Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jabłka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jabłka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 września 2010

Jesienne dylematy



Długo zastanawiałam się, czy w ogóle pisać o tej jesieni. Na wszystkich blogach jest jej pełno, co powoduje, że łatwo można stać się odtwórczym i nudnym. Z drugiej strony, skoro jest to najistotniejszy z tematów, coś jak najnowsze doniesienie o (chwileczkę, zrobię przegląd prasy...) świeżo wykreowanych gwiazdach Mam talent (akurat nie oglądam, ale żeby nie było podejrzeń, że sobie kpię, to Taniec z gwiazdami, jak mam okazję, to i owszem) trudno jednak o jesieni zapomnieć.

Najświeższy news jest taki, że właściwie to jej jeszcze wcale nie ma. Parę dni temu poszłam ją z aparatem udokumentować i nasunął mi się właśnie powyższy wniosek. Dzień był ciepły i słoneczny, drzewa jeszcze zielone, trawa jak na pocztówkach "Pozdrowienia z Irlandii", na ławkach, jak zwykle, zakochani i grupki panów przy czymś mocniejszym, po alejkach szalały na rolkach dzieci. Jeśli coś różniło tę jesień od lata, to najwyżej nieśmiałe zwiastuny zmieniającej się pory roku w postaci liści, które łagodnie i niezbyt licznie pałętały się po bokach alejek oraz łupinki kasztanów, które z kolei obficie ozdabiały trawniki. Ku mojemu rozczarowaniu, tylko łupinki, bo po zeszłorocznym, zakończonym obfitymi łowami sukcesie, miałam ochotę na więcej, tymczasem, współzawodnicząc w poszukiwaniach z, na oko, dziesięciolatką, udało mi się znaleźć całe dwa kasztany. Nie wiem, ile znalazła konkurentka, ale chyba była bardziej zdeterminowana. Tutaj dochodzimy do kolejnego symptomu jesieni, bo jakiś czas przed godziną siódmą ja i mój, coraz bardziej bezużyteczny, aparat, musieliśmy się udać w stronę domu, zamiast w kierunku jeszcze nieprzeszukanej, a budzącej nadzieję na kasztanowe łowy części Plant.



Skoro tak się co do jesieni rozczarowałam, stworzyłam ją sobie chociaż na patelni. Do zrobienia tego dania zachęciła mnie nazwa – Niebo i ziemia. Ziemniaki i jabłka w mojej wyobraźni stały się opowieścią o prawdziwie jesiennym spacerze (tak, wiem, doczekam się, już niedługo.) przez pola pachnące glebą i mgłą, przy czystym błękitnym niebie, upstrzonym najwyżej małymi chmurkami. Jest już dość chłodno, ale to chłód z gatunku tych przyjemnych, który łatwo da się zwalczyć rękawiczkami i szalikiem, a najwyżej przyjemnie łaskocze w nos. Niebo i ziemia to pozornie typowa kompozycja, bo zestawienia jabłko-majeranek czy ziemniaki-majeranek są bardzo oczywiste, jednak połączenie wszystkiego razem daje już oryginalny, nowy i bardzo smaczny efekt. Moim zdaniem można go wykorzystać nawet na jakimś niezbyt oficjalnym spotkaniu towarzyskim, na przykład jako dodatek do pieczonego mięsa.



Niebo i ziemia
źródło: Country Living 10/2009

Składniki:
4-6 porcji

1 kg ziemniaków
1 kg jabłek, takich, które się nie rozgotują
2-3 grube plastry boczku (albo ile chcecie) pokrojone w kostkę
masło lub olej
kilka gałązek majeranku, posiekanego (lub majeranek suszony)


Wykonanie:
  1. Ziemniaki obrać i pokroić w średnie kostki. Wrzucić do garnka z wrzącą, posoloną wodą i gotować 10 minut. Po tym czasie dorzucić jabłka, pokrojone w kawałki podobnej wielkości jak ziemniaki. Nie obierałam jabłek, bo czerwona skórka ładnie wygląda. Gotować razem, aż ziemniaki będą prawie miękkie (ok. 5-10 minut, zależy od wielkości Waszych kostek).
  2. W międzyczasie podsmażyć boczek na maśle lub oleju. Ja lubię straszne skwarki, Wy usmażcie według własnego gustu i zdejmijcie boczek z patelni.
  3. Na patelnię wrzucamy ugotowane i odsączone ziemniaki z jabłkami, ewentualnie dodając więcej oliwy lub masła, by nie przywierały do dna. Smażymy, aż wszystko się przyrumieni, dorzucamy boczek, majeranek, ewentualnie dosalamy. Gotowe.

wtorek, 27 kwietnia 2010

Nostalgia za zimą




Słupek rtęci na termometrze osiągnął wreszcie magiczną dwudziestkę, mogę więc sobie pozwolić na tekścik cokolwiek przewrotny. Pewnie niektórzy z Was wiedzą i pamiętają, o wygranej przeze mnie, w urodzinowym konkursie Anny Marii, książce Roast figs sugar snow, z budzącym duże nadzieję podtytułem Food to warm the soul Diany Henry. Otóż przesyłka do mnie dotarła, a ja entuzjastycznie ją kartkując, naglę zatęskniłam za zimą. Patrząc na zdjęcia w Roast figs... doszłam do wniosku, co piszę z całym przekonaniem, mając za oknem coraz bardziej zielone, a niektóre nadal kwitnące, drzewa, że zima nie ma nic wspólnego z marznącymi palcami i nosem, a istnieje jedynie po to, żebyśmy mogli zjeść pyszne rzeczy, które poleca Diana Henry i po to, żeby Jason Lowe mógł je (te pyszne rzeczy) i ją (zimę) sfotografować.

Ta książka, należy do tych, które cieszą, nawet jeśli nie chce się z nich gotować, a zaryzykowałabym nawet, że przepisy są miłym bonusem do całej reszty. Zimowe krajobrazy w skandynawskiej estetyce (chociaż potrawy wywodzą się także m.in. z Rosji, Gruzji, są też polskie akcenty), ascetyczne i chłodne, a jednak kojące, pojawiają się też nieodłączne w takich scenkach dzieci, maczające swe małe paluszki w tym i owym. Duży plus za rzecz czysto praktyczną – stopnie podawane są nie tylko w Fahrenheitach, ale też w Celsjuszach, a waga nie tylko w uncjach, ale także w gramach, a naprawdę nic nie irytuje tak, jak konieczność odnalezienie czegoś, gdzie można to poprzeliczać, w momencie kiedy obudziła się w was już domowa bogini, i nagle jest się zmuszonym porzucić nastrój romantycznego natchnienia na rzecz czynności godnych zwykłej podkuchennej.

Pierwszy przepis, który wypróbowałam, to obłędnie pachnące cynamonem muffinki, nietypowo mięciutkie i wilgotne, z przyjemnie szurającą między zębami cukrowo-orzechową posypką. Smak jabłek jest prawie niewyczuwalny, ale jeśli komuś na nim zależy, może po prostu wystarczy pokroić je grubiej. Są w każdym razie na tyle zniewalające, że chyba niepotrzebnie odmroziłam lodówkę, specjalnie po to, żeby nadwyżkę ciastek móc zamrozić.

Sprawdziłam już, czy w mojej ulubionej księgarni mają inną książkę Henry, Crazy Water, Pickled Lemons. Mają. Chwilowo jednak spróbuję zadowolić się wyłącznie tą wiedzą.

muffinki jabłkowe

Muffinki jabłkowe

14-16 sztuk*

nadzienie i posypka:

125 g pekanów, posiekanych (użyłam orzechów włoskich)
125 g brązowego cukru
1/2 łyżeczki cynamonu


Ciasto:

400 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
115 g masła
150 g brązowego cukru
1/2 łyżeczki cynamonu
szczypta soli
250 g drobno pokrojonych jabłek (ja starłam)
200 ml kwaśnej śmietany
25 ml pełnotłustego mleka
1 jajko


Wykonanie:
  1. Wszystkie składniki posypki wymieszać.
  2. Mąkę i proszek do pieczenia wsypać do miski, dodać masło i rozetrzeć z mąką na grudki.
  3. Wmieszać cukier, sól, cynamon i jabłka.
  4. Mleko, śmietaną i jajko wymieszać i dodać do ciasta. Wszystko dokładnie (ale krótko, tylko do połączenia się składników) wymieszać.
  5. Formę na muffinki wysmarować tłuszczem lub wyłożyć papierkami. Napełnić otworki do połowy, posypać posypką, nałożyć resztę ciasta i na wierzch nałożyć resztę posypki. To głównie od tej mieszaniny zależy, jak słodkie będą ciastka, więc sypcie według gustu. Piec 20 minut (ja piekłam ok. 30) w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.
*Robiłam z połowy porcji (podaję przepis na całość) i otrzymałam 13 muffinek, ale były raczej małe.

czwartek, 1 kwietnia 2010

Ciasteczko na kwiecień




To ciasteczko okazało się nieprzewidywalne niczym kwietniowa pogoda. Ja spodziewałam się słońca, a efekt to, powiedzmy, zachmurzenie z przejaśnieniami. Miałam więc duże wątpliwości, czy w ogóle Wam je pokazywać. Ale... są całkiem ładne, prawda?

To był przepis, z którym wiązałam po prostu zbyt duże nadzieje. Kruche ciasto wzmocnione praliną i kardamonem. Mocny akcent czekoladowy. Mięta z odrobiną słodyczy. Do tego chrupiące jabłkowe wykończenie. Złożone razem miało wyglądać na talerzu jak rozrzucona garść zielonych wiosennych listków z cukrowymi kroplami rosy, krzyczących: zjedz mnie!

Oczywiście nie było aż tak źle, a im dłużej je dla Was opisuje, tym poziom mojego zadowolenia z efektu rośnie ;) Mam wrażenie, że u podstawy rozczarowania leży fakt, że przygotowane przeze mnie listki trudno było przenieść z talerza do ust, nie gubiąc przy tym połowy dekoracji. W przepisie oryginalnym mięta przykrywała całe ciastko, ale jej listki są miękkie, więc podejrzewam, że jabłko zawsze skazane jest na wypadanie. Sam pomysł jest na tyle oryginalny, że go sobie na dłużej zapamiętam, jednak jeśli ma się zamiar robić nie tylko robić zdjęcia, ale także tę cukierniczą instalację w całości jeść, to lepiej wykonać ciastka w kształcie kwiatka, gwiazdki lub przynajmniej listka bez dziury.

***

Ponieważ będzie to już mój ostatni wpis przed Wielkanocą, chciałam Wam życzyć radosnego świętowania, oczywiście przy suto zastawionym stole ;)



Kruche listki
(przepis: Merveilles. Delicieuses Recettes au Pays d'Alice)

Kruche ciasto:

250 g mąki
100 g cukru pudru
150 g masła
1 jajko
50 g mielonych orzechów włoskich
25 g praliny*
szczypta soli
mielony kardamon (4 g w przepisie, ja dałam z pół łyżeczki)

100 g czekolady

  1. Wszystkie składniki oprócz jajka wrzucić do miski i zagnieść na okruchy, następnie dodać jajko, jeszcze raz szybko zagnieść i uformować kulę. Wstawić do lodówki na minimum godzinę.
  2. Ciasto rozwałkowywać na 3 mm grubości i wykrawać podłużne kształty (jak na zdjęciach, ja robiłam to radełkiem, niezbyt wygodna opcja). Układać w formie o kształcie rynienki** i piec ok. 8 minut w 180 stopniach. Kiedy ciastka się wystudzą, czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej lub mikrofalówce i w połowie pokrywać je czekoladą za pomocą pędzelka (oczywiście można też zanurzać, ale wtedy pewnie będzie potrzebne więcej czekolady). Pozostawić do zastygnięcia, najlepiej na kratce.
Miętowe listki:

duże listki mięty (tyle, ile ciastek)
cukier kryształ
białko


Miętę umyć i delikatnie osuszyć. Każdy listek posmarować białkiem i posypać lub zamoczyć w cukrze.

"Sałatka" jabłkowa

Jabłko (najlepiej Granny Smith) pokroić na maleńką kostkę. Wymieszać z sokiem z cytryny i cukrem lub galaretką cytrynową (do smaku).

Składanie całości:

Na każdym ciasteczku położyć listek mięty, a na to niewielką ilość jabłek. Serwować natychmiast.

*pralina: 40 g orzechów lub migdałów delikatnie uprażyć na patelni i przełożyć na kawałek papieru do pieczenia. 1/4 szklanki cukru dać do garnuszka i skarmelizować, polać migdały lub orzechy i poczekać aż karmel zastygnie. Następnie przełożyć do mocnego woreczka plastikowego lub owinąć w ściereczkę i uderzać w to wałkiem aż powstanie drobny proszek. Chociaż ilość składników jest niewielka, to i tak powstanie znacznie więcej praliny niż potrzebujecie. Radzę Wam jednak zachować te proporcje, zacząć od zmiażdżenia ok. 1/3 orzechów w karmelu (to chyba powinno wystarczyć) i po upewnieniu się, że macie już wystarczająco dużo proszku, resztę zjeść. Pycha :)
**ja takich listków zrobiłam tak naprawdę tylko kilkanaście, więc piekłam je na zakrzywionym brzegu tych dużych czarnych blach z piekarnika.


Wierzcie lub nie, ale metamorfoza tych smętnych szczypiorków trwała zaledwie jeden dzień
.

wtorek, 9 marca 2010

W przelocie wzięła z którejś półki słoik z nalepką

DŻEM POMARAŃCZOWY, ale ku jej wielkiemu rozczarowaniu okazał się pusty





Moje słoiki będą oczywiście pełne, chociaż pomarańczowy jest tylko ich kolor, ale o nich będzie znacznie później.

„Alicja w Krainie Czarów” nigdy nie należała do moich ulubionych książek. Mimo, że byłam szczęśliwą posiadaczką własnego egzemplarza, nie wiem nawet, czy go przeczytałam. Jeśli do tego nie doszło, to pewnie z powodu dziwacznych, wcale niedziecięcych ilustracji Dusana Kallay'a (kilkukrotnie nagradzanych), na których widać dziwne dziecko o krótkich włosach (a to rzecz dla tego typu bohaterki niedopuszczalna) i zielonkawym odcieniu cery, a rysunki swoim charakterem przypominają raczej obrazy Boscha, niż Disneyowską wizję z uroczą blondyneczka w niebieskiej sukience w roli głównej, którą bardzo lubiłam. Powieść więc toczyła swój żywot na półce, a jeśli była wyjmowana to tylko po to, żeby wsadzić tam sreberko po cukierku albo liść do zasuszenia, bo format powodował, że do tego nadawała się idealnie.

Postanowiłam więc „Alicję...” wreszcie przeczytać (co zrobiłam, co kilka stron natykając się na kolorowe papierki) i teraz wiem, że ilustracje Kallaya lepiej pasują do ducha dzieła Carrolla niż nasycone, wesołe barwy Disneya. Podejrzewam też, że nawet jeśli tę książkę zaczęłam kiedyś czytać, to jako dziecku nie mogła mi się ona podobać. Powiem więcej, kiedy dzieliłam się swoimi spostrzeżeniami z Siostrą, to dowiedziałam się, że psychologowie odradzają czytanie „Alicji...” dzieciom do któregoś tam roku życia. Moim zdaniem i owszem, sama historia jest dla dzieci bardzo odpowiednia, opowiedziana w inny sposób mogłaby im się bardzo podobać, jednak ironiczno-schizofreniczny humor Carrolla jest chyba dla dziecka zbyt abstrakcyjny. To cudownie przewrotna opowieść o świecie, gdzie nie istnieje konwenans i norma, to mała Alicja do pewnego stopnia reprezentuje postać dorosłego, który zachowanie innych uważa za nieodpowiednie i który wyznacza, co jest zachowaniem normalnym. Tylko i tak nikt się tym nie przejmuje. Z drugiej strony Alicja wcale nie pozostaje bierna wobec nieuprzejmych i impertynenckich zachowań swoich rozmówców, co z pewnością jest rewolucyjne, bo przecież była dziewczynką z drugiej połowy XIX wieku! chociaż oczywiście nie odpowiada na nie w równie niegrzeczny sposób. A co jest z tego wszystkiego moim zdaniem najgorsze (przynajmniej z punktu widzenia dziecka): całej historii nie towarzyszy żaden morał.

Moim zdaniem, „Alicja w Krainie Czarów” czytana przez dorosłego jest absolutnie uroczym (chociaż , rzecz jasna, uroczym w takim nieupupiającym sensie) dziełem i jakbym zaczęła dzieliła się swoimi wrażeniami to mogłoby się to prędko nie skończyć, a miałam pisać o książce kucharskiej.



„Cuda. Przepyszne przepisy z krainy Alicji” to książka kucharska jedyna w swoim rodzaju. Każdy przepis jest inspirowany jakimś fragmentem z książki Carrolla (bo, choć uleciał mi dokładny cytat, musicie wiedzieć, że Alicja bardzo interesowała się sprawami jedzenia i picia). Przepisy są w porządku, chociaż wcale nie takie, które ma się ochotę natychmiast wypróbować. Mój podziw i pożądanie budzi raczej sposób podania, sposób dekoracji zwykłej tarty albo ciasteczek, które rzeczywiście nabierają magicznych cech. A do tego jak to jedzenie zaaranżowano! Nie wiem, czy Wam się to spodoba, ale w każdym razie fajnie zobaczyć, że tak zupełnie inaczej, też można, dlatego na deser będzie kilka zdjęć z książki. Ciekawe, czy wszędzie uda Wam się znaleźć jedzenie.

Co do samego przepisu – konfitury z jabłek i pomarańczy z imbirem, miałam sporo obaw, ale niepotrzebnie, każdy kto lubi imbir powinien być zadowolony, smak marchwi jest prawie niewyczuwalny, ale stanowi ona miły akcent kolorystyczny. Ponieważ jabłka pozostają twarde kiepsko nadaje się do chleba, ale z pewnością będzie pyszna z naleśnikami, goframi albo pancake’ami. A może by wymieszać słoiczek z surowymi, drobno pokrojonymi jabłkami i nadziać tym kruchą tartę? Wyobraźni odmówić Alicji na pewno nie można, a ja zachęcam Was, do uruchomienia Waszej.



Konfitura z jabłek, marchwi i imbiru
(12 słoiczków o pojemności 200 ml)

Składniki:

1,2 kg jabłek (1 kg po obraniu)
500 g marchwi (400 g po obraniu)
1,2 kg cukru
2 cytryny
100 g kandyzowanego imbiru

Wykonanie:
  1. Obrać marchew i pokroić na zapałkę. Przełożyć do garnka, zalać wodą i gotować do miękkości (ok. 15 minut od momentu zagotowania wody).
  2. Obrać jabłka, wyciąć gniazda nasienne i drobno, acz niekoniecznie regularnie, pokroić.
  3. Z cytryn zetrzeć skórkę i wycisnąć sok
  4. W garnku wymieszać marchew, jabłka, cukier, cytrynę i skórkę i zagotować. Dorzucić drobno posiekany imbir.
  5. Teoretycznie należy zbierać szumowiny, ale mnie nie udało się tego zrobić, musiałabym równocześnie wybierać owoce. Gotować ok. 10 minut. Ja gotowałam 15, syrop po tym czasie jest jeszcze dość rzadki, więc jeśli wolicie gęstszy i użyliście twardego gatunku jabłek, to bez szkody dla całości można pewnie pogotować chwilę dłużej. Do słoiczków przełożyć najpierw owoce, a potem zalać syropem. Zakręcić i położyć na ścierce do góry dnem. Odwrócić, kiedy ostygnie.


Wszystkie poniższe zdjęcia pochodzą z książki Ch. Ferber, P. Model, B. Winkelmann Merveilles. Delicieuses Recettes au Pays d'Alice










niedziela, 15 listopada 2009

Warsztaty kuchni francuskiej #2




Dzisiaj mogłabym zacząć tak: Stali czytelnicy pewnie pamiętają...

Fajnie jest mieć stałych czytelników. Kiedy zaczynałam blogowanie, zastanawiałam się, czy to, co piszę w ogóle ma sens i kogoś zaciekawi. Cieszę się, że tak jest, w przeciwnym razie chyba musiałabym poszukać innego hobby, a mało jest rzeczy, które bawią mnie tak, jak gotowanie. Dzisiejszy post dedykuję więc Stałym Czytelnikom, chociaż oczywiście, tych okazjonalnych i zupełnie przypadkowych, też witam z radością, a jeśli chcieliby wiedzieć, do czego w pamięci osób, które odwiedzają mnie częściej, się odwołuję, zapraszam tu.

W takim razie: Stali Czytelnicy pewnie pamiętają, jak pisałam o kursie kuchni francuskiej i o tym, że okazało się, że to może nawet poza kulinarne doznania były bardziej istotne. Oczywiście i w październiku (jak łatwo zauważyć, relację możecie przeczytać z pewnym opóźnieniem) nie mogło mnie zabraknąć w małej salce w Domu Kultury. A tym razem gotowaliśmy:

zupę z cukini z fetą (soupe de courgettes)
potrawkę z indyka (blanquette de dinde)
tartę tatin (tarte tatin)

Ja wybrałam dla Was tartę. To jeden z absolutnych klasyków, ciasto bardzo francuskie, bo wierne rewolucyjnemu hasłu równości, ponieważ, jestem o tym przekonana, można je znaleźć zarówno w menu drogich i snobistycznych restauracji, jak i małych knajpkach z trzydaniowym posiłkiem za 10 czy 12 euro. Tarta tatin jest z jednej strony elegancka, ale z drugiej bardzo domowa („rustic”, jak to mówią w brytyjskich programach kulinarnych), nie wymaga wyszukanych składników, jest prosta do wykonania i wybaczy wiele błędów. Oprócz jednego: przypalonego karmelu.

Przypalony karmel spowoduje, że Wasze arcydzieło haute cuisine godne trzygwiazdkowej restauracji Michelina zamieni się w Wielką Niejadalną Katastrofę.

Spokojnie. Na katastrofę trzeba zapracować, a do sukcesu wystarczy naprawdę niewiele, a na wszelki wypadek, zanim zdążycie uznać, że tym razem poprzestaniecie na pooglądaniu mojej tarty, dla tych mniej doświadczonych dalej będzie kilka rad dotyczących karmelu.

Ponieważ zapomniałam przewieźć ze sobą do domu przepis z zajęć, to moja tarta jest połączeniem wersji prowadzącej zajęcia, pani Pauliny z Et Voilà i Agnieszki Kręglickiej (ciasto).

tarta tatin

Tarta tatin

Ciasto:

150 g mąki
125 g masła
łyżeczka cukru
szczypta soli
lodowata woda


karmel: 200 g cukru

2 kg nierozpadających się jabłek średniej wielkości
cukier waniliowy
masło


Wykonanie:
  1. Ze wszystkich składników zagnieść ciasto, jeśli byłoby zbyt suche, dolać trochę wody. Odłożyć do lodówki na godzinę.
  2. Jabłka obrać, przekroić na połówki i wyciąć gniazda nasienne. Na głębokiej patelni albo w sporym garnku rozpuścić uczciwy (=dość duży) kawałek masła i wrzucić jabłka. Porządnie zamieszać. Chodzi o to, żeby wszystkie jabłka pokryły się masłem oraz puściły sok – bo wtedy masło nie będzie się palić. Smażyć, aż jabłka zmiękną (łatwo wchodzi w nie nóż), pod koniec wymieszać z cukrem waniliowym.

  3. Karmel:

  4. Najlepiej użyć garnka z dość grubym dnem i średniej wielkości (w każdym razie, niezbyt małego). Cukier trzeba podgrzewać na średnim ogniu. W ZASADZIE nie wolno go mieszać, najwyżej jak widzicie, że boki są już roztopione, a nawet skarmelizowane, potrząsnąć. Ja mieszam zawsze, a mam wyjątkowy talent, do kładzenia garnka na gazie krzywo i cukier roztapia się bardzo nierówno. Niezależnie od tego, czy będziecie mieszać czy trząść, należy dołożyć starań, żeby karmel w całym garnku jednak tworzył się równomiernie i nie można dopuścić, żeby boki się paliły, kiedy w środku kryształki nie zaczęły się nawet rozpuszczać. Wszystko oczywiście na początku dzieje się irytująco wolno, a w tym momencie, kiedy uznacie, że na przykład, można sobie zalać herbatę, proces gwałtownie przyspiesza. Lepiej więc jednak z herbatą poczekać. Jeśli zdecydujecie się mieszać, łyżka w krótkim czasie pokryje się cukrem/karmelem i nie próbujcie z tym walczyć, bo i tak się nie uda. Karmel jest dobry, kiedy osiągnie kolor miodu, czy, jak wolicie, orzecha laskowego. Jeśli zaczyna dymić bądź dziwnie pachnieć oznacza, że się go pozbywacie i zaczynacie zabawę od nowa. Nie ryzykujcie, bo gorzki karmel popsuje cały smak ciasta. I nie usiłujcie organoleptycznie (ładne słowo) sprawdzać, czy to już ten zepsuty etap. To jest wyjątkowo gorące. Gotowy karmel należy natychmiast przelać do formy, bo szybko zastyga, a wtedy nie rozleje się równomiernie po dnie. Ja używałam szklanej formy, ale może być też zwykła metalowa.
  5. Na karmelu ciasno ułożyć jabłka, pleckami do dołu. Może Wam się wydawać, że jabłek jest za dużo, ale należy nimi wypełnić wszystkie szpary i wolne miejsca.
  6. Ciasto wyjąć z lodówki i rozwałkować na okrąg o średnicy trochę większej niż forma. Jeśli przetrzymaliście je w lodówce zbyt długo (tak jak ja), prawdopodobnie nie będzie się dało go tak od razu rozwałkować. Ja podgrzałam je trochę w mikrofalówce, ale nie polecam tej metody, tzn. jest skuteczna, ale wedle wszystkich reguł sztuki, raczej ciastu nie służy. Rozwałkowane ciasto nawinąć na wałek bądź złożyć na cztery i przełożyć na jabłka. Za duże boczki powpychać w formę.
  7. Piec do zrumienienia (ok. 30 min.) w temperaturze 180 stopni. Odczekać chwilę, a następnie na formę położyć talerz trochę większy od jej średnicy i odwrócić, tak, żeby ciasto wpadło na talerz. Podawać na ciepło z bitą śmietaną lub lodami waniliowymi.

tarta tatin

środa, 23 września 2009

Ciepło-zimny pierwszy dzień jesieni. Crumble i lody cynamonowe




Oto widzisz, znowu idzie jesień,
człowiek tylko leżałby i spał...

A przecież cieszyć się z nadejścia jesieni jest tak łatwo.

...bo można znowu opijać się gorącą herbatą (może wreszcie przekonam się do innej niż czarna?).
...bo jesienne słońce jest zupełnie inne niż letnie (i jeszcze jest!)
....bo już można niedbale otulić się szalikiem, cudownie miękkim i ciepłym, nie martwiąc się jeszcze, że coś tam zawieje za kołnierz.
...bo opadłe liście tak przyjemnie szeleszczą pod stopami.
...bo można nazbierać kasztanów i obracać je w kieszeni kurtki i nawet wczesnym rankiem, droga wydaje się przyjemniejsza.

A spanie... a ze spaniem poczekam do zimy. A przynajmniej do listopada, teraz szkoda tracić na to czas.

PS Poeta chyba jednak myślał podobnie. A kto nie pamięta, może sprawdzić na przykład tu.

Crumble i lody cynamonowe

Jabłkowe crumble z lodami cynamonowymi

Lody cynamonowe
(Michel Roux)

6 żółtek
125 g cukru
500 ml mleka
laska cynamonu o wadze ok. 20 g (nie mam pojęcia ile to jest, ja dałam dwa ok. 4 cm kawałki na połowę tej porcji i okazało się to trochę za dużo. A z połowy porcji lodów zdecydowanie za mało.)


Wykonanie:
  1. Mleko zagotować z cynamonem i 2/3 cukru. Żółtka utrzeć z pozostałym cukrem na jasny, rzadki krem.
  2. Na żółtka wylać gorące mleko, cały czas mieszając. Przelać z powrotem do garnka (najlepiej czystego).

    Kilka rad, dla tych, którzy jeszcze nie mają za sobą procesu robienia kremu angielskiego (tak nazywa się ta masa, będąca półproduktem do lodów). Nie będę Was mamić, że rzecz jest prosta. Zanim wreszcie udało mi się uzyskać przyzwoity efekt, miałam za sobą kilka zwarzonych prób. Mieszankę należy gotować na naprawdę małym ogniu. Cały czas mieszać. Kiedy masa jest zbyt bliska wrzenia, dobrze ją na chwilę zdjąć z ognia, albo nawet schłodzić w misce z zimną wodą. Spokojnie, w końcu zgęstnieje. Dobra konsystencja to taka, że kiedy przejedzie się palcem po tyle łyżki zamoczonej w masie, to nic się nie zlewa. Wtedy krem należy ostudzić, a następnie przecedzić przez sitko i mrozić w maszynie według instrukcji, lub po prostu przełożyć do jakiegoś zamykanego pojemnika i co jakiś czas zmiksować.
Crumble (4-5 osób)

160 g mąki
80 g cukru pudru
80 g masła
łyżeczka cukru waniliowego
3 dość duże jabłka + cukier w ilości zależnej od tego, na ile jabłka są kwaśne. Nie należy przesadzać, bo kruszonka i lody są bardzo słodkie. Jeżeli same jabłka też są słodkie, można nie dawać cukru w ogóle.


Wykonanie:
  1. Masło, mąkę, cukier i cukier waniliowy rozetrzeć palcami na okruchy. Właściwa konsystencja kruszonki to taka, kiedy ciasto da się co prawda złożyć w jedną kulkę, ale przy byle dotknięciu kulka rozpada się na okruszki. Jeśli tak nie jest, ciasto jest za suche lub za tłuste, odpowiednio dodajcie tego, czego potrzeba.
  2. Jabłka obrać, pokroić w kostkę, ewentualnie wymieszać z cukrem.
  3. Nasmarować masłem naczynie żaroodporne (miałam owalną miseczkę dł. 23 cm), wyłożyć jabłka, posypać kruszonką. Na tym etapie może się Wam wydawać, że kruszonki jest za dużo, ale podczas pieczenia ciasto opadnie.
  4. Piec w 180 st. C ok. 30 min., lub do momentu, kiedy kruszonka będzie zrumieniona.
  5. Podawać gorące, z lodami cynamonowymi.

niedziela, 30 sierpnia 2009

Jak spędzić wakacje w Wielkim Mieście. Atrakcje (nie tylko) kulinarne



Wakacje w mieście to coś dla mnie. Oczywiście, jak większość, nierozsądnie tęsknię za plażą i nawet teraz z radością wybrałabym się nad morze, ale zdaję sobie sprawę, że kiedy już tam się znajdę, smażenie się na słońcu szybko mi się nudzi, jest mi za gorąco, a postępy w opaleniźnie, w moim wypadku zawsze niewielkie i zbyt wolne, nieodłącznie wiążą się z czarnymi myślami o raku skóry. Słuchanie o „animacji w hotelu” (a o tym właśnie wczoraj, wracając pociągiem z Warszawy, słuchałam, w wykonaniu szczęśliwych uczestniczek wakacji all inclusive w Egipcie) wywołuje we mnie dreszcze, a co dopiero myśl, że mogłabym w takiej „animacji” uczestniczyć.

W stan wakacyjnej euforii wprowadza mnie włóczenie się po nieznanych ulicach i metodyczne zaliczanie kolejnych punktów z przewodnika oraz równie ciekawych punktów w przewodniku niewymienionych, na które natrafiam, kiedy mam problem z dotarciem do tych wymienionych. A kiedy już mnie to zmęczy, mogę bez żalu zrezygnować z tych atrakcji, które jeszcze pozostały i leżeć pół dnia w łóżku albo siąść w parku i gapić się przed siebie, podgryzając to, co akurat jest lokalnym odpowiednikiem obwarzanka i cieszyć się, że tam jestem i już nic nie muszę.


Jednak nawet w tym systemie rzadko pozostaje czas na jeszcze coś, co uwielbiam. Kiczowate rozrywki. Prawdopodobnie do nadania im tej nazwy natchnęła mnie Nigella Lawson swoim kiczowatym jedzeniem. Zasada jest, w pewnym sensie, ta sama. Co to więc jest kiczowata rozrywka? Chodzi o coś takiego, co każdy turysta musi zaliczyć, bo bez tego pobyt by się nie udał. Wjazd na Wieżę Eiffla tak, ale zwiedzanie Luwru nie. Mam nadzieję, że wiecie, jaka jest różnica. Nie chciałabym, żebyście odnieśli wrażenie, że dystansując się od Wieży Eiffla stawiam się ponad zwykłym turystą, ale ustanowienie dla takich rzeczy specjalnej kategorii dodaje im jeszcze uroku.

Ostatnie kilka dni (a pierwsze dni mojego urlopu tego lata!) spędziłam u siostry w Warszawie. M. przez większość dnia była zajęta, miałam więc czas tylko dla siebie. Warszawy nie znam może bardzo dobrze, ale byłam tam już wystarczającą liczbę razy, żeby zaliczyć większość obowiązkowych punktów, teraz mogłam już pójść tylko tam, gdzie naprawdę chciałam. I w ten sposób pierwszym punktem na mojej mapie zwiedzania miasta stał się

Starbucks



Jako kulinarna (choć nie tylko) fashion victim, nie mogłam sobie odmówić przyjemności wypicia kawy z kubka podpisanego moim imieniem. Miałam już okazję doświadczyć tego szczęścia, ale w podłym lokalu, na równie podłym, jak, moim zdaniem, prawie wszystkie, dworcu kolejowym w innym Wielkim Mieście. Mało to było spektakularne.

W Warszawie wszystko odbyło się jak trzeba. W środku kawiarni jest czysto i przyjemnie jak w McDonald'sie. Są darmowe serwetki, słomki i mieszadełka, brązowy cukier w saszetkach i parę innych gadżetów, do pobrania na pamiątkę. Wzięłam ulotkę, cukier i serwetkę. Do sesji, oczywiście. Jest i wielka tablica, pozorująca troskę o środowisko („nie zanieczyszczaj planety, przynieś własny kubek”). Kawa oczywiście nie lepsza niż gdzie indziej, ale i tak pyszna. Pełna satysfakcja.

Starbucks Coffee
ul. Nowy Świat 62


Oczywiście na mojej liście znalazła się też

Zygmuntówka

Dla tych, co jeszcze nie wiedzą to: „nowe ciastko warszawskie”. Składa się z kruchego ciasta z płatkami migdałowymi, czekoladowego musu, konfitury żurawinowej, bitej śmietany, a wszystko to przykryte jest kapeluszem z bezy, która mnie osobiście kojarzy się z koroną króla Zygmunta III. Brzmi pysznie? Dodam jeszcze, że ciastko w drodze na szczyty pokonało o wiele więcej kandydatów, niż szwedzki pretendent do polskiego tronu.

O tej jednak sztuce, którą mnie zaserwowano, dobrego można powiedzieć niewiele, począwszy od tego, że ze wszystkich ciastek w szklanej witrynce cukierni NOVA, Zygmuntówki wyglądały na najbardziej zmięte i zdecydowanie przedwczorajsze. Już pierwszy kęs utwierdził mnie, że istotnie tak było. Ciasto było gumowate i rozmiękłe, warstwy nadzienia jakieś takie zmieszane, kształtniejszą bezę chyba nawet ja potrafiłabym zrobić. No przykro mi, tak było. Niech Was nie zwiedzie, że na zdjęciu wygląda dobrze. Może miałam pecha, bo potencjał przecież jest. Niedosyt pozostał, więc chyba zdecyduję się kiedyś zrobić ją samodzielnie.

Cukiernia NOVA W. Teledziński
ul. Krakowskie Przedmieście 41


Tu znajdziecie przepis na Zygmuntówkę, a podsumowanie Weekendowej Cukierni, w ramach której kiedyś była pieczona i linki do dobrych rad dziewczyn, jak zrobić, żeby wyszło jak należy, na Around the Kitchen Table.

Nie były to jedyne kiczowate kulinarne rozrywki, jakie udało mi się zaliczyć, jednak pozostałych można doświadczyć wszędzie, więc może będzie o tym innym razem. Jeżeli chcielibyście się pobawić pozakulinarnie, zawsze dobrym wyborem są: przejażdżka metrem bez celu, wjazd na Pałac Kultury i wizyta w Złotych Tarasach.

Chciałabym Was uspokoić (?), że moja wizyta w stolicy miała również poważniejsze i bardziej wartościowe (?) punkty, ale po co o tym pisać, skoro znajdziecie je w każdym przewodniku.

A na koniec – przepis, sypana szarlotka, którą M. upiekła na moje powitanie (hmm, liczyłam na to). Przepis za Pinkcake


Szarlotka sypana

Składniki:

1 szkl. mąki
1 szkl. kaszy manny
1 szkl. cukru (naszym zdaniem to jednak trochę za dużo)
1 łyżeczka proszku do pieczenia (niekoniecznie)


4 jabłka (w wersji M. mieszane jabłka, gruszki, maliny)
pół kostki zmrożonej margaryny (podejrzewam, że M. dała jednak masło)


Wszystkie składniki suche wymieszać, połowę wysypać na formę, na to zetrzeć jabłka, posypać drugą częścią mieszanki. Zetrzeć margarynę. Piec 25 minut w 180 stopniach C. Idealne do wyjadania mimochodem, łyżką prosto z formy. Uwaga, bo znika nie wiadomo kiedy.