoladę. Następnie wmieszać (szpatułką) migdały, trochę piany i na przemian resztę piany i mąkę z proszkiem do pieczenia.
  6. Przelać do okrągłej formy o średnicy ok. 20 cm. Piec w piekarniku nagrzanym do 190 stopni, ok. 25 min. Ciasto nie powinno być do końca upieczone, środek ma się trochę trząść.
  7. Po upieczeniu ciasto całkowicie ostudzić.
  8. Przygotować polewę: czekoladę z kawą rozpuścić w kąpieli wodnej, dodać sól i po trochu dodawać masło, stale ubijając. Masa będzie bardzo rzadka, dlatego należy ją włożyć na chwilę do lodówki, aż stężeje na tyle, że będzie nią można posmarować ciasto. Jeżeli okazałoby się, że w tej lodówce przebywała jednak za długo, to trzeba na chwilkę umieścić ją w kąpieli wodnej.

Julii Child ciasto czekoladowe królowej Saby

*Od początku wszystko szło nie tak. Przepis zawierał dużo szczegółowych wskazówek Julii, które zlekceważyłam, albo raczej pominęłam, myśląc, co też mi może nowego powiedzieć. Zaczęło się od tego, że zwarzyła mi się czekolada i tu akurat Julia Child się nie popisała, bo nie ostrzegła, że z dodatkiem kawy czekolada rozpuszcza się fatalnie, które to spostrzeżenie zweryfikowałam, rozpuszczając drugą porcję, jak należy, w kąpieli wodnej, a nie mikrofalówce. Potem piana nie chciała się ubić. Następnie ciasto piekło się jakoś dziwnie i ostatecznie przepiekło (ale nie przypaliło). Polewy nie zamierzałam zestalać w żadnej lodowatej wodzie, bo takowej nie miałam, tylko w lodówce i oczywiście zestaliła się za bardzo, tak, że trzeba ją było znowu rozpuszczać. Ostatecznie efekt wizualny i smakowy był przyzwoity, chociaż jak już wcześniej napisałam, to ciasto nie znajdzie się na czele mojej top listy. Ups, a teraz, tłumacząc przepis, odkryłam, że dałam do polewy dwa razy tyle masła co trzeba.

Julii Child ciasto czekoladowe królowej Saby

środa, 7 października 2009

Nie tylko dalekie podróże kształcą albo kurs kuchni francuskiej


ryż na mleku kokosowym z malinami i kruszonką

Tym razem była to podróż zaledwie do sąsiedniej dzielnicy. No, może ze dwie dzielnice dalej. Ale od początku.

Informacje o tych warsztatach, jakiś tydzień wcześniej, podesłała mi koleżanka. Pomyślałam: super, idę. A potem zapał osłabł i właściwie, zaczęłam się zastanawiać, a może jednak nie, bo to daleko, bo nie wiem gdzie, bo od razu po pracy. W końcu postanowiłam: jednak idę.

Pech chciał, że ja, taka zawsze super zorganizowana, zapomniałam wziąć z domu mapę. W obce tereny, nigdy, przenigdy, nie ruszam się bez mapy, głównie z powodu lenistwa umysłowego, bo nie muszę wtedy pamiętać, gdzie iść i czym dojechać.

W obliczu takiego kataklizmu, w pracy przerysowałam sobie fragment mapy z Google'a, wsiadłam do tramwaju, co mi się wydawało, po przystanku przesiadłam na inny, co mi się wydawało i zanim przejechał kolejny przystanek, zorientowałam się, że równie dobrze mogłam zostać w tym pierwszym, bo jadą w tę samą stronę. Po kilku kolejnych przystankach, znalazłam się tam, gdzie chciałam, ale zupełnie nie tam, gdzie chciałabym być. Tylko kawałek za ścisłym centrum, a wokół tylko jakieś rozgrzebane budowy. I ja, bez mapy, głodna, wkurzona, na pewno już spóźniona, wyposażona jedynie we wzrokową pamiątkę ukształtowania terenu, bo ten kawałek, który przerysowałam, nie był tu wcale użyteczny. Miałam ochotę przejść na drugą stronę ulicy i złapać autobus do domu.

Na szczęście tego nie zrobiłam. Poszłam dalej, znowu tam, gdzie mi się wydawało. I tym razem wydawało mi się dobrze, co potwierdziła jakaś napotkana osoba.

Znalazłam. Dom Kultury. Typowy. Wchodzę. Mała salka. W salce 12 osób, w tym jeden pan, jak się okazało, stały bywalec. I totalne zaskoczenie, większość pań w wieku emerytalnym. Pośrodku niewysoka pani, o francuskim wyglądzie, może dzięki latom spędzonym na kontakcie z francuską kulturą, bo pani była jednak Polką, kończy przygotowywać łososia do crumble na ostro.

Pani Paulina robi kruszonkę, wstawia łososia do prodiża, nastawia mleko kokosowe na ryż. Później przygotowuje dla nas magiczny napój Marjorie (pół na pół sok z marchewki, czerwonych grejpfrutów, trochę wody pomarańczowej, cynamon). Wąchamy wodę pomarańczową, wąchamy kardamon (to do ryżu).

Następnie uczymy się, jak zrobić ratatouille. Odważniejsza z uczestniczek miesza ryż, żeby się nie przypalił. Ustalamy menu na przyszły raz, zupa cukiniowa, a może jakaś inna? Trwa dyskusja, dlaczego warsztaty są tylko raz w miesiącu.

Wreszcie, możemy spróbować. Wszystko jest pyszne. Uczestnicy kursu się rozkręcają, atmosfera jest coraz bardziej serdeczna. I tu zaskoczenie drugie, nawet większe. Jak myślicie, jakimi przepisami wymieniają się panie (i jeden pan)? Na schabowe, pieczenie, zupę ogórkową?

Nie. Dzielą się swoimi doświadczeniami z bakłażanami, karczochami i szparagami. Co lepsze, białe, czy zielone? A karczochów nie udało się wyhodować w ogródku. W końcu się rozchodzimy, zaopatrzeni w przepisy z zajęć.

Jeśli tylko nic mi nie przeszkodzi, za miesiąc na pewno tam wrócę. Bo przyszłym miesiącu, będzie tarta tatin.

ryż na mleku kokosowym z malinami i kruszonką

Ryż na mleku z malinami i kruszonką orzechową*
Riz au lait de coco, framboises et crumble de noix

Składniki:
6-8 porcji, ale bardzo malutkich, porcja na zdjęciu jest PODWÓJNA

2 puszki mleka kokosowego (po 400 ml)
200 ml mleka
5 łyżek okrągłego ryżu (takiego, jak do risotto)
4 łyżki brązowego cukru
1 cukier waniliowy
1 łyżka cynamonu
szczypta kardamonu
350 g malin

Kruszonka:

40 g mielonych lub drobno posiekanych orzechów
40 g brązowego cukru
40 g mąki
40 g masła


Wykonanie:

  1. Mleko zagotować z cukrem, cukrem waniliowym, kardamonem i cynamonem. Dodać ryż i ugotować go, regularnie mieszając. Trwa to ok. 20 min. Może Wam się wydawać, że ryżu jest zbyt mało w stosunku do mleka, ale po wystygnięciu masy, bedzie go w sam raz.
  2. Przygotować kruszonkę: piekarnik nagrzać do 180 stopni. Wszystkie składniki najpierw posiekać razem, a później palcami rozetrzeć na konsystencję piasku. Ułożyć w formie na grubość 1 cm i piec do zrumienienia.
  3. W dużym naczyniu, lub kilku małych, ułożyć maliny, zalać ciepłym ryżem, wystudzić. Przed podaniem posypać kruszonką.
Bon appétit!

*Jak łatwo zauważyć, u mnie orzechowej kruszonki tym razem nie było, ale z tym dodatkiem jest naprawdę pysznie. Deser powinno się jeść na zimno, ale ja chyba wolę jeszcze ciepły, bo wtedy jest bardziej kremowy, a maliny pod wpływem ciepła miękną i puszczają sok.

niedziela, 20 września 2009

Sezon jesień/zima 2009/2010 w mojej kuchni


Zupa cebulowa

Wrześniowe magazyny dla kobiet, w jeszcze większej części niż zwykle, składają się ze zdjęć chudych i bladych modelek, odzianych w to, co zdaniem kilku osób, powinni nosić wszyscy. Przynajmniej, jeżeli aspirują do jakiegoś poziomu. A ja, naiwna ofiara konsumpcyjnego stylu życia, uwielbiam to oglądać, przewracać kartki tam i z powrotem, starając się ułożyć jak najkrótszą listę tego, co chciałabym mieć.

Jeżeli jeszcze nie wiecie, uprzejmie informuję, że w tym sezonie, z zaledwie niewielkimi modyfikacjami, modne jest to, co zwykle, wkażdym razie zwykle od kilku lat. Asymetria, greckie drapowania, zwierzęce wzory, błyskotki, mundurki, motywy rosyjskie.

Jest to chyba oczywiste, ale czy świadomie zastanawialiście się kiedyś, że to, co jemy, też podlega modom?

Kiedy byłam dzieckiem, popularny niedzielny obiadek składał się z pieczonego kurczaka, ziemniaczków i sałaty (masłowej!) ze śmietaną. Pamiętacie? Później śmietana zaczęła pojawiać się równie często, jak sos vinegret z torebki. Trzy łyżki oleju, trzy wody, wymieszać, polać, wymieszać. A potem pojawiła się oliwa z oliwek. Po pewnym czasie okazało się, że koniecznie extra vergine i do tego niezbędny jest ocet balsamico. Wymieszać, doprawić, a otrzyma się pyszny i zdrowy sos do mieszanki sałat lub sałaty lodowej.

Niby ciągle można by przyrządzić taką masłową ze śmietaną, ale dzisiaj wydaje mi się to bardzo ekstrawaganckim pomysłem, a spróbowanie tego dania wymagałoby sporej odwagi.

Kilkakrotnie natrafiłam już na różnych guru od gotowania, którzy mówili, co zdaniem kulinarnych autorytetów, albo może tylko ich samych, dokładnie nie pamiętam, obecnie modnie wkładać do garnka i wykładać na talerz.

Pomyślałam, właściwie, ciekawy pomysł. Żeby nauczyć się czegoś nowego. Częściej jeść to, co lubię. Zmusić (o tak!) do gotowania zdrowiej. Postanowiłam jednak sama być swoim guru i tak powstała poniższa lista . Kulinarną czernią tej jesieni i zimy będą:

jabłka
kasze
kurczak (wszystko, tylko nie filet!)
kuchnia rosyjska
zupy

Zacznę od zupy. Jest naprawdę przepyszna. Dotychczas kawałki cebuli pływające w bulionie nie wydawały mi się zbyt apetyczne i zupę cebulową jadałam i gotowałam jedynie w wersji miksowanej. Dla tego przepisu robię wyjątek. Planowałam część zamrozić, na jakąś chwilę lenistwa, ale się nie udało. Czy jako zachęta wystarczy, jeśli napiszę, że jadłam ją trzy dni pod rząd?

Zupa cebulowa

Zupa cebulowa
przepis według tej strony

Składniki:
(dla 4 osób)

4-5 dużych cebul (białe lub czerwone, lub pół na pół – ja tak zrobiłam)
2-4 gałązki świeżego tymianku (dałam suszony)
3-5 listków laurowych
3-5 ząbków czosnku (nie dałam)
sól, pieprz
2-3 łyżki mąki
1-2 filiżanki (cups) wina*
8 uncji bulionu wołowego (moim zdaniem ok. 1,25 l, dałam warzywny)

do grzanek: bułka, żółty ser


*Spór białe czy czerwone trwa. Miałam czerwone i takie dałam.

Wykonanie:
  1. Cebulę posiekać, ogólnie rzecz biorąc, na takie kawałki, jakie macie ochotę jeść. Na ogniu rozgrzać sporą łyżkę masła, wrzucić cebulę, tymianek, liście laurowe. Nie mieszać, aż do momentu, kiedy cebula stanie się szklista. Dodać czosnek. Smażyć, już mieszając, dalej, jeżeli coś się lekko przypali, to nawet lepiej, skarmelizowane części nadadzą zupie smak. Dodać sól i pieprz.
  2. Nalać wino, gotować do momentu, aż prawie wyparuje. Jeżeli używaliśmy świeżych ziół, wyjąć je z cebuli. Posypać ok. 2 łyżkami mąki, wymieszać, gotować chwilę, aż mąka się wchłonie i straci surowy smak. Jeżeli jest to konieczne, można trochę rozprowadzić bulionem. Dodać resztę bulionu, gotować 20-30 min. bez przykrycia. Część płynu powinna wyparować, a zupa zgęstnieć. Jeżeli uznamy to za wskazane, dodać jeszcze trochę mąki, pamiętając, by rozprowadzić ja wcześniej w odrobinie wody lub bulionu.
  3. Bułkę pokroić w kromki, położyć na nie po plasterku sera. Zupę rozlać do miseczek, na każdej położyć po grzance (lub więcej, w zależności od wielkości grzanek i miseczek), zapiec w piekarniku, aż ser się rozpuści i zacznie bąbelkować. Można to też zrobić w mikrofalówce. Jak widać na zdjęciu, ja grzanki zrobiłam osobno, ale nie polecam, bo bułka za mało potem nasiąkała zupą.

Zupa cebulowa

środa, 12 sierpnia 2009

Jeżynowe tartletki


tartletki z jeżynami

Lubicie spacery po lesie? To nie jest wcale pytanie retoryczne. W dzieciństwie najchętniej w ogóle bym tam nie wchodziła, bo las kojarzył mi się nie z przyjemnym chłodem, zapachem igliwia, spokojem i ciszą, ale z czyhającymi na mnie wszędzie wściekłymi jeżami i wiewiórkami. I wilkami, oczywiście. Pewnie było to wynikiem lektury umoralniającej książeczki produkcji radzieckiej, której główna akcja polegała na poszukiwaniach lekarza, mającego przynieść ratunek pogryzionemu przez psa chłopcu. Mimo moich obaw, w lesie, ze stworzeń niosących bezpośrednie zagrożenie, można było spotkać wyłącznie mrówki, a poza tym pozbierać szyszki i kawałki kory, kolekcjonowane jako pamiątki z wakacji, narwać błękitnych dzwoneczków, a przy odrobinie szczęścia, najeść się jagód, malin, jeżyn oraz najrzadszych, i najbardziej z nich wszystkich poszukiwanych, poziomek. Smakują zupełnie inaczej niż te hodowlane.

Teraz na wycieczki do lasu (i w ogóle na jakiekolwiek wycieczki) jeżdżę stanowczo za rzadko, a leśne owoce, jeżeli już taki produkt w pobliżu się pojawi, żal jeść inaczej niż sauté. Ze sklepowymi jest jednak zupełnie inaczej, przetwarzanie często jedynie im służy.

Zabierając się do jeżynowych tartletek, choć to wariacja na temat francuskiego klasyka, nie spodziewałam się zbyt wiele. Nie sądziłam, by śmietanowa polewa, dotychczas znana mi w wersji wytrawnej, sprawdziła się na słodko. Cóż, okazuje się, że przyjemnie jest się czasem pomylić. Polewa jest kremowa i pyszna, jej słodki smak jest doskonałym tłem dla kwaskowatych owoców. Śmietanowa mieszanka świetna była nawet na surowo i, choć to pewnie strasznie niezdrowe, to co mi zostało po polaniu ciastek (a było tego sporo, bo trochę zamieszałam z ilością) po prostu wyjadłam na śniadanie. Polecam również kruche ciasto z przepisu Jamiego Olivera, jest na tyle dobre, że pewnie będę je stosować przy większości tego typu wypieków.

tartlteki z jeżynami

Tartletki z jeżynami

Kruche ciasto:
(przepis: Jamie Oliver)
(na dużą tartę lub 12 tartletek średnicy 10 cm, ja zrobiłam z połowy składników)

250 g mąki
125 g masła
100 g cukru pudru
szczypta soli
2 żółtka
2 łyżki zimnej wody/mleka


Nadzienie:
(na dużą tartę, w nawiasach na 6 tartletek)

maliny i jeżyny w dowolnych proporcjach, u mnie z przewagą jeżyn (myślę, że sobie poradzicie, bo zapomniałam zmierzyć, ile właściwie potrzeba)
3 jajka (1 jajko)
szklanka kwaśnej śmietany (niecała połowa szklanki – mniej więcej połowa małego opakowania)
pół szklanki cukru (2 łyżki)


Wykonanie:
  1. Wszystkie składniki ciasta, oprócz wody, połączyć ze sobą, najlepiej za pomocą noża lub widelca, aż osiągną konsystencję okruszków. Dodać wodę, szybko zagnieść. Ciasto owinąć folią, włożyć do lodówki na co najmniej godzinę. Jamie radzi przed włożeniem do lodówki uformować z ciasta wałek, a potem kroić go na krążki, które rozkłada się po powierzchni formy na tartę, aż pokryją całą, a następnie dociska, żeby było mniej więcej równo. W tartletkach ta metoda sprawdza się jeszcze lepiej, bo uformowałam taki wałek, żeby krążki miały trochę średnicę niewiele mniejszą, niż była potrzebna do wyłożenia foremek. Każdy krążek trochę rozwałkowałam, a potem ulokowałam w foremce.
  2. Piekarnik nagrzać do 180 stopni C. Tartletki podpiec, aż będą lekko rumiane (ok. 10 min.).
  3. Wymieszać składniki polewy: śmietanę, jajka, cukier. Owoce ciasno ułożyć na podpieczonym cieście, zalać polewą. Ważne! Owoce muszą być suche, żeby nie przemoczyły ciasta, więc trzeba je opłukać znacznie wcześniej lub osuszyć delikatnie papierowym ręcznikiem.
  4. Piec aż polewa się zsiądzie, ja piekłam ok. 30 min.

tartletki z jeżynami

niedziela, 2 sierpnia 2009

"Śniadanie na trawie" a kwestia croissantów


Croissants

Przyjrzeliście się kiedyś, co jedzono podczas Śniadania na trawie? Wygląda na to, że niewiele, z koszyka wypada parę brzoskwiń, trochę czereśni, obok smętnie leży jakaś kajzerka. Można by zaryzykować, że obraz pokazuje scenę już po posiłku, ale w takim razie, gdzie brudne kubki i talerzyki, papierki i serwetki? Wygląda na to, że to nie jedzenie było dla bohaterów scenki najważniejsze, jednak retorycznie zapytam: czy mogłyby się tam pojawić croissanty?

Otóż, raczej jest to mało prawdopodobne. Obraz pochodzi z 1863 roku, a chociaż słynny dziś rogalik był już wtedy we Francji znany (przywiozła go nieszczęsna królowa Maria Antonina), to pierwsze drukowane przepisy na ten przysmak pojawiają się dopiero na początku XX wieku.

Mimo, że dzisiaj pewnie mało kto pamięta o jego wiedeńskim rodowodzie, a croissant stał jednym z symboli kulinarnych Francji, to on sam, swojego pochodzenia wcale nie kryje. Tego typu wypieki, ni to pieczywo, ni to ciasto, nazywane są po francusku "viennoiserie" (od Vienne, czyli Wiedeń). Co ciekawe, w historii croissantów jest również wątek polski, bo po raz pierwszy wiedeńscy piekarze wykonali je dla uczczenia zwycięstwa Sobieskiego. Jeżeli chcecie się dowiedzieć więcej o ciekawej historii pysznego rogalika, to możecie to zrobić na przykład tutaj.

A ja przechodzę już do rzeczy, bo chociaż bohaterowie Maneta, przynajmniej tamtego poranka, przywiązywali małą wagę do jedzenia, to ze mną jest całkiem inaczej i nie mogłam się doczekać, aż croissanty wreszcie będą gotowe, a proces przygotowania, niestety, trochę trwa. Ciasto wykonałam według instrukcji słowno-obrazkowej Liski i postępując zgodnie z jej radami, okazało się to naprawdę nietrudne. Może nie łatwe, ale naprawdę niezbyt trudne. Próbowałam już wcześniej robić takie typowe ciasto francuskie, w smaku było nie najgorsze, ale zawsze w trakcie wałkowania masło gdzieś tam wypływało po bokach, placek był nierówny i nie czułam się z wypieku zadowolona. Tym razem nic nie wypłynęło, a ciasto po ostatnim wałkowaniu niespodziewanie okazało się być idealnym (no, prawie) prostokątem i było cudownie jedwabiste w dotyku, musiałam się powstrzymywać, żeby go nie głaskać, bo to by mu mogło jednak zaszkodzić.

W przygotowania trzeba włożyć trochę wysiłku, ale warto spróbować, bo satysfakcja jest ogromna, no i za cały Wasz trud otrzymujecie nagrodę w postaci cudownego, maślanego smaku, który trudno znaleźć w kupnym rogaliku. Samodzielnie wykonywane croissanty mają jedną wadę: ponieważ przed włożeniem do pieca muszą dwie godziny rosnąć, aby naprawdę zjeść je na śniadanie, trzeba wstać baaardzo wcześnie.

Croissants

Croissants

Oryginalny przepis, wraz z instrukcją obrazkową, znajdziecie w Pracowni Wypieków.

Składniki:
(zrobiłam z połowy)

28 g świeżych drożdży
3 i 3/4 szklanki mąki pszennej
1/3 szklanki cukru
1 łyżeczka soli
1 szklanka mleka


oraz: 500 g zimnego masła

Wykonanie:

  1. Wszystkie składniki (oprócz masła) miksować na małych obrotach 1-2 minuty. Jeżeli ciasto jest za suche, dodać trochę mleka (maksymalnie 3 łyżki). Miksować dalej na najwyższych obrotach przez 3 minuty. Oczywiście można też zagnieść. Ciasto zawinąć w folię i włożyć na noc do lodówki (rośnie!).
  2. 500g masła zmiksować. Ciasto rozwałkować na, mniej więcej, prostokąt o wymiarach 25x42 cm. Na środku położyć masło, przykryć jednym bokiem, potem drugim, zlepić górną i dolną cześć paczuszki tak, żeby nie było widać masła.
  3. Rozwałkować ciasto na prostokąt o wymiarach 65x35 cm, a następnie złożyć na 3 części, zakładając jeden bok na drugi, tak jak poprzednim razem (tylko oczywiście nie kłaść masła na środek). Owinąć folią, włożyć do lodówki na 2 godziny. Operację powtórzyć (łącznie z leżakowaniem w lodówce).
  4. Ciasto rozwałkować na prostokąt o wymiarach 65x35 cm i złożyć na 4: najpierw dwa boki do środka, a potem całość na pół (na kształt portfela). Zawinąć w folię i włożyć do lodówki na co najmniej 2 godziny. W tej postaci ciasto może leżeć w lodówce do kilku dni. Oczywiście na każdym etapie, jeśli jest to konieczne, podsypujemy ciasto mąką.
  5. Ciasto podzielić na 2 części, rozwałkować. Proponuję pociąć najpierw na pasy kilkunastocentymetrowej szerokości, a potem te pasy w trójkąty, powiedzmy, równoboczne lub równoramienne, ale może macie jakiś własny patent. Zwinąć na kształt rogalika.
  6. Gotowe croissanty ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i zostawić na dwie godziny do wyrośnięcia.
  7. Piekarnik nagrzać do 220 stopni C. Croissanty posmarować żółtkiem rozmieszanym z odrobiną soli. Piec 10-12 min.
Uwagi Liski:

  • ciasto na każdym etapie wałkowania musi by zimne, dlatego jeżeli klei się do wałka, trzeba podsypać je mąką i schłodzić w lodówce, a potem kontynuować;
  • rogaliki powinny rosnąć dwie godziny, bo wpływa to na listkowanie, więc nie próbujcie tego czasu skracać!

Uwagi moje:

  • przestrzegajcie czasu pieczenia, bo w takiej temperaturze trwa to krótko i ciasto szybko się przypala;
  • no dobrze, przyznaję się, miałam pewien niedosyt, bo kształt nie był idealny, ale to na moje własne życzenie. Jeśli chcecie uniknąć efektu rozklejania się, trójkąty, które zwijacie, muszą być raczej długie, a zwinięty rogalik powinien "siedzieć" na swoim końcu;
  • moje rogaliki miały podstawę ok. 12 cm i były mniejsze niż te, które można zwykle kupić, więc jeżeli zależy Wam na dużych rogalikach, to sugerowałabym podstawę długości ok. 15 cm.

Przyznaję się, że:

  • nie miałam tyle czasu, żeby na pierwszym etapie zostawić ciasto w lodówce na noc i były to tylko jakieś 4 godziny;
  • rozwałkowywałam niezbyt zgodnie z podanymi rozmiarami, bo zrobiłam z połowy składników i nie bardzo wiedziałam, jak się do tego odnieść, co było dość wygodne.

Croissants