Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słono. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słono. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 marca 2012

Pożegnanie zimy #1 Brukselka



Tak, wiem, jeszcze za wcześniej, by ogłaszać koniec zimy. Dwa dni temu szalała zamieć śnieżna i za dwa kolejne dni może się powtórzyć. Jednak, marzec, chociaż kapryśny i zwykle brzydki jak siostra listopada, ma nad nim przewagę dźwięczącą w słowach "pierwszy dzień wiosny". Ten nadejdzie już za dwadzieścia dni, na razie możemy się jeszcze pocieszyć dobrymi stronami zimy, a czasami bywają one zielone jak... brukselka.

Co, nie lubicie? Owszem, ma specyficzny zapach, ale już (co się często słyszy jako argument przeciw) rozgotowywać jej nie trzeba, bo tak, to psuje cały smak, jednak zbyt długie gotowanie odbiera wszelkie walory także marchewkom, ziemniakom, brokułom i innym warzywom, a nikt z tego powodu nie skazuje ich na wygnanie z naszej kuchni.

Ostatnio dowiedziałam się, że brukselki można jeść również na surowo. Są świetne! Chrupiące i lekko ostre. No dobrze, Wy nie lubcie, ja akceptuję, ale w sumie bez szału. Tymczasem, za pomocą kilku składników których próżno szukać wśród tych, polecanych przez dietetyków, zrobiłam z niej coś, co mogłabym jeść na okrągło. Serio. Przysięgam. Ale w sumie, czemu się dziwić, nie jest to znowu takie odkrycie, że łyżka gęstej, słodkiej i tłustej śmietany wszystko zamieni w moje ulubione danie.

Mam nadzieję, że takie pożegnanie z brukselką sprawi, że jeszcze za nią zatęsknicie ;) A latem ten cudowny, kremowy sos można wykorzystać do marchewki czy fasolki szparagowej.



Najlepsza brukselka w kremowym sosie


Składniki:

ok. 200 g brukselki na osobę
czubata łyżka gęstej śmietany 36% (może być zwykła „lejąca” kremówka, ale wtedy potrzeba więcej)
1 czubata łyżeczka musztardy ziarnistej
łyżka pokrojonego boczku
trochę startego parmezanu
ząbek czosnku

Wykonanie:
  1. Brukselki umyć, obrać z wierzchnich, zepsutych listków i pokroić - większe na ćwiartki, mniejsze na połówki.
  2. Na patelni rozgrzać trochę oleju, wrzucić na niego boczek i podsmażyć do takiego stanu, jak lubimy, a następnie dorzucić brukselkę i czosnek. Chwilę smażyć, mieszając, bo brukselka łatwo przywiera, a następnie dolać tyle wody, by przykryła dno, posolić i popieprzyć; przykryć patelnię i dusić około 5-7 minut, aż warzywa zmiękną. Dobrze do nich zajrzeć w połowie gotowania, czy mają jeszcze wodę.
  3. Gdy brukselka jest już miękka dodać musztardę i śmietanę, wymieszać i chwilę gotować, by sos zgęstniał. Ewentualnie, jeśli jest za gęsty, dodać odrobinę wody. Można oczywiście użyć zwykłej musztardy, ale ziarnista fajnie wygląda i zabawnie strzela między zębami.
  4. Danie przełożyć na talerz, posypać parmezanem i zajadać. Mniam.

niedziela, 27 listopada 2011

Hu hu ha. Zaklinanie zimy



Systematyczność nie jest ostatnio moją mocną stroną. Troszkę się sama przed sobą usprawiedliwiam tym, że ponieważ wszystko się pozmieniało (o czym na pewno już wkrótce Wam opowiem) trudno mi złapać właściwy rytm i pomieścić w nim jeszcze blogowanie.

Dzisiejszą notkę przygotowałam prawie dwa tygodnie temu i częściowo straciła swoją aktualność. Ale tylko częściowo, bo myśl przewodnia: jak ja nie lubię zimy, nadal pozostaje aktualna. Boję się zimy, chyba tak należałoby to nawet ująć. Wizja ponownie marznących palców, nosa i uszu to jeden z najgorszych koszmarów. Perspektywy stania na przystanku i trzęsienia się z zimna (nic to, że na żadnych przystankach stać nie muszę, przynajmniej nieczęsto), a nawet zwykłego zdejmowania rękawiczek przy -15, aby wyszukać drobne na gazetę czy paczkę chusteczek wywołują we mnie dreszcze. Nie cieszy mnie bynajmniej myśl o oddaniu się białemu, narciarskiemu szaleństwu (które zresztą prawie zarzuciłam i tak mi się wydaje, że wspomnienia o chwilach na stoku, kiedy palce przymarzają do butów i skarpetek, a twarz owiewana jest lodowatym wichrem są główną tego przyczyną) tudzież wizja zakrycia szarości miasta białą puszystą kołderką (bo wszyscy wiemy, jak to się zwykle już po paru dniach kończy).

Oczywiście takie podejście jest mało konstruktywne, bo skoro przynajmniej najbliższej zimy nie spędzę w cieplejszym klimacie, jeśli już nie zamierzam jej polubić, to przynajmniej należałoby się z nią pogodzić i właściwie do niej przygotować, na przykład nabywając puchową kurtkę, która powinna zastąpić mój, co prawda elegancki i zgrabny, ale ewidentnie przeznaczony na rynek hiszpański, tudzież południowofrancuski, płaszczyk.

Jak zawsze morale może podnieść też odpowiednio kojące jedzenie, gorące, sycące i kaloryczne, na przykład taka zapiekanka pastuszka (czyli pasterska, ale tłumaczenie pastuszka podoba mi się bardziej). Klasyk brytyjskiej kuchni, który jest jedną z odpowiedzi na to, dlaczego ma ona taką złą opinię, bo to typowe danie dziecięce (takie jak przecierane zupki), neutralne połączenie ziemniaczanego puree z mięsem mielonym. Zupy-kremy (a nie żadne tam przecierane zupki) jednak uwielbiam, a zapiekanka pasterska również bardzo mi posmakowała.



Zapiekanka pastuszka
na podstawie tego przepisu

Składniki:

600 g ziemniaków
50 g startego żółtego sera
1 cebula pokrojona w kostkę
1 marchewka pokrojona w kostkę
1 łodyga selera naciowego, pokrojona
600-700 g mielonego mięsa (u mnie wieprzowina)
150 ml rosołu lub wody
1 łyżka mąki wymieszana z 1 łyżką masła
150 g masła
150 ml mleka
sól, pieprz

Wykonanie:
  1. Ziemniaki obrać i ugotować do miękkości. W czasie, kiedy się gotują, usmażyć na złoto cebulę, następnie zdjąć ją z patelni i usmażyć marchew z selerem naciowym, odstawić na bok. Na tej samej patelni podsmażyć mięso, aż zbrązowieje, dodać marchew z selerem, bulion lub wodę oraz masło z mąką. Dobrze rozmieszać i chwilę pogotować. Doprawić i przełożyć do naczynia do zapiekania.
  2. Ziemniaki rozgnieść ze 100 g masła, dodać tyle mleka, by puree miało dość luźną konsystencję, dodać ser, cebulkę, doprawić. Masę ziemniaczaną wyłożyć na mięso i widelcem zrobić wzorki.
  3. Pozostałe 50 g masła roztopić i posmarować nim zapiekankę.
  4. Piec około 30 minut w 220 stopniach.

A na deser na przykład pyszne ciasto czekoladowe z pierwszego zdjęcia.

piątek, 28 października 2011

Jednym słowem: dynia



Tak jak w grudniu obchodzimy Boże Narodzenie, o czym wszyscy myślą co najmniej od połowy listopada (a dzięki uprzejmości centrów handlowych to raczej i wcześniej), tak (prawie) wszyscy związani z kulinarnym blogowaniem, a pewnie i ich stali czytelnicy, już od września czekają na październikowy Festiwal Dyni. To jest już teraz!

Sama jestem fanką dyni od niedawna, w Festiwalu biorę udział od zeszłego roku, ale mimo takiego mizernego stażu entuzjastki tego warzywa dyniowy tydzień traktuję trochę jak misję, której celem jest przekonanie nieprzekonanych. Oczywiście nieprzekonanych do zalet dyni. Oprócz tego, że da się z niej zrobić urocze, lub upiorne, jak kto woli, latarenki, to wykorzystanie dyni w celach kulinarnych jest praktycznie nieograniczone: zupy, zapiekanki, pieczona do podgryzania, placuszki, ciasta, ciasteczka, a podobno i lody! Do tego szybko się gotuje i w sezonie jest naprawdę tania. Czego chcieć więcej. I lepiej korzystać z niej szybko, bo o ile mogę się zorientować z np. dyniowych bożonarodzeniowych przepisów Nigelli, w GB sezon na dynię trwa co najmniej do końca grudnia, a u nas zwykle znikają ze straganów zaraz po Halloween.

Dzisiaj mam dla Was dyniowe risotto, moje zeszłoroczne odkrycie, może nie jest to danie wyjątkowo błyskotliwe na tle innych festiwalowych propozycji, ale z drugiej strony, egoizmem byłoby chować coś tak pysznego przed tymi z Was, którzy jeszcze tego przepisu nie znają.

Nie będę tu ukrywać, że risotto nie jest jak makaron z pesto, przez co mam na myśli to, że przygotowanie go wymaga więcej niż 10 minut. Dodatkowo ma egocentryczną naturę, bo wymaga 100% uwagi przez jakieś 30 minut (kiedy chciałam trochę pooszukiwać i szykowałam w tym czasie aparat i plan zdjęciowy, perfidnie zaczęło przywierać do garnka). Dla mnie konieczność skupienia się przez tak długi czas oznacza danie wściekle trudne, jednak zasługuje na to, by zrobić je przynajmniej kilka razy w dyniowym sezonie, więc zaciskam zęby i mieszam. Efekt każdorazowo przekonuje mnie, że było warto.

Postarajcie się o porządnie pomarańczową dynie (czyli nie taką, jaką miałam ostatnio), bo wtedy risotto ma optymistyczny kolor płynnego żółtka od wiejskiej kury. Wiem, że niektórzy boją się surowego żółtka (ja do nich nie należę), więc to porównanie niekoniecznie do nich przemówi, lecz z krzywieniem się poczekajcie, aż sami zobaczycie efekt. Uprzedzam, że przez prawie cały czas przygotowania potrawa wygląda na nieciekawą, szarawą breję. Jednak działania, które nadadzą jej piękny kolor (rozgniatanie dyni), jak i aksamitną konsystencję (dodatek sera) następują na samym końcu.

I jeszcze jedno: podobno we Włoszech risotto podaje się jako "zupę", ale ja nie uważam, że zachowanie pełnej oryginalności jest niezbędne by delektować się daniem (a nawet więcej, myślę, że o ile bardziej nam smakuje wersja nieco dostosowana do słowiańskiego podniebienia lub obyczajów, to nie ma się co katować tylko jeść to, co lubimy. Smak górą, nie snobizm! – to chyba temat na osobny post), dlatego jem risotto na drugie (lub jedyne), ale zwykle w miseczce i łyżką.


Nie sugerujcie się za bardzo proporcjami - na potrzeby wpisu musiałam jakieś przyjąć, ale zwykle oczywiście sypię "na oko", to ma być zwykłe domowe jedzenie, a nie kuchnia molekularna!

Risotto z dynią


Składniki:
na 3-4 osoby

200 g ryżu do risotta
2 szklanki pokrojonej na kawałki dyni
1 niewielka cebulka, dobrze posiekana
ok. 1,5 l bulionu warzywnego*
1,5 łyżeczki rozmarynu
gałka muszkatołowa
60 g sera z niebieską pleśnią
ok. 4 łyżek startego parmezanu
sól, pieprz
oliwa do smażenia


*jeśli z kostki, to ja w tej ilości wody rozpuszczam tylko jedną, jeśli zrobicie wg kostkowego przepisu wszystko będzie za słone


Wykonanie:
  1. Przygotować lub podgrzać bulion i zostawić na małym ogniu - ma się gotować (delikatnie pyłgać) przez cały czas przygotowania potrawy.
  2. W szerokim garnku lub patelni z wyższym brzegiem rozgrzać oliwę i wrzucić na nią cebulę, smażyć chwilę, aż się zeszkli. Dorzucić ryż, dokładnie zamieszać, by ziarna pokryły się tłuszczem i smażyć, aż będą błyszczące i szkliste, dorzucić dynię, można jeszcze chwilę posmażyć.
  3. Na patelnię z ryżem wlać 1-2 chochelki bulionu i gotować, a gdy płyn zostanie wchłonięty przez ryż, dodać następną chochelkę i tak postępować do czasu, aż dynia się ugotuje, a ryż będzie miękki, lecz ciągle sprężysty (nie ciapraty!) - to trwa co najmniej 20 minut. Często mieszać. W chwili nudy dodać rozmaryn i gałkę muszkatołową. Gdy ryż jest już ugotowany wziąć widelec i rozgnieść dynię. Ja raczej robię tak z całością, ale możecie zostawić jakieś kawałki. Doprawić solą i pieprzem.
  4. (Prawie) gotowe risotto zdjąć z ognia, dodać ser z niebieską pleśnią (pokrojonego ;) i połowę parmezanu. Energicznie mieszać (oczywiście, najlepiej drewnianą łyżką), by ser się rozpuścił, a risotto napowietrzyło - to dzięki tym ostatnim zabiegom nabiera cudownie aksamitnej konsystencji.
  5. Potrawę nałożyć do miseczek i każdą porcję posypać odłożonym parmezanem.

poniedziałek, 24 października 2011

Stukot kół i szum fal, czyli krótko o Blog Forum



Trudno uwierzyć, ale minął już ponad tydzień, odkąd zamknięte w vipowskim przedziale wagonu sypialnego (opieka konduktorska, w cenie rogalik w folii, woda mineralna i zestaw ręczniczek + mydełko ;) wraz z Anną-Marią i Atrią mknęłyśmy ku Gdańsku na Blog Forum, czyli wielki zjazd blogerów wszelkiej maści.

Cały weekend był bardzo, baardzo udany, a ja ciągle nie mam weny by o tym napisać i tylko jakiś złośliwy chochlik szepce do ucha przeczytane dawno temu zdanie, że pod natchnieniem piszą tylko grafomani.

Pojawiło się jednak już tyle relacji, w których zostało opisane absolutnie wszystko, co chciałabym Wam przekazać, od chwalenia świetnej organizacji (ponieważ miałam okazję sama różne rzeczy organizować, wiem, ile wysiłku wymaga to pozornie samosięnapędzające iście-na-przód zgodnie z harmonogramem), po opisy burzliwych dyskusji wokół "blogów z duszą" i stojących w opozycji technologiczno-marketingowych. Nie mówiąc o przyjemności osobistego kontaktu z osobami znanymi dotąd wirtualnie.

A poza tym: morze! Program Blog Forum był bardzo wypełniony, ale udało nam się ukraść parę chwil i nawet tylko te kilka minut na sopockim molo, a potem na kompletnie pustej po zmroku plaży, było warte prawie 30 godzinnej podróży.

Ode mnie to tyle, mam nadzieję, że udało mi się przegonić kryzys twórczy i mogę iść dalej, chociażby dlatego, że rozpoczął się już Festiwal Dyni (a dynia, w połowie przerobiona na powtórkę z zupy dyniowej, czeka w spiżarce na ciąg dalszy).

Jeśli ktoś ma niedosyt blogforumowych wrażeń, to zapraszam na stronę wydarzenia, gdzie organizatorzy skrzętnie zbierają wszystkie relacje.

Na zakończenie przepis, muffiny ze szpinakiem, mój wkład w składkowy piknik pociągowy, który, dzięki pomysłowi Anny-Marii, sobie urządziłyśmy. Muffiny są mięciutkie i puszyste, moim zdaniem należałoby im jednak dodać jeszcze jakiś akcent smakowy (może kawałki smażonego boczku?).



Muffiny ze szpinakiem i parmezanem
źródło: The Vintage Tea Party

Składniki:
12 sztuk

250 g mąki
1/2 łyżeczki soli
1 łyżka proszku do pieczenia
1 łyżka cukru
70 g startego parmezanu*
100 g ugotowanego, wystudzonego, odciśniętego i posiekanego szpinaku
1 jajko
250 ml mleka
90 ml oleju

*ja dałam żółty ser, uważam, że w tym wypadku to dopuszczalny zamiennik, który nadaje ciastu fajną konsystencję

Wykonanie:
  1. Piekarnik nagrzać do 190 stopni, blachę na muffinki wyłożyć papierkami.
  2. Wymieszać ze sobą sypkie składniki, dodać szpinak i około 2/3 sera - ponownie wymieszać.
  3. W osobnym naczyniu połączyć mokre składniki, dodać do sypkich i połączyć za pomocą łyżki - wymieszać dokładnie, ale niezbyt długo, grudki w cieście (o ile nie jest to nierozmieszana mąka) nie tylko nie przeszkadzają, ale są nawet pożądane.
  4. Ciasto włożyć do dołków w formie, każdą muffinkę posypać odłożonym serem.
  5. Piec około 20-25 minut, aż babeczki się zarumienią, a wetknięta w ciasto wykałaczka wychodzi sucha. Najlepsze oczywiście jeszcze na ciepło :)

środa, 5 października 2011

Zbytniogrzeczność odbiera apetyt



Dzieci, już na jednym z pierwszych etapów edukacji domowej, poznają trzy magiczne słowa: proszę, przepraszam, dziękuję.

I nie znajduje się wśród nich smacznego! Jednak wszystkie (duże, dorosłe, powiedziałabym nawet) dzieci zdają się je znać i używać z częstotliwością większą nawet niż wyrazy wchodzące do zestawu w wersji podstawowej. W moim ostatnim mieszkaniu terror mówienia „smacznego” panował do tego stopnia, że jedna ze współlokatorek, kursując o poranku między łazienką a swoją sypialnią, całkiem jeszcze półprzytomna, tylko spoglądając do kuchni, w której jadłam śniadanie, potrafiła zakrzyknąć to straszne słowo. A mnie, pomiędzy właśnie wkładanym do buzi kęsem, a „dziękuję”, wszystko rosło w ustach.

Każda trauma ma swój początek i przyczynę. Z niektórych z nich można sobie nie zdawać sprawy (i wtedy przydaje się pomoc psychoanalityka), ale inne są dla nas zupełnie jasne. Problem „smacznego” ma imię mojego kolegi B. (to nic nie szkodzi, jeśli to czyta, bo i tak o tym świetnie wie) i trwa od czasów liceum.

Nie pamiętam, od czego dokładnie się zaczęło. Pewnie ktoś komuś życzył smacznego podczas drugośniadaniowej kanapki i B. zakwestionował sens wymiany takich uprzejmości. Na dodatek, potem jeszcze sprawdził, co na ten temat mówią zasady savoir vivre'u.

No i mówią, że zbyt eleganckie słówko to to nie jest. Używanie go stanowi, hmm..., nie wiem do końca, jak to wyrazić, przejaw prostoty obyczajów, a my przecież chcemy być wyrafinowani i światowi. Ostatecznie, w domowych warunkach jest do przyjęcia, ale i tu obowiązują pewne zasady, tylko nie wiem teraz, która jest prawidłowa: nie należy mówić smacznego komuś, kto je posiłek przygotowany przez siebie? (ku temu się raczej skłaniam) Albo: nie należy życzyć smacznego osobom, które jedzą posiłek przygotowany przez nas? Jednak najlepiej nie mówić w ogóle.

Być może zupełnie nie wiecie, dlaczego o tym piszę i sądzicie, że przesadzam. Ale ten zestaw głosek układający się w „smacznego” wywołuje we mnie dreszcze i nic na to nie poradzę. Chociaż, jeszcze gorzej jest wtedy, kiedy tym wszystkim uprzejmym osobom muszę ich grzeczność odwzajemnić.

Koniec na tym, może przemawia przeze mnie tylko mizantropia (co z kolei kwalifikuje się chyba na kozetkę psychoanalityka), a żeby udowodnić Wam, że nie jest tak źle, proponuję pyszną i zdrową zupę z dyni. Prosty sposób na to, żeby okazać komuś sympatię, nie wysilając się zanadto (przynajmniej od tego momentu, jak rozkroicie już dynię).

PS Czy ktoś wybiera się na Blog Forum do Gdańska?



Zupa z dyni z pikantnymi pestkami
5-6 porcji

zupa:
700 g dyni, obranej i pokrojonej
1 cebula
25 g masła
sól, pieprz, gałka muszkatołowa


pestki:
50 g pestek dyni
1 łyżeczka mielonej kolendry
1 łyżeczka mielonego kuminu
0,5 łyżeczki chili (lub więcej, jeśli lubicie ostre)
0,5 łyżki oliwy
sól


dodatkowo:
kubeczek jogurtu naturalnego
40 g sera z niebieską pleśnią


Wykonanie:
  1. Cebulę obieramy i siekamy (ale bez przesady, potem i tak się zmiksuje). Masło rozpuszczamy w sporym garnku, wrzucamy cebulę i szklimy. Dodajemy dynię, chwilę podsmażamy, mieszając. Dolewamy tyle gorącej wody, by kawałki dyni swobodnie sobie pływały. Solimy i gotujemy ok. 10-15 minut, aż dynia będzie miękka. Miksujemy. Doprawiamy solą, pieprzem i gałką, jeśli trzeba, dolewamy trochę wody - wtedy zupę dobrze jeszcze raz zagotować.
  2. Kiedy dynia się się gotuje, mieszamy jogurt z serem i przygotowujemy pestki dyni. Na patelni prażymy przez chwilę przyprawy, po czym dodajemy pestki oraz oliwę i mieszamy, aż pestki dobrze się pokryją przyprawami i lekko zarumienią. Na końcu solimy, mieszamy i koniecznie zdejmujemy z patelni (bo inaczej dalej będą się na niej prażyć, nawet po wyłączeniu gazu).
  3. Do miseczek nalewamy zupę, dodajemy hojnie jogurtu i posypujemy pestkami. Smacznego?

czwartek, 18 sierpnia 2011

Witajcie ponownie w nocnym Krakowie: fast food po polsku




Jesteśmy w dużym mieście wojewódzkim. Prawie w samym centrum, kwadrans piechotą od rynku. Przechodzimy przez ulicę, skręcamy w prawo, a potem (w drugą?) w lewo. I prosto.

Chwila ciszy i zdziwienia. To jest właśnie to miejsce, które chcieliśmy tak bardzo zobaczyć?

A przed nami plac. Na nim liczne stragany, w większości opuszczone o tej porze i zmyślnie poskładane. Na jakimś można kupić jeszcze różnego rodzaju wytwory rękodzieła, a nieco dalej wytrwale czekają na klientów pojedynczy sprzedawcy owoców i kwiatów. Pośrodku palcu tzw. „okrąglak”, w którego wnętrzu znajdują się głównie sklepy mięsne (przynajmniej tak mi się wydaje), zaś po zewnętrznej stronie budki z zapiekankami. Pod nogami nierówny beton, upstrzony tajemniczymi cyframi. Uważny przechodzień, spacerując sobie dookoła, dostrzeże zejście do szaletu. Taki nieco czepialski może zauważyć szpecące krajobraz kubły na śmieci.



To obskurne miejsce to Plac Nowy, w dzień targowisko (jak wynika z lektury internetu, bo nigdy tego nie widziałam na własne oczy), a w późniejszych godzinach – centrum życia nocnego Krakowa. Dookoła rozsiane są knajpki, często równie obskurne, co kultowe.

A mnie i Monię, Wasze dzielne recenzentki kulinarne, zaprowadziła w te absurdalne rejony kultowa zapiekanka. Dlaczego zapiekanka jest kultowa? Tego oczywiście (mnie) nie wiadomo. Nie ulega jednak wątpliwości, że jest, a będąc w tym miejscu należy ją zjeść, ale nie byle gdzie, tylko u Endziora. Trafić łatwo, wystarczy kierować się długością kolejki.





Popatrzyłyśmy na tę kolejkę i miałyśmy ochotę wypróbować jakąś inną zapiekankę, bo w końcu, o ile tylko nie będą to produkty głębokomrożone przywrócone do życia w mikrofalówce (a przy takiej konkurencji raczej nikt by nie zaryzykował), nie powinno być większych niespodzianek. I (chociaż DLA WAS odstałyśmy jednak swoje w tej kolejce) nie było. Trzeba jednak przyznać, że zapiekanka z Endziora jest bardzo uczciwą wersją tego nieskomplikowanego dania. Buła nie jest supermarketową dmuchaną podróbą, tylko przyzwoitym kawałkiem pieczywa, w którym da się nawet odnaleźć jakieś cząstki pełnoziarniste. Warstwa pieczarek gruba (chociaż dla Moniki to akurat była wada). Ser w porządku. Dodatki do wyboru. Cena przyzwoita. Wielkość obfita. Czyli, w kategorii „zapiekanka”, możemy polecić. Nieco problematyczne w tej recenzji pozostaje to, że nie wiem, jak smakują inne zapiekanki na Placu Nowym, więc nie jestem w stanie potwierdzić (lub nie), czy te z Endziora rzeczywiście są najlepsze. (Czekam w tej kwestii na Wasze opinie).



Jeśli zjedzenie 30 centymetrów bezwartościowego zapychajstwa Was nie pociąga, to mam inną wersję zapiekanki. To coś w rodzaju zupy botwinki w wersji stałej. Botwinka jak botwinka, ale ten sosik, który się do niej robi, jest rewelacyjny i chociaż byłam w pełni świadoma, ile masła do niego dałam, wylizałam wszystko dokładnie i to tak bez niczego, bo nie miałam nawet chleba, jeśli jednak Wy będziecie mieć, to z pewnością ten dodatek spowoduje, że danie stanie się kompletne.

PS Kolejki do Endziora nie widać na zdjęciach, bo w dniu, kiedy poszłam fotografować, był zamknięty.



Przepis w przerażający sposób precyzuje, ile dokładnie minut trzeba coś smażyć czy gotować, ale przyjęłabym te liczby jedynie za orientacyjny czas, a nie utrudnienie, które mogłoby Was powstrzymać przed przygotowaniem tego dania. Zarówno wizyta u Endziora, jak i przygotowanie tej zapiekanki miały miejsce już dość dawno, więc właściwie nie wiem, czy nadal jest sezon na botwinę?

Zapiekanka z botwinki

źródło: River Cafe Pocket Books Salads & Vegetables

Składniki:

1 kg botwinki
2 gałązki tymianku (dałam suszony)
2 listki laurowe
3 łyżki octu z czerwonego wina
100 g masła
1 czerwona cebula, pokrojona w plasterki
2 posiekane ząbki czosnku
10 filetów anchois
1 pokruszona, suszona ostra papryczka
1 łyżka mąki
1/2 startej gałki muszkatołowej
75 g startego parmezanu
50 g czarnych oliwek bez pestek


Wykonanie:
  1. Piekarnik nagrzać do 200 stopni.
  2. Buraczki obrać i razem z łodygami (bez liści) pokroić w 1 cm kawałki. Liście gotować w solonej wodzie przez 5 minut, następnie odsączyć za pomocą łyżki i odstawić do ostygnięcia. Do gotującej się wody dodać tymianek, liście laurowe i ocet. Włożyć łodygi i buraczki, gotować przez 6 minut, odsączyć (wodę zachować). Wyłowić liście laurowe i tymianek.
  3. 2/3 masła roztopić na patelni, dodać cebulę i smażyć, aż będzie miękka i zacznie nabierać koloru. Dodać czosnek i smażyć jeszcze dwie minuty. Dołożyć filety anchois i nadal smażyć, mieszając, aż rozpuszczą się w maśle. Przyprawić pieprzem i papryczką chili. Dodać mąkę, dokładnie rozmieszać i gotować na małym ogniu przez 8 minut.
  4. Po chochli wlewać wodę z gotowania botwiny, aż sos osiągnie konsystencję gęstej śmietany. Przyprawić pieprzem i gałką, wrzucić buraczki i łodygi, jeśli trzeba, dosolić.
  5. Naczynie do zapiekania wysmarować masłem, rozłożyć w nim warstwę sosu z łodygami i przykryć ugotowanymi liśćmi. Rozłożyć na tym trochę wiórków masła i posypać połową parmezanu. Nałożyć drugą warstwę sosu, łodyg i liści, trochę masła, rozłożyć oliwki i polać resztą sosu. Posypać pozostałym parmezanem i piec 20 minut, aż zapiekanka lekko się zarumieni.

wtorek, 21 grudnia 2010

Spokój przedświątecznej kuchni



W moim pokoju migoce lampkowy substytut choinki obwieszony bombkami, a z sufitu dyndają ozdoby świąteczne. Spokój. Szał bożonarodzeniowych przygotowań nie ogarnął mnie jeszcze na dobre, ale może Was już tak. Zapraszam na chwilę odpoczynku do... Kuchni.

To właściwie nie jest książka do czytania w Boże Narodzenie. Raczej pod koniec zabieganego dnia, kiedy potrzebujecie spokoju i wyciszenia. Albo kiedy jest Wam smutno, albo coś nie poszło, albo kiedy, nawet pomimo wielu ludzi wokoło, czujecie się całkiem sami. Psychoterapia dla gotujacych moli książkowych. Opowiadanie popełniła japońska pisarka Yoshimoto Banana, a jeśli lubicie Murakamiego i ona Wam się spodoba (zresztą obydwóch autorów tłumaczyła Anna Zielińska-Elliott).

Ta Kuchnia wypełniona jest smutkiem, a może raczej nieokreśloną tęsknotą, która kojarzy mi się z większością znanych wariacji na temat Japonii, nawet tych firmowanych przez ludzi Zachodu. Niespełna sto stron wypełnione jest przygnębiającymi wydarzeniami i niezgodą, a może raczej, o ile jest to możliwe, akceptującym buntem wobec rzeczywistości. Ale przynosi ukojenie. Pełni taką funkcję, jak dla głównej bohaterki kuchnia. Nic więc dziwnego, że pojawia się tam sporo różnych japońskich potraw, które zupełnie nic mi nie mówią. Przełomowy moment następuje dzięki potrawie o dźwięcznej nazwie katsudon. Oczywiście bardzo mnie zaciekawiło, co to właściwie jest (chociaż, nie wiem jak zdołałam to przegapić, właściwie przypis dokładnie to wyjaśnia). Przepis na katsudon, a właściwie wieprzowinę tonkatsu pojawił się w mówiącej o japońskiej kuchni książeczce z serii Biblioteka Poradnika Domowego, ale rozwiązanie jest tak absurdalne, że trudno mi było w to uwierzyć.

Jakiś czas później, tym razem po wyjątkowo bogatej w opisy potraw lekturze Kafki nad morzem Murakamiego, postanowiłam sprawić sobie prawdziwą książkę o kuchni japońskiej, tzn. napisaną przez Japonkę mieszkającą w Japonii, a nie zamerykanizowaną osobę azjatyckiego pochodzenia, która kraj swoich rodziców (a może dziadków?) zna tylko z opowiadań, itd. Musiałam iść na pewien kompromis i książka napisana jest po angielsku, z myślą o nie-Japończykach, ale przez osobę, która wie, o czym pisze. Harumi's Japanese Home Cooking jest naprawdę inspirująca i jeszcze kiedyś Wam o niej więcej opowiem.

Kupując ją (przez Internet ;) miałam oczywiście nadzieję, że znajdę i przepis na katsudon. Jest! Poradnik Domowy miał rację: katsudon to nic innego, jak zwyczajny, banalny, niezdrowy i wyszydzany kotlet schabowy. W wersji Harumi jest on jednak smażony na głębokim tłuszczu, a istnieje optymistyczna teoria, która mówi, że to zdrowiej (mniej tłuszczu się wchłania, podobno). Moim zdaniem panierka dzięki temu jest bardziej chrupiąca. Pewnie każdy wie, jak usmażyć kotlet, ale co tam, przepis i tak podaję.



Tonkatsu to klasyczne japońskie danie, które jest po prostu przepyszne.

Tonkatsu

źródło: Harumi's Japanese Home Cooking

Składniki:

500 g schabu
sól i pieprz
mąka
1 jajko
bułka tarta
olej do głębokiego smażenia


Wykonanie:
  1. Mięso pokroić na kotlety ok. 2 cm grubości. Lekko rozbić (tylko trochę, nie na takie tradycyjne stołówkowe prześwitujące papierki). Oprószyć solą i pieprzem.
  2. Kotlety obtoczyć w mące, potem w roztrzepanym jajku, a na końcu w bułce.
  3. Olej rozgrzać, włożyć do niego mięso, smażyć ok. 2-3 minut, obrócić i smażyć kolejne 2-3 minuty, aż panierka się zarumieni.
  4. Wyjąc z oleju i dobrze odsączyć. Kotlety pokroić w paski.
  5. Podawać z drobno pokrojoną kapustą, cytryną, solą, sosem sojowym lub takim: 100 ml sosu sojowego, 50 ml ketchupu, łyżka cukru - wymieszać (to z Poradnika Domowego ;)

Tonkatsu w wersji imprezowej lub do bento (pudełka z drugim śniadaniem/lunchem)

niedziela, 24 października 2010

Moja piękna wielka dynia





Słyszałam, że straganiarze mają tyle zamówień na halloweenowe dynie (a to informacja sprzed kilku tygodni), że już się martwią, jak zdołają zapewnić je wszystkim klientom. Nie zamierzam świętować Halloween, tylko Festiwal Dyni ogłoszony przez Beę, ale wykorzystanie dyniowej skórki jako uroczej latarenki, chociaż niekoniecznie wyposażonej w szczerbaty uśmiech i złośliwe oczka (skłaniałam się ku geometrycznej abstrakcji), wydało mi się dobrym pomysłem.

Podobno, jeśli chce się wykorzystać dynię do latarenkowego celu, miąższ należy wydłubać łyżką. Być może jest to skuteczny sposób, pod warunkiem, że zadowala nas pozyskanie dyniowego puree. Ja potrzebowałam kostek. I pewnie rzecz byłaby do zrobienia, ale niecierpliwość i głód zmusiły mnie do podjęcia bardziej zdecydowanych kroków, pożegnania się z koncepcją latarenki, kilku zdecydowanych ruchów nożem i po ślicznej, pomarańczowo-żółto-zielonej dyni, ze smoczą, chropowatą i bąblastą skórką, nie ma już śladu.

A właściwie jest, w postaci rządka słoiczków w specjalnie na ich cześć uporządkowanej szafce. No, na tyle uporządkowanej, by zmieścić tam słoiki. Bo, chociaż to warzywo roztacza przede mną coraz smaczniejsze uroki, zjedzenie całej wielkiej dyni wydawało się przekraczać moje możliwości. Postanowiłam więc zamienić ją na dyniowe puree, które posłuży mi do robienia zupy, placuszków, ciast, zapiekanek i innych takich, kiedy świat na wiele miesięcy o dyni zapomni. W efekcie, prawie całe swoje długo oczekiwane wolne popołudnie poświęciłam na obieranie, krojenie, gotowanie i wpakowywanie do słoików mojej pięknej dyni. To bardzo, bardzo proste. Jednak przemysłowa ilość, która powstaje z zaledwie jednej sztuki sprawiła, że czułam się jak na linii produkcyjnej. Żadnego innego przetworu nie mam tak dużo. I wiecie co? Chyba zrobię jeszcze więcej, bo dynia to nieskomplikowany, pyszny i zdrowy produkt. Mam tylko nadzieję, że słoiczki wytrzymają, bo nadal nie udało mi się posiąść umiejętności porządnego ich zamykania.

Tymczasem, z bohatersko wykrojonych kostek przygotowałam pyszną jesienną sałatkę, a następnego dnia, na bazie tych samych składników, pyszną jesienną dyniową zupę. Przepis na sałatkę pochodzi z Roast figs sugar snow, trochę go dostosowałam do swoich bieżących możliwości i w tej wersji podaję, zachowując wszakże proporcje z książki, bo ja nie trzymałam się żadnych.

sałatka z dynią, soczewicą i serem/squash salat with lentils and cheese

Sałatka z dynią na ciepło
6 porcji

Składniki:

1.5 kg dyni (ok. 900 g po obraniu)
oliwa
250 g sera z zieloną pleśnią (pokroić)
275 g zielonej soczewicy
1/2 małej cebuli, drobno posiekanej
15 g masła
1/2 łyżki oliwy
1 1/2 łyżki posiekanej pietruszki (zapomniałam kupić, więc nie było)

dressing:
1/2 łyżki octu z białego wina
1 łyżeczka musztardy z Dijon
4 łyżki oliwy
duża szczypta cukru

Wykonanie:
  1. Soczewicę wrzucić do zimnej lub gorącej posolonej wody i gotować, aż zmięknie. Potrwa to 15-30 minut (z mojego doświadczenia wynika, że raczej 30). Kiedy się ugotuje, odcedzić.
  2. Dynię pokroić w kostkę. Na patelni rozgrzać oliwę, wrzucić dynię i smażyć, aż będzie miękka. Posolić, zdjąć z patelni.
  3. Na tej samej patelni (można oczywiście umyć/zmienić, ale po co?) roztopić masło i oliwę, podsmażyć na nich cebulę, aż będzie miękka, ale nie nabierze koloru.
  4. Zrobić dressing: wymieszać dokładnie wszystkie składniki, doprawić solą i pieprzem.
  5. Kiedy soczewica się ugotuje, wrzucić ją na patelnię do cebuli i chwilę smażyć. Dodać 2/3 sosu i pietruszkę, doprawić solą i pieprzem.
  6. Na każdy talerz wyłożyć trochę soczewicy, na nią dynię, a na koniec ser. Skropić pozostałym sosem.

ciasteczka dyniwoe z czekoladą/pumpkin chocolate chips cookies

Drugi przepis, który dorzucam do Festiwalu Dyni, to dyniowe chocolate chip cookies, które u mnie zlały się w jedno wielkie cookie. Czy to przepis jest trefny, czy ja mało uważna, trudno powiedzieć, w każdym razie, smak był bez zarzutu, dzięki dodanym przyprawom rozgrzewająco korzenny, zaledwie leciutko dyniowy, kto wie, potrafi wyczuć, kto nie wie, na pewno nie zarzuci Wam, że chcecie go czymś dziwacznym otruć. Śliczny oryginał możecie zobaczyć tutaj, a jeśli sami chcielibyście uzyskać chociaż coś zbliżonego kształtem do ciasteczek (co, moim zdaniem, warte jest zachodu, bo skarmelizowane, ciągnące brzeżki są bardzo apetyczne) użyjcie formy lub nawet papilotek do muffinek. "Ciastka" najlepiej smakują lekko ciepłe.

"Ciasteczka" z dynią i czekoladą

230 g masła
1 szklanka białego cukru
1 szklanka brązowego cukru
2 duże jajka
cukier waniliowy
1 szklanka puree dyniowego z puszki*
3 szklanki mąki
2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka cynamonu
1/2 łyżeczki imbiru w proszku
1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
1/4 łyżeczki mielonych goździków
2 szklanki czipsów z mlecznej czekolady (dałam posiekaną czekoladę)


Wykonanie:
  1. Piekarnik nagrzać do 180 stopni. Blachy wyłożyć papierem do pieczenia.
  2. Masło utrzeć mikserem na gładką masę. Dalej ucierając dodawać po trochu obydwa rodzaje cukru i cukier waniliowy, aż mieszanina będzie lekka i puszysta. Dodać po jednym jajku, a następnie dyniowe puree.
  3. Wszystkie suche składniki wymieszać razem, po czym po trochu dodawać do ciasta. Na końcu wmieszać czipsy.
  4. Na blasze wykładać łyżką ciasteczka, piec ok. 15-20 minut, aż będą rumiane na brzegach.
  5. Zrobiłam z połowy porcji, wyszło ok. 20 dużych ciastek (oczywiście, to stan przed pieczeniem, bo jak wspomniałam wyżej, i co świetnie widać na zdjęciu, efektem końcowym było jedno gigantyczne ciacho).
*puree z dyni (nie wiem, czym charakteryzuje się to z puszki, ja zrobiłam właśnie tak): dynię pokroić w kostkę i krótko ugotować w gorącej wodzie (ok. 10 minut, sprawdzić widelcem, czy jest już miękka) . Dobrze odsączyć, przełożyć do miseczki i widelcem rozdziabdziać na puree.


niedziela, 26 września 2010

Jesienne dylematy



Długo zastanawiałam się, czy w ogóle pisać o tej jesieni. Na wszystkich blogach jest jej pełno, co powoduje, że łatwo można stać się odtwórczym i nudnym. Z drugiej strony, skoro jest to najistotniejszy z tematów, coś jak najnowsze doniesienie o (chwileczkę, zrobię przegląd prasy...) świeżo wykreowanych gwiazdach Mam talent (akurat nie oglądam, ale żeby nie było podejrzeń, że sobie kpię, to Taniec z gwiazdami, jak mam okazję, to i owszem) trudno jednak o jesieni zapomnieć.

Najświeższy news jest taki, że właściwie to jej jeszcze wcale nie ma. Parę dni temu poszłam ją z aparatem udokumentować i nasunął mi się właśnie powyższy wniosek. Dzień był ciepły i słoneczny, drzewa jeszcze zielone, trawa jak na pocztówkach "Pozdrowienia z Irlandii", na ławkach, jak zwykle, zakochani i grupki panów przy czymś mocniejszym, po alejkach szalały na rolkach dzieci. Jeśli coś różniło tę jesień od lata, to najwyżej nieśmiałe zwiastuny zmieniającej się pory roku w postaci liści, które łagodnie i niezbyt licznie pałętały się po bokach alejek oraz łupinki kasztanów, które z kolei obficie ozdabiały trawniki. Ku mojemu rozczarowaniu, tylko łupinki, bo po zeszłorocznym, zakończonym obfitymi łowami sukcesie, miałam ochotę na więcej, tymczasem, współzawodnicząc w poszukiwaniach z, na oko, dziesięciolatką, udało mi się znaleźć całe dwa kasztany. Nie wiem, ile znalazła konkurentka, ale chyba była bardziej zdeterminowana. Tutaj dochodzimy do kolejnego symptomu jesieni, bo jakiś czas przed godziną siódmą ja i mój, coraz bardziej bezużyteczny, aparat, musieliśmy się udać w stronę domu, zamiast w kierunku jeszcze nieprzeszukanej, a budzącej nadzieję na kasztanowe łowy części Plant.



Skoro tak się co do jesieni rozczarowałam, stworzyłam ją sobie chociaż na patelni. Do zrobienia tego dania zachęciła mnie nazwa – Niebo i ziemia. Ziemniaki i jabłka w mojej wyobraźni stały się opowieścią o prawdziwie jesiennym spacerze (tak, wiem, doczekam się, już niedługo.) przez pola pachnące glebą i mgłą, przy czystym błękitnym niebie, upstrzonym najwyżej małymi chmurkami. Jest już dość chłodno, ale to chłód z gatunku tych przyjemnych, który łatwo da się zwalczyć rękawiczkami i szalikiem, a najwyżej przyjemnie łaskocze w nos. Niebo i ziemia to pozornie typowa kompozycja, bo zestawienia jabłko-majeranek czy ziemniaki-majeranek są bardzo oczywiste, jednak połączenie wszystkiego razem daje już oryginalny, nowy i bardzo smaczny efekt. Moim zdaniem można go wykorzystać nawet na jakimś niezbyt oficjalnym spotkaniu towarzyskim, na przykład jako dodatek do pieczonego mięsa.



Niebo i ziemia
źródło: Country Living 10/2009

Składniki:
4-6 porcji

1 kg ziemniaków
1 kg jabłek, takich, które się nie rozgotują
2-3 grube plastry boczku (albo ile chcecie) pokrojone w kostkę
masło lub olej
kilka gałązek majeranku, posiekanego (lub majeranek suszony)


Wykonanie:
  1. Ziemniaki obrać i pokroić w średnie kostki. Wrzucić do garnka z wrzącą, posoloną wodą i gotować 10 minut. Po tym czasie dorzucić jabłka, pokrojone w kawałki podobnej wielkości jak ziemniaki. Nie obierałam jabłek, bo czerwona skórka ładnie wygląda. Gotować razem, aż ziemniaki będą prawie miękkie (ok. 5-10 minut, zależy od wielkości Waszych kostek).
  2. W międzyczasie podsmażyć boczek na maśle lub oleju. Ja lubię straszne skwarki, Wy usmażcie według własnego gustu i zdejmijcie boczek z patelni.
  3. Na patelnię wrzucamy ugotowane i odsączone ziemniaki z jabłkami, ewentualnie dodając więcej oliwy lub masła, by nie przywierały do dna. Smażymy, aż wszystko się przyrumieni, dorzucamy boczek, majeranek, ewentualnie dosalamy. Gotowe.

piątek, 10 września 2010

Czytanie etykiet



Właściwie to nie wiem, kiedy zrobiłam to po raz pierwszy. Może wtedy, kiedy przeczytałam, że curry ma nadać potrawie ostrość, a nie słoność, więc w dobrej mieszance nie powinno być soli? A już na pewno wtedy, kiedy wyczytałam gdzie indziej, że należy się dobrze przypatrzeć puszce z pomidorami, bo oprócz pomidorów mogą być tam jeszcze cukier i sól, a te możemy sobie przecież dodać sami. W każdym razie, wzmocnione licznymi ostatnio kampaniami medialnymi, narasta we mnie przekonanie, że etykiety czytać warto.

Powiedzmy to jasno: nie zamierzam się ekscytować tym, że coca-cola zwiera tonę cukru i prawdopodobnie jest to (oprócz wody) mający najwięcej wspólnego z naturą element jej składu (uwaga: firma deklaruje, że wszystkie składniki są pochodzenia naturalnego). Piję colę, bo lubię, jestem świadoma tego, że już dawno nie sprzedają jej w aptekach jako panaceum na wszelkie dolegliwości. A do tego, jeśli miałabym jeszcze jakieś złudzenia, dzięki dobroczynnym regulacjom prawnym każda butelka informuje mnie, ile kalorii i innych obrzydliwości z każdym łykiem dobrowlnie w siebie wlewam.*

Wracając do sedna, chodzi mi o to, że od niektórych artykułów nie można oczekiwać, że będą zdrowe, niskokaloryczne, naturalne i eko: coca-cola bez cukru nie jest coca-colą, czekolada bez tłuszczu przestaje być czekoladą, a jogurt nie jest śmietaną 36%. Jeśli ktoś lubi produkty light, proszę bardzo, dla mnie jednak redukcja liczby kalorii nie rekompensuje redukcji smaku. Często jednak to, co jest napisane na etykiecie ma znaczenie. Jako świadoma konsumentka, chcąca zaopatrzyć się w słoiczek miodu, postanowiłam za wszelką cenę uniknąć takiego, który wyprodukowały karmione antybiotykami chińskie pszczoły. Nie było łatwo.

Jako konsumentka nie tylko świadoma, ale i niezbyt rozrzutna (hmm...), poszukiwania zaczęłam oczywiście od mojego supermarketu. Wszystkie etykiety, a słoiczków na półce było niemało, oferowały mi mieszankę miodów polskich i pochodzących z unii (bądź spoza unii) europejskiej. Nie miejcie złudzeń, nawet te firmowe. Literki ogłaszające te hiobowe wieści były wszędzie tej wielkości, jakby wstydziły się swego istnienia. Ok, pomyślałam, zobaczmy na dział ekologiczny: był miód z Nikaragui. To chyba potraktowano jako zaletę, bo było wytłuszczone i umieszczone na rzucającej się w oczy części opakowania. Ale ja chciałam zwyczajny polski miód. POL-SKI. Kupiłam go w końcu następnego dnia w Sklepiku Benedyktyńskim (chociaż informacja skąd dokładnie pochodzi też nie jest na nim zbyt obfita) i usatysfakcjonowana tym nabytkiem poniechałam już sprawdzania innych miejsc. Chociaż... miody w KK (kto nie wie, o co chodzi, tego odsyłam do wpisu o rożkach Babci Rózi) nie mają w ogóle oznaczenia pochodzenia, a w każdym razie nie doszukałam się go. Aby było rzetelnie, muszę napisać, że i w supermarkecie polski miód w końcu znalazłam, wiele zakupów po tym, jak był mi potrzebny. W zupełnie innym miejscu, z dala od pozostałych miodów. Ciekawa strategia.

Wbrew temu, o czym świadczyć mogą pełne poświecenia poszukiwania miodu, dzisiejsze danie, pieczone ratatouille, to nie było moje kulinarne marzenie. Moim marzeniem było prawdziwe ratatouille, ale jak wiadomo, takie musi gotować się absurdalnie długo, żadnego al dente, więc w czasie, kiedy moje prawdziwe ratatouille będzie bulkało sobie w garnku, ja potrzebowałam czegoś do jedzenia. Ilość argumentów za i przeciw pieczeniu była mniej więcej jednakowa. Przeciw: warzywka w wersji z grubsza saute to nie jest moja ukochana przekąska. Nadal, mimo licznych dowodów przemawiających za tą tezą, nie udało mi się samej siebie przekonać, że jarzyny są pyszne. Dwa: przepis jest zbyt prosty, żeby mógł oferować jakąś niespodziankę. Efekt będzie taki, że dostanę zwykłe niedopieczone warzywa – trudno mi było uwierzyć, że pół godziny w piekarniku wystarczy. Za: 1. danie pochodzi z mojej ulubionej książki Caramel Trish Deseine 2. Pieczenie to tylko 30 minut, czyli chwilka, w porównaniu z czasem, który poświęcę na krojenie, smażenie każdego z osobna, a potem godzinne duszenie warzyw na klasyczne ratatouille .

Niech żyje sceptycyzm i niedowiarstwo! To było naprawdę dobre. Słodko-czosnkowy smak przeniknął warzywa, które zjadłam z prawdziwą przyjemnością. Przyznaję, kawałek jakiegoś mięsa by temu nie zaszkodził, ale i tak było więcej niż dobrze. Polecam :)

*Nie mogę powstrzymać się od podzielenia się z Wami informacją, którą znalazłam na oficjalnej stronie coca-coli, a która raz na zawsze rozwiewa wątpliwości, czy napój rozpuszcza zęby. Odpowiedź: podobnie jak sok pomarańczowy!



Podaję zgodnie z przepisem, chociaż jeśli chodzi o ilości i proporcje, to wzięłam wszystkiego po prostu tyle, ile uznałam, że jestem w stanie zjeść. Jeśli lubicie słodkawe smaki, radzę dodać więcej miodu niż w przepisie. A na końcu, przed podaniem, warzywa dokładnie wymieszać z sosikiem, który się wytwarza – to w nim jest ukryty smak.

Szybkie ratatouille

Składniki:

1 bakłażan, pokrojony dość grubo wzdłuż, a powstałe plastry na kawałki mniej więcej 1/4 szerokości
2 cukinie, pokrojone jak wyżej
1 żółta i 1 czerwona papryka, pokrojona na paseczki
2 ząbki czosnku, obrane i posiekane
3 dojrzałe pomidory, pokrojone w ćwiartki
1 czerwona cebula, pokrojona w ćwiartki
3-4 łyżki oliwy
1 łyżka miodu (radzę więcej)
sól i pieprz


Dodatkowo:

trochę mniej niż pół kostki solonego masła (może być zwykłe, które się posoli)
1 ząbek czosnku, obrany, posiekany
1 łyżka posiekanego świeżego rozmarynu (dałam suszony)
bagietka (2 takie bardzo małe lub pół dużej)


Wykonanie:
  1. Nagrzać piekarnik do 180 stopni.
  2. Warzywa przełożyć do naczynia do zapiekania. Wymieszać razem oliwę, miód, czosnek, sól i pieprz. Polać tą mieszaniną warzywa i dobrze wymieszać, najlepiej rękami.
  3. Piec ok. 30 minut, co jakiś czas mieszając.
  4. Masło, czosnek, rozmaryn zmiksować. Przekroić bagietkę i posmarować otrzymaną pastą. Złożyć bagietkę, owinąć folią i piec obok warzyw ok. 15-20 minut aż chleb będzie złoto-brązowy.
  5. Ratatouille podawać na przystawkę z pokrojoną w plastry bagietką lub z pieczonym mięsem jako danie główne.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Tradycyjnie nowocześnie



Okres, kiedy byłam studentką coraz bardziej wydaje mi się należeć do innego wymiaru rzeczywistości, z jednym wyjątkiem: moja kuchnia jest chyba nawet bardziej studencka niż kilka lat temu (ale zaraz zastrzegam, wolę już zjeść tę bułkę z masłem, niż dania z proszku). Kiedyś podstawę mojego jadłospis stanowił makaron, który teraz wyraźnie jest w odwrocie, co można łatwo stwierdzić, bo po prostu okazało się, że nie muszę go ciągle kupować. I do tego nie mam pojęcia, co go zastąpiło, chociaż zapewniam Was, że nie głoduję. Od wieków nie przyrządzałam też zestawu, który gościł u mnie zawsze, kiedy naszła mnie ochota na tradycyjny obiadek: "schabowy" z kurczaka, puree ziemniaczane i marchewka z jabłkiem.

Pewnie jeszcze trochę by tak pozostało, gdyby tego błogiego status quo nie przerwała moja wizyta u siostry, która, ku mojemu zdziwieniu, poczęstowała mnie botwinką. W szafce – kasza, a ona mówi, że to na krupnik. I chyba właśnie to był ten moment, kiedy zaczęłam tęsknić za prawdziwym domowym jedzeniem. Nawet za ziemniakami (ale nad tym się jeszcze zastanowię, szczególnie po dzisiejszym obiedzie, który ugotowałam jeszcze na fali entuzjazmu, niby młode, ale łagodnie mówiąc, takie sobie).

Dzisiejsze danie na pierwszy rzut oka nie ma zbyt wiele wspólnego z tradycyjną polską kuchnią i wygląda raczej na dziwaczną mieszankę w stylu fusion, do tego zainspirowane jest "lazanią" którą jadłam Chimerze* w zeszłotygodniowy świąteczny czwartek. Ta "lazania" mało jednak przypominała włoski pierwowzór, a bardziej... łazanki. Ponieważ od razu wyglądała mi bardzo podejrzanie, więc uznałam, że powinna się znaleźć na moim talerzu, a jak tylko mój talerz znalazł się na stole, rozebrałam ją na części pierwsze i okazało się że: na dnie jest cienka (bardzo) warstwa kapusty, na nie pojedyncze makaroniki, a na tym gruba warstwa beszamelu o konsystencji budyniu. A do tego okazało się jeszcze, że całkiem mi to smakuje. Zarówno danie z "Chimery" jak i moja wersja leżą więc gdzieś pomiędzy lazanią i łazankami, od obydwu bardzo daleko i równie daleko od siebie nawzajem, ale problemy z klasyfikacją mogą stanowić przyczynek do dyskusji wśród co bardzie zorientowanych biesiadników, nie stanowią jednak żadnej przeszkody w konsumpcji.

W wersji idealnej danie powinno się kroić w kwadraty i wtedy będzie wyglądać porządnie, a nie tak, jak na zdjęciach, ja jednak aż tak nie mogłam się odczekać, aż się będzie gotowe, że nawet w piekarniku trzymałam za krótko, tym bardziej więc nie udało mi się odczekać kolejnych dziesięciu minut, a przecież trzeba było jeszcze zostawić sobie czas na fotografowanie.

*"Chimera" to najpopularniejszy bar sałatkowym w Krakowie, o nim, w przeciwieństwie do Cukierni, wszyscy na pewno słyszeli.





Danie przygotowałam w małym naczyniu do zapiekania 15x15 cm, ale spokojnie można użyć większego, wtedy będzie bliżej oryginału.

Lazania po polsku
(2-3 osoby)

Składniki:

100 g krótkiego makaronu (np. świderki)
1/4 główki młodej kapusty
1/2 dużej lub cała mała cebula
1 szkl. mleka
1 łyżka masła (+ dodatkowo do smażenia)
2 łyżki mąki
1 jajko (opcjonalnie)
1-2 łyżki bułki tartej

Wykonanie:
  1. Makaron ugotować według przepisu na opakowaniu. Cebulę i kapustę dość drobno pokroić (oczywiście cebulę drobniej niż kapustę). W garnku rozpuścić trochę masła, wrzucić cebulę i lekko ją zeszklić, dodać kapustę i chwilę podsmażyć. Dolać niewielką ilość wody, przykryć garnek i dusić na niewielkim ogniu 0k. 20 min., od czasu do czasu mieszając i sprawdzając, czy nadal jest wystarczająco dużo wody. Doprawić solą i pieprzem. Teoretycznie na końcu cała woda powinna wyparować, ale ponieważ u mnie tak się nie stało, po prostu odcedziłam kapustę przez sitko.
  2. Przygotować sos: rozpuścić masło, dodać mąkę i dobrze rozprowadzić., a następnie po trochu dodawać mleko i roztrzepywać, żeby nie powstały grudy. Doprawić solą i pieprzem. Ciągle mieszając, gotować do zgęstnienia. Po zdjęciu z ognia szybko dodać roztrzepane jajko, uważając, żeby się nie ścięło.
  3. Na dno naczynia do zapiekania wlać trochę sosu, rozłożyć kapustę, na to makaron, polać pozostałym sosem i posypać bułką tartą. Piec ok. 30 min. w 180 stopniach. Przed podaniem odczekać ok. 10 minut.
*moim zdaniem sos był trochę za gęsty, więc można albo nie dodawać jajka, albo, co i tak bym zalecała w przypadku użycia większego niż moje naczynia, zwiększyć ilość mleka o pół szklanki (mąki może być tyle samo).


czwartek, 20 maja 2010

Jak być szczęściarzem



Wydawało się, że jest już lepiej, ale wieczór przyniósł nową ulewę. Wszyscy mają wszystkiego dość, a w radiowych wiadomościach co godzinę (dosłownie, to żadne wyolbrzymienie!) przesuwają nadejście słońca o jeden dzień. Każdego ranka myślę tylko o tym, kiedy znowu będzie mi wolno wrócić do łóżka, wahadłowe ruchy praca-dom-praca-dom wydają się zupełnie pozbawione sensu. Ich monotonię przerywa najwyżej wyprawa do sklepu, do której zmuszam się nie tyle z powodu przerażającej wizji pustej lodówki, co jak zwykle mamiąc się, że może spotka mnie tam jakaś magiczna odmiana losu. Cóż, może nie każdy z Was oczekuje odmiany losu akurat w sklepie, ale założę się, że dzień, maksimum dwa, oddalenia od komputera i każda godzina bez telefonu komórkowego wywołuje nieprzyjemne poczucie dyskomfortu i z każdą mijającą minutą rośnie Wasza pewność, że ten mail, ten telefon, których nie odebraliście, są właśnie tymi, na które czekacie całe życie, a nie koleją reklamą jeszcze bardziej darmowych esemesów i kont bankowych.

Idę więc do sklepu i przypominam sobie o teorii niezwykle rzadkich zdarzeń. Generalnie chodzi o to, że a) chociaż nauka je pomija, bo hmm, psują model (w uproszczeniu ;) to tak naprawdę rzadkie zdarzenia w prawdziwym świecie są głównym motorem zmian b) rzadkie zdarzenia mają miejsce znacznie częściej niż nam się wydaje. Jak spotkaliście swojego chłopaka/swoją dziewczynę/męża/żonę? Jak znaleźliście pracę? Albo nawet, jak kupiliście swoją ulubioną parę butów?

Wszyscy jesteśmy szczęściarzami, albo raczej, ponieważ oczywiście jest mały haczyk, moglibyśmy nimi być. Problem tkwi w tym, że te zdarzenia, które nas spotykają, nie są najczęściej tymi, o których myślimy, że mogłyby nas spotkać i nawet nie tyle ich nie zauważamy, co raczej pomijamy (w każdym razie na pewno jest to mój przypadek). I tracimy okazję. Myślcie sobie o mnie co chcecie, ale naprawdę, gdybym wykazała się refleksem, niektóre z tych pełnych nadziei wizyt w supermarkecie rzeczywiście mogły odmienić moje życie. Zresztą i tym razem zdarzyło mi się coś niezwykle rzadkiego – znalazłam dwa złote, w miejscu, gdzie przechodzi mnóstwo ludzi. W przypływie dobrego humoru postanowiłam dać je pierwszej potrzebującej osobie, którą okazała się młodzież zbierająca na wino, dałam, ale mój dobroczynny czyn stał się przez nieco mniej dobroczynny.

Dzisiejszy przepis też jest pewnego rodzaju ilustracją roli przypadku w naszym życiu, mało znaczącego, ale jednak. W komentarzu do Oka na Maroko Majka napisała, że ona by chciała oko na Kaukaz. Chociaż nie jest to specjalnie popularny kierunek, to jednak miałam taki w planie, pewnie w normalnych warunkach trochę by poczekał, ale jeśli jest popyt, to trzeba go zaspokoić.
Placek chaczapuri jadłam po raz pierwszy w małym gruzińskim barku w Krakowie, który teraz jest już siecią restauracji i z tego to zapewne powodu placek utracił ser ze środka (można go dostać na wierzch, o ile pamiętam, za dopłatą), a ciasto utraciło przyjemną wilgotną, lekko tłustą konsystencję. Moja wersja też nie jest tak dobra jak ta, którą mam w pamięci, ale i tak zasługuje na polecenie.



Chaczapuri
źródło: Roast figs sugar snow

Składniki:
(2 placki o średnicy ok. 20 cm)

Ciasto:
250 g mąki
200 g jogurtu greckiego
2 łyżki mleka
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka proszku do pieczenia


Nadzienie:
225 g mozzarelli, pociętej na małe kawałki
115 g pokruszonej fety
2 łyżki jogurtu greckiego
pieprz
2 małe jajka, rozbełtane
30 g stopionego masła


Wykonanie:
  1. Piekarnik nagrzać do 180 stopni. Wszystkie składniki ciasta zagnieść, w razie potrzeby dodać trochę mąki (ciasto powinno być miękkie, ale nie lepiące). Podzielić ciasto na 4 kulki i rozwałkować – dwie na koła o średnicy 23 cm i dwie na koła o średnicy 20 cm. Większe koła przełożyć na blachę do pieczenia, wysmarowaną masłem lub wyłożoną papierem do pieczenia.
  2. Wymieszać wszystkie składniki nadzienia i rozłożyć je na kołach o większej średnicy, na brzegu zostawiając ok. 2,5 cm ciasta. Pozostawione brzegi zwilżyć wodą, położyć na nadzieniu mniejsze koła i przykryć wystającym ciastem. Docisnąć. Za pomocą pędzelka (a u mnie łyżeczki) posmarować placki stopionym masłem. Piec 25 minut. Podawać gorące.

czwartek, 4 lutego 2010

Topos marchewki w powieściach dla kobiet. Wykład. Ćwiczenia




Jest jedna cecha, która łączy mnie z bohaterkami popularnych powieści dla kobiet. Co jakiś czuję psychiczny przymus, by zdrowo się odżywiać. Nawet nie odchudzać, tylko właśnie dostarczać sobie co najmniej z połowę tych wartościowych składników odżywczych, które poznałam dzięki lekturze magazynów dla kobiet, z kolei. Udaję się wtedy na wielkie, zdrowe zakupy, a w moim koszyku lądują brokuły, sałata, duże ilości marchewki, czasem nawet kasza i wszystko co tam jeszcze uznam za niezbędne. Koniecznym punktem tych zakupów, tak u mnie jak i w powieściach, jest marchewka. Koniecznie również trzy tygodnie do miesiąca później, wszystkie te marchewki (no, większość) kończy w śmieciach, ale na tym (niestety!) moje podobieństwo do bohaterek tych powieści się kończy, bo po pracy nie chodzę na wymyślne drinki, aby w modnym klubie poznać miłość swojego życia, która po 200 stronach okaże się zimnym draniem, a ja znajdę ukojenie w ramionach najbliższego przyjaciela. Wydaję mi się jednak, że da się to jeszcze nadrobić.

Ale do rzeczy. Muszę przyznać, że z biegiem lat zrobiłam pewne postępy. Chęć zdrowego odżywiania się nawiedza mnie zdecydowanie rzadziej (to źle), ale kiedy już nabędę te marchewki, brokuły, sałaty i kasze, to staram się je przynajmniej zjadać (to dobrze). A ponieważ chwila, kiedy uznam, że minerały i witaminy zawarte w makaronie carbonara, czekoladzie i lodach nie wystarczą na zdrową cerę i lśniące włosy, na pewno w końcu nadejdzie, to równie dobrze może nadejść już teraz.

Jeśli chodzi o dzisiejszy przepis , posłużę się tutaj cytatem z Nigelli to "prostota tego dania prawie mnie zawstydza". Właściwie, ponieważ jest to aż tak proste, a nie robiłam, tego już bardzo dawno, to miałam wątpliwości, czy w ogóle jest wystarczającą dobre, żeby Wam o tym napisać. Jest, nawet bardzo. Oczywiście danie zawiera marchewkę, chociaż nie jest ona obowiązkowa, jak właściwie żaden z pozostałych składników.





Warzywna potrawa jednogarnkowa z marchewką

Składniki:

garnek z pokrywką, wielkości takiej, by zapełniony nakarmił tyle osób, ile mamy zamiar nakarmić
kiełbasa, pokrojona w plasterki – tyle, żeby przykryła dno garnka
dowolne warzywa: ziemniaki, marchew, cukinia, dynia, buraki, pieczarki, papryka itp.
żółty ser
sól


Wykonanie:

Wszystkie warzywa obieramy i kroimy w plasterki. Do garnka wlewamy olej, tyle, żeby przykrył dno, i kładziemy dość ciasno plasterki kiełbasy. Następnie warstwami układamy warzywa, zaczynając od ziemniaków, a potem dalej, te, które gotują się dłużej, bliżej dna. Solimy. Wypełniony garnek przykrywamy folią aluminiową, a na to dajemy jeszcze pokrywkę., Folię owijamy wokół garnka i pokrywki, żeby wytworzyć porządną izolację. Gotujemy ok. pół godziny na małym ogniu. Powinno być słychać, jak olej bulgoce, ale cichutko. Kilka minut przed końcem gotowania na wierzchu posypujemy żółtym serem. Jeśli nie jesteście pewni, czy warzywa są miękkie, można to sprawdzić wbijając w nie nóż.

Więcej wskazówek praktycznych
  1. Trudno tu podać proporcje składników, zależą od wielkości garnka i Waszej fantazji. Moim zdaniem najgrubsza powinna być warstwa ziemniaków, ale decyzja należy do Was.
  2. Garnek możecie spokojnie wypchać do samej krawędzi, bo warzywa podczas gotowania opadną.
  3. Ten przepis oczywiście aż zachęca do eksperymentów, chociaż wersja podstawowa jest moim zdaniem naprawdę bardzo dobra. Jeśli jednak wolicie boczek od kiełbasy albo macie ochotę na zioła albo jakiś inny rodzaj sera, nie ma przeszkód.
  4. Nie obawiajcie się, że kiełbasa się spali, przy rozsądnie małym ogniu jedynie przypiecze się trochę bardziej niż zwykle ma to miejsce, ale będzie to bardzo apetyczna skarmelizowana chrupkość.
  5. Na jedno pytanie nie znam odpowiedzi – jak elegancko wyjąć danie z garnka.

środa, 9 grudnia 2009

Zbytecznik kuchenny #2


ziemniaczane purée

Dawno, dawno temu...

...kiedy nikomu jeszcze nie śniło się o kuchni.tv, Nigelli czy Gordnie Ramsayu (chociaż całkiem możliwe, że dotarł już do nas przynajmniej odblask sławy Jamiego Olivera) oglądałyśmy z siostrą na Discovery, programy Hestona Blumenthala.

Była to nowość podwójna, bo nie dość, że ktoś pokazywał gotowanie w nieco inny sposób niż działo się to w „Gotowaniu na ekranie”, to jeszcze swoje dziwaczne wyczyny uzasadniał naukowo. Więc czekolada pasuje do sera, bo jakiś tam procent łańcuchów cząsteczek mają taki sam (niekoniecznie przekazałam to bardzo precyzyjnie, ale zarówno program, jak i moja edukacja w zakresie chemii, odbyły się jakiś czas temu), podgrzewana mieszanina na lody nie może przekroczyć iluś tam stopni, bo po tym momencie zaczyna ją czuć jajkiem, z cebuli (a może to był kalafior?) można zrobić pięć dań o różnej konsystencji, w tym lody i galaretkę, a jak się je poda na jednym talerzyku, to otrzymuje się wykwintny i smakowity posiłek. Prawdę mówiąc, po tym odcinku już zawsze chyba pozostanie mi pewna podejrzliwość w stosunku do restauracji, bo tak wymacanego jedzenia nie widziałam jeszcze nigdy.

Tym jednak, co zafascynowało nas najbardziej, było zwykłe ziemniaczane purée. Purée, którego wyjątkowy smak miało zapewnić półgodzinne moczenie ziemniaków w temperaturze dokładnie 60 stopni. W zeszłym (jak mi się zdawało) roku, na Boże Narodzenie dostałam od siostry termometr, specjalnie z przeznaczeniem do przygotowania tego purée (zgodnie z instrukcją termometr służy do mierzenia temperatury wody na herbatę). Pomyślałam sobie więc, że Święta się zbliżają i pora go wreszcie użyć. Ale wiecie, co za kompromitacja, w rzeczywistości, jak sobie uświadomiłam, termometr czeka na swoją kolej już dwa lata.

ziemniaczane purée

Więc z pewnym poślizgiem, ale dużym entuzjazmem wzięłam się do pracy. Pół godziny siedzenia przy garnku, żeby temperatura nie była ani zbyt niska, ani zbyt wysoka to dopiero przygrywka to dalszej części. Ziemniaki trzeba przed i po pierwszym gotowaniu dokładnie przepłukać. Tym płukaniem wystudzić. Dwukrotnie przepuścić przez sitko. Moje ma średnicę mniejszą niż szklanka, więc chociaż nie robiłam purée z kilograma ziemniaków, tylko z 30 deko, to i tak na długo przed końcem pierwszej tury przecierania miałam dość. A przecież czekała mnie jeszcze druga. Na końcu do ziemniaków należy dodać taką ilość masła, z której można upiec ze 100 kruchych ciasteczek (ciągle jednak mówimy o proporcjach użytych przy kilogramie ziemniaków).

Czy te wszystkie operacje spowodowały, że moje kubki smakowe drżały z rozkoszy krzycząc „więcej”?

Nie, chyba nikt się tego po mnie nie spodziewał? Nadal były to tylko ziemniaki z masłem. Bardziej kremowe i delikatne, ale ciągle tylko ziemniaki z masłem. Owszem, po tych wszystkich zabawach wokół (przygotowania to była dobra godzina piętnaście), byłam nieźle zgłodniała i zjadłam z przyjemnością, ale odważę się nawet zaryzykować, że zdarzyło mi się jeść lepsze purée, które być może Heston uznałby, za przypominające klej do tapet (bo w programie padło takie sformułowanie), a jednak było lepsze.

Nie oznacza to, że porzuciłam myśl o dalszych molekularnych eksperymentach, ani tym bardziej, że uważam próbę za nieudaną. Z pewnością takie purée dobrze nadaje się do odgrzewania i myślę, że nie trzeba tu wyczyniać całej tej magii z termometrem, a wystarczy dodać dużo masła i potem wszystko razem przepuścić, niekoniecznie przez sitko wielkości naparstka, ale może praskę do ziemniaków.

Pozostaje więc tylko zapomnieć, że kiedykolwiek obiło Wam się o uszy słowo „cholesterol” i ruszać do dzieła.

ziemniaczane purée

Purée ziemniaczane wg Hestona Blumenthala

Składniki:

1 kg ziemniaków
300 g masła
łyżka soli
ew. mleko


  1. Ziemniaki obrać, pokroić na plasterki grubości 2,5 cm, dokładnie wypłukać.
  2. W garnku podgrzać wodę do 80 stopni, wrzucić ziemniaki i gotować przez pół godziny, cały czas utrzymując temperaturę 70 stopni. Da się. Początkowo temperatura trochę się wahała, ale później, jak udało mi się ją doprowadzić do takiej ciepłoty jak trzeba, to na malutkim gazie cały czas była taka sama.
  3. Po pół godzinie ziemniaki odcedzić i płukać pod zimną wodą, aż ostygną.
  4. Wodę w garnku doprowadzić do wrzenia, osolić, wrzucić ziemniaki i gotować do miękkości (ok. 20 min.). Odcedzić, po czym postawić garnek na malutkim ogniu i jeszcze je odparować.
  5. Ziemniaki przepuścić przez praskę lub sitko. Dodawać do nich po kawałku zimne masło, a kiedy całe się rozpuści, ponownie przepuścić purée przez praskę. Podawać.
  6. Jeżeli chcielibyście je odgrzać, to należy to robić dolewając po trochu gorącego mleka, co radzę zresztą zrobić od razu, bo purée staje się bardziej kremowe.

Uwaga: ten przepis znalazłam na stronie BBC, różni się on trochę od tego, co pamiętam z programu, ale podaję za przepisem, więc jeśli jesteście spostrzegawczy, to nie dziwcie się, że w tekście jest 60, a w przepisie 70 stopni.

ziemniaczane purée

poniedziałek, 23 listopada 2009

Drugie powitanie kasztanów


zupa kasztanowa

Niektórzy jesienią czekają na dynię. A inni na beaujolais nouveau (już jest!). Ja znowu, po ich pierwszej, wrześniowej fali, czekałam na kasztany. Tym razem te jadalne.

Do zeszłego roku jadłam je tylko raz, było to raczej dawno, tata kupił je nam na jakimś salonie samochodowym (precyzyjniej: przed halą, w której odbywał się salon samochodowy ;)

Oczywiście, będąc na Placu Pigalle, także ich wypatrywałam. Kasztanów nie było (nic dziwnego, w lipcu?), a sam plac okazał się zupełnie nieciekawym miejscem, jeśli miał jakieś walory estetyczne, całkowicie przesłoniły je roboty drogowe.

W zeszłym roku odkryłam, że cena kasztanów jest, w przeciwieństwie do trufli lub foie gras, które Wam zaraz również zaproponuję, całkiem przystępna, a przygotowanie szybkie i proste. Na początek należy je umyć, wrzucić do naczynia z wodą, te, które wypłyną, wyrzucić. Resztę wysuszyć, zrobić w nich nożem nacięcie, wstawić na 20 minut do piekarnika. Jeść. Poparzone palce znajdują się w programie atrakcji towarzyszących.

Tym razem, na początek sezonu kasztanowego postawiłam być bardziej ambitna i spróbować czegoś więcej niż pieczenia.

Nie bez obaw przystąpiłam do gotowania kasztanowej zupy. Najgorsza wersja była taka, że otrzymam szarawą breję o smaku gotowanej śmietany. Najlepsza – to pozostawało intrygującą zagadką.

Nie ma co ukrywać, wyszła szarawa breja. Jednak bardzo kremowa i delikatna, o interesującym i niespotykanym smaku; po zjedzeniu pierwszej porcji zdecydowanie miałam ochotę na dokładkę. Zanim jednak zacznę popisywać się tym daniem przed rodziną, muszę lepiej opanować sztukę obierania kasztanów – przy 30 dkg zajęło mi to chyba z godzinę, jeśli więc macie jakiś magiczny sposób, który ten czas skróci, podzielcie się, proszę.

Update: Dzięki Arkowi wiem, że należy kasztany naciąć na krzyż, a nie tylko byle jak dziabnąć. Dobrze też chwilę odczekać przed obieraniem, ryzyko poparzenia znacznie spada.

zupa kasztanowa

Zupa kasztanowa
(przepis i wszystkie informacje dotyczące kasztanów: Kuchnia nr 10/2008)

Składniki (na 6-8 porcji):

1 kg kasztanów
1 l rosołu z kury (użyłam z kostki)
6 listków selera (wrzuciłam kawałek selera korzeniowego)
pół małej gałki muszkatołowej, startej
1 l śmietanki
sól, pieprz

do przybrania: kawałek foie gras lub płatki trufli


Wykonanie:

  1. Kasztany wstępnie przygotować tak jak do pieczenia (wskazówki w tekście), po czym wrzucić do wrzącej wody i gotować pięć minut, odcedzić, obrać.
  2. Jedną trzecią kasztanów zmiksować*, dolać rosół, dodać listki selera (seler), gałkę, sól, pieprz gotować pół godziny. Po tym czasie wrzucić resztę obranych kasztanów (w całości), dolać śmietanę i gotować jeszcze 45 min.
  3. Uwaga! Zupa łatwo się przypala, więc radzę zmniejszyć ogień na ile można i często mieszać, całe kasztany lubią przywierać do dna garnka. Po jakimś czasie przestałam się przejmować i dogotowałam zupę do końca, a potem przelałam do innego garnka (z przeznaczeniem do odgrzania, jeśli jecie natychmiast., ta operacja jest zbędna). Co prawda proporcji przestrzegałam na oko, ale okazało się, że to co mi wyszło jest okropnie gęste i płynu trzeba było dolać więcej, niż sobie wyliczyłam.
  4. Podawać z plasterkiem foie gras albo płatkami trufli. Ja wyjątkowo nic takiego nie miałam, więc zjadłam bez.
*nie bardzo wiedziałam jak, w końcu są jeszcze całkiem twarde, dolałam więc bulionu, po czym po pogotowaniu ich trochę zmiksowałam ponownie, na wszelki wypadek, żeby jakieś oporne kawałki nie zakłóciły mi potem idealnej kremowości, bo taka grudkowa skaza to przeżycie z gatunku słuchania dźwięku gwoździa na szkle.

zupa kasztanowa