Uff… Wreszcie. Suche w środku. Niegąbczaste. Niespalone. Ślicznie połyskujące na perłowo-różowo-beżowo (może ktoś wie, jak oni to robią, że te sklepowe lśnią taką nieskazitelną, nienaturalną bielą? czy to osiągalne?). Bezy. Udało się.
Jeśli chodzi o Mont Blanc, to nie udajemy się wcale na jego szczyt, tylko przeciwnie, do słodkiego wnętrza. A niezdobyta przeze mnie aż do teraz góra, to właśnie niepozorny, nieduży kopczyk bezy.
Kolejne próby podejmowałam zawsze z niezmąconym optymizmem, trzymając daleko w niepamięci poprzednie razy i ich smutne efekty. I teraz przystąpiłam do pracy głęboko wierząc, że się uda, w końcu sojusznikiem była jedna z moich ukochanych książek My French Kitchen, z którą nawet przygoda z kapryśnym crème caramel zakończyła się sukcesem. W tych okolicznościach, czy w ogóle coś mogło pójść nie tak?
Owszem, mogę Wam zdradzić, dlaczego się udało (przynajmniej tak myślę), chociaż wytłumaczenie nie ma w sobie nic z magii: w odpowiedniej chwili przykryłam bezy folią i moje chmurki zamiast zyskiwać coraz większy stopień zrumienienia, przechodzący w miarę upływu czasu w nieapetyczną spaleniznę, otulone aluminiową kołderką mogły spokojnie się dosuszyć. To wszystko.
Mamy bezy, możemy mieć i Mont Blanc. To taki trochę deser-widmo, trudno o nim powiedzieć coś pewnego. Jest moim zdaniem bardzo francuski w charakterze (chociaż podobno popularny we Włoszech, Japonii i… na Węgrzech), ale większość przepisów, na które natrafiłam, było po angielsku.
Właściwie nie wiem, co powoduje, że deser można już nazwać Mont Blanc. Wychodzi na to, że wystarczy… beza. No bo niby krem kasztanowy jest niezbędny, ale wersja japońska zezwala na wykorzystanie puree z dyni (podobno). Przyjmijmy jednak, że podstawą jest beza i krem kasztanowy. Ale drugiej strony, puree kasztanowe wcale nie musi występować w czystej postaci, można je wymieszać z bitą śmietaną i wtedy utworzy pyszny krem, który można przykryć dodatkową czapeczką śmietany. Widziałam też gdzieś pociągającą i wyrafinowaną wariację, w której zamiast bez były makaroniki, a zamiast kremu kasztanowego – kasztany kandyzowane. Można sobie zrobić i wersję dietetyczną (hmm, raczej „dietetyczną”), w której skład wchodzi tylko kasztanowe puree i twarożek. Ale wtedy moja teoria na temat bezowej istoty deseru, niestety, upada.
Miło tak sobie pomarzyć o różnych wariacjach, ale teraz będą konkrety: może Wam się wydawać, że Mont Blanc tylko warstwa śmietany, beza i sam w sobie mdławy krem kasztanowy, ale jesteście w błędzie. To połączenie jest zadziwiająco pyszne. Banalne w wykonaniu, przy tym oryginalne i bardzo, bardzo słodkie. Ważne: by satysfakcja mogła być pełna, tylko jedna metoda jedzenia jest prawidłowa: wbijcie łyżeczkę po samo dno i pozwólcie, by znalazło się na niej trochę każdej warstwy. I hop do buzi. Teraz poczekajcie, aż cukier zrobi swoje i poczujcie, jak z każdą łyżeczką dzień będzie się wydawał (jeszcze) piękniejszy.
Jeśli chodzi o Mont Blanc, to nie udajemy się wcale na jego szczyt, tylko przeciwnie, do słodkiego wnętrza. A niezdobyta przeze mnie aż do teraz góra, to właśnie niepozorny, nieduży kopczyk bezy.
Kolejne próby podejmowałam zawsze z niezmąconym optymizmem, trzymając daleko w niepamięci poprzednie razy i ich smutne efekty. I teraz przystąpiłam do pracy głęboko wierząc, że się uda, w końcu sojusznikiem była jedna z moich ukochanych książek My French Kitchen, z którą nawet przygoda z kapryśnym crème caramel zakończyła się sukcesem. W tych okolicznościach, czy w ogóle coś mogło pójść nie tak?
Owszem, mogę Wam zdradzić, dlaczego się udało (przynajmniej tak myślę), chociaż wytłumaczenie nie ma w sobie nic z magii: w odpowiedniej chwili przykryłam bezy folią i moje chmurki zamiast zyskiwać coraz większy stopień zrumienienia, przechodzący w miarę upływu czasu w nieapetyczną spaleniznę, otulone aluminiową kołderką mogły spokojnie się dosuszyć. To wszystko.
Mamy bezy, możemy mieć i Mont Blanc. To taki trochę deser-widmo, trudno o nim powiedzieć coś pewnego. Jest moim zdaniem bardzo francuski w charakterze (chociaż podobno popularny we Włoszech, Japonii i… na Węgrzech), ale większość przepisów, na które natrafiłam, było po angielsku.
Właściwie nie wiem, co powoduje, że deser można już nazwać Mont Blanc. Wychodzi na to, że wystarczy… beza. No bo niby krem kasztanowy jest niezbędny, ale wersja japońska zezwala na wykorzystanie puree z dyni (podobno). Przyjmijmy jednak, że podstawą jest beza i krem kasztanowy. Ale drugiej strony, puree kasztanowe wcale nie musi występować w czystej postaci, można je wymieszać z bitą śmietaną i wtedy utworzy pyszny krem, który można przykryć dodatkową czapeczką śmietany. Widziałam też gdzieś pociągającą i wyrafinowaną wariację, w której zamiast bez były makaroniki, a zamiast kremu kasztanowego – kasztany kandyzowane. Można sobie zrobić i wersję dietetyczną (hmm, raczej „dietetyczną”), w której skład wchodzi tylko kasztanowe puree i twarożek. Ale wtedy moja teoria na temat bezowej istoty deseru, niestety, upada.
Miło tak sobie pomarzyć o różnych wariacjach, ale teraz będą konkrety: może Wam się wydawać, że Mont Blanc tylko warstwa śmietany, beza i sam w sobie mdławy krem kasztanowy, ale jesteście w błędzie. To połączenie jest zadziwiająco pyszne. Banalne w wykonaniu, przy tym oryginalne i bardzo, bardzo słodkie. Ważne: by satysfakcja mogła być pełna, tylko jedna metoda jedzenia jest prawidłowa: wbijcie łyżeczkę po samo dno i pozwólcie, by znalazło się na niej trochę każdej warstwy. I hop do buzi. Teraz poczekajcie, aż cukier zrobi swoje i poczujcie, jak z każdą łyżeczką dzień będzie się wydawał (jeszcze) piękniejszy.
Bezy
Źródło: My French Kitchen
Składniki:
3 białka
¾ szklanki + 2 łyżki drobnego cukru
Wykonanie:
- Piekarnik nagrzać do 135 stopni.
- Białka ubić na sztywno, ciągle ubijając dodać cukier w dwóch porcjach. Łyżką nałożyć na blachę, wyłożoną pergaminem, 12 sporych bez. Oczywiście możecie się postarać, by Wasze bezy miały idealnie okrągły kształt, ale moim zdaniem, nieregularne chmurki są bardziej urokliwe. Piec 2 godziny, wyłączyć piekarnik i zostawić w nim bezy jeszcze na 12 godzin (będą bardziej chrupiące). Po 45 minutach przykryłam bezy folią aluminiową, bo zaczęły się ciut za bardzo rumienić, więc obserwujcie i Wasze, by w razie potrzeby pospieszyć im na ratunek.
Mont Blanc
4-6 porcji
Składniki:
Bezy (1 duża lub 2-3 małe na każdą porcję)
Krem kasztanowy* (po dużej łyżce na porcję)
250 ml śmietanki kremówki
150 g serka śmietankowego np. Bielucha
2 łyżeczki cukru
1 łyżeczka żelatyny rozpuszczona w niewielkiej ilości gorącej wody lub fix do śmietany (opcjonalnie)
*puree kasztanowe można kupić w sklepach typu Kuchnie świata lub delikatesach, w puszkach lub tubkach. Ja wykorzystałam krem kasztanowy, który znalazłam w Carrefourze w okolicach dżemów.
Wykonanie:
- Śmietanę ubić z cukrem, ewentualnie dodać fix, zgodnie z wskazówkami na opakowaniu. Śmietana powinna być bardzo sztywna. Można dać więcej cukru lub przeciwnie, w ogóle z niego zrezygnować, bo reszta składników jest bardzo słodka.
- Serek rozbełtać w misce, dodać trochę śmietany, delikatnie wymieszać, dodać resztę i wymieszać. Jeśli chcemy dodać żelatynę, należy wmieszać ją razem z drugą porcją śmietany. Żelatyna/fix nie są obowiązkowe, ale ja zawsze mam wizję, że bez nich cała masa się rozpłynie.
- Do indywidualnych naczynek nałożyć: bezy, duuużą łyżkę kremu kasztanowego i dopełnić kremem. Przed podaniem posypać kakao lub cukrem pudrem, który imituje śnieg. Deser można przygotować kilka godzin przed podaniem, ale lepiej nie trzymać go zbyt długo, bo bezy mogą rozmięknąć.
































