Kilka tygodni temu nagle zaczęłam odnosić wrażenie, że wszyscy dookoła coś ćwiczą. Na siłowni, z trenerem, w domu z płytą DVD, biegają albo jeżdżą na rowerze. Nie wiem, dlaczego poczułam wewnętrzny bunt wobec własnych zasad (najlepszym ćwiczeniem jest spacer do kuchni ;-) i nieodpartą chęć dołączenia do grupy ćwiczących. To było bez sensu. W każdym razie, pewnego weekendowego wieczoru, w ramach rozrywki, postanowiłam na youtube'ie odpalić Ewę Chodakowską. Po 20 minutach ćwiczeń byłam zlana potem i ledwo żywa, jednak to się zupełnie nie liczyło, ponieważ usłyszałam z ust Ewy wspaniałą obietnicę: pierwsze efekty już po 10 dniach. Nie dwóch miesiącach, nie pół roku, ale 10 dniach. Tak, chcę to zobaczyć!
środa, 19 kwietnia 2017
70 do 30. Pokrzywa w płynie kontra ćwiczenia
Kilka tygodni temu nagle zaczęłam odnosić wrażenie, że wszyscy dookoła coś ćwiczą. Na siłowni, z trenerem, w domu z płytą DVD, biegają albo jeżdżą na rowerze. Nie wiem, dlaczego poczułam wewnętrzny bunt wobec własnych zasad (najlepszym ćwiczeniem jest spacer do kuchni ;-) i nieodpartą chęć dołączenia do grupy ćwiczących. To było bez sensu. W każdym razie, pewnego weekendowego wieczoru, w ramach rozrywki, postanowiłam na youtube'ie odpalić Ewę Chodakowską. Po 20 minutach ćwiczeń byłam zlana potem i ledwo żywa, jednak to się zupełnie nie liczyło, ponieważ usłyszałam z ust Ewy wspaniałą obietnicę: pierwsze efekty już po 10 dniach. Nie dwóch miesiącach, nie pół roku, ale 10 dniach. Tak, chcę to zobaczyć!
czwartek, 18 listopada 2010
Zbytecznik kuchenny #5

Hasło "łyżeczka do grejpfruta" nie ma wielu sensownych (czyli takich, które da się kupić) wyników w Google, ale ten, który jest, po kliknięciu pokazuje zabawny designerski przyrząd w kształcie flaminga. Na fali entuzjazmu byłam gotowa natychmiast złożyć zamówienie także na inne zabawne przyrządy w kształcie zwierzątek (np. wiewórkowy nożyk do mandarynek), które staną się kupionymi rozsądnie wcześnie prezentami bożonarodzeniowymi, a to po to, by koszty przesyłki nie przekroczyły kosztów zakupów. Na szczęście się opamiętałam, zrezygnowałam z nożyka i łyżeczki, postanowiłam dać sobie czas na przemyślenie i spróbować znaleźć pożądany przedmiot gdzieś bliżej.

Z przykrością muszę donieść, że nie wszystkie moje problemy zostały rozwiązane za pomocą tej łyżeczki. Owszem, jedzenie grejpfruta nie jest już związane z takim wysiłkiem, ostry czubek i może nie tak widoczne na zdjęciu, ząbki elegancko wbijają się w miąższ, co nie zapobiega jednak pryskaniu soku. Na wyposażeniu zawsze warto mieć jeszcze okulary.
Do przygotowania galaretki łyżeczka nie będzie Wam potrzebna. Byłam miło zaskoczona jej smakiem, bo w końcu to tylko usztywniona słodzona biała herbata*, za którą nie przepadam. Zresztą, tak jak za galaretką. Prawdę mówiąc, ten deser zrobiłam tylko dlatego, że pięknie się prezentował. Ne jestem z niego całkiem zadowolona, bo z podanych proporcji wychodzi owocowa sałatka lekko przyozdobiona galaretką, ale kiedy wnikliwie przyjrzałam się zdjęciom oryginalnego wykonania doszłam do wniosku, że autorka przepisu właśnie to miała na myśli. Ja zwiększyłabym ilość galaretki, a zmniejszyła owoców. Dużą zaletą deseru jest dziecinna łatwość wykonania, nawet filetowanie grejpfrutów, które, jak założyłam, będzie trwało wieki, poszło nadspodziewanie szybko. Jeśli nie wiecie, jak to zrobić, pomoże Wam ten filmik.
Ponieważ potrzebuję jakiejś puenty, powiem jeszcze tylko, że grejpfruty jadam średnio ze dwa razy w roku.

Grejpfrut i granat w galaretce z białej herbaty
źródło: Tartelette
Składniki:
2 łyżeczki żelatyny
1 torebka białej herbaty lub dwie łyżki herbacianych liści
1 szklanka gorącej wody
2 łyżki cukru (więcej, jeśli wolicie słodszą herbatę)
2 czerwone grejpfruty
2 białe grejpfruty
1 granat (same pestki ;)
Wykonanie:
- Żelatynę rozpuścić w niewielkiej ilości gorącej wody.
- Herbatę zaparzyć w gorącej wodzie przez 2-3 minuty lub tak długo, jak lubicie. Herbatę odcedzić, dodać cukier i żelatynę, wymieszać. Zostawić na kilka minut do ostygnięcia.
- Kawałki grejfrutów i ziarenka granatu rozdzielić na cztery naczynia, w których będziemy podawać deser, i zalać galaretką*.
- Wstawić do lodówki na 2-3 godziny, aż się zsiądzie.
- Zrobienie deseru w jednym naczyniu i prezentowanie go poza nim nie zdało egzaminu – galaretki jest niewiele, do tego jest dość miękka i zamiast ładnie się kroić, rozmazuje się, w czym pomagają zbyt duże kawałki grejpfrutów. Możecie oczywiście pomnożyć przez dwa składniki galaretki i pomyśleć o większej ilości żelatyny, do tego podzielić przez dwa ilość grejpfruta i pokroić go na mniejsze cząstki, wtedy powinno być ok.
środa, 23 września 2009
Ciepło-zimny pierwszy dzień jesieni. Crumble i lody cynamonowe
człowiek tylko leżałby i spał...
A przecież cieszyć się z nadejścia jesieni jest tak łatwo.
...bo można znowu opijać się gorącą herbatą (może wreszcie przekonam się do innej niż czarna?).
...bo jesienne słońce jest zupełnie inne niż letnie (i jeszcze jest!)
....bo już można niedbale otulić się szalikiem, cudownie miękkim i ciepłym, nie martwiąc się jeszcze, że coś tam zawieje za kołnierz.
...bo opadłe liście tak przyjemnie szeleszczą pod stopami.
...bo można nazbierać kasztanów i obracać je w kieszeni kurtki i nawet wczesnym rankiem, droga wydaje się przyjemniejsza.
A spanie... a ze spaniem poczekam do zimy. A przynajmniej do listopada, teraz szkoda tracić na to czas.
PS Poeta chyba jednak myślał podobnie. A kto nie pamięta, może sprawdzić na przykład tu.
Jabłkowe crumble z lodami cynamonowymi
Lody cynamonowe
(Michel Roux)
6 żółtek
125 g cukru
500 ml mleka
laska cynamonu o wadze ok. 20 g (nie mam pojęcia ile to jest, ja dałam dwa ok. 4 cm kawałki na połowę tej porcji i okazało się to trochę za dużo. A z połowy porcji lodów zdecydowanie za mało.)
Wykonanie:
- Mleko zagotować z cynamonem i 2/3 cukru. Żółtka utrzeć z pozostałym cukrem na jasny, rzadki krem.
- Na żółtka wylać gorące mleko, cały czas mieszając. Przelać z powrotem do garnka (najlepiej czystego).
Kilka rad, dla tych, którzy jeszcze nie mają za sobą procesu robienia kremu angielskiego (tak nazywa się ta masa, będąca półproduktem do lodów). Nie będę Was mamić, że rzecz jest prosta. Zanim wreszcie udało mi się uzyskać przyzwoity efekt, miałam za sobą kilka zwarzonych prób. Mieszankę należy gotować na naprawdę małym ogniu. Cały czas mieszać. Kiedy masa jest zbyt bliska wrzenia, dobrze ją na chwilę zdjąć z ognia, albo nawet schłodzić w misce z zimną wodą. Spokojnie, w końcu zgęstnieje. Dobra konsystencja to taka, że kiedy przejedzie się palcem po tyle łyżki zamoczonej w masie, to nic się nie zlewa. Wtedy krem należy ostudzić, a następnie przecedzić przez sitko i mrozić w maszynie według instrukcji, lub po prostu przełożyć do jakiegoś zamykanego pojemnika i co jakiś czas zmiksować.
160 g mąki
80 g cukru pudru
80 g masła
łyżeczka cukru waniliowego
3 dość duże jabłka + cukier w ilości zależnej od tego, na ile jabłka są kwaśne. Nie należy przesadzać, bo kruszonka i lody są bardzo słodkie. Jeżeli same jabłka też są słodkie, można nie dawać cukru w ogóle.
Wykonanie:
- Masło, mąkę, cukier i cukier waniliowy rozetrzeć palcami na okruchy. Właściwa konsystencja kruszonki to taka, kiedy ciasto da się co prawda złożyć w jedną kulkę, ale przy byle dotknięciu kulka rozpada się na okruszki. Jeśli tak nie jest, ciasto jest za suche lub za tłuste, odpowiednio dodajcie tego, czego potrzeba.
- Jabłka obrać, pokroić w kostkę, ewentualnie wymieszać z cukrem.
- Nasmarować masłem naczynie żaroodporne (miałam owalną miseczkę dł. 23 cm), wyłożyć jabłka, posypać kruszonką. Na tym etapie może się Wam wydawać, że kruszonki jest za dużo, ale podczas pieczenia ciasto opadnie.
- Piec w 180 st. C ok. 30 min., lub do momentu, kiedy kruszonka będzie zrumieniona.
- Podawać gorące, z lodami cynamonowymi.
środa, 16 września 2009
This is no shape for a girl
Wpis z dedykacją specjalną dla Piany, chwilowo zamiast bakłażana. Chociaż ten jej post wrześniowy, to nie najszczęśliwszy, jeśli ma się z nim do czynienia w okolicach bloga o gotowaniu. Dobrze, że zrobiłam sałatkę, a nie jakieś ciacho z kremem...
A jak chcecie zaspokoić Waszą ciekawość, jaki jest ten odpowiedni kształt dla dziewczyny, to tutaj. I to akurat, zupełnie przypadkowo, jest bardzo wrześniowego wpisu à propos.

Składniki:
dla każdej osoby:
garść rukoli
pół niedużej gruszki
ok. 30 g sera z niebieską pleśnią
kilka orzechów włoskich (u mnie ze 4)
płaska łyżka cukru
Sos:
(na jakieś 4-6 porcji)
4 łyżki oliwy
1 łyżka octu balsamico
łyżeczka musztardy
sól, pieprz (nie za dużo)
Wykonanie:
- Cukier skarmelizować, zdjąć z ognia, wrzucić do niego orzechy, dobrze wymieszać, żeby dokładnie pokryły się karmelem, wylać na papier do pieczenia lub natłuszczoną folię. Chociaż to dla lodówki niezdrowe, ja od razu tam masę włożyłam, żeby szybciej zastygło. Kiedy stwardnieje, posiekać. Okruszki karmelu, bez orzechów, też są do wykorzystania.
- Rukolę opłukać, dobrze osuszyć, bo nie ma nic gorszego, niż sałata pływająca w wodzie. Ser pokroić. Gruszkę (ja nie obierałam) pokroić na plasterki lub półplasterki, zależy jaka była duża.
- Składniki sosu wymieszać, najłatwiej w słoiku lub trzepaczką, wlać na dno miski, w której będzie mieszana sałatka, na sos wyłożyć wszystkie składniki. Wymieszać, pamiętając o złotej zasadzie: mało sosu, dużo mieszania. Dobre z chlebem razowym.
środa, 19 sierpnia 2009
Proste jak panna cotta
Oczywiście nie pamiętam wszystkich popołudni tam spędzonych, ale tamto właśnie tak, chociaż tak naprawdę niewiele różniło się od wielu innych, równie leniwych i beztroskich, pozbawionych obowiązków i wypełnionych przyjemną świadomością, że zanim ten rok się skończy, będzie takich jeszcze wiele.
Musiała być już późna jesień, bo pogoda była taka sobie. Wybrałam się z koleżanką na spacer do miasta. Kupiłam sobie brązowy sweter z dekoltem w serek. I upatrzyłam inny, niebieski, który kupiłam kilka dni później. A potem poszłyśmy do kolegi na herbatkę i wylałam ją na papierową torebkę, w którą sweter był zapakowany. Ten moment jednak już Was nie dotyczy, bo pamiętna chwila, w uroczej knajpce na rogu placyku, którego imienia już nie pamiętam, miała miejsce wcześniej.
Nie udało mi się nigdy później wypić tak dobrego mojito. Uściślając, nie udało mi się nigdy później wypić mojito, które zawierałoby równie uczciwą ilość alkoholu. Na szczęście, przynajmniej dobrą panna cottę mogę jeść tak często, jak mi się tylko zamarzy.
Kiedy jadłam ją po raz pierwszy, sądziłam, że ten wyrafinowany i delikatny mus musi mieć jakąś skomplikowaną i trudną do odtworzenia recepturę. Kiedy przeczytałam, że całe magiczne działanie, to właściwie zagotowanie śmietany z cukrem i dorzucenie żelatyny, trudno było mi w to uwierzyć. Ta biała, leciutka chmurka, kremowa i delikatna, to po prostu śmietana, cukier i żelatyna, którą mam zwykle w pogardzie? Tak bardzo nie mogłam się z tym pogodzić, że długo się wahałam, czy przepis wypróbować, na szczęście, w końcu się odważyłam i okazał się to całkowity sukces. Tajemnica polega na tym, żeby użyć tłustej śmietany i dodać tylko tyle żelatyny, by deser miał w miarę stałą, ale nie sztywną, konsystencję. Panna cotta jedzona we Francji była podana z sosem pomarańczowym, który stanowi świetny kontrapunkt dla słodkiego deseru. Dzisiaj prezentuję wersję z sosem malinowym. To słodsze, ale, moim zdaniem równie udane, połączenie.
6 porcji
Składniki:
Panna cotta:
(zmodyfikowany przepis Agnieszki Kręglickiej)
500 ml śmietanki 30 lub 36%
2 łyżeczki żelatyny
40 g cukru
2 łyżeczki cukru waniliowego lub ziarnka wanilii
Sos karmelowo-malinowy:
1,5 szklanki malin
5 łyżek cukru
trochę soku z cytryny (niekoniecznie)
ewentualnie: maliny do przybrania
Wykonanie:
- Śmietankę zagotować z cukrem i cukrem wanilinowym (lub ziarnkami wanilii). Żelatynę rozpuścić w 1/2 szklanki gorącej wody, połączyć ze śmietanką. Przez gęste sitko przelać do małych naczyniek lub jednego dużego. Wystudzić, odstawić na kilka godzin do lodówki, do stężenia.
- Cukier skarmelizować na złoto. Jeżeli chcecie wykonać również karmelowe ozdoby, przygotujcie kawałek pergaminu do pieczenia lub folii aluminiowej, posmarowanej olejem. Zdejmijcie garnek z ognia, nabierzcie na łyżkę trochę karmelu i kreślcie nad pergaminem kółka. Jeżeli karmel za bardzo zgęstnieje, chwilę go podgrzejcie. Z folii karmel odklei się bez problemu, pergamin trzeba delikatnie zmoczyć i wtedy też z odklejeniem nie będzie kłopotu.
- Karmel z powrotem postawić na kuchence, natychmiast dorzucić maliny. Wszystko zacznie syczeć i się zestalać, ale spokojnie należy czekać, aż cukier znowu się rozpuści, maliny rozgotują i powstanie sos. Chwilę pogotować, aż trochę zgęstnieje. Można wcisnąć odrobinę cytryny albo, na etapie dorzucania malin, dodać startą z niej skórkę. Sos podawać zimny, gorący zacznie rozpuszczać deser.
- Panna cottę można podawać w naczyńkach lub na talerzykach. Wtedy naczyńka wkładamy na chwilę (naprawdę krótką) do gorącej wody, przykrywamy talerzykiem, obracamy, a deser powinien znaleźć się na talerzu.
środa, 12 sierpnia 2009
Jeżynowe tartletki
Zabierając się do jeżynowych tartletek, choć to wariacja na temat francuskiego klasyka, nie spodziewałam się zbyt wiele. Nie sądziłam, by śmietanowa polewa, dotychczas znana mi w wersji wytrawnej, sprawdziła się na słodko. Cóż, okazuje się, że przyjemnie jest się czasem pomylić. Polewa jest kremowa i pyszna, jej słodki smak jest doskonałym tłem dla kwaskowatych owoców. Śmietanowa mieszanka świetna była nawet na surowo i, choć to pewnie strasznie niezdrowe, to co mi zostało po polaniu ciastek (a było tego sporo, bo trochę zamieszałam z ilością) po prostu wyjadłam na śniadanie. Polecam również kruche ciasto z przepisu Jamiego Olivera, jest na tyle dobre, że pewnie będę je stosować przy większości tego typu wypieków.
Kruche ciasto:
(przepis: Jamie Oliver)
(na dużą tartę lub 12 tartletek średnicy 10 cm, ja zrobiłam z połowy składników)
250 g mąki
125 g masła
100 g cukru pudru
szczypta soli
2 żółtka
2 łyżki zimnej wody/mleka
Nadzienie:
(na dużą tartę, w nawiasach na 6 tartletek)
maliny i jeżyny w dowolnych proporcjach, u mnie z przewagą jeżyn (myślę, że sobie poradzicie, bo zapomniałam zmierzyć, ile właściwie potrzeba)
3 jajka (1 jajko)
szklanka kwaśnej śmietany (niecała połowa szklanki – mniej więcej połowa małego opakowania)
pół szklanki cukru (2 łyżki)
Wykonanie:
- Wszystkie składniki ciasta, oprócz wody, połączyć ze sobą, najlepiej za pomocą noża lub widelca, aż osiągną konsystencję okruszków. Dodać wodę, szybko zagnieść. Ciasto owinąć folią, włożyć do lodówki na co najmniej godzinę. Jamie radzi przed włożeniem do lodówki uformować z ciasta wałek, a potem kroić go na krążki, które rozkłada się po powierzchni formy na tartę, aż pokryją całą, a następnie dociska, żeby było mniej więcej równo. W tartletkach ta metoda sprawdza się jeszcze lepiej, bo uformowałam taki wałek, żeby krążki miały trochę średnicę niewiele mniejszą, niż była potrzebna do wyłożenia foremek. Każdy krążek trochę rozwałkowałam, a potem ulokowałam w foremce.
- Piekarnik nagrzać do 180 stopni C. Tartletki podpiec, aż będą lekko rumiane (ok. 10 min.).
- Wymieszać składniki polewy: śmietanę, jajka, cukier. Owoce ciasno ułożyć na podpieczonym cieście, zalać polewą. Ważne! Owoce muszą być suche, żeby nie przemoczyły ciasta, więc trzeba je opłukać znacznie wcześniej lub osuszyć delikatnie papierowym ręcznikiem.
- Piec aż polewa się zsiądzie, ja piekłam ok. 30 min.
piątek, 7 sierpnia 2009
Kartka z podróży. Mrożony jogurt cytrynowy

(przepis: Recettes express)
Składniki:
(porcja dla 8 osób)
1 litr jogurtu waniliowego (dałam naturalny)
185 ml soku z cytryny
185 g cukru
60 ml syropu kukurydzianego (dałam miód)
1 łyżeczka skórki startej z cytryny
½ łyżeczki esencji waniliowej (nie dałam)
Wykonanie:
- Sitko wyłożyć gęstą gazą, przelać na nie jogurt. Sitko położyć na misce i wstawić na co najmniej dwie godziny do lodówki, żeby z jogurtu odciekł nadmiar płynu.
- Wymieszać resztę składników, ubijać, aż cukier się rozpuści, dodać jogurt, nie przerywając ubijania.
- Przełożyć masę jogurtową do płytkiego naczynia i wstawić na dwie godziny do zamrażalnika. Po tym czasie wyjąć, przełożyć do miseczki i ubijać aż masa będzie jednolita (tzn. zamrożone części wmieszają się w resztę). Powtórzyć procedurę trzy razy. Następnie przełożyć masę do zamykanego pojemnika i mrozić do końca, co najmniej 4 godziny. Ja zrobiłam dużo mniejszą porcję, więc też krócej mroziłam. Czas kolejnych mrożeń dostosujcie do konsystencji, którą jogurt już osiągnął, żeby w pewnym momencie nie okazało się, że nie ma czego mieszać.
- Pewnie można to wszystko zrobić w maszynce do lodów, ale Ci, którzy są szczęśliwymi posiadaczami i tak pewnie wiedzą.
środa, 5 sierpnia 2009
Pantao, z chińskiego: brzoskwinia płaskoowocowa. Odmiana: Saturn. Kandyzowana. Pankejki.
Piszą też, że raczej się nie przyjmie, pozostanie ciekawostką do hodowania w działkowych ogródkach (jest dość droga, trudna w transporcie). Więc apeluję: kupujcie pantao, jest pyszna!
Sos brzoskwiniowy:
(przepis: Choć razem coś ugotujemy, a potem upieczemy)
4 brzoskwinie
3 łyżki masła
¼ litra soku pomarańczowego
sok z ½ cytryny
Brzoskwinie sparzyć, obrać ze skórki, przekroić na pół, wyjąć pestkę, pokroić w plasterki. Cukier skarmielizować (jak wiadomo, trzeba uważać, bo to najpierw idzie wolno, a potem o wiele za szybko), dodać masło, kiedy się rozpuści, brzoskwinie i resztę składników. Gotować do lekkiego zgęstnienia sosu.
PS Według znanej mi definicji, kandyzowane owoce to coś całkiem innego, ale tak nazywały się w przepisie źródłowym i, ponieważ to pysznie brzmi, postanowiłam zostawić.
Pancakes:
(przepis: Nigella gryzie, proporcje na ok. 25 małych pankejków)
30 g (dwie łyżki) masła
225 g mąki
2 czubate łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka cukru
szczypta soli
300 ml mleka
2 jajka
- Rozpuścić masło, trochę wystudzić. Wymieszać wszystkie składniki (łącznie z masłem), najlepiej mikserem. Jeżeli nie macie, to należy wymieszać suche składniki, a potem dolać do nich, również ze sobą zmieszane, mokre. Wymieszać wszystko. Ciasto będzie raczej gęste.
- Rozgrzać na patelni olej, smażyć małe pankejki. Kiedy na powierzchni placków pojawią się pęcherzyki powietrza, to znak, że można je przewrócić na drugą stronę. Dosmażyć. Podawać z sosem brzoskwiniowo-pomarańczowym.
wtorek, 21 lipca 2009
Babeczki z malinami

Zauważyłyście (bo te wspominki kieruję jednak w stronę Pań), ile miejsca poświęca Lucy Maud Montgomery jedzeniu? Która z Was nie była ciekawa, jak powinien smakować walerianowy tort Ani, pierwsze w jej życiu lody, sok, który wywołał tyle zamieszania, czy ciastka malinowe, których trzy sztuki trzeba było rozdzielić między 10 dziewczynek?
Wydawcy o tej ciekawości czytelniczek dobrze wiedzą i pojawiły się już dwie (przynajmniej o dwóch wiem) książki, które tę ciekawość mają zaspokoić. Dzisiejszy przepis pochodzi z wydanej w 1993 "Książki kucharskiej Ani z Zielonego Wzgórza", którą natychmiast, jak tylko się ukazała, nabyłam. Z czego wniosek, że już w tych archaicznych czasach lubiłam nie tylko czytać, ale i gotować.
Znowu będzie coś na staroświecki podwieczorek, tym razem bardziej elegancki. Nie wiem, na ile przepis jest wierny tym, które stosowano w końcu XIX wieku w Kanadzie, na pewno jednak wywodzi się z kuchni Ameryki Północnej, bo zanim Wy na to wpadniecie, sama donoszę, że jest teoretycznie bardzo do blueberry pie podobny. Bo niby składa się z kruchego ciasta i owocowego środka, no ale przecież, spieszę się usprawiedliwić, już samo nadanie tym składnikom kształtu babeczki, zmienia absolutnie wszystko. I choć tutaj przyznam, że znam lepsze babeczkowe kombinacje, to jednak tej właśnie, trudno mi się od czasu do czasu oprzeć.
Naprawdę dobre jest ciasto robione z tego przepisu, nie za słodkie i kruche, ale nie takie rozpadające się w rękach. Polecam do wykorzystania przy innych babeczkowych okazjach. Malinowe nadzienie najlepsze jest wyjadane prosto z garnuszka, zaraz po zrobieniu, nie musicie się jednak specjalnie ograniczać, bo ilość podana w przepisie jest zdecydowanie za duża w stosunku do ilości ciasta.
Z powieściowym pierwowzorem te ciasteczka na pewno mają wspólną przynajmniej jedną cechę: z tych proporcji wychodzi jedynie jakieś 16 mini ciasteczek (takich na dwa kęsy), więc mogą rzeczywiście boleśnie zaostrzyć apetyt, jeżeli na podwieczorek zaprosicie zbyt dużo koleżanek ;)
Ciasto:
1/4 szklanki wody
*dałam 200 g świeżych, bo pamiętałam, że tego nadzienia wychodzi jakoś za dużo (i tak jest, bo teoretycznie powinnam napełnić malinami tylko połowę babeczek, skoro robiłam z podwójnej ilości ciasta), ale byłam zbyt ufna w swoją pamięć, więc przepis doczytałam do końca już post factum i okazało się, że autorka świeżych radzi wziąć tylko 1 szklankę.
- Do mąki wsypać sól, posiekać z masłem (jak odmierzyć 6 łyżek masła możecie przeczytać w tym przepisie), dodać resztę składników, nadal łączyć ze sobą widelcem, a kiedy ten już nic nie zdziała, rękami dognieść ciasto do końca. Odrywać małe kawałki ciasta i wylepiać nimi dobrze wysmarowane masłem foremki. Tak przygotowane babeczki włożyć do lodówki. Żeby było bardziej elegancko, ja rozwałkowałam ciasto i wykrawałam w nim szklanką kółka, którymi wylepiałam foremki.
- Przygotować nadzienie: mąkę rozmieszać z wodą, dodać cukier, a następnie maliny. Gotować 10-15 minut, aż masa zgęstnieje (mieszać!).
- Babeczki wypełniać do 2/3 nadzieniem (nie za dużo, bo kipi i bulgoce podczas pieczenia = wypływa z babeczki, obkleja boki ciastka i foremkę = pali się i utrudnia wyjmowanie ciastek z foremek).
- Piec 10 minut w 220 stopniach C, następnie obniżyć temperaturę do 180 stopni i piec jeszcze 15 minut. Pierwszą partię upiekłam według tych wskazówek, ale drugą, z lenistwa, już tylko w 180 stopniach i raczej im to nie zaszkodziło.
środa, 15 lipca 2009
Blueberry pie

Przepis, który proponuję, jest bardzo prosty, ciekawostka to dodatek do nadzienia cynamonu oraz... gałki muszkatałowej. Ich lekko ostry smak jest wyraźnie wyczuwalny, spróbujcie jednak zapytać, nawet kulinarnie uświadomioną osobę, co konkretnie czuje, a raczej nie otrzymacie dobrej odpowiedzi. Największą jednak zaletą blueberry pie jest cudowny, jagodowy zapach, wypełniający kuchnię podczas pieczenia. I jeszcze jedno – nie trzeba czekać, aż całkiem wystygnie, bo najpyszniejsze jest jeszcze lekko ciepłe, najlepiej z dodatkiem lodów waniliowych.

(ilości bardzo nieznacznie zmodyfikowane w porównaniu do oryginału)
Ciasto:
2 szklanki mąki
2/3 szklanki masła*
4-5 łyżek bardzo zimnej wody
szczypta soli
Nadzienie:
2/3 szklanki cukru
2 łyżki mąki
¼ łyżeczki cynamonu
1/2 łyżeczki gałki muszkatałowej
500g jagód (a tak naprawdę między 400 a 450, odejmując to, co wyjadłam w międzyczasie)
*u mnie to było 3/4 kostki. Jeżeli jednak chcecie, żeby Wasze pie miało jeszcze więcej staroświeckiego uroku, należy to zrobić tak: nalać do szklanki zimną wodę, odlać 2/3 i małymi kawałeczkami wrzucać masło, aż woda z powrotem wróci do brzegu szklanki. Wypróbowałam, ale radzę wziąć większe naczynie z podziałką i z niego odlać ilość odpowiadającą 2/3 szklanki, ponieważ przy tym stosunku masła do wody będziecie je musieli do tej szklanki wpychać, a to dość kłopotliwe.
Przygotowanie:
- W mąkę z dodatkiem soli wgnieść widelcem lub wsiekać nożem tyle masła, ile się da. Do mikstury wlać 3-4 łyżki wody i szybko zagnieść ciasto, jeśli to konieczne, dolać jeszcze wody.
- Ciasto podzielić na dwie nierówne połowy. Większą rozwałkować na koło o średnicy mniej więcej 30 cm (oczywiście zależy od wielkości formy, u mnie miała jakieś 23 czy 24 cm) i przełożyć do wysmarowanej masłem formy. Mniejszą połowę rozwałkować na wielkość formy i obydwie części włożyć do lodówki na co najmniej pół godziny. Mniejszy okrąg położyłam na desce do krojenia, inna opcja to większy talerz. Oczywiście można ciasto najpierw schłodzić, a potem wałkować, ale idea jest taka, żeby do piekarnika szło tak zimne, jak to możliwe, więc moim zdaniem lepiej się sprawdza pierwsza metoda.
- Wszystkie składniki nadzienia wymieszać i wyłożyć na schłodzone ciasto. Przykryć drugim okręgiem, zagiąć na niego boki pierwszego i dokładnie docisnąć np. widelcem, w cieście nie powinno być żadnych dziur ani pęknięć, bo to co nimi wypłynie, prawdopodobnie się przypali. Nie stresujcie się jednak za bardzo, u mnie dziury były, co jest dobrze widoczne na zdjęciach, a przypalone kawałki można od reszty odłupać. Żeby było całkiem jak na amerykańskim filmie, pośrodku ciasta zrobiłam cztery podłużne nacięcia (ma to swoje uzasadnienie – daje miejsce do ujścia parze, czyli inaczej rzecz ujmując, wodzie z owoców).
- Piec w 180 st. C. przez około 50 minut (Ja piekłam godzinę).
czwartek, 18 czerwca 2009
Eton mess, czyli truskawkowy bałagan
Ten zdecydowanie mało elegancki deser wziął swoją nazwę i podawany jest podobno w elitarnej brytyjskiej szkole dla chłopców w Eton. Anegdota mówi, że powstał po tym, jak pies usiadł na piknikowym koszyku. Nie wiem czy to prawda, ale eton mess właśnie tak wygląda, niedbałe połączenie truskawek, bez i bitej śmietany jest zdecydowanie mało fotogeniczne, ale za to jakie pyszne.
Eton mess
Składniki:
(dla czterech średnio żarłocznych osób)
250 ml śmietany 30 lub 36%
200 g truskawek
12 bezów (małych)
Wykonanie:
- Śmietanę ubić, posłodzić do smaku. Jeżeli nie lubicie bardzo słodkich deserów możecie nie słodzić w ogóle, bo deser wystarczająco osłodzą bezy.
- Truskawki pozbawić szypułek, duże pokroić na ćwiartki, małe na połówki.
- Bezy niezbyt drobno pokruszyć.
- Wszystkie składniki wymieszać i podzielić na porcje.
Jeżeli nie zamierzacie deseru podać od razu, przygotujcie składniki osobno i wymieszajcie dopiero przed podaniem.
Ilości w przepisie są orientacyjne, na tym polega jego urok, nie musicie wszystkiego ważyć i liczyć!






















