Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słodko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słodko. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 czerwca 2017

Urodziny bloga. Bułka, masło, truskawki


Mój blog zadebiutował 17 czerwca 2009 roku. Miał być o prostych przepisach, takich podstawach gotowania, możecie to sprawdzić w pierwszym wpisie. Zazwyczaj przypominam to sobie i Wam każdego roku z okazji „urodzin” Bułki z masłem. W moim pisaniu było już tyle przerw, że nie wiem, które urodziny wypadają tym razem, ale to nie jest takie ważne. Ważne jest, żeby dobrze wykorzystać każdą okazję do świętowania, a dla mnie obowiązkowym elementem porządnej uroczystości jest dobre jedzenie, w zasadzie, dobre słodkie jedzenie. Więc dzisiaj też będzie, ale o tym za chwilę.

wtorek, 16 maja 2017

„Ania, nie Anna” i staroświeckie ciasteczka


Kilka tygodni temu zauważyłam w (dziewczyńskim) internecie pewne poruszenie wywołane planowaną premierą nowego serialu o Ani z Zielonego Wzgórza. Postanowiłam dołączyć do grona niecierpliwie czekających na to wydarzenie, ponieważ Ania (co widać chyba na zdjęciu, jeśli spojrzeć na stan okładki) była jedną z moich ukochanych lektur dzieciństwa i przez kilka lat namiętnie czytałam na okrągło tę część cyklu, która akurat była moją ulubioną. Pełna oczekiwań zaczęłam oglądać serial już w dniu premiery. Wrażenia?

czwartek, 11 maja 2017

Jak przestać się odchudzać. Na zawsze


Większość swojego nastoletniego i pewną cześć dorosłego życia spędziłam na diecie. Oznaczało to mniej więcej głodzenie się przez cały tydzień i objadanie w weekend. Od ponad 10 lat lubię mówić o tym, że od kiedy się nie odchudzam, jestem o wiele szczuplejsza niż wtedy, kiedy to bez przerwy robiłam (to prawda). A jednak.

Moja miłość do różnych darmowych kursów on-line (to temat na osobny post) zaprowadziła mnie przypadkowo do 5-dniowego Intuitive Eating Challenge (darmowego i nadal możecie wziąć udział). Dzięki temu zrozumiałam, jak zakłamane było moje życie. Cały mój brak odchudzania przez wielką część tych 10 lat polegał na tym, że pozwoliłam sobie na przeważnie nie bycie głodną. Och. Niedobrze.

piątek, 5 maja 2017

O sztuce podróżowania

Po lewej churros, które jadłam w Hiszpanii, po prawej moja wersja.
Lubicie podróże? Pewnie 95% z Was uzna to pytanie za retoryczne. Ale, jak to w życiu, że posłużę się taką wyświechtaną frazą, sprawy zwykle są bardziej skomplikowane i czasami w samym środku najbardziej fajowskiej wycieczki mam poczucie, że właściwie najchętniej zostałabym w łóżku i oglądała telewizję lub nawet wróciła do domu, bo oglądanie telewizji z własnej kanapy byłoby jeszcze lepsze. Aż do niedawna czułam się z tego powodu trochę źle, ale nigdy więcej.

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Zrobiona w jajo. Przepiórcze



Może zauważyliście, że pojawia się u mnie raczej mało przepisów świątecznych. Kiedy na innych blogach trwa przegląd bab, mazurków i jajek pod różnymi postaciami, ja ciągle proponuję ciastka aktualne o każdej porze roku.

Bo mazurek zjedzony wcześniej niż w wielkanocny poranek to dla mnie prawie świętokradztwo. Lub, podchodząc do sprawy bardziej praktycznie, pozbawienie się połowy przyjemności. Oczywiście, z pewnego punktu widzenia, można by mówić raczej o mnożeniu przyjemności, ale to nie jest mój punkt widzenia. Dla mnie aksjomatem pozostaje fakt, że potrawy świąteczne są tak pyszne w przeważającej mierze z tego powodu, że jadane tylko raz do roku. I w związku z tym próbowanie ich wcześniej jest jak zepsuta niespodzianka czy spalony dowcip: po prostu nie ma już na co czekać.

Mimo tego zdecydowałam się dla Was (do pewnego stopnia) złamać tabu, chociaż jako dyplomowany socjolog powinnam wiedzieć, że za tego rodzaju wykroczenie przewidziana jest kara: w zamyśle urocze ciasteczka mające imitować przepiórcze jaja (moje tegoroczne odkrycie, chociaż na razie tylko w funkcji dekoracji) nie dość, że przypominają jedynie niewyrośnięte bezy, to jeszcze są twarde niczym kamienie.

Jak się jednak okazało, może i udało mi się zostać magistrem socjologii, co nie znaczy, że należało zaprzestać dokształcania się w innych dziedzinach. We francuskim oryginale ciastka nazywają się cailloux, czyli... kamyki, więc ich struktura nie powinna budzić zdziwienia. To odkrycie trochę mnie uspokoiło, bo oznacza, że wypiek, chociaż niezgodny z moimi oczekiwaniami, okazał się udany. Jeśli chcielibyście jednak te kamyki zjeść, to pomoczenie ich w kawie czy herbacie przekształca je w całkiem znośne ciastka.



Kamyki, albo przepiórcze jaja
(przepis dla osób obdarzonych mocnymi zębami i bogatą wyobraźnią)

źródło:
Merveilles. Delicieuses recettes au pays d'Alice

Składniki:

100 g cukru
100 g mąki
1 duże jajko (60 g)


Wykonanie:

Jajko ubić z cukrem na puszystą, jasną masę i delikatnie wmieszać mąkę. Na blachę wyłożoną papierem do pieczenia nakładać niewielkie porcje ciasta. Odstawić na noc do wyschnięcia. Następnego dnia lekko oprószyć kakao i piec 10 minut w 170 stopniach.

środa, 7 marca 2012

Pożegnanie zimy #2 Dobre strony prószenia



Wiadomo, nie każdy wyjęty z piekarnika wypiek wygląda jak z eleganckiej cukierni, ale nawet ciastka przypominające fragment ekspozycji greckich marmurów z British Museum nie są jeszcze najgorszym, co może się przytrafić. Zresztą, przy takim ujęciu tematu stają się dziełem nie tyle nieudanym, co raczej interesującym, a pod antycznym zewnętrzem kryje się wilgotne i puszyste ciasto, na tyle dobre, że warto Wam je pokazać, nawet ujawniając przy tym swój brak kompetencji związany z wydobywaniem wypieków z foremek.

Jak dotąd nie mam szczęścia lub dość wprawy w używaniu formy w kształcie śniegowych gwiazdek, co, muszę przyznać, mocno mnie irytuje, jednak powoli, razem z (hurrra!!!) szalikami, czapkami i ciepłym płaszczem pora ją schować, więc na kolejną szansę poczeka do następnej zimy.

Słońce za oknem ciągle zwodzi, obiecując temperaturę znacznie wyższą niż jest w stanie zaoferować, dlatego postanowiłam pozostać w rozgrzewających (mimo cukrowego śniegu na ukrycie niedoskonałości) klimatach i przemycić w babeczkach smak indyjskiej herbaty z przyprawami. Przy zastosowanych środkach aromat okazał się zbyt subtelny=mało wyczuwalny, co nie przeszkodziło wcale temu, że na myśl o jeszcze lekko ciepłym ciastku polanym śmietanowo-miodowym sosem dotąd topnieję wewnętrznie. Jednak takie zgniotki gościom zaoferować, mimo wszystko, wstyd, ale nie ma tego złego, bo daje mi to okazję do spełnienia kolejnego kulinarnego marzenia i pewnie wkrótce będzie i o tym.



Babeczki na pożegnanie zimy
przepis: Joy the Baker z moimi zmianami

Składniki:

1 szkl. mąki
50 g masła
1 jajko
3/4 szkl. cukru
cukier lub ekstrakt waniliowy
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
szczypta soli


Czaj:
1/2 szkl. mleka
torebka herbaty ekspresowej (oczywiście można użyć liściastej ;)
laska cynamonu, kilka ziaren pieprzu i goździków


Polewa:
cukier puder
gęsta słodka śmietana
miód


Wykonanie:
  1. Mleko zagotować z przyprawami, wyłączyć gaz i na 3 minuty wrzucić torebkę herbaty. Mleko wystudzić i przecedzić przez sitko.
  2. Mąkę, cukier, proszek do pieczenia, sodę i sól zmiksować z masłem (powstaną ciastowe okruchy), po czym w dwóch porcjach dolać herbaciane mleko wymieszane z jajkiem.
  3. Dowolne niewielkie foremki wysmarować masłem i przelać do nich ciasto - do połowy wysokości wystarczy, ciastka bardzo urosną.
  4. Piec w 180 stopniach około 20 minut lub do czasu, kiedy patyczek wetknięty w ciasto wychodzi suchy.
  5. Przygotować polewę: wymieszać wszystkie składniki i polewać ciastka bezpośrednio przed podaniem. Nie podaję proporcji, ponieważ w zależności od osobistych preferencji możecie zrobić dość gęsty krem (bardzo dużo cukru, niewiele śmietany) lub płynny sos (więcej śmietany, mniej cukru); masa jest uzależniająca, to takie miodowe słodkie mleko skondensowane.
  6. Uwaga: aby wzmocnić bardzo (bardzo) subtelny herbaciano-przyprawowy akcent, możecie parzyć herbatę dłużej, dodać więcej przypraw lub, co pewnie będzie najskuteczniejsze, ale znacznie mniej zabawne, dodać zmielone przyprawy bezpośrednio do ciasta.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Jak być dobrym



Dzisiaj, po raz pierwszy w historii tego bloga, będzie recenzja na nie. Zresztą, nie jestem pewna, czy rzeczywiście jest to pierwszy raz, kiedy Wam coś odradzam, ale na pewno po raz pierwszy robię to z premedytacją. A będzie o książce.

Jak być dobrym Nicka Hornby'ego miało być przyjemnym czytadłem, 100% relaksu i tyle tylko wysiłku intelektualnego, ile jest konieczne do złożenia literek. Tymczasem: pełna frustracja. Przez całą książkę właściwie nic się nie dzieje (co nie znaczy: nie zdarza), wszyscy bohaterowie bez wyjątku są niesympatyczni, koniec irytująco jak w życiu, a nie jak w książce: główna bohaterka, Katie, początkowo niezadowolona ze swojego małżeństwa, bo, ogólnie rzecz biorąc, mąż nie bardzo interesuje się, czego właściwie jej trzeba, dochodzi do wniosku, że zło oswojone jest przecież lepsze niż niepewność zmiany swojego życia; tymczasem mąż, David, ze sfrustrowanego, cynicznego egoisty zmienia się w chcącego zbawić świat egoistę, którego dobroczynność obejmuje wszystkich poza własną rodziną. Ostatnie zdania książki sugerują, że zakończenie było szczęśliwe.

To strasznie trudno jest być prawdziwie dobrym (cokolwiek to znaczy). Łatwo przekazać datek na białe wieloryby albo kupić bułkę dziecku, które o to prosi (chociaż w sklepie zwykle okazuje się, że chce jeszcze serek i jogurt). Uskutecznianie dobroci blisko i na co dzień, do tego poprzez dawanie innym tego, czego oni by chcieli, a nie tego, co sami uważamy, że jest dla nich dobre, bywa przeraźliwie męczące. Tylko chyba znacznie ważniejsze niż biedne dzieci i białe wieloryby – jest raczej mała szansa, że uda nam się odmienić ich los, tymczasem życie naszych najbliższych możemy poprawiać codziennie.

Przedstawię Wam skrajną i pozornie całkiem sprzeczną duchem z poprzednią wypowiedzią, ale najważniejszą propozycję: zacznijcie bycie dobrym od siebie. Często jest to najtrudniejsze, wymaga wysiłku i odwagi. A czasami wystarczy zwykły kubek herbaty, na przykład z imbirem, cytryną i brązowym cukrem. Mam dla Was jego wyrafinowaną, hedonistyczną i postmodernistyczną ;) wersję, bo bez herbaty, ale cała reszta pozostaje.



Makaroniki o smaku rozgrzewającej herbatki

Składniki:

makaroniki:
120 g mielonych migdałów
200 g cukru pudru
50 g brązowego cukru
100 g białek (około 3)*
1 łyżeczka mielonego imbiru


imbirowy lemon curd:
1 jajko
30 g cukru
sok z 1 cytryny
40 g masła
kawałek imbiru (mój miał ok 1,5-2 cm, pokroiłam go w duże kawałki, tak, by łatwo się dały wyłowić z gotowego kremu)


ewentualnie: kilka świeżych listków mięty

*białka, jak zwykle przy makaronikach, powinny odstać w temperaturze pokojowej co najmniej 24 godziny. Ale jeśli macie świeże, to też nie trzeba się przesadnie martwić.

Wykonanie:
  1. Białka ubić na sztywno, po czym wsypać brązowy cukier i ubijać, aż się rozpuści. Do masy (szpatułką!) wmieszać w dwóch porcjach migdały z cukrem pudrem i imbirem. Masę mieszamy zawsze od dołu miski, nigdy w kółko.
  2. 2 blachy wyłożyć papierem do pieczenia i nakładać na nie niewielkie, okrągłe porcje ciasta (tytką lub za pomocą 2 łyżeczek). Makaroniki odstawić na około 30 minut lub do czasu, aż dotknięta powierzchnia ciasteczek będzie sucha.
  3. Makaroniki piec 12-15 minut w 160 stopniach.
  4. Lemon curd: sok z cytryny, masło i imbir włożyć do rondelka i podgrzewać, aż masło się rozpuści.
  5. Jajko z cukrem wymieszać trzepaczką - cukier ma się mniej więcej rozpuścić, ale nie ubijamy kogla-mogla. Do jajka z cukrem wlać połowę gorącego soku cytrynowego, zamieszać, wlać resztę, zamieszać, po czym całość ponownie przelać do garnka. Masę gotować na małym ogniu do zgęstnienia, ciągle mieszając. Gorący lemon curd przelać do miseczki, przykryć folią (żeby nie utworzył się kożuch) i odstawić do ostygnięcia.
  6. Makaroniki przekładać ostudzoną masą, ja dodatkowo do niektórych ciasteczek dołożyłam po pół listka mięty.
  7. Następnym razem dałabym trochę więcej imbiru do kremu - jego smak był prawie niewyczuwalny. Kawałki imbiru można albo wyjąć z kremu, albo nie, stanowią intensywną, ale nie nieprzyjemną niespodziankę.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Czekolada



Czekolada.

Sam dźwięk tego słowa powoduje polepszenie nastroju (jest odwrotnie tylko jeśli się odchudzasz).

Czekoladowy weekend. Po raz trzeci na mojej liście świąt. I tak jak przed każdym innym świętem, już od dłuższego czasu myślę, co by tu zrobić, czym Was i siebie zaskoczyć. Ale, przynajmniej według mnie, święta to nie jest czas eksperymentów. No, w każdym razie zawsze muszą pojawić się też rzeczy znane, lubiane i wypróbowane.

W święta powinno być trochę nudno. Bezpiecznie, kojąco i przewidywalnie.

Zaraz, zaraz, nudno? Czy słowa czekolada i nuda wzajemnie się nie wykluczają? To chyba jedna z tych rzeczy, o której ciężko dłużej niż na 10 minut powiedzieć: nie chcę, mam już dość.

Tak samo jest z ciastem czekoladowym. Łatwy i szybki przepis. Żadnych komplikacji. Pytań. Wątpliwości. Niepewności dotyczącej efektów. Na pewno się uda. Jeśli będzie nieco niedopieczone, to nawet lepiej.

A jeśli pierwszy kawałek zaspokoi Waszą potrzebę poczucia, że jest tak, jak być powinno, kolejny posypcie pomarańczową solą. Sól i czekolada to zgrany duet. Kontrolowane ryzyko, którego nie pożałujecie.



Ciasto czekoladowe z solą pomarańczową
źródło: Tomek Woźniak, Kuchnia 2/2011

Składniki:

200 g gorzkiej czekolady
4 jajka
250 g cukru
100 g masła
60 g mąki
60 g kakao
50 g posiekanych orzechów lub migdałów

sól pomarańczowa: sól morska, skórka otarta z 1 pomarańczy


Wykonanie:
  1. Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej (czyli, np. połamaną czekoladę wkładamy do małej miseczki, a tę do większej miseczki z gorącą wodą). Masło utrzeć z cukrem, kiedy masa będzie jasna i puszysta dodawać po jednym jajku, a następnie wmieszać czekoladę, a potem mąkę, kakao i orzechy.
  2. Formę 20x25 cm wyłożyć papierem do pieczenia i przełożyć do niej ciasto. Piec około 30 minut w 180 stopniach. Ciasto po upieczeniu powinno być zwarte, ale ciągle wilgotne.
  3. Sól ze skórką pomarańczową utrzeć w moździerzu (lub po prostu wymieszać) i posypywać nią kawałki ciasta. Aby sól można było dłużej przechowywać, należy ją upiec w temperaturze 140-160 stopni, aż skórka cytrusowa wyschnie i będzie się dała rozetrzeć między palcami (ok. 10-20 minut).
  4. Zrobiłam ciasto z połowy porcji w formie 16x16 cm.

niedziela, 5 lutego 2012

Baba Śnieżna i Wiosenna, czyli słodkie lekarstwo na mrozy



Cupcake'i można kochać, albo... pozostawać wobec nich obojętnym. Bo cupcake'i są jak lemoniada z woreczka, jak gofry nad morzem, jak kiełbaski z ogniska. Ważniejsze od smaku są wszystkie ukryte w nich znaczenia, a w tych śliczniutkich babeczkach z kremem mieszczą się pozytywne nastawienie i radość życia – mniej więcej, w każdym razie. Ale jednak lepiej, żeby były naprawdę dobre, prawda? I dlatego zapraszam Was do lektury mojej pierwszej śląskiej recenzji.

Do Big Baba Cupcakes trafić nie tak łatwo, prowadzą tam małe drzwiczki wciśnięte między inne punkty handlowo-usługowe, a dodatkowo jeszcze wąski korytarzyk. Początek jak z „Alicji w krainie czarów”, a dalej coraz lepiej. W środku niewielkie, kolorowe pomieszczenie z osobnym kącikiem dziecięcym. Słychać nastrojową muzykę puszczaną z winyli. A za szklaną szybką baby - czyli słodkie babeczki, i chłopy, czyli babeczki wytrawne.

Muszę się Wam przyznać do pewnej słabości – zwykle będąc w nowym miejscu pytam obsługę o radę, chociaż wcale nie mam zamiaru z niej korzystać, to znaczy, może i mam, w pewnym sensie, ale i tak najczęściej zadając pytanie: Co pani poleca? mam jakąś upatrzoną ofiarę. Tym razem też tak było, a moją babeczką pożądania była Polska Baba biało-czerwona. Od dawna marzyło mi się spróbowanie sławnego red velvet cake, ale sama piec go nie zamierzałam z powodu organicznej niechęci do barwników spożywczych (dla niewtajemniczonych – jak nazwa wskazuje, ciasto jest czerwone). Kupując ciastko, nie musiałam jednak się nad tym zastanawiać. Baba była zresztą bardzo dobra, przykryta kremowym serkiem. Nie wiem, jak oni to robią, ale babeczkom w Big Babie udaje się zachować tę łatwą do naruszenia równowagę między kremem a ciastem – wiecie, jak kremu jest za mało, to ciastko jest suche, jak za dużo – za słodkie i szybko przestaje sprawiać przyjemność.

Na tapetę poszła jeszcze urocza Śnieżna Baba, z białą czekoladą w środku (która ma tę właściwość, że po upieczeniu, nawet jak wystygnie jest lekko rozpuszczona) oraz rozkosznym kokosowym śnieżkiem. Mmmm... To było naprawdę pyszne.



W Big Baba Cupcakes podają jeszcze m.in. świetną kawę i czekoladę z piankami, na którą koniecznie muszę wrócić – bo jednak dwie babeczki i jeszcze porcja czekolady to za dużo nawet dla mnie. Odkrycie tego miejsca uważam za prawdziwie dobrze wróżący początek wytyczania kulinarnej mapy Śląska, a nawet prawdziwie dobry początek mojego tutaj powrotu – babeczkowy optymizm chyba na mnie podziałał.

Big Baba Cupcakes
ul. Gliwicka 16
Bytom
Big Baba na Facebooku



Moje dzisiejsze babeczki są nieco oddalone od cupcake'owego wzorca, który jest (ale w pozytywnym sensie) trochę zamulający, idealny na zimę, wypełniający słodkim spełnieniem. Ja zrobiłam lekkie ciasto biszkoptowe, do tego także bardzo lekki krem, a chociaż wszystko jest (jednak) bardzo słodkie, ze ścieżki błogiego zasłodzenia zawraca nas intensywna cytrynowa nuta. Trochę wiosny w samym środku mrozów, po prostu.



Wiosenne babeczki na zimowe dni ;)
około 15 babeczek

Ciasto:
60 g mielonych migdałów
60 g mielonych (niesolonych) pistacji*
4 jajka (osobno żółtka i białka)
1 niecała łyżeczka octu 6% (np. winny)
125 g cukru pudru
20 g mąki ziemniaczanej


Syrop:
50 g cukru
sok z 1 cytryny


Krem:
150 ml śmietanki 30%
1 białko
30 g cukru
sok z 1/2 cytryny
skórka z 1/2 cytryny
1 łyżeczka żelatyny


dekoracja:
pistacje, skórka cytrynowa

*pistacje są koszmarnie drogie i trudno je dostać, dlatego możecie je zastąpić migdałami, smak będzie nadal dobry, ale oczywiście zielony kolor przepadnie

Wykonanie:
  1. Żółtka ubić z cukrem, pod koniec ubijania dodać ocet. Z białek ubić pianę. Żółtka delikatnie wymieszać z pianą, mąką, pistacjami i migdałami. Formę do muffinek wyłożyć papierowymi papilotkami i nakładać do nich ciasto.
  2. Babeczki piec 15-20 minut w 180 stopniach.
  3. Zrobić syrop: zagotować cukier z sokiem cytrynowym i podgrzewać, aż cukier się rozpuści.
  4. Jeszcze ciepłe babeczki w kilku miejscach podziurawić patykiem do szaszłyków i każde ciastko polać 2 łyżeczkami syropu (trochę musi go zostać, będzie jeszcze potrzebny).
  5. Przygotować krem: śmietanę ubić z sokiem i skórką z cytryny oraz cukrem. Pod koniec ubijania dodać żelatynę rozpuszczoną w tak małej ilości gorącej wody, jak się uda. Osobno ubić pianę z białek i połączyć obie masy.
  6. Krem nakładać na wystudzone babeczki np. za pomocą dwóch łyżek lub papierowej tytki. Żeby wystarczyło na wszystkie babeczki, czapeczki powinny być mniej więcej takie, jak na zdjęciach.
  7. Pozostały syrop cytrynowy ponownie zagotować i podgrzewać, aż zgęstnieje. Dodać do niego lekko posiekane pistacje i kiedy całość przestygnie (gorące będzie rozpuszczać krem) udekorować babeczki. Można też posypać je skórką startą z cytryny.

wtorek, 24 stycznia 2012

Na kawę i ciastko. Podróż w czasie wliczona w rachunek



To mogłoby wydarzyć się w Wiedniu. Wystarczy jednak pojechać do Krakowa i wraz z tłumem turystów skierować swe kroki ku Sukiennicom. Póki co, ciupagi i bursztyny zostawiamy na później i szukamy wejścia do kawiarni Noworolskiego. Chociaż niby jest w miejscu świetnym i eksponowanym, to jednak trudno ją zauważyć (podpowiadam więc, że to po stronie kościoła Mariackiego), trzeba mieć także trochę odwagi by tam wejść, bo nobliwe wnętrze onieśmiela.

A za szybką czeka inny świat. Nawet osoby zupełnie pozbawione wyobraźni, wśród ciężkich dekoracji, wielkich luster i stylowych mebli, prędzej są sobie w stanie wyobrazić ściśnięte gorsetami panie w wielkich kapeluszach niż dwie dziewczyny w dżinsach (chociaż, szczerze mówiąc, miałam jednak spódnicę, jedną z moich ulubionych, w matrioszki), czyli Monikę i mnie.

Kawiarnia powstała w 1910 roku i chociaż przechodziła różne koleje losu (których Wam oszczędzę), to ciągle należy do rodziny Noworolskich. Podobno nadal, tak jak w najdawniejszych jej dziejach, przychodzi tu elita Krakowa. Co być może pozostaje w sprzeczności z faktem, że we wnętrzu unosi się duch mieszczański, prosto z Zapolskiej. Właściwie ta recenzja mogłaby się na tym zakończyć, bo to atmosfera jest głównym powodem, dla którego do Noworola warto wstąpić. Żeby jednak oddać mu sprawiedliwość, zamówiony przeze mnie trójczekoladowy mus na biszkoptowym spodzie (tort fantazja, jak mi się wydaje) był naprawdę pyszny i muszę kiedyś sama tego spróbować. Jeśli czegoś zabrakło, to dyskretnej i fachowej kelnerskiej obsługi. Nie chcę przez to powiedzieć, że z kelnerem, który nas obsługiwał, było coś nie tak. Jednak był to, jak wszędzie, student, a nie pasujący do tego miejsca i tej epoki pan w średnim lub starszym wieku, z wyniosłą miną, pełen dumny ze kelnerskiej profesji; ale może tylko tak się rozmarzyłam oglądając ostatnio „Obsługiwałem angielskiego króla".

Prawa ekonomii są nieubłagane, a pokusa uniknięcia składek ZUS, którą gwarantuje zatrudnianie studentów duża, my tymczasem przechodzimy do zupełnie innych pokus. Przepis dzisiaj oryginalny z Noworola, do tego niewymagający pieczenia i żadnych kulinarnych talentów, a jedynie zaliczonych zajęć plastycznych w przedszkolu. Jest jedno małe ale, można je jednak spokojnie ominąć, o czym dalej w przepisie. Jak zauważycie, całość łączy się za pomocą mocnego alkoholu, czy czuć go bardzo, czy tylko trochę - zdania były podzielone, trzeba więc spróbować samemu.

Monice dziękuję za kolejną wyprawę i lecę sprawdzić, co ona napisała i upiekła.



Palermo
źródło: Kuchnia 3/2003, przepis podany przez kawiarnię „Noworolski”

Składniki:

500 g mielonych orzechów włoskich
500 g cukru pudru
50 g drobno posiekanej skórki pomarańczowej w cukrze
50 ml brandy
50 ml spirytusu
orzechy do ozdoby

polewa:
100 g cukru
kilka łyżek wody


Wykonanie:
  1. Wszystkie składniki przełożyć do miski i dobrze wymieszać. I to właściwie koniec przepisu ;)
  2. Z masy formować kulki, ja robiłam takie na około 3-4 cm średnicy. Kulki lekko spłaszczać, ozdabiać orzeszkiem i wbić w każdą kulkę wykałaczkę. Odstawić na noc lub przynajmniej kilka godzin.
  3. Następnego dnia: rozpuścić cukier z wodą (powinno jej być tyle, by cukier nią nasiąkł) i gotować do uzyskania syropu. I tu jest właśnie to "ale". Oryginalny przepis zatrzymuje się w tym momencie, ja zaufałam jemu, zamiast własnemu doświadczeniu (co zawsze, zawsze, się źle kończy) i dlatego moje kulki są matowe, a nie piękne i błyszczące. Jeśli mają być błyszczące, gotujcie syrop tak długo, aż przestanie gwałtownie bulkać. Jeśli zacznie się karmelizować, to znaczy, że właśnie przegapiliście właściwy moment, ale to nic, bo to i tak lepiej, niż w ten sposób, w który ja zrobiłam.
  4. Syrop zdjąć z ognia i maczać w nim palermo tak, by całe pokryło się polewą. Odkładać na pergamin i wyjmować wykałaczkę. Jeśli syrop zacznie za bardzo się ciągnąć (w postaci cukrowych nitek), należy go podgrzać.
  5. Wersja bardzo łatwa (zamiast cukrowej polewy): zróbcie trochę mniejsze kulki i obtoczcie je w kakao, cukrze pudrze albo polejcie czekoladą.
  6. Zrobiłam z połowy porcji, wszyły mi 22 kulki.

wtorek, 17 stycznia 2012

Gdy w kominie szurum, burum



Akcja dzisiejszej opowieści toczy się w zeszły piątek. Za oknem szalała śnieżna wichura, w kominie szalał wiatr, wydając odgłosy jak w najlepszych gotyckich filmach grozy. Ja starałam się nie poddawać i z pogodnym uśmiechem wszystko-będzie-dobrze jadłam pyszną tortillę z ziemniakami, brokułami i groszkiem. Mimo tego pozytywnego nastawienia w środku miałam ciężką gulę, która mówiła mi, że wszystko jest jednak bez sensu i nigdy już nic nie będzie mi się chciało.

Najlepszym remedium na powyższe problemy zawsze stanowi pieczenie, co z energią, pozostającą w sprzeczności z moim poprzednim nastrojem, zrobiłam.

Odkąd dwa lata temu po raz pierwszy upiekłam makaroniki uznałam to za pomyślnie zaliczoną sprawność i nie zawracałam sobie nimi głowy, bo w smaku nie taka znowu rewelacja, a i roboty dużo. Jednak jakiś impuls kazał mi do nich niedawno powrócić i okazała się to miłość od drugiego wejrzenia. Pracochłonne specjalnie nie są (nie wiem, jak mogłam tak myśleć, to tylko kwestia organizacji pracy), w smaku wydały mi się znacznie lepsze, i śliczne, nade wszystko tak śliczne, że mam ochotę co jakiś czas wyciągnąć je z lodówki i po prostu na nie popatrzeć, nawet, przysięgam, bez zjadania.

Tym razem jednak wypróbowałam przepis, któremu trudno mi będzie się oprzeć: makaroniki o smaku snickersa. O ile bowiem nie przepadam za większością naładowanych chemią gotowych produktów, to niektóre słodycze są nie do zastąpienia, a zwłaszcza (och, kto by się spodziewał...), te z dodatkiem karmelu. Cóż, jeśli spojrzeć na to, czy prościej jest pójść do sklepu i kupić gotowy do zjedzenia batonik czy robić wieloetapowy przepis, to wiadomo, jak jest. Ale jeśli nie chodzi tylko o ochotę na coś słodkiego, ale cudowną i niezawodną ciastkoterapię, to wyprawa do pobliskiego spożywczaka tego nie zastąpi. Niezależnie od tego, co wybierzecie, kiedy w grę wchodzi czekolada i karmel, podejrzenia, że nigdy nie spotka Was już nic dobrego wydają się mocno przesadzone.



Makaroniki snickers
źródło: Tartelette

Składniki:

Makaroniki:

100 g białek (~ 3 jajek), w temperaturze pokojowej, najlepiej oddzielonych co najmniej dobę wcześniej
200 g cukru pudru minus dwie łyżki
50 g drobnego cukru kryształu
2 łyżki kakao
55 g mielonych migdałów
55 g mielonych orzeszków ziemnych


Krem czekoladowy:

100 g mlecznej czekolady
100 ml śmietany kremówki


Sos karmelowy:

160 g cukru
2 łyżki solonego masła (albo niesolonego, ja dodałam do masy trochę soli, chociaż podobno to nie to samo)
100 ml śmietany kremówki


dodatkowo: orzeszki ziemne

Wykonanie:
  1. Cukier puder wymieszać dokładnie z orzeszkami, migdałami i kakao. Białka ubić na sztywną, lśniącą pianę (czyli spokojnie można odwrócić miskę do góry dnem i nic nie wypada), dodać cukier kryształ i ubijać jeszcze 3 minuty, aż cukier się rozpuści.
  2. Do białek dodać połowę orzechowo-cukrowej mieszanki i delikatnie wymieszać łopatką. Bardzo ważne: trzeba mieszać od dołu miski, a nie kręcić masą w kółko - co jest zresztą skuteczniejsze dla każdej masy, możecie zrobić eksperyment, ale na jakimś mniej wrażliwym cieście. Kiedy masa będzie wymieszana dodać drugą część orzechów z cukrem i dalej mieszać.
  3. Na formę wyłożoną papierem do pieczenia wykładać niewielkie, okrągłe porcje ciasta. Ja robię to dwoma łyżeczkami (1 porządna łyżeczka = 1 ciastko), ale możecie też za pomocą tytki. Po uderzeniu blachą o blat nierówności na powierzchni makaronika powinny się wygładzić - jeśli tak się nie dzieje, zamieszajcie w masie jeszcze ze dwa razy.
  4. Kiedy wszystkie makaroniki będą wyłożone, trzepnijcie blachą o blat i zostawcie ją w spokoju na 40-60 minut, do czasu, aż dotknięta powierzchnia ciasta będzie sucha.
  5. Makaroniki należy piec 15 minut w 160 stopniach. Powinny łatwo odchodzić od pergaminu, ale w żadnym razie się nie zarumienić.
  6. Po wyjęciu blachy z pieca chwilę odczekać, po czym przełożyć ciasteczka na półmisek.
Ganache czekoladowe

Śmietanę zagotować w garnuszku, zdjąć z ognia, dodać do niej czekoladę w kawałkach i mieszać, aż cała się rozpuści. Odstawić do ostygnięcia i zgęstnienia (może być do lodówki).

Masa karmelowa
  1. Cukier włożyć do garnka, dodać (niekoniecznie, ale tak jest łatwiej) kilka łyżek wody, postawić na gazie i czekać. W czasie kiedy cukier jeszcze się nie rozpuścił można mieszać, później już nie, bo wszystko się zestali w jedną cukrową bryłę. Jeśli macie silną potrzebę ingerencji we wnętrze garnka, można nim potrząsać. Gotować do czasu uzyskania złotego karmelu - najpierw wszystko trwa bardzo wolno, ale jak cukier zacznie nabierać koloru idzie szybko, więc trzeba uważać.
  2. Skarmelizowany, płynny cukier zestawić z ognia (ale nie wyłączać kuchenki), dodać masło, zamieszać - teraz można ewentualnie jeszcze na chwilę dać na gaz, jeśli chcemy uzyskać ciemniejszy kolor, ponownie zestawić z palnika, wlać śmietanę (może gwałtownie i niepokojąco bulgotać, a nawet częściowo się zestalić), mieszać energicznie i ponownie postawić na gaz. Gotować do momentu, kiedy upuszczona na zimny talerz kropla będzie zastygać.
  3. Karmel przełożyć do miseczki i dobrze wystudzić.
Składanie makaroników:

Na połowę krążków nałożyć masę czekoladową ("tytką" lub po prostu za pomocą dwóch łyżeczek), zostawić trochę miejsca przy brzegach, bo przy składaniu makaroników masa się rozejdzie. Na czekoladę nałożyć kilka orzeszków ziemnych, najlepiej tak, by je było widać po złożeniu. Na drugą połowę krążków nałożyć karmel (mniej niż czekolady), złączyć ze sobą dwie połówki i zajadać.

Uwagi:

Z przepisu teoretycznie wychodzi 16 makaroników, ja musiałam robić bardzo małe, bo uzyskałam aż 28! Zużyłam na nie całą masę czekoladową, ale tylko połowę karmelu - jednak z jego wykorzystaniem nie powinno być problemów.

piątek, 13 stycznia 2012

Słodko i coraz zdrowiej - kolejne podejście



Czy zdrowe (no, prawie zdrowe) jedzenie może być tak pyszne, że nie można się od niego oderwać? Oczywiście, że może. Inna sprawa, że nawet zdrowe jedzenie po przekroczeniu pewnej ilości przestaje być zdrowe, ale przecież nie będziemy się tym zajmować.

Po przeprowadzce staram się przywrócić swojemu życiu jakąś regularność i chociaż nie ma się co spodziewać, że zacznę wstawać o 7 (bo i po co?), na nogach nie zobaczycie mnie też raczej o 8, ale w tym, by po okresie żywieniowej anarchii przywrócić posiłkom właściwe proporcje składników odżywczych (czyli więcej warzyw i owoców, mniej słodyczy) jestem w zasadzie, w rozsądnym stopniu, konsekwentna. Postanowiłam więc wrócić także do owsianych batoników drugośniadaniowych. Pokazywałam Wam już kiedyś przepis na batoniki z patelni, tym razem wypróbowałam wersję piekarnikową. Tamte były ok, ale te są niesamowite, właśnie takie, jak w pierwszym zdaniu tego wpisu. W gorzkiej chwili szczerości nachodzi mnie myśl, że za ich przewagę odpowiadają większe ilości cukru i masła, ale nie bądźmy drobiazgowi i tak są znacznie zdrowsze niż ich sklepowe odpowiedniki, które w siebie, przez lata, wpakowywałam.

To jeden z tych uroczych przepisów, w których możecie użyć takich dodatków, jakie najbardziej lubicie, należy się tylko trzymać proporcji. Ja zrezygnowałam z wiórków kokosowych, podobno bezwartościowych, a nawet szkodliwych, a nie wiem dlaczego, chyba każdy przepis na batoniki je zawiera. Czekolada, hmm, nie jest obowiązkowa, ale za to jest niezbędna. Pieczecie zdrowe, pełne witamin, minerałów i błonnika batoniki, a pachnie ciastem czekoladowym. Obłęd.

PS Właśnie natrafiłam na przepis bez dodatku masła - do wypróbowania następnym razem!



Batoniki musli
źródło: Carres gourmands

Składniki:
na około 14 batoników

200 g płatków owsianych (używam górskich)
90 g brązowego cukru
łyżka miodu
100 g masła
60 g ziaren słonecznika
100 g posiekanych daktyli
2 łyżki czekoladowych groszków lub posiekanej czekolady


Wykonanie:
  1. Cukier, miód i masło rozpuścić w rondelku. Dodać do pozostałych składników (z wyjątkiem czekolady) umieszczonych w misce i porządnie wymieszać. Przełożyć na wyłożoną papierem do pieczenia formę. Ja użyłam okrągłej, o średnicy 24 cm. Masę posypać czekoladą, wyrównać, docisnąć.
  2. Piec 30 minut w temperaturze 160 stopni. Po wyjęciu z piekarnika lekko ostudzić i pokroić na kawałki pożądanej wielkości. Zaraz po upieczeniu batoniki są całkiem miękkie i się rwą, dlatego nie da się ich pokroić, z kolei całkowicie wystudzone będą bardzo twarde i może być to trudny sprawdzian dla Waszego noża. Jeśli jednak mielibyście się martwić, który moment jest odpowiedni, to poczekajcie aż masa wystygnie.
  3. Batoniki można przechowywać w lodówce, w zamkniętym pojemniku, około dwóch tygodni.

wtorek, 3 stycznia 2012

Raz, dwa, trzy... próba piekarnika



Moje marzenia o szczęściu są bardzo proste, a ich częścią są leniwe poranki i śniadania składające się z kawy (rozpuszczalnej...) na mleku i słodkich bułek. Chyba nie ma więc w tym nic dziwnego, że pierwszy wieczór w nowym mieszkaniu spędziłam piekąc (w także nowym piekarniku) rodzynkowe bułeczki na pierwsze śniadanie.

Bo nowy rok tym razem przynosi mi coś naprawdę nowego. Ściślej mówiąc, to nowe zaczęło się już trzy miesiące temu, kiedy opuściłam (lecz na pewno nie porzuciłam!) Kraków i wróciłam do rodzinnych Katowic. Ostatni czas rzeczywiście wypełniały mi leniwe poranki niechętnie porzucane na rzecz prac remontowych (a w moim wykonaniu głównie porządkowych) w nowym mieszkaniu.

To nie było takie łatwe powiedzieć sobie: dzisiaj się wreszcie przeprowadzam, ale początek roku to dobry moment. Trochę się boję, jak wszystko się ułoży, bo chyba pora wreszcie przerwać studenckie w długości wakacje, rozejrzeć się za pracą i przynajmniej czasami symulować dorosłość. Ha. Sama tego chciałam i na razie nie żałuję. Chociaż wcale a wcale nie mam natury awanturniczej, to czasem potrzebuję coś zmienić, to nudno stać w miejscu. Dosłownie i w przenośni.

Samych zmian na lepsze w 2012 roku Wam życzę! I nie przejmujcie się, jeśli życie nie co dzień zafunduje Wam maślaną rodzynkową bułę - ma mnóstwo cholesterolu i miliony kalorii, a zwyczajna owsianka też jest pyszna!





Maślane bułeczki
źródło: Marta Gessler, WO 31.12.2011

Składniki:

625 g mąki
250 ml mleka
250 g masła
125 g cukru
75 g drożdży
7 żółtek
opcjonalnie: 100 g rodzynek


Wykonanie:
  1. Drożdże pokruszyć do miski, zasypać połową cukru, dodać 150 g mąki i lekko podgrzane mleko. Porządnie wymieszać, aż drożdże się rozpuszczą. Odstawić do wyrośnięcia.
  2. Żółtka utrzeć na kogel-mogel z pozostałym cukrem.
  3. Do podrośniętego rozczynu dodać wszystkie pozostałe składniki (z wyjątkiem masła) i wyrabiać, aż ciasto będzie elastyczne i niezbyt lepiące. Miskę przykryć folią lub ściereczką i pozostawić do wyrośnięcia. Ciasto powinno podwoić swoją objętość (u mnie trwało to około godziny).
  4. Masło rozpuścić i letnie partiami dodawać do wyrośniętego ciasta. Wyrabiać, aż nie będzie się lepić i ciasto wchłonie całe masło. Pod koniec wyrabiania można dodać rodzynki.
  5. Z ciasta odrywać małe kulki i rozciągać je na wałki długości ok. 30 cm. Zrobić z ciasta supeł tak, by zwisające końce miały po ok. 5 cm długości. Lewy koniec ciasta umieścić na pętli i przełożyć przez środek, prawy zawinąć od spodu i przez pętlę do góry. Połączyć obydwa końce. Brzmi skomplikowanie, ale działa. Można też zrobić zwykłe okrągłe bułeczki.
  6. Gotowe bułki układać w sporych odstępach na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Odstawić jeszcze na kwadrans do wyrośnięcia.
  7. Przed pieczeniem posmarować bułki jajkiem wymieszanym z łyżeczką wody. Piec około 25-30 minut w 180 stopniach.
  8. Marta Gessler podaje, że z tych proporcji wyjdzie 30 bułek. Jednak będą mikroskopijne - dla mnie ciasta wystarczy na 16 dość dużych bułeczek.

czwartek, 29 grudnia 2011

Jak przetrwać po świętach




Jak mówi mądrość ludowa: święta, święta i po świętach. Zostały tylko niedojedzone resztki makowca, na które nikt już nie może patrzeć.

Tak się jakoś składa, że chociaż moje Boże Narodzenie zwykle przypomina miks reklamówki Coca-coli i telefonii komórkowej (i mam tu na myśli wyłącznie pozytywne skojarzenia stąd płynące), to myśli poświąteczne są jakieś takie oklapłe, co mogłoby mieć na przykład związek z uczuciem ciężkości w żołądku, ale nie ma, ponieważ raz, że byłam bardzo wstrzemięźliwa, dwa, że nawet jakbym nie była, to pewnie pomógłby mi cud środek, wypatrzony także podczas przerwy reklamowej (a czy pisałam Wam już kiedyś, że prawie wcale nie oglądam telewizji?).

Więc... Zamiast poświątecznego pesymizmu, czas na przednoworoczny optymizm i jeszcze więcej świętowania. Zresztą, ze spełnianiem marzeń postanowiłam nie czekać AŻ do przyszłego roku i dwa spełniłam już teraz (niskie, przyziemne i kiczowate, ale dające mnóstwo radości). Jeśli więc odkrylibyście i u siebie oznaki przygnębienia, możecie, tak jak ja, wyleczyć je wizytą w centrum handlowym albo, jak zawsze, coś zjeść.

Ten przepis miał pojawić się jeszcze przed Bożym Narodzeniem, a żeby tak się stało zdjęcia zostały zrobione już rok temu. Nie wyszło. Trudno. Ponieważ okres świąteczny jeszcze trwa, to może ktoś się jednak skusi.

* * *

Dziękuję wszystkim osobom, który złożyły mi życzenia świąteczno-noworoczne, szczególnie tym, którym nie zdążyłam odpowiedzieć. Dzięki za pamięć, w przyszłym roku postaram się poprawić! (ups, czyżby postanowienie nr 1?). A życzenia noworoczne ode mnie jeszcze będą.



Na zdjęciu: piernik pieczony w formie na muffiny, przełożony powidłem i marcepanem, polany czekoladą i ozdobiony śliwką w czekoladzie. Za dużo? W końcu są święta!

Piernik mojej babci

Składniki:

4 jajka
250 g cukru
250 g miodu
250 g margaryny lub masła
1 szkl. mleka
2 dkg sody
500 g mąki
przyprawa do piernika

karmel:
3 łyżki cukru
5 łyżek wody

Wykonanie:
  1. 3 łyżki cukru i 5 łyżek wody rozpuścić patelni i podgrzewać, aż się skarmelizuje na złoto-brązowy kolor. Nie mieszać w trakcie podgrzewania, bo wszystko się zbryli. Kiedy karmel osiągnie odpowiedni kolor natychmiast wlać do niego miód, wsypać przyprawę do piernika , wymieszać i ostudzić.
  2. Żółtka utrzeć z cukrem, dodać roztopioną i ostudzoną margarynę, miód z karmelem, mąkę i mleko, w którym została rozpuszczona soda.
  3. Z białek ubić pianę i domieszać do ciasta. Piec około 50 minut w temperaturze 180 stopni. Przed wyjęciem z pieca sprawdzić patyczkiem, czy ciasto jest już upieczone. Podane proporcje wystarczą na dużą keksówkę lub małą i (chyba, to jednak było rok temu) 12 muffinek. Ciasto bardzo wyrasta, więc nie należy wypełniać form po brzegi.

niedziela, 18 grudnia 2011

Zapach prawie świąteczny

Jak bez wysiłku i marnowania czasu poczuć w domu magię Bożego Narodzenia? Otóż dzięki świeczkom zapachowym: "Kiedy zapalisz taką świeczkę w pokoju, nie musisz już nic robić w kuchni i tak wszyscy pomyślą, że jesteś supergospodynią!" - taką radę wyczytałam w kolorowym magazynie (który, jak się przekonacie również następnym razem, był dla mnie cennym źródłem inspiracji).

Świetnie, tylko uważam ten pomysł za oszałamiająco bezsensowny i nie tylko dlatego, że nie mam parcia na to, by ktokolwiek uważał mnie, zresztą w tym przypadku niesłusznie, za supergospodynię. Czekolada, wanilia, karmel, pomarańcze, klementynka z żurawiną albo imbirowa gruszka z kardamonem - pomysłowość producentów jest niewyczerpana. Jednak tkwiąc w domu wypełnionym zapachem syntetycznego piernika czy też makowca, ma się ochotę je zjeść, a nie tylko powąchać. Tymczasem do jedzenia nic nie ma. Radosny i pogodny nastrój pryska, a zostaje pusty żołądek i powtórkowy film w telewizji.

Ja mam oczywiście inną propozycję. Nuty pomarańczy i czekolady nadają temu najzwyklejszemu ze zwykłych ciastu świąteczną nutę. Ciasto jest intensywne w smaku, więc chociaż należę do osób, które jedząc pierwszy kawałek myślą o następnym, to nawet ja wolałam smakować je po trochu. Czekoladowa polewa może nie jest niezbędna, ale dodaje głębi i także wilgotności, bo jednak jest to babka, czyli sama w sobie raczej suchawa. Najlepsze zaś jest to, że z przygotowaniem tego wypieku poradzi sobie każdy i to w czasie krótszym niż wyprawa po świeczki, warunkiem jest tylko posiadanie miksera. Jeśli uważacie się za niezdarnych i leniwych, zamiast przygotowywać polewę, która jest tu jedynym słabym ogniwem, i trzeć skórkę pomarańczową, możecie użyć gotowej polewy (do podgrzania w mikrofalówce...) i olejku pomarańczowego. Nie są to jednak rady, z których ja kiedykolwiek miałabym zamiar skorzystać.



Ciasto czekoladowo-pomarańczowe
źródło: Czekolada

Składniki:

175 g mąki
175 g cukru pudru
175 g masła
3 jajka
1 łyżeczka proszku do pieczenia
skórka starta z pomarańczy
6 łyżek soku pomarańczowego
75 g posiekanej gorzkiej czekolady

polewa:

1/4 szkl. cukru
40 g masła
1 czubata łyżka kakao

dodatkowo: skórka pomarańczowa do dekoracji (aromat pomarańczy jest bardziej intensywny)

Wykonanie:
  1. Cukier utrzeć z masłem, dodawać po jednym jajku, ciągle ucierając. Dodać skórkę i sok pomarańczowy oraz mąkę z proszkiem do pieczenia. Następnie domieszać łyżką posiekaną czekoladę.
  2. Ciasto wyłożyć na wysmarowaną tłuszczem formę (u mnie silikonowa niska forma z kominkiem, o średnicy 24 cm) i piec ok. 30 min. w 190 stopniach lub do czasu, aż patyczek włożony do ciasta wychodzi suchy.
  3. Po upieczeniu ciasto wyjąć z formy i wystudzić.
  4. Polewa: wszystkie składniki polewy włożyć do garnka, mieszając rozpuścić i zagotować - trzymać chwilę na ogniu, aż masa trochę zgęstnieje i gorącą polać ciasto. Jeśli składniki nie chciałyby się dobrze połączyć (co nie zdarzyło mi się nigdy, oprócz tego razu, kiedy przygotowywałam to ciasto dla Was) dodać kilka łyżek wody. Jeśli tego typu polewę uważacie za ersatz, można też użyć dobrej jakości stopionej czekolady, ja jednak bardzo ją lubię.

środa, 9 listopada 2011

Traktat o łuskaniu orzechów



Pomyślałam sobie ostatnio, że dawno nie było żadnego wpisu książkowego, a nic tak przecież nie sprzyja lekturze jak (uwaga, one naprawdę nadchodzą!) jesienno-zimowe wieczory, gdy za oknem śnieg i zimno, a w domu fotelik, kocyk, herbatka i książka.

Pewnie wielu z Was zorientowało się, że tytuł dzisiejszego wpisu nawiązuje do znanej (nagradzanej, wychwalanej, lecz ja wcale nie jestem jej fanką) książki Wiesława Myśliwskiego, jednak wpis książkowy to jeszcze nie dzisiaj, chociaż nad tym myślę. Swoją drogą, łupanie orzechów to też dobre zajęcie na listopadowy wieczór i zgodnie z tytułową zapowiedzią będzie właśnie o tym.

Odwieczny problem "jak to zrobić, żeby otrzymać ładne, całe połówki" powrócił do mnie jak bumerang (ugh, chociaż zwykle kupuję wszystko połupane-połamane w plastikowych torebkach), bo wybrany przeze mnie przepis nakazywał wykorzystać pekany, które nawet miałam, owszem, ale w wersji naturalnie opakowanej. I chyba zbyt już długo czekały na swoją kolej.

Pekany w łupinach wyglądają trochę jak przerośnięte żołędzie ze spiczastymi końcami. Kiedyś zabrałam się za nie dziadkiem do orzechów, ale to nie był dobry wybór. Tym razem skończyło się na tłuczku do mięsa i technice jednego uderzenia w czubek (osłabia łupinę, przynajmniej sobie tak wmówiłam), a potem już gdzie bądź. Od razu gdzie bądź też można, ale efekty estetyczne są mierne, tj. uzyskuje się orzechowe okruchy, a nie śliczne nienaruszone połówki. A może ktoś z Was wie, jak rozprawić się z pekanem szybko i skutecznie(j)?

Eleganckie orzeszki byłyby zaś ozdobą dzisiejszego ciasta, bo też zwłaszcza ze względu na jego urodę chciałam wypróbować ten przepis. Połączenie żurawiny, orzechów i gruszek oraz błyszcząca na tym wszystkim kusząca karmelowa skorupka smakują pysznie i pięknie wyglądają. U mnie niestety karmelowa skorupka nie wystąpiła, chyba za mało odparowałam gruszki, ale przede wszystkim wyłożyłam formę papierem do pieczenia :/ Nie róbcie tego.

Jeśli niepokoi Was trochę, że na zdjęciach pozuje głównie żurawina a nie tytułowe orzechy, to jest tak dlatego, że wszystkie pekany w tym czasie przebywały w piekarniku i nie mogły wziąć udziału w sesji.



Ciasto gruszkowe w stylu tarty Tatin
źródło: Roast figs sugar snow

nadzienie:
115 g cukru
75 g masła
900 g gruszek (5-6 sztuk)
140 g żurawiny
75 g orzechów pekan (u mnie częściowo zastąpionych włoskimi)

ciasto:
210 g mąki
200 g cukru
120 g masła
2 łyżeczki proszku do pieczenia
175 ml mleka
2 jajka
ekstrakt lub cukier waniliowy


Wykonanie:
  1. Przygotować nadzienie: gruszki obrać i pokroić na plasterki o szerokości około 1 cm. Na patelni (może być to od razu to naczynie, w którym pieczecie ciasto) rozpuścić masło z cukrem, dodać gruszki i dusić je na wolnym ogniu, aż trochę zmiękną. Następnie zwiększyć ogień i gotować do czasu, aż większość wody wyparuje i cukier się skarmelizuje. Do gruszek dodać orzechy i żurawinę, wymieszać, całość przełożyć do okrągłej formy.
  2. Przygotować ciasto: masło rozetrzeć z cukrem i cukrem waniliowym, dodawać po jednym jajku i miksować, aż masa będzie gładka. Powoli wsypać połowę mąki wymieszanej z proszkiem do pieczenia, wlać mleko, a potem wsypać resztę mąki. Ciasto wyłożyć na wcześniej przygotowane owoce.
  3. Piec około 40-50 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni, aż ciasto się przyrumieni, a wetknięta w nie wykałaczka wychodzi sucha.
  4. Po upieczeniu odczekać 10 minut, a potem wyłożyć na talerz tak, by owoce znalazły się na górze.

poniedziałek, 5 września 2011

Czy pani jest kreatywna?



Kreatywność (zaraz obok ponadprzeciętnych umiejętności interpersonalnych) to jedna z cech, do których czuję dużą niechęć.

Może dlatego, że jestem raczej leniwa i nie lubię się (niepotrzebnie) wysilać. A kreatywność na komendę nie wydaje mi się dobrym pomysłem. Czy do tego nie potrzeba przypływu weny? Samotności? Czasu?

Z moją kreatywnością jest nawet gorzej, niż myślałam, ponieważ gdyby nie szczęśliwy przypadek, splagiatowałbym samą siebie. Bo wymyśliłam sobie piękny post na ten temat. Tylko, no właśnie, okazało się, że już go kiedyś napisałam.

Wybaczcie, ale i tak mam ochotę o tym wszystkim opowiedzieć raz jeszcze (przynajmniej troszeczkę).

Czasami czuję się trochę niekomfortowo, że większość przepisów, które tu zamieszczam, pochodzi z książek lub innych blogów. Mam wrażenie, że warto by było tworzyć je samemu.

W życiu codziennym jednak ciągle muszę gotować coś z głowy. W pobliżu mojego obecnego mieszkania sklepy są bardzo marnie zaopatrzone (a moja ulubiona alternatywa dla gotowania – lody i pizza – też daleko), więc doszłam do mistrzostwa w przygotowywaniu naprawdę niezłych rzeczy dosłownie z niczego. Nigdy Wam jednak o nich nie opowiem. To dania bez planu, przepisu i proporcji. Szybkie obiady po pracy. Nie ma czasu na odmierzanie i ważenie. Nie ma czasu na robienie zdjęć.

A kiedy mam czas odmierzać, ważyć i fotografować, przeważnie wolę spróbować czegoś specjalnego. Specjalnego, czyli z gotowego przepisu, któremu towarzyszy smakowita fotografia. I za nic w świecie nie chcę w tym przepisie nic nie zmieniać, żeby mieć pewność, że zjem oryginał.

Na szczęście są osoby, które jednak eksperymentować lubią. Jak daleko Wy jesteście się w stanie posunąć?

Panna cotta należy do moich ulubionych deserów. Jest tak banalnie prosta, a przy tym kremowa i pyszna. Aż trudno uwierzyć, że to, jeśli pokusić się o klasyfikację, galaretka ze słodkiej śmietany (a galaretki mogłyby dla mnie nie istnieć).

Kukurydza w deserze brzmi dziwnie. Nie jest to jednak aż tak zdumiewające połączenie jak ser pleśniowy i czekolada. Jedno słodkie, drugie słodkie, naprawdę, nie ryzykuje się aż tak wiele. Kukurydza nadaje śmietance oryginalną nutę, bardzo subtelną, jeśli ktoś zje za szybko, może jej nie odnaleźć, chociaż oczywiście kukurydziana dekoracja jest wyraźną wskazówką, że coś jest nie w porządku. Dla mnie to jednak świetny deser i łatwy sposób na zrobienie wrażenia na tym, na kim aktualnie chcecie zrobić wrażenie.



Panna cotta z kukurydzą
źródło: magazyn bon appetit 8/2010

Składniki:

1 szklanka mleka
2 szklanki słodkiej śmietany
1/3 szklanki cukru
2 kolby kukurydzy
2 1/4 łyżeczki żelatyny


sos karmelowy lub dulche de leche

Wykonanie:
  1. Mleko wlać do garnka, dodać cukier i zagotować. W czasie, kiedy mieszanina się podgrzewa, z kolb kukurydzy zeskrobać ziarna (resztę zachować), a następnie ugotować je w mleku (około 5 minut).
  2. Kukurydzę odcedzić, a mleko z powrotem wlać do garnka, dodać śmietankę i te obskrobane kolby (można pokroić na mniejsze części). Całość podgrzać, po czym wyłączyć ogień i przykryć garnek. Po 30 minutach płyn razem z kolbami przełożyć od miseczki, przykryć i wystudzić.
  3. Śmietankę z mlekiem (ale już bez kolb kukurydzy) podgrzać ponownie, a w międzyczasie rozpuścić żelatynę w 3 łyżkach wody (albo tak małej ilości, jak się da). Kiedy masa na panna cottę się zagotuje, zdjąć ją z ognia, dodać rozpuszczoną żelatynę i energicznie mieszać, żeby zlikwidować jakieś ewentualne żelatynowe grudy.
  4. Masę (przez bardzo gęste, lub wyłożone gazą sitko) rozlać do 6 naczyniek. Ja zwykle przecedzam najpierw do dzbanka, żeby ułatwić sobie rozlewanie. Kiedy panny cotty ostygną, wstawić do lodówki na co najmniej kilka godzin. Podawać z ziarnami kukurydzy i sosem karmelowym.

środa, 20 lipca 2011

Co ma księżyc do miodu. Wpis edukacyjny



Nie jestem w gronie tych osób, które z każdym napotkanym pierwszy raz człowiekiem potrafią rozmawiać tak, jakby się z nim znały od urodzenia. Nie. Staram się w ogóle unikać takich niespodziewanych rozmów w cztery oczy. A jeśli już mnie to spotka, cały czas towarzyszy mi obawa, że jak temat się skończy, zapadnie pełna zażenowania cisza.

Tym razem jednak, niezwykle interesujące rzeczy wynikły z przypadkowej rozmowy z zupełnie mi nieznanym starszym panem, z którym pewnie nigdy bym nie porozmawiała, gdyby nie, zbyt skomplikowane, by je tu wyjaśniać, zbiegi okoliczności. Dla wtajemniczonych mogę tylko napisać, że zbiegi dotyczyły koszyków z sosny, które pan Władysław robi. O tym wiedziałam. W trakcie rozmowy okazało się, że jest także pszczelarzem i większość rzeczy, o których Wy się dzisiaj dowiecie, usłyszałam gawędząc z nim jednej niezwykle i pechowo deszczowej niedzieli.

Pewnie wszyscy z Was wiedzą, jak trudno jest kupić dobry miód w zwykłym sklepie (o czym kiedyś chyba pisałam). Dominują „mieszanki miodów z unii europejskiej i spoza unii”- czyli, chińskich, do których mam stosunek taki, jak do chińskiego czosnku, znaczy, negatywny. Nie dajcie się zwieść firmowej nalepce na opakowaniu, nie zawsze oznacza dobrą jakość, tylko wnikliwa lektura etykiety prawdę (a przynajmniej jej część), Wam powie, a jeśli nie powie, to tym bardziej nie kupujcie. Dalsze zasady kupowania miodów są takie: miód skrystalizowany to miód dobry. Może i trochę w sklepie poleżał, ale przynajmniej wiadomo, że do nie dodano do niego cukrowego syropu, który się nigdy nie krystalizuje.

A teraz część najbardziej fascynująca. Skąd wiadomo, że miód jest lipowy, wrzosowy czy mniszkowy? Nasuwająca się odpowiedź: bo w pobliżu rośnie lipa, wrzos, mniszek, jest tylko w połowie prawdziwa. Przede wszystkim, do takiego miodu trzeba się przygotować. Wybrać z ula to, co pszczoły zdołały zrobić dotychczas i czekać, aż lipa albo inny mniszek zaczną nektarować. Miodzić, powiedział mój rozmówca. Nie wiem, co to oznacza w praktyce, ale potrafiłabym ten fakt stwierdzić: wokoło jest dużo pszczół. Jeśli ich nie ma, to z miodu lipowego wychodzi lipa. A dlaczego coś nektaruje albo nie? Kolejne pytanie bez odpowiedzi, nagłówki wyszukiwania w google zdradzają, że ma na to wpływ, na przykład, księżyc.

Czy to nie jest fascynujące? Niestety, oznacza również, że o ile nie mamy sprawdzonego źródła, pozostaje nam wiara w to, że zawartość słoika jest zgodna z opisem na etykiecie. Nawet tak nieskomplikowana rzecz jak miód wielokwiatowy może być oszukana. Zdaniem pana Władysława, taki miód ma lepszy, bogatszy smak niż taki z monokultury (czyli jednej rośliny). Tymczasem, mój starannie wybrany miód wyłącznie z polskich miodów i, jak głosi słoik, wielokwiatowy, chociaż pięknie się krystalizuje, w smaku jest płaski jak deska.

Konkluzji nie będzie, ale ta rozmowa przekonała mnie, że warto włożyć trochę wysiłku w poszukiwanie zaufanego miodu. Pan Władysław nie miał ze sobą własnego, poznałam za to innego pana (łyżkarza!), który miał, i pewnie przy następnym spotkaniu od niego zakupię.

A Wam tymczasem proponuję słodkie marcepanowe pszczoły. Przypomniałam sobie o nich podczas oglądania jakiegoś programu Nigelli, ale pomysł znany mi jest od lat, dzięki książce „Kuchnia Kubusia Puchatka” (dostałam ją w stosownym do takiej pozycji wieku, więc sami możecie sobie dopowiedzieć, jak było to dawno). Dzięki kawałkowi pozostałego jeszcze od Bożego Narodzenia marcepanu (na miodzie! jeśli wierzyć producentowi), oraz już gotowemu murzynkowi, czekającemu tylko na wykazanie się odrobiną fantazji, mogłam te fascynujące mnie od zawsze (w swym słodkim wydaniu, oczywiście) owady wreszcie stworzyć. Wymagają one odrobiny zręczności (jeśli mają być ładne, a nie po prostu być), ale wyglądają uroczo.

Ten przepis jest podwójnie awaryjny, zdjęcia zrobiłam już w lutym, jakoś nie było okazji ich pokazać, a ponieważ nie mam czasu ani gotować, ani fotografować, a do tematu pasuje jak ulał, to możecie je zobaczyć dziś. Murzynek. Chyba wszyscy to znają? Robi się go u mnie w domu od zawsze i często: kiedy trzeba upiec coś na szybko, albo coś niekłopotliwego, albo nie przemyśleliśmy wcześniej, bo będziemy piec, a na murzynka składniki zawsze się znajdą.

Właściwie nie wiem, czy miałam okazję jeść murzynki z innych przepisów, ale gwarantuję Wam, że ten jest dobry. Dość wilgotny i czekoladowy. Pozwala na wiele wariacji. A najlepsza z wszystkiego oczywiście jest polewa. Jak dla mnie powinna być odrobinę przegotowana, bo wtedy robi się chrupiąca.



Ten przepis można chyba dołączyć do nieco zapomnianego cyklu moich ulubionych rzeczy do zdjedzenia.

Murzynek

Składniki:

4 jajka (rozdzielone)
2 szklanki cukru
2 szklanki mąki
3 czubate łyżki kakao (albo więcej, zależy, jakie jest ciemne)
2 łyżeczki proszku do pieczenia
250 g margaryny


Wykonanie:
  1. Margarynę, kakao, pół szklanki wody i cukier wrzucić do garnka, gotować na wolnym ogniu, aż wszystkie składniki się połączą, a masa zacznie bulkać. Odstawić do ostudzenia.
  2. Odlać 2/3 szklanki masy, do reszty dodać żółtka i wymieszać. Białka ubić na pianę. Masę czekoladową wymieszać z mąką i proszkiem, a potem delikatnie z pianą z białek.
  3. Podłużną formę wysmarować tłuszczem lub wyłożyć papierem do pieczenia i przelać do niej ciasto. Piec ok. 50-60 minut w 180 stopniach. Patyczkiem sprawdzić, czy ciasto jest upieczone (ma wychodzić suchy, oczywiście)
  4. Wystudzone ciasto wyjąć z formy (albo i nie, ale wtedy polewa nie pokryje go dokładnie). Polewę zagotować i podgrzewać, aż zgęstnieje. Oblać nią ciasto. Jeśli chcemy robić pszczoły, trzeba zostawić jej trochę do malowania im oczek i paseczków. Moje ciasto dodatkowo jest jeszcze przełożone marcepanem.
Pszczoły

Z masy marcepanowej lepić nieduże, nieco spłaszczone kulki. W każdą wpić dwa płatki migdałowe, tak, by utworzyły skrzydełka. Marcepanowy korpus wbić na wykałaczkę, a drugą wykałaczką namalować oczy i paseczki. Pszczółkę na wykałaczce bić w ciasto. Patyczek można później wyciągnąć, kiedy polewa zastygnie powinna już utrzymać pszczółkę na cieście.

wtorek, 14 czerwca 2011

"Plate to Pixel", czyli oczy by jeszcze jadły



Pewnego razu, gdy byłam jeszcze wyjątkową początkującą blogerką i fotografką kulinarną, natrafiłam w jakiejś księgarni internetowej na książkę, jak stylizować i fotografować jedzenie. Kiedy zaczęłam sobie czytać, o czym ta pozycja właściwie jest, moje oczy spoczęły na "zaletach i wadach sztucznych i naturalnych produktów". Z hukiem zamknęłam kartę przeglądarki i postanowiłam radzić sobie sama.

Gdy jednak przeczytałam, że znana pewnie wielu z Was Tartelette, czyli Hélène Dujardin, której fotografie wzbudzają moje jęki zachwytu, szykuje książkę na taki właśnie temat, wiedziałam, że będzie coś w całkiem innym rodzaju. Z Plate to pixel nie dowiecie się, jak przerobić zupę na galaretkę, żeby wyglądała nadal jak gorąca zupa, ani jak ucharakteryzować płyn do naczyń by mógł udawać kuszącą piankę na cappuccino. Rozumiem, że fotografia czy film reklamowy musi się tym czasem, chociażby dla bezpieczeństwa, posiłkować (pomyślcie o tych słodkich dziewczynkach, które w nieskończonej liczbie dubli noszą pyszną-jak-domową pomidorową z proszku od kuchenki do stołu), ale zdjęcia na blogi, czy nawet do książek nie muszą, a moim zdaniem nawet nie powinny, uciekać się do takich sztuczek.

Podejście Hélène jest podobne do mojego i da się je streścić tak: 1. nic nie zastąpi światła naturalnego (chociaż czasem musi), 2. fotografowane produkty powinny nadawać się potem do jedzenia, 3. im więcej wysiłku włożysz w robienie zdjęcia, tym mniej czasu poświęcisz na jego obrabianie (w dobie aparatów cyfrowych, z czym się z bólem pogodziłam, to w zasadzie konieczne).

Tartelette jest profesjonalistką, ale książka, którą napisała, jest idealna dla średniozaawansowanego fotografa kulinariów. Osoby o bardzo dużych umiejętnościach będą zawiedzione, te początkujące, zagubione, bo chociaż niby sporo miejsca poświęcone jest czułości, balansowi bieli czy głębi ostrości, to mam wrażenie, że prawdziwym debiutantom trudno będzie się w tym połapać.

To, co było przydatne dla mnie, to przede wszystkim rozdział o świetle, tym bardziej, że podstawowe miejsce pracy Tartelette przypomina moje: stół, po jednej stronie okno, blenda po drugiej. Jest też wiele przydatnych wskazówek dotyczących sztucznego światła, jednak podstawowym sprzętem jest tu jedna lampa, która załatwia całą sprawę, a nie wielki profesjonalny zestaw, który opisuje inna, skądinąd rzetelna i bardzo szczegółowa książka o fotografowaniu studyjnym, którą mam, ale nie bardzo mogę praktycznie wykorzystać. Jeśli nie chcecie inwestować w lampę wolnostojącą, to okazuje się, że z błyskowej na aparacie (ale nie tej wbudowanej ;) też można coś wycisnąć, chociaż różnica w jakości widoczna jest od razu. Dużo wiedzy i inspiracji dostarczyły mi też rozdziały o kompozycji i stylizacji.

Uwielbiam książkę Hélène. Nie wszystko było równie ciekawe, czy też do natychmiastowego wykorzystania, ale i tak czytałam ją jednym tchem, a nie cedząc i przerywając inną lekturą, jak większość podręczników do fotografii. Jeśli macie już takie obeznanie z aparatem i tematem, by wiedzieć, co sprawia Wam problemy, to Plate to pixel powinna większość z nich rozwiązać (tzn. podpowiedzieć, jak je rozwiązać, bo potem już tylko ciężka praca).

Hélène Dujardin
Plate to pixel. Digital Food Photography & Styling
wyd. Wiley Publishing









No to wreszcie przepis, oczywiście, od Tartelette. Babeczki są lekkie i pyszne, idealnie wpisały się w moją potrzebę czegoś bardzo cytrynowego. Może Wam się wydawać, że wykonanie jest skomplikowane, ale to tylko pozory, bo obydwie masy możecie zrobić, kiedy babeczki są w piekarniku (mnie ten czas zawsze niemożliwie się dłuży). Składanie wszystkiego też nie trwa długo, w końcu z podanych proporcji wychodzi wszystkiego (rozczarowująco) niedużo.



Babeczki cytrynowe
Meyer Lemon Limoncello Cupcakes

12 sztuk (u mnie trochę więcej)

Składniki:

babeczki:

60 g masła
60 g serka śmietankowego
200 g cukru
3 jajka
2 łyżki likieru limoncello (nie dałam)
190 g mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
½ łyżeczki soli
125 ml maślanki (dałam jogurt)
¼ szklanki soku cytrynowego
skórka z 1 cytryny


lemon curd

skórka z 2 cytryn
½ szklanki soku z cytryny
50 g cukru
1 jajko + 1 żółtko


masa serkowa

60 g masła
120 g serka śmietankowego
115 g cukru pudru
1 łyżka limoncello (nie dałam)


Wykonanie:
  • Piekarnik nagrzać do 180 stopni.
  • W misce ubić za pomocą miksera masło, serek i cukier, aż masa będzie lekka i kremowa. Dodawać po jednym jajku, nadal ubijając. Wlać limoncello, chwilę ubijać, po czym dodawać na przemian mąkę i maślankę, na końcu powinna być mąka. Dorzucić sok i skórkę z cytryny. Ciasto nałożyć do foremek na muffinki do 2/3 wysokości. Piec 20 minut, aż wykałaczka wetknięta w babeczkę będzie wychodzić sucha. Ostudzić.

Lemon Curd

  • W garnuszku wymieszać skórkę i sok z cytryny oraz cukier i doprowadzić do wrzenia. W miseczce roztrzepać żółtko z jajkiem, wlać trochę gorącego syropu cytrynowego, wymieszać, wlać resztę i połączyć wszystko ze sobą. Masę przelać z powrotem do garnuszka i gotować na małym ogniu, ciągle mieszając, aż zgęstnieje. Ostudzić.
Masa serkowa
  • Mikserem ubić razem serek z masłem, dodać limoncello, a następnie stopniowo cukier. Miksować, aż masa będzie gładka.
Składanie całości
  • W babeczkach, łyżką do melona lub nożem, zrobić na szczycie małe dołki i napełnić je lemon curd. Przykryć masą serkową. Podawać.

środa, 18 maja 2011

Zanim dojrzeją truskawki



W warzywniakach właśnie pojawił się rabarbar, a sądząc po wysypie przepisów z jego wykorzystaniem na blogach, dla wielu z Was jest to entuzjastycznie witana pierwsza owocowa zapowiedź lata. Mnie rabarbar kojarzy się z nielubianym kompotem z dzieciństwa, czasem bywał też nieprzyjemną niespodzianką w z pozoru pysznie wyglądającym cieście. Dzisiaj nie czuję już do niego niechęci, a zeszłoroczna próba przywrócenia go do łask okazała się udana, jednak było to zaledwie jak chwilowe zauroczenie, które, kto to wie, może i przy następnym spotkaniu przerodzi się w coś więcej. Zanim jednak do tego dojdzie, moją prawdziwą miłością pozostają truskawki.

Tymczasem, zanim się pojawią (już bardzo niedługo!), zwiastując wysyp jagód, malin, czereśni, wiśni, porzeczek... ach, nawet nie wiedziałam, że jest tego aż tyle, postanowiłam zafundować sobie coś słodkiego, ciężkiego i z kremem. Plan nie został do końca zrealizowany, bo jest słodko i z kremem, którego jest nawet całkiem dużo, efekt końcowy okazał się jednak nadspodziewanie lekki. Szwedzka migdałowa beza z nutką kawową, czekoladą i chrzęszczącym pod zębami mleczno-karmelowym pyłem, to niegdysiejsza propozycja Jul do Weekendowej Cukierni. Miałam ochotę już wtedy (półtora roku temu, czy to możliwe?) ją wypróbować, ale wiecie jak to jest, została odsunięta na dalsze miejsce w kolejce i udało się dopiero teraz. Przepis jest łatwiejszy i szybszy, niż możecie się spodziewać, z malutkim wyjątkiem. Krem w tej wersji to kulinarne haute couture, wymaga sporo uwagi i cierpliwości, jeśli ich nie macie, masę bazową zastąpcie zwykłym budyniem ze sprawdzonego przepisu. Ciasto naprawdę warte uwagi, bo mimo ogromnej słodyczy nie jest zamulaczem i poprawia humor w ten sposób, w jaki tylko cukier potrafi to zrobić.



Baaardzo rzadko to robię, ale tym razem przepis prawie bez zmian skopiowany od Jul (+ kilka moim uwag).

Szwedzki chrupki tort migdałowy (bezglutenowy)

Składniki:

Spody(3 blaty)
100 g zmielonych migdałów
płaska łyżka mąki ziemniaczanej
150 g cukru
4 białka

Do przełożenia
4 żółtka jaj
100 g cukru
200 ml śmietany kremówki
150 g masła
4 pojedyncze batoniki DAIM(w Ikeach) lub 1 "rolka"
cukierków WERTELS ORIGINAL(bądź innych tego typu karmelków mlecznych)

Na wierzch
100g mlecznej czekolady
ok. 50-70 ml kremówki
do posypania: daimy, wertelsy lub płatki migdałowe

Wykonanie:
  1. Spody: ubij białka z cukrem na sztywno, następnie delikatnie wrzuć migdały i kartoflankę, wymieszaj. Na papierze do pieczenia lub w tortownicy, rozsmaruj warstwę ciasta na koło o średnicy ok. 22 cm. W sumie na 3 takie koła (potrzeba 3 blatów). Piecz spody przez ok. 15-20 min w 180C. Potem ostudź.
  2. Przełożenie: rozmieszaj dokładnie śmietanę z żółtkami i cukrem w garnuszku. Postaw na ogniu i ostrożnie gotuj, aż masa zgęstnieje (pilnuj przez cały czas, żeby się nie ścięło, krem nie może się zagotować!). Kiedy masa będzie już gęsta (niezawodny test: ślad zrobiony palcem na tyle łyżki zanurzonej w kremie nie może się zlewać), zestaw z ognia, najlepiej natychmiast przelej do innego naczynia i ostudź. W tym czasie pokrusz walkiem batoniki daim, lub, gdy używasz karmelków, zmiel je w robocie kuchennym, albo moooocno potrzaskaj wałkiem (użyłam tłuczka do mięsa), wsadzając uprzednio cukierki do woreczka). Chodzi o to, by uzyskać takie "karmelowe drobinki", które cudownie chrupią w ustach i nadają dodatkowej słodyczy. Odłóż "okruszki":) na bok.
  3. Mając już ostygłą masę, rozmiksuj ją dokładnie z masłem. Krem może być dość rzadki, wtedy trzeba na chwilę włożyć go do lodówki – ale mój od razu był ok.
  4. A teraz weź jeden blat ciasta, rozsmaruj 1/3 kremu, posyp połową DAIMÓW lub 1/3 wertelsów i połóż drugi blat. Powtórz całą operację jeszcze raz. Następnie rozsmaruj resztę kremu na wierzchu 3 blatu i na bokach. Wstaw na chwilę do lodówki.
  5. Wierzch: rozpuść czekoladę ze śmietanką, w kąpieli wodnej lub w mikrofalówce. Rozsmaruj na całej powierzchni ciasta. Posyp dwoma dodatkowymi pokruszonymi Daimami, wertelsami lub uprażonymi płatkami. Wstaw tort do lodówki, żeby wszystko dobrze się usztywniło. Po ok. 1 godzinie, można wcinać.