Pokazywanie postów oznaczonych etykietą makaron. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą makaron. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 lutego 2012

Zbytecznik kuchenny powraca! #6



Kiedy przedmiot z niezbędnego-użytecznego zamienia się w nadmiarowy-niekonieczny gadżet, przy którego zakupie należy mieć wyrzuty sumienia z powodu wyrzucanych pieniędzy i pełne poczucia winy myśli o niedomykających się szafkach?

Ile użyć w roku gwarantuje, że nasz nabytek jest usprawiedliwiony? Czy wystarczą dwa, trzy, cztery... A co z pestkownicą do wiśni, albo z zastawą na specjalne okazje? Być może, jeśli używa się jej tylko w święta, to niepotrzebnie zajmuje miejsce, należałoby ją sprzedać na Allegro i osiągnąć realny zysk. Jeszcze bardziej kłopotliwe są urządzenia, które co prawda prawie nigdy nie opuszczają swoich ciemnych kątów, ale nie da się ich niczym zastąpić, jak zastawy świątecznej – codzienną, a pestkownicy – spinaczem do papieru. Taki palnik do creme brulee to dobry przykład – sugestia, że do satysfakcjonującego przyrumienienia cukru wystarczy grill w piekarniku to obrzydliwy przykład skąpstwa, a nie gospodarności (bo to naprawdę nie działa tak, jak trzeba!).

Jednak, jak przy okazji wzbogacania się o rozmaite inne materialne dobra, tak i w przypadku zbyteczników, należałoby wziąć pod uwagę to, czego nie da się zmierzyć ani centymetrami sześciennymi szafki, ani liczbą razy, kiedy te centymetry na chwilę stanowią niewykorzystaną powierzchnię do przechowywania, ani nawet ceną wyrażaną w złotych polskich. Bo w przypadku zbyteczników (co może, ale nie musi zaistnieć w przypadku patelni, garnków, sztućców i szklanek), najważniejsza jest satysfakcja z samego posiadania. Jeśli zaś ta satysfakcja nie zmniejsza się wraz z upływem czasu, wszelkie inne miary przestają mieć znaczenie. Takie przynajmniej jest moje zdanie ;)

Mój dzisiejszy zbytecznik, czego może nie widać na zdjęciach, ma 8 centymetrów wysokości. Wygląda jak tarka dla lalek i tak też, jak zabawkę, zamierzałam go potraktować. Okazało się jednak, że to jeden z najczęściej użytkowanych przedmiotów w mojej kuchni, doskonale sprawdza się do tarcia czosnku, parmezanu i gałki muszkatołowej (bo z ta kupowana w proszku jest mniej więcej tak dobra, jak karmelowa skorupka z piekarnika). Proponuję Wam szybki, łatwy i pyszny makaron, który pozwala w pełni wykorzystać zalety małej tarki.

Tych, którzy nie wiedzą, o co z tym całym zbytecznikiem chodzi, zapraszam do przeczytania poprzednich postów na ten temat.



Makaron ze szpinakiem i białym serem
1 porcja

Składniki:
80-100 g dowolnego makaronu
2 garście szpinaku (czyli tyle listków, ile uda Wam się podnieść za jednym razem, nie taka garść, jak garść orzechów)
80 g białego sera
ząbek czosnku, starty
2 łyżki startego parmezanu
gałka muszkatołowa


Wykonanie:
  1. Na patelni rozgrzać olej i podsmażyć na nim chwilę czosnek. Dodać z grubsza posiekany szpinak, po chwili smażenia zamieszać, bo liście na dole już straciły objętość, trzeba więc dać szansę tym na górze, przemieszczając je na dół. Szpinak smażyć, aż cała woda odparuje.
  2. Ser rozgnieść widelcem razem z połową parmezanu, dodać usmażony i lekko przestudzony szpinak, doprawić solą, pieprzem i gałką.
  3. W międzyczasie ugotować i odcedzić makaron. Kilka łyżek wody z gotowania dodać do sosu, wymieszać. Połączyć sos i makaron, przełożyć na talerz i posypać pozostałym parmezanem.
  4. Uwaga: porcja sosu jest taka, jak lubię ja, czyli duża. Jeśli ktoś woli zachować bardziej włoskie proporcje, to może wystarczyć nawet dla dwóch osób. Niezbyt głodnych, powiedzmy.

piątek, 21 stycznia 2011

Nóżki po japońsku



(Moje) bose stopy z cokolwiek już odpryskującym lakierem to, przyznaję, nie do końca apetyczny temat na zdjęcie tytułowe dlatego, po namyśle, postanowiłam umieścić je jednak poniżej. Oczywiście jest jednak na temat, bo tym razem nie tylko rączki, ale i stópki przyczynią się do powstania niezwykłych pyszności. Mam nadzieję, że jesteście już ciekawi, co będzie dalej.



Wykorzystanie stóp do przygotowania jedzenia nie jest właściwie niczym nowym, przydają się chociażby do ugniatania kapusty (na kiszoną) i winogron (na wino). A nam posłużą do zrobienia makaronu, a dokładnie, japońskiego makaronu udon. Ten zadziwiający przepis pochodzi z książki „Japońska kuchnia domowa Harumi” („Harumi’s Japanese Home Cooking”), o której zaczęłam już trochę opowiadać przy okazji japońskiego schabowego.

Zacznę od tego, co podoba mi się w niej najmniej: szata graficzna. Niby wszystko ok, ale daleko od wow. Zdjęcia ładne, przepełnione światłem, jednak brakuje im tego czegoś, co zwykłą fotkę potrawy zamienia w fotografię artystyczną. Może brzmi to jak oczekiwanie przerostu formy nad treścią, ale mam nadzieję, że wiecie, o co mi chodzi. Znalazło się na szczęście coś, co te mankamenty usuwa w cień: osobowość autorki, Harumi Kurihary. Z okładki uśmiecha się bardzo szczupła, wyglądająca na co najmniej dwadzieścia lat mniej niż ma w rzeczywistości, osoba, którą Wikipedia nazywa „japońską Marthą Stewart”. O ile jednak Martha kojarzy mi się przede wszystkim z oczekiwaniem dążenia do nieosiągalnego ideału, Harumi wydaje się osobą ciepłą i sympatyczną, chcącą podzielić się z nami częścią swojej kultury. Zamiast onieśmielać nas rozwodząc się nad skomplikowanymi technikami i bogatymi tradycjami swojej kuchni, opowiada o niepewności z jaką podchodziła do pisania po angielsku, gdy jej znajomość tego języka była ledwie „szkolna”. A swojej książce nadała przyjazny podtytuł „Proste, eleganckie przepis dla współczesnych gustów”. Ta publikacja to fajny ukłon w stronę zachodniego czytelnika, nienadęty, prezentujący z jednej strony dania, które mnie wydają się typowo japońskie (= znane z książek Murakamiego), ale można też znaleźć europejsko-japońskie fusion, która pozwoli na zapoznanie się z tematem osobom nie całkiem przekonanym do surowych ryb i glonów (jak ja).

Makaron udon to właśnie takie niekontrowersyjne w smaku danie, które wybrałam oczywiście ze względu na szałowy sposób przygotowania. Podskakiwać na czymś, co za chwilę będzie się jadło, jeszcze mi się nie zdarzyło. Początkowo miałam w planach zrobić sobie do tego i japońską zupkę, jednak po powąchaniu (i spróbowaniu) rybnego bulionu dashi zrezygnowałam z jego dalszej obróbki i postanowiłam to wtajemniczenie zaliczyć kiedy indziej, decydując się na wyjątkowo einfachowy rosołek (czyt.: z kostki, na więcej nie było już czasu) klimatycznie doprawiony chili, dymką i sosem sojowym. Ale jeśli miałabym Wam polecić jakieś danie z domowym udonem, to wybieram zrobiony nazajutrz makaron z tuńczykiem.



Domowy udon
źródło: Harumi's Japanese Home Cooking

4 porcje*

szklanka wody
5 łyżeczek soli
3 ½ szklanki mąki chlebowej (dałam zwykłą)
1 ½ szklanki zwykłej mąki pszennej
dodatkowo mąka do podsypywania


*moim zdaniem ta porcja wyżywi 6-8 osób, robiłam z połowy

Wykonanie:
  1. Sól rozpuścić w łyżce wody (będziecie prawdopodobnie potrzebować więcej). Następnie połączyć z resztą wody. W misce wymieszać obydwa rodzaje mąki, dodać osoloną wodę i zagnieść ciasto. Ja ostatecznie musiałam dolać znacznie więcej wody niż w przepisie, żeby powstała zwarta kula. Zagniatać ciasto, wciskając w dno miski, aż składniki dobrze się połączą.
  2. Ciasto przełożyć na stolnicę i zagniatać jeszcze 5-10 minut. Następnie włożyć do plastikowego worka i owinąć ręcznikiem. Położyć na podłodze i wejść na ręcznik, tak, by ciasto w środku się rozpłaszczyło.
  3. Podnieść ciasto z podłogi, wyjąć z worka, rozwałkować, złożyć (nie jest dokładnie napisane jak, ja składałam na pół i jeszcze raz na pół) i z powrotem włożyć do worka, owinąć w ręcznik, położyć na podłodze itd., powtarzać przez 15-20 minut, aż ciasto będzie gładkie. Ponownie włożyć ciasto do worka i pozostawić na 3-4 godziny.
  4. Po tym czasie ciasto wyjąć, uformować w kulkę, ponownie włożyć do worka i owinąć w ręcznik, położyć na podłodze, wejść na pakunek i starać się jak najbardziej rozpłaszczyć ciasto, np. obracając się na piętach o 360 stopni albo w każdy sposób, jaki przyjdzie Wam do głowy.
  5. Stolnicę oprószyć mąką, położyć ciasto (jeśli robicie z całej porcji radzę Wam podzielić się na dwie części) i rozwałkować na kwadrat, o grubości ok. 3 mm.
  6. Ciasto złożyć na trzy (w taki sposób, jak złożylibyście kartkę papieru, by włożyć ją do koperty). Ciasto powinno mieć ok. 10 cm szerokości. Kroić je na ok. 3 mm paski (jak świetnie widać, moje są odrobinkę szersze). Jeśli kluski by się sklejały, podsypać mąką.
  7. W dużym garnku rozgrzać wodę i wrzucić do niej udon. Pałeczkami porozdzielać sklejony makaron. Kiedy woda zacznie się ponownie gotować, dolać filiżankę wody, by obniżyć temperaturę – tak należy zrobić za każdym razem, gdy woda zaczyna wrzeć. Gotować 6-7 minut.
  8. Ugotowany makaron przełożyć na sito i przelewać zimną wodą, aż ostygnie. Kiedy będzie się już dało go dotknąć, rękami rozdzielać pasma.
  9. Aby podgrzać makaron, ponownie należy umieścić go w sicie i polewać gorącą wodą z czajnika, aż się zagrzeje.




czwartek, 11 listopada 2010

Food porn i kwestia rosołu



Lubicie widok kogoś oblizującego palce? W wersji na żywo uważam to za niedopuszczalne (chociaż często sama tak robię, ale przecież na siebie nie patrzę). Jeśli jednak robi to, na przykład, Nigella, a tej kontrowersyjnej czynności towarzyszą jej zmysłowe pomruki, ma moją aprobatę. Nic więc dziwnego, że oblizywanie palców na szklanym ekranie stało się częścią bardzo lukratywnego biznesu: food porn.

Ten intrygujący termin, jakże przyjemnie sugerujący, że nawet takie grzeczne dziecko jak ja, może mieć do czynienia z czymś trochę mniej grzecznym, ale niebezpiecznym tylko tak bardzo, jak posługiwanie się palnikiem do crème brulée, został przetłumaczony na polski jako gastro porno. W tym kształcie wydaje mi się równie oddziałujący na wyobraźnię jak zakład zbiorowego żywienia. Jak powiedziała niegdyś J.: gastryczne, to są problemy.

Food porn w brzmieniu oryginalnym to zupełnie co innego. Hasło jest bardzo chwytliwe, ale takie skojarzenia mają podstawy naukowe. Okazuje się, że perspektywa jedzenia i seksu wywołuje podobne reakcje fizjologiczne. Zróbcie szybki rachunek sumienia, ale mnie wydaje się to sensowne. Jęki i pomruki towarzyszące oblizywaniu palców stają się nagle zupełnie zrozumiałe.

Food pornowi został poświęcony jakiś czas temu cały odcinek mojego ulubionego programu „Bez rezerwacji”, prowadzonego przez czarującego Anthony’ego Bourdain’a. Tak, wiem, facet jest aroganckim i cynicznym (byłym?) ćpunem, ale poczucie humoru i dystans do siebie powodują, że mu wybaczam. Jeśli miałabym omawiać cały odcinek, ten post nie skończyłby się nigdy, przejdę więc od razu do potrawy, która wzbudziła w proponowanym przez A. B. zestawie moje największe wątpliwości: rosół Fo – pierwowzór kwintesencji studenckiego (czyt. byle jakiego) jedzenia, makaronowych zupek chińskich instant. Tak mi się zdaje, że Bourdain bywa na kacu znacznie częściej niż ja i dlatego ten tradycyjnie dla Wietnamczyków śniadaniowy rosołek wydaje mu się (ale nie mnie) darem niebios. Mimo tego, postanowiłam zrozumieć. Niechętnie trzymam cokolwiek w garnku dłużej niż pół godziny, początkowa wersja zakładała więc nieco oszukiwania. W takiej chwili warto sobie powiedzieć: halo, stop, chcesz wiedzieć, czy rosół jest podniecający czy nie? Chciałam, ale... zdecydowałam się na wersję wegetariańską, czego, jestem pewna, Anthony nigdy by nie zrobił.

Było tak: w rosole najważniejsze jest, żeby był gorący. A po sesji fotograficznej mój już nie był. Z tego powodu moja opinia na jego temat może nie być taka, jak by była w innych okolicznościach, a brzmi: jest to zamiennik bijący na głowę chińską zupkę, ale cud nie nastąpił. Pewnego innego dnia wzięłam po prostu, o zgrozo, paczkę włoszczyzny z marketu, wrzuciłam ją do wody (obraną i umytą ;) i gotowałam 40 minut. Koniec. Kropka. Moim zdaniem kolosalnej różnicy między moim leniwym wywarem a przecedzanym na różne sposoby Fo według przepisu nie było, a znacznie mniej zawracania głowy. Ugotowanie rosołu warzywnego pewnie nie wydaje Wam się tak ważkim osiągnięciem kulinarnym, by się nimi publicznie chwalić, ale nigdy wcześniej tego nie robiłam (tak, tak), bo sądziłam, że bez mięsa w ogóle nie ma sensu. Teraz przynajmniej wiem, że się myliłam.

Więc jak to jest z rosołem Fo? Fajna alternatywa dla zwykłego rosołu i na pewno powtórzę (chociaż w szybkiej, nie mylić z instant, wersji), ale cóż, to, hmm, tylko? (aż?) rosół.



Wegetariański rosół Fo
wg Agnieszki Kręglickiej

Składniki:
6 porcji

2 kg włoszczyzny oczyszczonej i pokrojonej na kawałki
3 listki laurowe
8 ziarenek pieprzu
4 ząbki czosnku
5 cm korzenia imbiru
sól
2 cebule
pęczek natki pietruszki


dodatki:

makaron ryżowy, groszek cukrowy, szpinak, kiełki fasoli, kolendra, dymka, mięta, ostre papryczki, sos sojowy, olej sezamowy, sos rybny i tak dalej według fantazji.

Wykonanie:
  1. Wszystkie składniki, bez cebuli i natki pietruszki, zalać trzema litrami zimnej wody i zagotować. Zmniejszyć gaz, delikatnie posolić i gotować na małym ogniu ok. 40 min.
  2. Cebulę pokroić na ćwiartki, przypalić nad ogniem i razem z natką wrzucić do rosołu. Gotować kolejne pół godziny. Odczekać 10 minut, a następnie odcedzić. Gotować sam płyn, odkryty, aż zostanie ok. 1,5 litra gotowego rosołu.
  3. Makaron zalać do zmięknięcia, a następnie odcedzić i rozłożyć do misek. Tuż przed podaniem, do gorącego rosołu wrzucić groszek cukrowy, szpinak i kiełki.
  4. Rozlać do misek, a obok postawić pozostałe składniki, niech każdy dodaje wszystkiego według uznania.
  5. Mój rosół, chociaż prezentuję go dopiero teraz, powstał jakiś czas temu i nie do końca pamiętam, jaką zastosowałam magiczną mieszankę dodatków. Wydaje mi się, że były to: ogórek, dymki, czerwona cebula i zwykły makaron spaghetti. Przed zagotowaniem rosołu podsmażyłam na oliwie paprykę w płatkach, imbir i pewnie coś jeszcze, zalałam to rosołem i zagotowałam. Wyłącznie warzywna, beztłuszczowa chudzina nie wydaje mi się przekonująca.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Tradycyjnie nowocześnie



Okres, kiedy byłam studentką coraz bardziej wydaje mi się należeć do innego wymiaru rzeczywistości, z jednym wyjątkiem: moja kuchnia jest chyba nawet bardziej studencka niż kilka lat temu (ale zaraz zastrzegam, wolę już zjeść tę bułkę z masłem, niż dania z proszku). Kiedyś podstawę mojego jadłospis stanowił makaron, który teraz wyraźnie jest w odwrocie, co można łatwo stwierdzić, bo po prostu okazało się, że nie muszę go ciągle kupować. I do tego nie mam pojęcia, co go zastąpiło, chociaż zapewniam Was, że nie głoduję. Od wieków nie przyrządzałam też zestawu, który gościł u mnie zawsze, kiedy naszła mnie ochota na tradycyjny obiadek: "schabowy" z kurczaka, puree ziemniaczane i marchewka z jabłkiem.

Pewnie jeszcze trochę by tak pozostało, gdyby tego błogiego status quo nie przerwała moja wizyta u siostry, która, ku mojemu zdziwieniu, poczęstowała mnie botwinką. W szafce – kasza, a ona mówi, że to na krupnik. I chyba właśnie to był ten moment, kiedy zaczęłam tęsknić za prawdziwym domowym jedzeniem. Nawet za ziemniakami (ale nad tym się jeszcze zastanowię, szczególnie po dzisiejszym obiedzie, który ugotowałam jeszcze na fali entuzjazmu, niby młode, ale łagodnie mówiąc, takie sobie).

Dzisiejsze danie na pierwszy rzut oka nie ma zbyt wiele wspólnego z tradycyjną polską kuchnią i wygląda raczej na dziwaczną mieszankę w stylu fusion, do tego zainspirowane jest "lazanią" którą jadłam Chimerze* w zeszłotygodniowy świąteczny czwartek. Ta "lazania" mało jednak przypominała włoski pierwowzór, a bardziej... łazanki. Ponieważ od razu wyglądała mi bardzo podejrzanie, więc uznałam, że powinna się znaleźć na moim talerzu, a jak tylko mój talerz znalazł się na stole, rozebrałam ją na części pierwsze i okazało się że: na dnie jest cienka (bardzo) warstwa kapusty, na nie pojedyncze makaroniki, a na tym gruba warstwa beszamelu o konsystencji budyniu. A do tego okazało się jeszcze, że całkiem mi to smakuje. Zarówno danie z "Chimery" jak i moja wersja leżą więc gdzieś pomiędzy lazanią i łazankami, od obydwu bardzo daleko i równie daleko od siebie nawzajem, ale problemy z klasyfikacją mogą stanowić przyczynek do dyskusji wśród co bardzie zorientowanych biesiadników, nie stanowią jednak żadnej przeszkody w konsumpcji.

W wersji idealnej danie powinno się kroić w kwadraty i wtedy będzie wyglądać porządnie, a nie tak, jak na zdjęciach, ja jednak aż tak nie mogłam się odczekać, aż się będzie gotowe, że nawet w piekarniku trzymałam za krótko, tym bardziej więc nie udało mi się odczekać kolejnych dziesięciu minut, a przecież trzeba było jeszcze zostawić sobie czas na fotografowanie.

*"Chimera" to najpopularniejszy bar sałatkowym w Krakowie, o nim, w przeciwieństwie do Cukierni, wszyscy na pewno słyszeli.





Danie przygotowałam w małym naczyniu do zapiekania 15x15 cm, ale spokojnie można użyć większego, wtedy będzie bliżej oryginału.

Lazania po polsku
(2-3 osoby)

Składniki:

100 g krótkiego makaronu (np. świderki)
1/4 główki młodej kapusty
1/2 dużej lub cała mała cebula
1 szkl. mleka
1 łyżka masła (+ dodatkowo do smażenia)
2 łyżki mąki
1 jajko (opcjonalnie)
1-2 łyżki bułki tartej

Wykonanie:
  1. Makaron ugotować według przepisu na opakowaniu. Cebulę i kapustę dość drobno pokroić (oczywiście cebulę drobniej niż kapustę). W garnku rozpuścić trochę masła, wrzucić cebulę i lekko ją zeszklić, dodać kapustę i chwilę podsmażyć. Dolać niewielką ilość wody, przykryć garnek i dusić na niewielkim ogniu 0k. 20 min., od czasu do czasu mieszając i sprawdzając, czy nadal jest wystarczająco dużo wody. Doprawić solą i pieprzem. Teoretycznie na końcu cała woda powinna wyparować, ale ponieważ u mnie tak się nie stało, po prostu odcedziłam kapustę przez sitko.
  2. Przygotować sos: rozpuścić masło, dodać mąkę i dobrze rozprowadzić., a następnie po trochu dodawać mleko i roztrzepywać, żeby nie powstały grudy. Doprawić solą i pieprzem. Ciągle mieszając, gotować do zgęstnienia. Po zdjęciu z ognia szybko dodać roztrzepane jajko, uważając, żeby się nie ścięło.
  3. Na dno naczynia do zapiekania wlać trochę sosu, rozłożyć kapustę, na to makaron, polać pozostałym sosem i posypać bułką tartą. Piec ok. 30 min. w 180 stopniach. Przed podaniem odczekać ok. 10 minut.
*moim zdaniem sos był trochę za gęsty, więc można albo nie dodawać jajka, albo, co i tak bym zalecała w przypadku użycia większego niż moje naczynia, zwiększyć ilość mleka o pół szklanki (mąki może być tyle samo).


poniedziałek, 14 września 2009

Lewy foka szot wybieraj, klar na pokładzie, a w kambuzie...




Dobrze jest być znowu w domu. Napić się herbaty ze swojego kubka, wziąć niekończący się prysznic, a potem zasnąć we własnej pościeli.

Zwykle przez ostatnie dni wakacji (ilość dni proporcjonalna do długości wyjazdu) myślę o tym, co zrobię, jak już będę z powrotem. Gdzie pójdę. Co zjem. Co kupię. Z kim się spotkam. Co przeczytam.

Jednak zawsze w tej ostatniej chwili, kiedy plecak jest już spakowany, kiedy rzucam ostatnie spojrzenie na wysprzątany pokój (a w tym wypadku łódkę), zaczynam tęsknić, za tym, co zostawiam.

Czego mi będzie brakować, po mazurskim rejsie? Szumu wody (oczywiście!), który usypia do snu, kiedy nie wieje i przeszkadza spać, kiedy fale uderzają o burty, wydając niepokojące odgłosy. Wiatru, który zwykle jest za słaby, lub za mocny, prawie nigdy w sam raz, chociaż ciągle nie potrafię rozpoznać, skąd właściwie wieje, mimo znanych co najmniej czterech sposobów (cóż, najpewniejszy i najłatwiejszy – na dym z papierosa, ale ja nie palę). Nielubianego zrzucania żagli i składania masztu przed każdym kanałem (kanały łaczą poszczególne jeziora). Prysznica, z którego gwałtownie przestaje lecieć woda, kiedy kończy się opłaconych 5, 7 czy 10 minut. Nie, to nie wybór, długość zawsze jest narzucona, tylko zależna od kei. Codziennego cumowania, zawsze nieco niepokojącego, uda się tym razem, czy się nie uda bez problemów? (Nasza załoga nie była zbyt doświadczona). Wieczornego siedzenia w porcie i słuchania szant, śpiewanych przy dźwiękach gitary na innych łódkach i zgadywania, ile już ta wesoła załoga ma na pokładzie pustych butelek...

Już nie mogę doczekać się powtórki.

Słowniczek trudniejszych wyrazów:
kambuz – kuchnia pokładowa
keja – port

klar na pokładzie (robić) – porządek
lewy foka szot wybieraj – fok to jest ten mały żagiel z przodu. Kiedy robi się zwrot (czyli zmienia kierunek), to trzeba ten żagielek przerzucić na drugą stronę dziobu. A robi się to za pomocą jednej z dwóch lin do niego przytwierdzonych, czyli szotów. Czyli, mniej tajemniczo, znaczy to: ciągnij za linę przyczepioną z lewej strony żagla.

Tydzień temu też jeszcze większości z tego nie wiedziałam ;)

Makaron z tuńczykiem i serem z niebieską pleśnią

Makaron z tuńczykiem i serem z niebieską pleśnią
Skrzętnie odnotowuję, że potrawę wykonała Joasia, ale pomysł częściowo był mój.

Składniki:
dla 3 osób, bardzo wygłodniałych po całodziennym żeglowaniu

300 g makaronu
2 puszki tuńczyka w oleju
100 g sera z niebieską pleśnią
sól, pieprz, zioła prowansalskie


Wykonanie:
  1. Makaron ugotować według przepisu na opakowaniu.
  2. Olej z tuńczyka (wystarczy z jednej puszki, ale z dwóch też nie jest za dużo) rozgrzać, wrzucić rybę, podsmażyć, dodać zioła, pieprz. Ostrożnie z solą, bo ser jest słony.
  3. Ser byle jak pokroić, dodać do tuńczyka, poczekać, aż się rozpuści.
  4. Na patelnię wrzucić odcedzony makaron, wymieszać, rozłożyć na talerze (na łódce miseczki praktyczniejsze). Danie szybkie i proste, idealnie dopasowane do warunków, ale tak dobre, że powtórki będą także na lądzie.











czwartek, 30 lipca 2009

Nowe spojrzenie na makaron z sosem ze świeżych pomidorów




Makaron przygotowany według tego przepisu, nie jest w sumie aż taki banalny, jak mi się początkowo wydawało. Urozmaicenie wnoszą feta, ostra papryczka i czerwony ocet. Nie trzeba wcale udawać się do kuchni, żeby wiedzieć, że jest to 100% pewniak. Jednak to wcale nie smak (chociaż naprawdę niezły) spowodował, że zdecydowałam się zaprezentować Wam to danie. Pozwólcie, że zacytuję (tłumaczenie z francuskiego, to ważna informacja):

Makaron z sosem ze świeżych pomidorów
dla 4 osób

Przepyszne danie, przygotowanie którego trwa krócej, niż otwarcie butelki wina.

Czy życie nie jest natychmiast piękniejsze, jeśli czas odmierza się otwieraniem butelek wina? Od razu pomyślałam, jakby to mogło być w wersji polskiej i pierwsze, co wpadło mi do głowy, to:

Przepyszne danie, którego przygotowanie trwa krócej, niż zagotowanie wody na herbatę.

Opijam się herbatą bez opamiętania, ale sami przyznacie, że brzmi to jednak zupełnie inaczej. Polecam więc ten prosty makaron, koniecznie z butelką wina, a zobaczycie, że ten zwykły czwartek od razu nabierze sobotniego charakteru.



Makaron z sosem ze świeżych pomidorów
przepis z: Recettes légerès, wyd. Marabout
(dla 4 osób)

Składniki:

375 g świeżych płatów lazanii, pociętych na wstążki (nie wiem czy takie można u nas w ogóle dostać, zamiast tego dobre będą tagliatelle, pappardelle albo po prostu to, co lubicie)
1 łyżka oliwy z oliwek

6 średnich pomidorów obranych ze skórki i pokrojonych w grubą kostkę
3 gałązki bazylii, grubo posiekanej
2 ząbki czosnku
2 łyżeczki octu z czerwonego wina (dałam balsamico)
1 ostra tajska papryczka, drobno posiekana
80 g pokruszonej fety


To był przepis z książeczki z "lekkimi" daniami, więc jeśli Wam na tej lekkości bardzo nie zależy, sugeruję zwiększyć ilość oliwy i fety.

Przygotowanie:
  1. Makaron ugotować, odcedzić, wymieszać z połową oliwy.
  2. W osobnym naczyniu wymieszać pomidory, bazylię, czosnek, resztę oliwy, papryczkę. W przepisie nie ma o tym mowy, ja jednak dodałam sól i pieprz. Jeżeli aż tak bardzo się nie spieszycie, myślę, że fajnie dać tej mieszance chwilę czasu na przegryzienie.
  3. Makaron rozłożyć na talerzach, na makaronie rozłożyć sos, posypać pokruszoną fetą. Gotowe.

piątek, 3 lipca 2009

Dzisiaj na obiad będzie makaron. Znowu?!




W krótkiej historii mojego bloga znowu spaghetti, oliwki, czosnek, anchois i pomidory, tyle, że suszone. Skoro jednak już puszkę z anchois otworzyłam, to muszę jej zawartość jakoś wykorzystać. Zapewniam Was, że efekt smakowy jest zupełnie inny od poprzedniego. W sosie wyraźnie czuć suszone pomidory, jest mocno czosnkowy i może Wam się początkowo wydać za słony. Nie przejmujcie się tym jednak, bo dodany do makaronu będzie w sam raz. Pewnie jest też dobry jako smarowidełko do grzanek, co z pewnością jutro sprawdzę z tym, co mi jeszcze zostało.

To kolejne danie 15 minutowe, idealne do przygotowywania w upały, bo tylko wrzucacie składniki do blendera i gotowe. Oczywiście, jeżeli przy tej temperaturze w ogóle macie ochotę na coś ciepłego.


Sos z suszonych pomidorów i anchois
ilość, którą podaję, jest może przesadnie detaliczna, ale tyle zrobiłam i było to ok. 1,5 porcji. Poza tym, oczywiście, potraktujcie proporcje orientacyjnie.

Składniki:

5 suszonych pomidorów*
5 czarnych oliwek
ząbek czosnku
3 fileciki anchois + olej z puszki
luźna garść świeżej bazylii
pieprz


*ja używam suchych suszonych pomidorów (do dostania w sklepach ze zdrową żywnością), wystarczy je namoczyć 10 minut w gorącej wodzie i odżyją. Dla lepszego efektu można je jeszcze zalać oliwą na jakiś czas. Zaletą takich pomidorów jest to, że na raz ma się tylko tyle, ile potrzeba, cały słoik to dla mnie za dużo, a nie lubię zbyt długo trzymać w lodówce otwartych rzeczy.

Wykonanie:
  1. Wszystkie składniku sosu zmiksować "pulsacyjnie", masa nie ma być gładka. Olej dolewać po trochu, sos nie powinnien być za rzadki, ale też niezbyt gęsty, bo nie rozprowadzi się dobrze po makaronie. Jeżeli oleju z puszki byłoby za mało, można dolać jeszcze oliwy z oliwek.
  2. Spaghetti ugotować wg przepisu na opakowaniu, wymieszać, zajadać.

wtorek, 30 czerwca 2009

Pancetta czy panchetta, czyli moje włoskie lato




Urlop w dającym się przewidzieć terminie stoi pod znakiem zapytania, ale na pocieszenie postanowiłam sobie zafundować (przynajmniej) całe lato z językiem włoskim. Strasznie się na to cieszę i jest to dobra okazja, żeby ugotować coś prawdziwie włoskiego. Autentyczność tego dania, makaronowego oczywiście, opiera się na tym, że przepis zdradził mi pewien Włoch. Z niewielkimi oporami, co prawda.

Jest to alternatywa dla sosu pomidorowego, zawierająca dwa ciekawe składniki: bułkę tartą w innej, niż panierka lub posypka do kalafiora, roli, i, chyba ciągle niedoceniane i niezbyt wykorzystywane w polskim (przynajmniej moim) gotowaniu, filety anchois. Dodatkowego plusa należy przyznać za to, że jest to sos, które spełnia podstawowe kryterium, kwalifikujące go na danie kategorii wracam-z-pracy-umieram-z-głodu, co u mnie jest przypadkiem właściwie codziennym – przygotowanie sosu trwa tyle samo (a nawet mniej), niż gotowanie makaronu.

A jak dowiedziałam się na pierwszej lekcji włoskiego, to pancetta (czyt. panczetta) to oczywiście włoski boczek, a panchetta (czyt. panketta) to mała ławeczka.

Makaron z pomidorami, anchois i bułką tartą

Składniki:
(dla jednej osoby)

1 średni pomidor
1-2 fileciki anchois
ząbek czosnku (lub trochę mniej/więcej, w zależności od Waszej dla niego sympatii)
6 sześć czarnych oliwek, pokrojonych
na ćwiartki
ok. 2 łyżki bułki tartej
80-100g spaghetti lub innego makaronu, który lubicie

Wykonanie:

  1. Pomidora sparzyć gorącą wodą, obrać ze skórki i pokroić niezbyt drobno. Jeżeli Wam skórka nie przeszkadza, to możecie nie obierać. Wykorzystanie pomidorów z puszki wchodzi w grę, ale samych pomidorów, po odlaniu soku.
  2. Na suchej patelni zrumienić bułkę tartą, odłożyć na talerzyk.
  3. Na tej samej patelni rozgrzać ok. łyżki oliwy z oliwek, wrzucić posiekany/starty/przeciśnięty przez praskę czosnek i anchois. Ja dałam ok. półtorej filecika, ale myślę, że dwa to byłoby optymalnie. Anchois nie trzeba siekać, rozpadnie się samo, wtedy dorzucamy pomidory i oliwki. Gotujemy jakieś 3-4 min., pomidory mają się raczej zagrzać, niż rozpaść. Nie solimy! Anchois powinno załatwić sprawę.
  4. Makaron stawiamy na ogniu równocześnie z początkiem przygotowywania sosu. Ugotowany, mieszamy z sosem i bułką tartą, trochę bułki zostawiając do dekoracji. I już. Od momentu, kiedy weszliście do kuchni, powinno upłynąć maksymalnie 15 minut, przy założeniu, że wodę zagrzeje czajnik elektryczny.