Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zbytecznik kuchenny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zbytecznik kuchenny. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 lutego 2012

Zbytecznik kuchenny powraca! #6



Kiedy przedmiot z niezbędnego-użytecznego zamienia się w nadmiarowy-niekonieczny gadżet, przy którego zakupie należy mieć wyrzuty sumienia z powodu wyrzucanych pieniędzy i pełne poczucia winy myśli o niedomykających się szafkach?

Ile użyć w roku gwarantuje, że nasz nabytek jest usprawiedliwiony? Czy wystarczą dwa, trzy, cztery... A co z pestkownicą do wiśni, albo z zastawą na specjalne okazje? Być może, jeśli używa się jej tylko w święta, to niepotrzebnie zajmuje miejsce, należałoby ją sprzedać na Allegro i osiągnąć realny zysk. Jeszcze bardziej kłopotliwe są urządzenia, które co prawda prawie nigdy nie opuszczają swoich ciemnych kątów, ale nie da się ich niczym zastąpić, jak zastawy świątecznej – codzienną, a pestkownicy – spinaczem do papieru. Taki palnik do creme brulee to dobry przykład – sugestia, że do satysfakcjonującego przyrumienienia cukru wystarczy grill w piekarniku to obrzydliwy przykład skąpstwa, a nie gospodarności (bo to naprawdę nie działa tak, jak trzeba!).

Jednak, jak przy okazji wzbogacania się o rozmaite inne materialne dobra, tak i w przypadku zbyteczników, należałoby wziąć pod uwagę to, czego nie da się zmierzyć ani centymetrami sześciennymi szafki, ani liczbą razy, kiedy te centymetry na chwilę stanowią niewykorzystaną powierzchnię do przechowywania, ani nawet ceną wyrażaną w złotych polskich. Bo w przypadku zbyteczników (co może, ale nie musi zaistnieć w przypadku patelni, garnków, sztućców i szklanek), najważniejsza jest satysfakcja z samego posiadania. Jeśli zaś ta satysfakcja nie zmniejsza się wraz z upływem czasu, wszelkie inne miary przestają mieć znaczenie. Takie przynajmniej jest moje zdanie ;)

Mój dzisiejszy zbytecznik, czego może nie widać na zdjęciach, ma 8 centymetrów wysokości. Wygląda jak tarka dla lalek i tak też, jak zabawkę, zamierzałam go potraktować. Okazało się jednak, że to jeden z najczęściej użytkowanych przedmiotów w mojej kuchni, doskonale sprawdza się do tarcia czosnku, parmezanu i gałki muszkatołowej (bo z ta kupowana w proszku jest mniej więcej tak dobra, jak karmelowa skorupka z piekarnika). Proponuję Wam szybki, łatwy i pyszny makaron, który pozwala w pełni wykorzystać zalety małej tarki.

Tych, którzy nie wiedzą, o co z tym całym zbytecznikiem chodzi, zapraszam do przeczytania poprzednich postów na ten temat.



Makaron ze szpinakiem i białym serem
1 porcja

Składniki:
80-100 g dowolnego makaronu
2 garście szpinaku (czyli tyle listków, ile uda Wam się podnieść za jednym razem, nie taka garść, jak garść orzechów)
80 g białego sera
ząbek czosnku, starty
2 łyżki startego parmezanu
gałka muszkatołowa


Wykonanie:
  1. Na patelni rozgrzać olej i podsmażyć na nim chwilę czosnek. Dodać z grubsza posiekany szpinak, po chwili smażenia zamieszać, bo liście na dole już straciły objętość, trzeba więc dać szansę tym na górze, przemieszczając je na dół. Szpinak smażyć, aż cała woda odparuje.
  2. Ser rozgnieść widelcem razem z połową parmezanu, dodać usmażony i lekko przestudzony szpinak, doprawić solą, pieprzem i gałką.
  3. W międzyczasie ugotować i odcedzić makaron. Kilka łyżek wody z gotowania dodać do sosu, wymieszać. Połączyć sos i makaron, przełożyć na talerz i posypać pozostałym parmezanem.
  4. Uwaga: porcja sosu jest taka, jak lubię ja, czyli duża. Jeśli ktoś woli zachować bardziej włoskie proporcje, to może wystarczyć nawet dla dwóch osób. Niezbyt głodnych, powiedzmy.

czwartek, 18 listopada 2010

Zbytecznik kuchenny #5



Dzisiejszy zbytecznik jest trochę nietypowy, bo kupiłam go nie jako zachciankę, ale przedmiot niezbędny w mojej kuchni (albo nawet, w moim życiu), który pozwoli mi oszczędzić sobie trochę stresu i wysiłku, jakie towarzyszą jedzeniu grejpfrutów. Kontakt z tymi owocami kojarzy mi się ze skazaną na niepowodzenie próbą uniknięcia pryskania szczypiącego soku w oczy, a także usiłowaniami niepobrudzenia wszystkiego dookoła tymże sokiem, który, zamiast grzecznie siedzieć na łyżeczce, magicznym sposobem oblepia ręce i ścieka na obrus. Nie bez powodu jedzenie grejpfrutów odchudza, wysiłek fizyczny przy tej czynności jest nie do uniknięcia. Chociaż...

Hasło "łyżeczka do grejpfruta" nie ma wielu sensownych (czyli takich, które da się kupić) wyników w Google, ale ten, który jest, po kliknięciu pokazuje zabawny designerski przyrząd w kształcie flaminga. Na fali entuzjazmu byłam gotowa natychmiast złożyć zamówienie także na inne zabawne przyrządy w kształcie zwierzątek (np. wiewórkowy nożyk do mandarynek), które staną się kupionymi rozsądnie wcześnie prezentami bożonarodzeniowymi, a to po to, by koszty przesyłki nie przekroczyły kosztów zakupów. Na szczęście się opamiętałam, zrezygnowałam z nożyka i łyżeczki, postanowiłam dać sobie czas na przemyślenie i spróbować znaleźć pożądany przedmiot gdzieś bliżej.



Jak widzicie na załączonym obrazku, moje poszukiwania zostały uwieńczone sukcesem. Nie tak ładnym, lecz praktycznym i stosunkowo tanim (bardzo tanim, jeśli weźmie się pod uwagę, że powstrzymałam się od kupienia zaparzaczki do herbaty! w kształcie pióra, która byłaby doskonałą pomocą przy realizacji dzisiejszego przepisu ;)

Z przykrością muszę donieść, że nie wszystkie moje problemy zostały rozwiązane za pomocą tej łyżeczki. Owszem, jedzenie grejpfruta nie jest już związane z takim wysiłkiem, ostry czubek i może nie tak widoczne na zdjęciu, ząbki elegancko wbijają się w miąższ, co nie zapobiega jednak pryskaniu soku. Na wyposażeniu zawsze warto mieć jeszcze okulary.

Do przygotowania galaretki łyżeczka nie będzie Wam potrzebna. Byłam miło zaskoczona jej smakiem, bo w końcu to tylko usztywniona słodzona biała herbata*, za którą nie przepadam. Zresztą, tak jak za galaretką. Prawdę mówiąc, ten deser zrobiłam tylko dlatego, że pięknie się prezentował. Ne jestem z niego całkiem zadowolona, bo z podanych proporcji wychodzi owocowa sałatka lekko przyozdobiona galaretką, ale kiedy wnikliwie przyjrzałam się zdjęciom oryginalnego wykonania doszłam do wniosku, że autorka przepisu właśnie to miała na myśli. Ja zwiększyłabym ilość galaretki, a zmniejszyła owoców. Dużą zaletą deseru jest dziecinna łatwość wykonania, nawet filetowanie grejpfrutów, które, jak założyłam, będzie trwało wieki, poszło nadspodziewanie szybko. Jeśli nie wiecie, jak to zrobić, pomoże Wam ten filmik.

Ponieważ potrzebuję jakiejś puenty, powiem jeszcze tylko, że grejpfruty jadam średnio ze dwa razy w roku.



A jeśli ktoś nie wie/zapomniał o co chodzi w moich zbytecznikach, zapraszam do przeczytania tego posta.

Grejpfrut i granat w galaretce z białej herbaty
źródło: Tartelette

Składniki:

2 łyżeczki żelatyny
1 torebka białej herbaty lub dwie łyżki herbacianych liści
1 szklanka gorącej wody
2 łyżki cukru (więcej, jeśli wolicie słodszą herbatę)
2 czerwone grejpfruty
2 białe grejpfruty
1 granat
(same pestki ;)

Wykonanie:
  1. Żelatynę rozpuścić w niewielkiej ilości gorącej wody.
  2. Herbatę zaparzyć w gorącej wodzie przez 2-3 minuty lub tak długo, jak lubicie. Herbatę odcedzić, dodać cukier i żelatynę, wymieszać. Zostawić na kilka minut do ostygnięcia.
  3. Kawałki grejfrutów i ziarenka granatu rozdzielić na cztery naczynia, w których będziemy podawać deser, i zalać galaretką*.
  4. Wstawić do lodówki na 2-3 godziny, aż się zsiądzie.
  5. Zrobienie deseru w jednym naczyniu i prezentowanie go poza nim nie zdało egzaminu – galaretki jest niewiele, do tego jest dość miękka i zamiast ładnie się kroić, rozmazuje się, w czym pomagają zbyt duże kawałki grejpfrutów. Możecie oczywiście pomnożyć przez dwa składniki galaretki i pomyśleć o większej ilości żelatyny, do tego podzielić przez dwa ilość grejpfruta i pokroić go na mniejsze cząstki, wtedy powinno być ok.
*Właśnie sobie uświadomiłam, jaki popełniłam straszny błąd i ile miałam szczęścia. Chociaż dobrze przetłumaczyłam przepis, z jakiegoś powodu myślałam ciągle o zielonej, nie białej herbacie. Uwierzcie, to jest różnica. Podejrzewam, że nieopisana mieszanka, którą wyciągnęłam z szafki przygotowując deser BYŁA jednak białą, nie zieloną herbatą. Kiedy, zachęcona łatwością wykonania, chciałam deser powtórzyć w bardziej, moim zdaniem, właściwych proporcjach, użyłam innej herbaty i wyszedł niejadalny zielony... no, coś okropnego. Już wiem dlaczego.

czwartek, 24 czerwca 2010

Zbytecznik kuchenny #4



Chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się stanąć w takim stuporze nad jakimkolwiek prezentem. Mój mózg był całkowicie wyprany ze skojarzeń, do czego może służyć ta wybrakowana łyżeczka. To najbardziej zbyteczny z dotychczasowych zbyteczników, aż trudno sobie wyobrazić, że tak prozaiczną, trwającą zaledwie kilka sekund, czynność, można ogadżetować. Wam pozwolę się jeszcze chwilę zastanowić nad przeznaczeniem tego czegoś, a tymczasem napiszę trochę o dzisiejszym daniu.

Przepis znalazłam dobre kilka lat temu i natychmiast wpisałam na pierwszą stronę nowego zeszyciku, zaraz za makaronem z bakłażanem i awokado (nie doczekał się jeszcze realizacji). Prawie na pewno (sprawdziłam, na pewno) danie pochodzi ze strony pesto.art.pl, która, obok Puszki*, była jedną z pierwszych stron kulinarnych, które w ogóle odwiedzałam. Niestety, nie jest już aktualizowana, ale wszystko jest nadal dostępne, w tym baza świetnych przepisów. Pesto (i tutaj będą treści nieco egzaltowane) podobało mi się od zawsze dlatego, że nie traktuje jedzenia jako osobnej, nie mającej żadnego związku z innymi częściami naszego życia, działki, a na stronie, obok przepisów, znajdują się, będące równorzędną z przepisami treścią, grafiki, wiersze i trochę innych, trudnych do sklasyfikowania, rzeczy. Jest to zgodne z moją filozofią życiową (i tutaj będą te egzaltowane treści), która mówi, między innymi, że gotowanie i jego efekty są formą sztuki, a to, co znajduje się na moim talerzu, jest ważne nie tylko dla zdrowia fizycznego, ale także dla równowagi duchowej, tak samo jak obrazy, które mam na ścianach, i książki, które czytam. Tego się nie da rozdzielić i dlatego warto się starać, żeby to, co nas otacza, przedmioty, wydarzenia, ludzie i potrawy nie było byle jakie.

Niełatwo będzie udowodnić, że kedgeree przyczyni się do utrzymania tej równowagi duchowej, bo danie to, wywodzące się, tak mi się zdaje, z kuchni brytyjskiej (czy może indo-brytyjskiej) wygląda jak coś, co może stanowić doskonałą ilustrację stereotypów na temat paskudnego wyspiarskiego jedzenia. Mniej więcej jak przeładowana majonezem sałatka ryżowa. Skądinąd jednak wiadomo, że bezkształtne papki, które wstyd podać gościom, bywają wielce smakowite. Może to kedgeree nie stanie się moim ulubionym daniem, ale ze względu na ilości, które wyprodukowałam, dzisiaj jadłam je już trzeci dzień i nadal nie narzekam (a jeszcze zostało na jutro). Jeżeli bylibyście głodni jakichś nawiązań literackich, to czemu nie (nie mam książki pod ręką, więc będzie ogólnikowo): W Pogoni za rozumem, drugiej części przygód Bridget Jones, Bridget jedzie na weekend do niejakiej Rebeki, która na eleganckie śniadanie podaje właśnie kedegree. Bo to jest właśnie taki typ dania, który Brytyjczycy, z niezrozumiałych dla mnie powodów, jadają o poranku (przepis jako śniadaniowy znajdziecie też u Nigelli).

A teraz rozwiązanie konkursu. Dzisiejszy gadżet służy do taram! wyciągania jajek z wody! Niepotrzebne? Zdziwilibyście się, jak skuteczne.





Kedgeree z łososiem
(4 osoby)

Składniki:

300-400 g łososia
listek laurowy
1 szklanka ryżu basmati (dałam zwykły, do tego z torebek)
2 jajka na twardo
1,5 szklanki mleka
1 łyżka masła
2 łyżki mąki
1 łyżeczka musztardy
starty żółty ser (ilość według uznania)
ewentualnie: posiekana kolendra lub pietruszka, starta skórka cytrynowa


Wykonanie:
  1. Łososia ugotować (trwa to kilkanaście minut) w 2,5 razy takiej ilości wody, jak wynosi objętość ryżu, z dodatkiem soli, pieprzu i listkiem laurowym. Ryż porządnie wypłukać i gotować pod przykryciem w wodzie po rybie (już bez ryby), aż ryż wchłonie cały płyn, 10-11 minut.
  2. Przygotować sos beszamelowy: masło roztopić w garnku, dodać mąkę i wymieszać. Powoli dolewać mleko, najlepiej cały czas bełtając w masie trzepaczką, żeby nie porobiły się grudy. Dodać sól, pieprz, gotować, cały czas mieszając, aż masa zgęstnieje. Do gotowego sosu wmieszać łyżeczkę musztardy.
  3. Połączyć razem ryż, pozbawionego ości i skóry, rozdrobnionego łososia, posiekane jajka, starty ser i sos beszamelowy, (ewentualnie także natkę lub kolendrę), przełożyć do naczynia do zapiekania. Posypać serem.
  4. Piec ok. 20 minut w 180 stopniach. Gotowe danie można posypać skórką z cytryny, pietruszką lub kolendrą. Najbardziej smakuje mi letnie.

piątek, 9 kwietnia 2010

Zbytecznik kuchenny #3






To wydarzyło się jeszcze wtedy, kiedy pierwszy raz poszłam na kurs kuchni francuskiej. Ktoś wspomniał o TYCH naleśnikach, które robione były jeszcze podczas kursów z poprzedniego sezonu. Że są pyszne. A te osoby z grupy, które jadły, entuzjastycznie przytaknęły. Ja natomiast nie jadłam i natychmiast poprosiłam o przepis, który prowadząca pani Paulina równie szybko przysłała.

Parę spotkań później ktoś wspomniał o zesterze (zwanym też mało romantycznie skrobakiem do cytrusów). Że kupił go specjalnie po to, żeby przygotować TE naleśniki. Ha, pomyślałam, przecież ja mam zester. Będzie jak znalazł. Muszę je wreszcie zrobić.

Po czym, jakieś dwa miesiące później, jak już byłam gotowa, okazało się, że zgubiłam przepis. Było pewne, że nie zniknął na dobre, bo obszar, w którym mógł się znajdować (mój pokój i z całą pewnością nie dalej), był bardzo ograniczony. Kiedy jednak kilka dni temu postanowiłam podjąć ostateczne poszukiwania, zaświtało mi, że może jest po prostu w mojej skrzynce mailowej. I tak właśnie było.

Naleśniki są pyszne (kiedy ostatnio pisałam tak bez żadnych zastrzeżeń?). Trochę się obawiałam cytrusowo-orzechowego połączenia, ale okazało się, że pomarańcza, której udaje się przebić dopiero chwilę po dominujących orzechach, to naprawdę strzał w dziesiątkę.

Oczywiście, bez zestera też się da. Ale wtedy nie byłoby dzisiejszego odcinka zbytecznika.



Naleśniki orzechowe
(przepis: pani Paulina Kupiec)

Ciasto (10-12 szt.):
175 g mąki
400 ml mleka
1 łyżka oliwy
1 łyżka cukru
szczypta soli
75 g mielonych orzechów włoskich
2 jajka


Miód orzechowy:
80 g mielonych orzechów
150 g cukru
60 g masła
2 żółtka
skórka z 1 cytryny (i tu można użyć zestera :)
sok z 1 pomarańczy


Wykonanie:

  1. Ciasto: do miski wsypać mąkę i rozmieszać z połową mleka. Dodać resztę składników i wymieszać. Odstawić na godzinę
  2. Miód orzechowy: wszystkie składniki wymieszać w misce (nie przejmując się masłem, później się rozpuści), niekoniecznie żaroodpornej, ale w każdym razie takiej, która zniesie wyższą temperaturę. Masę podgrzewać w łaźni wodnej (garnek na gazie z gorącą, gotującą się cały czas wodą, a na to nasza miska, która ma osiąść na takiej wysokości, by nie dotykała wody), cały czas mieszając, aż masa uzyska konsystencję miodu.
  3. Usmażyć naleśniki, posmarować "miodem", przełożyć do naczynia żaroodpornego i zapiec jeszcze 10 min. w 140 stopniach (tego już nie zrobiłam). Przed podaniem udekorować połówkami orzechów (lub, tak jak ja, orzechami udoskonalonymi karmelową skorupką).

środa, 9 grudnia 2009

Zbytecznik kuchenny #2


ziemniaczane purée

Dawno, dawno temu...

...kiedy nikomu jeszcze nie śniło się o kuchni.tv, Nigelli czy Gordnie Ramsayu (chociaż całkiem możliwe, że dotarł już do nas przynajmniej odblask sławy Jamiego Olivera) oglądałyśmy z siostrą na Discovery, programy Hestona Blumenthala.

Była to nowość podwójna, bo nie dość, że ktoś pokazywał gotowanie w nieco inny sposób niż działo się to w „Gotowaniu na ekranie”, to jeszcze swoje dziwaczne wyczyny uzasadniał naukowo. Więc czekolada pasuje do sera, bo jakiś tam procent łańcuchów cząsteczek mają taki sam (niekoniecznie przekazałam to bardzo precyzyjnie, ale zarówno program, jak i moja edukacja w zakresie chemii, odbyły się jakiś czas temu), podgrzewana mieszanina na lody nie może przekroczyć iluś tam stopni, bo po tym momencie zaczyna ją czuć jajkiem, z cebuli (a może to był kalafior?) można zrobić pięć dań o różnej konsystencji, w tym lody i galaretkę, a jak się je poda na jednym talerzyku, to otrzymuje się wykwintny i smakowity posiłek. Prawdę mówiąc, po tym odcinku już zawsze chyba pozostanie mi pewna podejrzliwość w stosunku do restauracji, bo tak wymacanego jedzenia nie widziałam jeszcze nigdy.

Tym jednak, co zafascynowało nas najbardziej, było zwykłe ziemniaczane purée. Purée, którego wyjątkowy smak miało zapewnić półgodzinne moczenie ziemniaków w temperaturze dokładnie 60 stopni. W zeszłym (jak mi się zdawało) roku, na Boże Narodzenie dostałam od siostry termometr, specjalnie z przeznaczeniem do przygotowania tego purée (zgodnie z instrukcją termometr służy do mierzenia temperatury wody na herbatę). Pomyślałam sobie więc, że Święta się zbliżają i pora go wreszcie użyć. Ale wiecie, co za kompromitacja, w rzeczywistości, jak sobie uświadomiłam, termometr czeka na swoją kolej już dwa lata.

ziemniaczane purée

Więc z pewnym poślizgiem, ale dużym entuzjazmem wzięłam się do pracy. Pół godziny siedzenia przy garnku, żeby temperatura nie była ani zbyt niska, ani zbyt wysoka to dopiero przygrywka to dalszej części. Ziemniaki trzeba przed i po pierwszym gotowaniu dokładnie przepłukać. Tym płukaniem wystudzić. Dwukrotnie przepuścić przez sitko. Moje ma średnicę mniejszą niż szklanka, więc chociaż nie robiłam purée z kilograma ziemniaków, tylko z 30 deko, to i tak na długo przed końcem pierwszej tury przecierania miałam dość. A przecież czekała mnie jeszcze druga. Na końcu do ziemniaków należy dodać taką ilość masła, z której można upiec ze 100 kruchych ciasteczek (ciągle jednak mówimy o proporcjach użytych przy kilogramie ziemniaków).

Czy te wszystkie operacje spowodowały, że moje kubki smakowe drżały z rozkoszy krzycząc „więcej”?

Nie, chyba nikt się tego po mnie nie spodziewał? Nadal były to tylko ziemniaki z masłem. Bardziej kremowe i delikatne, ale ciągle tylko ziemniaki z masłem. Owszem, po tych wszystkich zabawach wokół (przygotowania to była dobra godzina piętnaście), byłam nieźle zgłodniała i zjadłam z przyjemnością, ale odważę się nawet zaryzykować, że zdarzyło mi się jeść lepsze purée, które być może Heston uznałby, za przypominające klej do tapet (bo w programie padło takie sformułowanie), a jednak było lepsze.

Nie oznacza to, że porzuciłam myśl o dalszych molekularnych eksperymentach, ani tym bardziej, że uważam próbę za nieudaną. Z pewnością takie purée dobrze nadaje się do odgrzewania i myślę, że nie trzeba tu wyczyniać całej tej magii z termometrem, a wystarczy dodać dużo masła i potem wszystko razem przepuścić, niekoniecznie przez sitko wielkości naparstka, ale może praskę do ziemniaków.

Pozostaje więc tylko zapomnieć, że kiedykolwiek obiło Wam się o uszy słowo „cholesterol” i ruszać do dzieła.

ziemniaczane purée

Purée ziemniaczane wg Hestona Blumenthala

Składniki:

1 kg ziemniaków
300 g masła
łyżka soli
ew. mleko


  1. Ziemniaki obrać, pokroić na plasterki grubości 2,5 cm, dokładnie wypłukać.
  2. W garnku podgrzać wodę do 80 stopni, wrzucić ziemniaki i gotować przez pół godziny, cały czas utrzymując temperaturę 70 stopni. Da się. Początkowo temperatura trochę się wahała, ale później, jak udało mi się ją doprowadzić do takiej ciepłoty jak trzeba, to na malutkim gazie cały czas była taka sama.
  3. Po pół godzinie ziemniaki odcedzić i płukać pod zimną wodą, aż ostygną.
  4. Wodę w garnku doprowadzić do wrzenia, osolić, wrzucić ziemniaki i gotować do miękkości (ok. 20 min.). Odcedzić, po czym postawić garnek na malutkim ogniu i jeszcze je odparować.
  5. Ziemniaki przepuścić przez praskę lub sitko. Dodawać do nich po kawałku zimne masło, a kiedy całe się rozpuści, ponownie przepuścić purée przez praskę. Podawać.
  6. Jeżeli chcielibyście je odgrzać, to należy to robić dolewając po trochu gorącego mleka, co radzę zresztą zrobić od razu, bo purée staje się bardziej kremowe.

Uwaga: ten przepis znalazłam na stronie BBC, różni się on trochę od tego, co pamiętam z programu, ale podaję za przepisem, więc jeśli jesteście spostrzegawczy, to nie dziwcie się, że w tekście jest 60, a w przepisie 70 stopni.

ziemniaczane purée

niedziela, 16 sierpnia 2009

Zbytecznik kuchenny #1


sałatka z arbuza, mozzarelli ogórka

Niektórzy wstydzą się przyznać, że w ogóle tam chadzają, ale ja supermarkety bardzo lubię. Może dlatego, że moje pierwsze wspomnienie z nimi związane, to również moja pierwsza zagraniczna podróż. Kiedy dotarły wreszcie do Polski, za każdym razem, kiedy tam chodziłam, czułam się trochę jak na wakacjach. Wszystko przez zapach. I w Polsce i we Francji był ten sam. Nie, nie jest to słynny zapach chleba, puszczany z wywietrzników, żeby klienci więcej kupowali. To zapach środków myjących.

Teraz oczywiście czasami się wściekam, że długie kolejki, że znowu pozamieniali wszystkie działy i że nie da się po prostu chwycić tego, co się chce, nie przechodząc przez wszystkie działy, ale jakiś sentyment do supermarketów pozostał. Jedną z moich ulubionych (w zasadzie) darmowych przyjemności, jest chodzenie sobie bez celu i szukanie, co przybyło. Spacerowanie po sklepie z dizajnerskimi gadżetami albo po eleganckich delikatesach, to zupełnie nie ten klimat. Chodzi o to, że dzięki wąskim, niedoświetlonym alejkom, w supermarkecie jest coś tajemniczego. Ponieważ jest tam prawie wszystko i do tego niemożliwie stłoczone, to nigdy nie wiadomo, w którym z działów natrafi się właśnie na to COŚ. I, co nie bez znaczenia, to COŚ ma dużą szansę być przyjemnością na moją kieszeń, do nabycia tu i teraz, bez zastanowienia. Czasem jest to coś, o czym marzyłam od dawna, a czasem coś, o czym nie wiedziałam, że istnieje. A innym razem coś, o czym co prawda wiedziałam, ale czego nigdy dotąd nie chciałam, ale zapragnęłam tylko przez to, że właśnie tu jest.

Ten ostatni przypadek, to jeden z moich ostatnich nabytków, zwany, nieco krzywdząco, łyżką do melonów. Spojrzałam na nią przypadkiem i wtedy wpadło mi do głowy, do czego chciałabym jej użyć. Cóż, nie miałam już wyjścia, wylądowała w moim koszyku.

To teraz wreszcie pora na wyjaśnienia, o co chodzi z tym zbytecznikiem? Będzie to stworzony na mój własny użytek cykl, prezentujący przedmioty i gadżety, bez których świetnie się można w kuchni obejść, ale za to jak fajnie je mieć, bo dzięki nim gotowanie staje się o wiele zabawniejsze. Czy stanowią element „zbyteczny” czy „zbytku” (choć tak mi się widzi, że etymologicznie to jest to właściwie to samo), osądźcie sami.

sałatka z arbuza, mozzarelli ogórka

Sałatka z ogórka, mozzarelli i arbuza

Składniki:

ogórek, arbuz i mozzarella w mniej więcej równych proporcjach i ilości, na jaką macie ochotę
świeża mięta
oliwa z oliwek
sól, pieprz


Wykonanie:
  1. Ogórka obrać. Pokroić, tak samo jak arbuza i mozzarellę, w dość dużą kostkę lub wykroić kulki łyżką do melonów.
  2. Przełożyć do salaterki, skropić oliwą, posypać posiekaną miętą, lekko posolić i popieprzyć. Wymieszać.
  3. Sałatkę podawać bardzo zimną.