Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biała czekolada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biała czekolada. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 lipca 2011

Czasem słońce, czasem deszcz, ale czekolada zawsze





Więc znowu mamy deszczowe lato.

Może i nie wszędzie, jeśli obraz z kamerki internetowej z wybrzeża nie jest sfałszowany (codziennie w pracy sprawdzamy, jaką pogodę ma jeden z kolegów cieszący się urlopem).

Kraków jednak prawie przez cały tydzień był mokry. Nie narzekam. Co rano zakładałam moje kolorowe kalosze, tak długo leżące bezczynnie. Pewnego razu odważyłam się nawet przechodzić przez same środki kałuż, a kto wie, jeśli deszcz się nie uspokoi, to może pewnego dnia zobaczycie mnie, jak będę po nich skakać (ostatnio, oprócz myśli, czy jest akceptowalne społecznie, by robiły to bardzo dorosłe osoby, powstrzymał mnie od tego aparat fotograficzny i siatka z malinami).

Po okresie nawału pracy bez wyrzutów sumienia (To grzech marnować taki piękny dzień w domu. Uff. Dzień nie jest ani trochę piękny i nie szkoda marnować ;) mogę odbywać niekończące się poobiednie drzemki albo siedzieć na kanapie i oglądać głupie filmy. Co prawda okres mojego odpoczynku chyba już trochę przekroczył ten czas, kiedy tak dużo pracowałam, ale kto by się przejmował. Perspektywy urlopowe raczej mgliste, trzeba to sobie jakoś wynagrodzić.

O, a propos wynagradzania... Dzisiaj mam dla Was coś absolutnie wyjątkowego. Tak bardzo idealnego, że trudno uwierzyć, że w ogóle istnieje.

Czy myśleliście kiedyś, co by było, gdyby czekolada stała się lodami? Tartufo gelato stanowi odpowiedź na to pytanie. Dwa z trzech (a co jest tym trzecim, chyba już wiecie?) moich ulubionych smaków w wymarzonym połączeniu. Do przepisu używa się czekolady ze 100% masy kakaowej, po prostu nie jesteście w stanie być bardziej czekoladowi.

Czekolada 100% naprawdę istnieje. Wydaje się to dziwne, ale to fakt. Widziałam kiedyś w Almie, to taka mała podpowiedź, jeśli się zdecydujecie. Ja jednak popełniłam małe oszustwo i użyłam czekolady 90% z Wawelu. Nie wydaje mi się, żeby kwota, którą trzeba by dopłacić do tych 10% robiła w smaku taką straszną różnicę. Możecie za to zrobić sobie ze dwa dodatkowe smaki lodów.

Nie będę Was oszukiwać, że te lody będą smakować każdemu. Są ciężkie i intensywne, bardzo wytrawne, z każdym kęsem (ale lepiej nie analizujcie tego niepotrzebnie) faktycznie jecie kostkę czekolady. Nieduża kulka wystarczy, by zaspokoić potrzebę czekoladowości u każdego i dać poczucie, że potrwa to trochę dłużej. Uwaga, jest złudne, ja wytrzymałam jakieś trzy godziny bez kolejnej porcji. A jeśli nie macie potrzeby czekoladowego hardcore'u, albo obawiacie się, że mogą jej nie mieć Wasi goście, maliny i bita śmietana wydają się odpowiednimi dodatkami.



Lody maksymalnie czekoladowe
Tartufo gelato, źródło: River Cafe Cookbook Easy

Składniki:

220 g czekolady 100%
220 g czekolady 70%
4 żółtka
600 ml mleka
100 g cukru
5 łyżek śmietany kremówki


Wykonanie:
  1. Żółtka ubić z cukrem do białości. Mleko zagotować i zalać nim masę żółtkową. Porządnie wymieszać, przelać z powrotem do garnka (czystego!) i gotować na małym ogniu, bez przerwy mieszając, aż masa zgęstnieje – będzie oblepiać łyżkę. Przelać do czystej miseczki i odstawić.
  2. Czekoladę 100% i połowę czekolady 70% roztopić w kąpieli wodnej i wymieszać z gorącą masą mleczno-żółtkową. Ostudzić.
  3. Do masy dodać śmietanę kremówkę i przełożyć całość do maszyny do lodów - dalej postępować zgodnie z instrukcją maszyny, a gdy lody będę już prawie gotowe, dodać resztę posiekanej czekolady 70%.
Uwaga 1.

Te lody zdecydowanie najlepiej udadzą się w maszynie (ja na przykład nie mam). Oczywiście, miksowanie co jakiś czas zamrażającej się masy jest rozwiązaniem, ale niedoskonałym – lody po całkowitym zamrożeniu i tak stają się kamienną bryłą, którą będziecie jeść w wiórkach. Chyba, że macie tyle cierpliwości, by czekać, aż trochę się rozmrożą. Albo zrobicie indywidualne porcje.

Uwaga 2.

Ten przepis jest bardzo tradycyjny, na gotowanym kremie żółtkowo-mlecznym. To baza wykorzystywana wielokrotnie przy różnych okazjach i sama o niej kilka razy pisałam, zwykle twierdząc, że to trudne. Cóż, trochę praktyki się przyda, ale teraz już wiem, że NIE jest to trudne. Właściwie jest tylko jedna rzecz, o której koniecznie trzeba wiedzieć: kiedy krem zaczyna bulgotać = właśnie się zwarzył i oznacza to, że nad Waszymi przygotowaniami właśnie zabłysł wielki napis Game Over. By tak się nie stało, ogień powinien być stosunkowo mały, a my cały czas mieszamy, mieszamy i mieszamy, a jeśli z garnka zaczyna za bardzo parować, odkładamy go na chwilę na bok nie zaprzestając mieszania. I, co bardzo, bardzo ważne, kiedy uznamy, że krem jest już wystarczająco gęsty NATYCHMIAST przelewamy go do innego naczynia. To wszystko.


wtorek, 5 października 2010

Koronki z czekolady, czyli lepsza strona food designu



Po ostatnim razie, kiedy wszyscy (ze mną na czele) poczuli się nieco rozczarowani tym, że „food design” znaczy „zaprojektuj, żeby sprzedać więcej” obiecałam Wam przedstawić trochę bardziej zabawne podejście do tematu (dla przypomnienia – o konferencji Food designu poczytacie tutaj).

Katja Gruijters zaczęła swoją prezentację od tego, że jest bardzo podekscytowana, że może z nami być. Typowe? Sztuką jednak jest powiedzieć to w ten sposób, że jest się wiarygodnym. Ja jej uwierzyłam. Następnie przedstawiła nam swoje źródło inspiracji: huśtawkę. „Kiedy mam coś wymyślić, siadam na niej i się huśtam” – powiedziała rozbrajająco.

Czym się różni się food design Katji od typowo biznesowego, przygnębiająco instrumentalnego podejścia?

Można to przedstawić tak: klienci dzielą się na tych, którzy największą uwagę zwracają na wygląd (produktu); na zapach; na teksturę i konsystencję. Dlatego, żeby produkt miał wysokie wyniki sprzedaży należy pomyśleć o wszystkich tych aspektach. Nie należy lekceważyć dotykowców, nawet jeżeli stanowią najmniejszą grupę, bo są to często kobiety, które mają największy wpływ na robienie zakupów.

Ale można też tak: wygląd, zapach, kształt tego co jemy jest bardzo ważny, to one mają wpływ na nasze wybory – proces złożony i często emocjonalny, który ma sprawić, żeby nasze życie było lepsze i przyjemniejsze.

Katja Gruijters definiuje to w ten drugi sposób. Wcale nie ukrywa, że jest osobą do wynajęcia i jej zadaniem jest pomóc w kreacji lepszych, bardziej dochodowych produktów. Ja jestem daleka jestem od anarchistyczno-wywrotowych tęsknot i nie zamierzam podważać ekonomicznych podstaw istnienia społeczeństw. Jednak to, czego chcę, to polepszenie jakości mojego życia za pomocą tej fantastycznej tabliczki czekolady, a nie podniesienie słupków sprzedaży – jeśli tylko producentowi uda się udowodnić, że on chce tego samego co ja ;) to wtedy obydwoje mamy szansę na tym skorzystać.

Ciąg logiczny zostanie zachowany całkiem przypadkowo, ale teraz będzie właśnie o czekoladzie i o tym, jak umiejętnie łączyć biznes ze sztuką. Czy da się zrobić koronkę z czekolady? – to pytanie pojawiło się dopiero po zrobieniu przez Gruijters koronkowych odlewów z gipsu (a może z czegoś innego, już nie pamiętam), gdzieś po drodze pojawiły się koronkowe kruche ciasteczka. Skończyło się na tym, że projektem zainteresowała się jedna z sieci holenderskich supermarketów i koronkowa czekolada trafiła do sprzedaży. Niestety, edycja była tak zwana limitowana i nie ma jej już w sklepach.

Rozczarowana tym faktem postanowiłam zrobić sobie własną manufakturę koronkowej czekolady. Początkowo wychodziły mi frustrujące kulfony, ale szybko doszłam do wprawy i powiem Wam, że wtedy było to prawdziwie natchnione i relaksujące zajęcie.

Oczywiście, żeby móc się mu oddać nie musicie robić również sernika, ale mimo to polecam, jest bardzo cytrynowy i naprawdę pyszny. Co prawda przydarzyło mi się przy nim coś dziwnego, zaczął opadać już w trakcie pieczenia, a te sztuki, które jeszcze nie opadły, zrobiły to zaraz po tym, jak chciałam, by wszystko się równo przyrumieniło i odwracając blachę uderzyłam nią o piekarnik. Miało to negatywny wpływ na kształt, ale, na szczęście, nie na smak ciasta. Jeśli nie chce Wam się dłubać przy pojedynczych porcjach podane proporcje wystarczą na małą tortownicę (przepis nie precyzuje, jak małą, ja bym użyła 24 cm, ale sernik będzie raczej niski) dobrze wtedy dorobić spód z herbatników.

Mam poczucie, że do końca udało mi się opisać, co właściwie widzę w tej Katji, ciekawych zachęcam do odwiedzenia jej strony: www.katjagruijters.nl

Prawie zapomniałam napisać, dlaczego przepis musiał się tu znaleźć najpóźniej dzisiaj – dołączam go do sernikowej akcji Oliwki.



Sernik cytrynowy z sosem śliwkowym
8 porcji o średnicy ok. 7 cm
źródło: sernik –cheescakes, pavlovas & trifles, reszta - inwencja własna

Składniki:

500 g twarogu sernikowego (im tłustszy, tym lepszy – zawsze)
165 g cukru
1/2 łyżki skórki cytrynowej (dałam ile wyszło ;)
2 łyżki soku z cytryny
4 żółtka
2 białka
180 ml kwaśnej śmietany (dałam mniej więcej połowę, bo mój twaróg był dość rzadki
)

Sos:

300 g śliwek
100 g cukru
1/2 szkl. soku pomarańczowego
cukier waniliowy


dodatkowo: 100 g białej czekolady

Wykonanie:
  1. Przygotować foremki: z papieru do pieczenia wyciąć 8 okręgów o średnicy dna foremki i 8 pasków nieco wyższych niż foremka, tej długości, by dało się nimi okrążyć środek. Foremki wysmarować masłem, położyć do każdej kółko papieru do pieczenia, a boki wyłożyć paskiem.
  2. Piekarnik nagrzać do 160 stopni. W misce ubić twaróg z cukrem, dodać skórkę i sok z cytryny, żółtka i śmietanę. Białka ubić i wymieszać z masą serową.
  3. Masę przelać do foremek i wstawić do piekarnika. Ja piekłam ok. 50 minut, ale dobrze regularnie przyglądać się serniczkom. Wystudzić w piekarniku, lekko uchylając jego drzwiczki.
  4. Sos śliwkowy: z owoców wyjąc pestki, jeśli śliwki są duże, można je pokroić na cztery części. Wszystkie składniki sosu przełożyć do garnka i gotować ok. 10 minut od momentu wrzenia. Po tym czasie śliwki odcedzić i gotować sam sok, aż osiągnie gęstość syropu. Dolać go do śliwek i pozostawić do ostygnięcia. Jeśli będziecie gotować sos na bardzo dużym ogniu może zdarzyć się, że etap odcedzania nie będzie już potrzebny. Ponieważ w czasie robienia serników robiłam też bagietki, co oczywiście było bardziej priorytetowe, zagapiłam się i mój sos miał prawie konsystencję dżemu. Ale to w niczym nie przeszkadzało.
  5. Koronki z czekolady: czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej (dla przypomnienia, np.: garnek z gotującą się wodą, na nim miseczka – miska nie dotyka wody, w misce czekolada, czekamy, aż się rozpuści, mieszamy, zdejmujemy miskę z garnka). Z papieru do pieczenia robimy tytkę, przekładamy do niej czekoladę i na papierze do pieczenia ułożonym na desce do krojenia robimy dowolne esy floresy. Ja, dla ułatwienia, pod papier podłożyłam sobie kartkę z narysowanymi wzorami „koronek”. Deseczkę z papierem, na którym są narysowane koronki przekładamy do lodówki. Przechowywanie: papier do pieczenia tniemy na kawałki mniej więcej wielkości koronek, na każdym kładziemy zastygniętą czekoladę i układamy na sobie zestawy papier + koronka w pudełku plastikowym. Przechowujemy w lodówce do momentu podania, bo niestety, raz stopiona czekolada topi się potem znacznie łatwiej. Z podanej ilości czekolady wyjdzie prawdopodobnie więcej niż 8 koronek, ale należy założyć pewne straty w czasie procesu nauki posługiwania się tytką.
  6. Podanie: wystudzone serniki delikatnie oddzielamy nożem od boków foremki (papier nadal jest przyklejony do sernika), sernik delikatnie przerzucamy do góry dnem i wyrzucamy na dłoń, odklejamy papier ze spodu i boków, po czym przekładamy sernik na talerzyk. Polewamy sosem i dekorujemy koronką.
Opcja:

spód z herbatników:

250 g zmielonych herbatników
125 g masła


Herbatniki miksujemy z masłem i wykładamy je do formy. Odstawiamy do lodówki na 30 minut, a potem wykładamy na nie mieszankę masę serową. Pieczemy ok. godziny (chociaż, zważywszy na to, że małe serniczki piekłam aż 50 minut, pewnie dłużej).

środa, 13 stycznia 2010

Ciasteczko na styczeń


Nikt mnie nie przekona, że najwspanialszą rzeczą w życiu nie są ciastka z czekoladą.
Pies Snoopy

ciastka czekoladowe

Jako fanka pesymistycznej, przesiąkniętej bólem istnienia i poczuciem niezrozumienia świata dla jednostki (nie tylko wybitnej, każdej), filozofii szkoły Fistaszków, nie mam nic do dodania. Może tyle, że ciastka te posmakują raczej wielbicielom brownies, niż mlecznej z orzechami. Przepis Nigelli, znaleziony u Karolci.

Ciastka czekoladowe
12-14 dużych ciastek

Składniki:

125 g gorzkiej czekolady
150 g mąki
30 g kakao
1 łyżeczka sody
½ łyżeczki soli
125 g masła
75 g brązowego cukru (jasnego)
50 g cukru demerara lub zwykłego białego
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (zastąpiłam cukrem waniliowym)
1 zimne jajko
350 g czekoladowych groszków lub posiekanej czekolady*


Wykonanie:
  1. Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej lub mikrofalówce (ostrożnie). Wymieszać mąkę, kakao, sól i sodę.
  2. Masło utrzeć z cukrami (w tym waniliowym), dodawać po trochu rozpuszczoną czekoladę, później ekstrakt (jeśli używamy), jajko, a następnie, na małych obrotach, suche składniki.
  3. Wymieszać, już raczej nie za pomocą miksera, z groszkami czekoladowymi lub kawałkami czekolady.
  4. Na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, w dość dużych odstępach od siebie, łyżką do lodów nakładać kopczyki ciasta. Nie spłaszczać. Ja formowałam kulki rękami.
  5. Ciastka piec ok. 18 min. w 170 stopniach.

*Postanowiłam sobie ułatwić życie i zmiksować czekoladę w blenderze, co niestety spowodowało, że część czekolady zamieniła się w proszek i swoją proszkowatością zwiększyła zawartość czekolady w cieście jako takim, dopuszczam więc możliwość, że efekt, który otrzymuje się, mając wyłącznie kawałki czekolady, będzie trochę inny niż mój.

ciastka czekoladowe

ciastka czekoladowe

wtorek, 15 grudnia 2009

Pierniczki. Powidła. Czekolada. Czekolada raz jeszcze




Jakiś (dłuższy) czas temu, pierwsze myśli o Bożym Narodzeniu, połączone ze wstępnym robieniem listy prezentów (tych które chce komuś dać, a nie dostać) pojawiały się u mnie pod koniec wakacji. Miało to pewne uzasadnienie, bo to wspomnienie pochodzi z czasów, kiedy większość prezentów wykonywana była ręcznie, więc odpowiednie zaplanowanie stanowiło podstawę sukcesu. A poza tym, na chwilę przed rozpoczęciem roku szkolnego, dobrze było znaleźć jakiś jaśniejszy punkt na horyzoncie.

Nie wiem, czy pomysł na te pierniczki wpadł mi do głowy w okolicach wakacji, ale w każdym razie już dość dawno, kiedy A. poczęstowała mnie czekoladką o smaku piernikowym. Żeby Was przekonać, że warto je zrobić, zaczęłam w głowie tworzyć ranking czekoladek, jednak okazało się to zadaniem zbyt trudnym. Lepiej po prostu podzielić je na dwie grupy: takie, które mogę zjeść, jeśli nie ma nic innego i takie, na które mam ochotę niemal zawsze. Te piernikowe należą do tej drugiej grupy, więc nie mogłam się doczekać, aż będę mogła zrealizować swoją ich wersję. Więc to właśnie już teraz. Było warto.


Pierniczki z podwójną czekoladą i powidłami
Przepis podaję tak, jak ja to zrobiłam, punkt wyjściowy u Aklat

Ciasto:

250 g mąki
125 ml miodu
trochę mniej niż 1/2 szkl. cukru
50 g masła
60 ml piwa pszenicznego
3/4 łyżeczki sody oczyszczonej
1 jajko
szczypta soli
torebka przyprawy piernikowej



Masa:

100 g masła
70 g białej czekolady


Oprócz tego:

powidła śliwkowe
200 g gorzkiej czekolady


Wykonanie:

  1. Masło, miód i cukier zagotować, podgrzewać, aż cukier się rozpuści. Przestudzić, dodać resztę składników (sodę rozpuścić w piwie) i zagnieść.* Ciasto może być dość lepiące, ale jeśli dacie mu poleżakować w lodówce ze dwie godziny, powinno być ok.
  2. Ciasto wałkować dość grubo, wycinać prostokąty o bokach mniej więcej 3,5x4,5 cm (chociaż precyzja nie jest tu oczywiście istotna). Piec ok. 10-15 minut w 180 stopniach.
  3. Białą czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej (czyli czekoladę wkładamy do małej miseczki, a tę małą do większej, napełnionej gorącą wodą). Masło dobrze zmiksować i ciągle miksując, powoli wlewać do niego czekoladę.Uwaga! czekolada wlewana do masła nie powinna być zbyt ciepła, właściwą temperaturę osiągniecie bez trudu, stojąc niecierpliwie nad rozpuszczającą się czekoladą, mieszając by przyspieszyć proces i gdy tylko jej ostatni kawałek się upłynni, wyjąć miseczkę mniejszą z większej.
  4. Przestudzone pierniczki posmarować dość grubo powidłami oraz, znacznie grubiej, masą.** Wstawić na min. pół godziny do lodówki.
  5. Gorzką czekoladę rozpuścić, tak jak poprzednio, w kąpieli wodnej i maczać w niej pierniczki, ewentualnie pomagając sobie nożem, żeby ją lepiej rozprowadzić. Moim zdaniem, warstwa czekolady powinna być naprawdę gruba.
  6. Pierniczki najlepiej przechowywać w lodówce, bo czekolada dość łatwo się topi.

*w normalnych warunkach, ciasto powinno poleżeć w spokoju kilka tygodni, ja jednak nie miałam tyle czasu i mimo, że pierniczki upiekłam od razu, uzyskany efekt okazał się bardzo zadowalający.

**specjalnie zapisałam sobie, ile pierniczków mi wyszło z podanej porcji, ale kartka zdążyła się zgubić. Wydaje mi się, że było to ok. 27 sztabek i 25 klasycznych serduszek przełożonych powidłem. Proporcje masy z białej czekolady, które podaję, optymalnie starczą na mniej więcej tyle sztabek co zrobiłam, w przypadku jeśli smaruje się hojnie (i dla mnie taka wersja jest lepsza), ale mogą starczyć i na pierniczki upieczone z całej porcji, jeżeli będziecie bardziej oszczędni. Polewa z ciemnej czekolady wystarcza na porządne oblanie wszystkich pierniczków.


wtorek, 1 grudnia 2009

Ciasteczko na grudzień


ciasteczka z żurawiną i białą czekoladą

Wreszcie jest. Grudzień. Najbardziej wyczekiwany miesiąc w roku. Nie dla wszystkich, oczywiście, ale to temat na artykuł w zupełnie innym miejscu niż blog kulinarny.

Co prawda, odkąd ze sklepów znikły znicze (choć gdzieniegdzie proces sprzedaży był równoległy) pojawiły się już, mniej lub bardziej agresywne i kiczowate, dekoracje świąteczne, które, w niewielkiej liczbie, lecz przyznaję się, już jakiś czas temu nabyłam, ale wczuwanie się w atmosferę świąteczną było jednak falstartem.

Ale teraz już można. Kupować cukrowe perełki, posypki, piec pierniki, myśleć i mówić o Świętach, planować świąteczne menu i dekoracje, znowu dyskutować, jak dużą będziemy mieć choinkę (ustalamy, że mniejszą niż w zeszłym roku, a potem przynosimy taką samą). I kupować prezenty. Po raz kolejny obiecuję sobie, że kupię je wcześniej i nie będę w Wigilię biegać po sklepach za tym ostatnim. Mam nadzieję, że się uda, a dzisiaj chciałabym Wam podrzucić pomysł na prezent.

W zeszłym roku w jednej z gazet (wiem jakiej, ale nie powiem, bo zbyt jest obciachowa) zobaczyłam coś, co strasznie mi się spodobało. Zamiast pieczenia ciastek, można kogoś (oczywiście starannie wybraną, niemającą do kuchni obrzydzenia, osobę) obdarować przepisem na pyszne ciasteczka zamkniętym w słoiku. Oprócz zamknięcia w słoiczku przepisu, w postaci sypkich składników, dobrze też dodać karteczkę, jak i co zrobić z zawartością należy i, ponieważ przepis na ciasteczka jest wybrany równie starannie, co obdarowana osoba, ergo, są one niebiańsko pyszne, także po to, żeby obdarowany już we własnym zakresie mógł ten smak powtórzyć.

Jeśli chcielibyście ten pomysł wykorzystać, to radzę wybrać słoik (pojemnik) ok. pół litrowy, większy zaczyna nabierać charakteru słoja po ogórkach, co nie jest do końca dekoracyjne. Do takiego (półlitrowego) słoika wejdą składniki na połowę porcji ciasteczek, którą podaję.

Jeśli niepokoiłoby Was, czy mój słoik rzeczywiście był półlitrowy, to nie był, to atrapa na potrzeby zdjęcia. Ale ciasteczka, według przepisu Nigelli, są prawdziwe i naprawdę przepyszne, warto też poeksperymentować z dodatkami.

ciasteczka z żurawiną i białą czekoladą

Ciasteczka z żurawiną i białą czekoladą
ok. 36 sztuk

Składniki:

1 szkl. mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 szkl. płatków owsianych
1/2 szkl. cukru pudru (dałam zwykły)
1/2 szkl. brązowego cukru
1 łyżeczka cukru waniliowego
100 g masła
1/2 szkl. posiekanych orzechów włoskich
1/2 szkl. suszonej żurawiny
3/4 szkl. posiekanej białej czekolady
1 jajko (2, jeśli są małe)


Wykonanie:
  1. Masło zmiksować z jajkiem i cukrami. Dosypać resztę składników i zagnieść ciasto.
  2. Utoczyć kulę, włożyć ją na 10 min. do zamrażarki.
  3. Ciasto wyjąć z zamrażarki, odrywać od niego małe kawałki, toczyć kulki, a potem je spłaszczać i układać na wysmarowanej masłem lub wyłożonej papierem blasze. Odstępy takie średnie, bo nie rosną aż tak bardzo.
  4. Piec ok. 15 min. (aż będą lekko rumiane) w 175 stopniach.

ciasteczka z żurawiną i białą czekoladą

niedziela, 28 czerwca 2009

Muffinki z białą czekoladą




Są takie kulinarne wspomnienia, które chodzą za mną już od lat i jakoś ciągle nie mogę się zdecydować na to, by odtworzyć zapamiętany smak. Do nich należą muffinki z płatkami migdałowymi, które jadłam na wakacjach, bagatela, osiem lat temu. W środku miały kropelkę kremu, nieco przypominającego krem budyniowy, magicznym sposobem umieszczoną tam ręką cukiernika.

Mam wrażenie, że muffinki z prezentowanego dziś przepisu nie całkiem przypominają tamte, ale chrupiące migdały, cytrynowa nuta i rozpływające się na języku kawałki białej czekolady, to chyba wystarczające powody, żeby do tego przepisu powrócić prędzej niż za osiem lat. Spróbujcie.

mufinki z białą czekoladą

Muffinki z białą czekoladą i płatkami migdałowymi

przepis z Le Cordon Bleu. Mufinki

Składniki:
(na 12-15 muffinek)

375g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
125g cukru
200g białej czekolady, posieka
nej niezbyt drobno
2 jajka
375g mleka
skórka starta z jednej cytryny
160g stopionego masła (wy
studzonego do temperatury pokojowej)
płatki migdałowe do dekoracji (prz
epis mówi o 45 g, ale tu precyzja nie jest istotna)

Wykonanie:

  1. Do miski wsypać składniki suche: mąkę, proszek, sól, cukier, białą czekoladę.
  2. W drugiej misce/dzbanku połączyć ze sobą (trzepaczką lub widelcem, ale wymieszać, nie ubijać): mleko, jajka, masło i skórkę cytrynową.
  3. Do miski ze składnikami suchymi przelać składniki mokre i wymieszać łyżką dość szybko, ciasto nie musi być całkiem gładkie, zbyt dużo ruchów spowoduje, że muffinki będą ciężkie. Tylko nie przesadźcie, bo ja kiedyś ze zbytniej gorliwości miałam potem grudki mąki w gotowych muffinkach. Ale i tak były pyszne.
  4. Dołki w formie na muffinki wysmarować masłem lub wyłożyć papierowymi papilotkami. Ja nie mam formy, robię więc paski z folii aluminiowej (złożonej na jakieś trzy warstwy) i spinam je metalowymi spinaczami na okręgi o pożądanej średnicy. W środek wkładam papierek. Nie musicie zbyt dokładnie wpychać papilotki do folii, zrobi to za Was ciasto, obciążając ją. W ostateczności, jeżeli nie chce Wam się bawić w zwijanie folii, możecie papierki ułożyć na zwykłej blasze do ciasta, niezbyt ciasno, ale tak żeby się dotykały. Efekt wizualny nie jest świetny, ale smak pozostaje ten sam.
  5. Każdą papilotkę napełnić ciastem do ¾ wysokości. Najlepiej sprawdza się metoda dwóch łyżek: jedną nabiera się ciasto, drugą zgarnia je do foremki z tej pierwszej. Dla ułatwienia dodam jeszcze, że optymalna ilość ciasta to były u mnie dwie obfite łyżki. Ciasto posypujemy płatkami migdałowymi
  6. Muffinki włożyć do piekarnika nagrzanego do 210º C na 20-25 min. Czy ciasto się upiekło sprawdzamy wkładając w nie patyczek (patyczek suchy = ciastko dobre, patyczek oblepiony = dajemy muffinkom jeszcze pięć minut).

    mufinki z białą czekoladą