Pokazywanie postów oznaczonych etykietą owoce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą owoce. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 kwietnia 2017

70 do 30. Pokrzywa w płynie kontra ćwiczenia



Kilka tygodni temu nagle zaczęłam odnosić wrażenie, że wszyscy dookoła coś ćwiczą. Na siłowni, z trenerem, w domu z płytą DVD, biegają albo jeżdżą na rowerze. Nie wiem, dlaczego poczułam wewnętrzny bunt wobec własnych zasad (najlepszym ćwiczeniem jest spacer do kuchni ;-) i nieodpartą chęć dołączenia do grupy ćwiczących. To było bez sensu. W każdym razie, pewnego weekendowego wieczoru, w ramach rozrywki, postanowiłam na youtube'ie odpalić Ewę Chodakowską. Po 20 minutach ćwiczeń byłam zlana potem i ledwo żywa, jednak to się zupełnie nie liczyło, ponieważ  usłyszałam z ust Ewy wspaniałą obietnicę: pierwsze efekty już po 10 dniach. Nie dwóch miesiącach, nie pół roku, ale 10 dniach. Tak, chcę to zobaczyć!

czwartek, 18 listopada 2010

Zbytecznik kuchenny #5



Dzisiejszy zbytecznik jest trochę nietypowy, bo kupiłam go nie jako zachciankę, ale przedmiot niezbędny w mojej kuchni (albo nawet, w moim życiu), który pozwoli mi oszczędzić sobie trochę stresu i wysiłku, jakie towarzyszą jedzeniu grejpfrutów. Kontakt z tymi owocami kojarzy mi się ze skazaną na niepowodzenie próbą uniknięcia pryskania szczypiącego soku w oczy, a także usiłowaniami niepobrudzenia wszystkiego dookoła tymże sokiem, który, zamiast grzecznie siedzieć na łyżeczce, magicznym sposobem oblepia ręce i ścieka na obrus. Nie bez powodu jedzenie grejpfrutów odchudza, wysiłek fizyczny przy tej czynności jest nie do uniknięcia. Chociaż...

Hasło "łyżeczka do grejpfruta" nie ma wielu sensownych (czyli takich, które da się kupić) wyników w Google, ale ten, który jest, po kliknięciu pokazuje zabawny designerski przyrząd w kształcie flaminga. Na fali entuzjazmu byłam gotowa natychmiast złożyć zamówienie także na inne zabawne przyrządy w kształcie zwierzątek (np. wiewórkowy nożyk do mandarynek), które staną się kupionymi rozsądnie wcześnie prezentami bożonarodzeniowymi, a to po to, by koszty przesyłki nie przekroczyły kosztów zakupów. Na szczęście się opamiętałam, zrezygnowałam z nożyka i łyżeczki, postanowiłam dać sobie czas na przemyślenie i spróbować znaleźć pożądany przedmiot gdzieś bliżej.



Jak widzicie na załączonym obrazku, moje poszukiwania zostały uwieńczone sukcesem. Nie tak ładnym, lecz praktycznym i stosunkowo tanim (bardzo tanim, jeśli weźmie się pod uwagę, że powstrzymałam się od kupienia zaparzaczki do herbaty! w kształcie pióra, która byłaby doskonałą pomocą przy realizacji dzisiejszego przepisu ;)

Z przykrością muszę donieść, że nie wszystkie moje problemy zostały rozwiązane za pomocą tej łyżeczki. Owszem, jedzenie grejpfruta nie jest już związane z takim wysiłkiem, ostry czubek i może nie tak widoczne na zdjęciu, ząbki elegancko wbijają się w miąższ, co nie zapobiega jednak pryskaniu soku. Na wyposażeniu zawsze warto mieć jeszcze okulary.

Do przygotowania galaretki łyżeczka nie będzie Wam potrzebna. Byłam miło zaskoczona jej smakiem, bo w końcu to tylko usztywniona słodzona biała herbata*, za którą nie przepadam. Zresztą, tak jak za galaretką. Prawdę mówiąc, ten deser zrobiłam tylko dlatego, że pięknie się prezentował. Ne jestem z niego całkiem zadowolona, bo z podanych proporcji wychodzi owocowa sałatka lekko przyozdobiona galaretką, ale kiedy wnikliwie przyjrzałam się zdjęciom oryginalnego wykonania doszłam do wniosku, że autorka przepisu właśnie to miała na myśli. Ja zwiększyłabym ilość galaretki, a zmniejszyła owoców. Dużą zaletą deseru jest dziecinna łatwość wykonania, nawet filetowanie grejpfrutów, które, jak założyłam, będzie trwało wieki, poszło nadspodziewanie szybko. Jeśli nie wiecie, jak to zrobić, pomoże Wam ten filmik.

Ponieważ potrzebuję jakiejś puenty, powiem jeszcze tylko, że grejpfruty jadam średnio ze dwa razy w roku.



A jeśli ktoś nie wie/zapomniał o co chodzi w moich zbytecznikach, zapraszam do przeczytania tego posta.

Grejpfrut i granat w galaretce z białej herbaty
źródło: Tartelette

Składniki:

2 łyżeczki żelatyny
1 torebka białej herbaty lub dwie łyżki herbacianych liści
1 szklanka gorącej wody
2 łyżki cukru (więcej, jeśli wolicie słodszą herbatę)
2 czerwone grejpfruty
2 białe grejpfruty
1 granat
(same pestki ;)

Wykonanie:
  1. Żelatynę rozpuścić w niewielkiej ilości gorącej wody.
  2. Herbatę zaparzyć w gorącej wodzie przez 2-3 minuty lub tak długo, jak lubicie. Herbatę odcedzić, dodać cukier i żelatynę, wymieszać. Zostawić na kilka minut do ostygnięcia.
  3. Kawałki grejfrutów i ziarenka granatu rozdzielić na cztery naczynia, w których będziemy podawać deser, i zalać galaretką*.
  4. Wstawić do lodówki na 2-3 godziny, aż się zsiądzie.
  5. Zrobienie deseru w jednym naczyniu i prezentowanie go poza nim nie zdało egzaminu – galaretki jest niewiele, do tego jest dość miękka i zamiast ładnie się kroić, rozmazuje się, w czym pomagają zbyt duże kawałki grejpfrutów. Możecie oczywiście pomnożyć przez dwa składniki galaretki i pomyśleć o większej ilości żelatyny, do tego podzielić przez dwa ilość grejpfruta i pokroić go na mniejsze cząstki, wtedy powinno być ok.
*Właśnie sobie uświadomiłam, jaki popełniłam straszny błąd i ile miałam szczęścia. Chociaż dobrze przetłumaczyłam przepis, z jakiegoś powodu myślałam ciągle o zielonej, nie białej herbacie. Uwierzcie, to jest różnica. Podejrzewam, że nieopisana mieszanka, którą wyciągnęłam z szafki przygotowując deser BYŁA jednak białą, nie zieloną herbatą. Kiedy, zachęcona łatwością wykonania, chciałam deser powtórzyć w bardziej, moim zdaniem, właściwych proporcjach, użyłam innej herbaty i wyszedł niejadalny zielony... no, coś okropnego. Już wiem dlaczego.

środa, 23 września 2009

Ciepło-zimny pierwszy dzień jesieni. Crumble i lody cynamonowe




Oto widzisz, znowu idzie jesień,
człowiek tylko leżałby i spał...

A przecież cieszyć się z nadejścia jesieni jest tak łatwo.

...bo można znowu opijać się gorącą herbatą (może wreszcie przekonam się do innej niż czarna?).
...bo jesienne słońce jest zupełnie inne niż letnie (i jeszcze jest!)
....bo już można niedbale otulić się szalikiem, cudownie miękkim i ciepłym, nie martwiąc się jeszcze, że coś tam zawieje za kołnierz.
...bo opadłe liście tak przyjemnie szeleszczą pod stopami.
...bo można nazbierać kasztanów i obracać je w kieszeni kurtki i nawet wczesnym rankiem, droga wydaje się przyjemniejsza.

A spanie... a ze spaniem poczekam do zimy. A przynajmniej do listopada, teraz szkoda tracić na to czas.

PS Poeta chyba jednak myślał podobnie. A kto nie pamięta, może sprawdzić na przykład tu.

Crumble i lody cynamonowe

Jabłkowe crumble z lodami cynamonowymi

Lody cynamonowe
(Michel Roux)

6 żółtek
125 g cukru
500 ml mleka
laska cynamonu o wadze ok. 20 g (nie mam pojęcia ile to jest, ja dałam dwa ok. 4 cm kawałki na połowę tej porcji i okazało się to trochę za dużo. A z połowy porcji lodów zdecydowanie za mało.)


Wykonanie:
  1. Mleko zagotować z cynamonem i 2/3 cukru. Żółtka utrzeć z pozostałym cukrem na jasny, rzadki krem.
  2. Na żółtka wylać gorące mleko, cały czas mieszając. Przelać z powrotem do garnka (najlepiej czystego).

    Kilka rad, dla tych, którzy jeszcze nie mają za sobą procesu robienia kremu angielskiego (tak nazywa się ta masa, będąca półproduktem do lodów). Nie będę Was mamić, że rzecz jest prosta. Zanim wreszcie udało mi się uzyskać przyzwoity efekt, miałam za sobą kilka zwarzonych prób. Mieszankę należy gotować na naprawdę małym ogniu. Cały czas mieszać. Kiedy masa jest zbyt bliska wrzenia, dobrze ją na chwilę zdjąć z ognia, albo nawet schłodzić w misce z zimną wodą. Spokojnie, w końcu zgęstnieje. Dobra konsystencja to taka, że kiedy przejedzie się palcem po tyle łyżki zamoczonej w masie, to nic się nie zlewa. Wtedy krem należy ostudzić, a następnie przecedzić przez sitko i mrozić w maszynie według instrukcji, lub po prostu przełożyć do jakiegoś zamykanego pojemnika i co jakiś czas zmiksować.
Crumble (4-5 osób)

160 g mąki
80 g cukru pudru
80 g masła
łyżeczka cukru waniliowego
3 dość duże jabłka + cukier w ilości zależnej od tego, na ile jabłka są kwaśne. Nie należy przesadzać, bo kruszonka i lody są bardzo słodkie. Jeżeli same jabłka też są słodkie, można nie dawać cukru w ogóle.


Wykonanie:
  1. Masło, mąkę, cukier i cukier waniliowy rozetrzeć palcami na okruchy. Właściwa konsystencja kruszonki to taka, kiedy ciasto da się co prawda złożyć w jedną kulkę, ale przy byle dotknięciu kulka rozpada się na okruszki. Jeśli tak nie jest, ciasto jest za suche lub za tłuste, odpowiednio dodajcie tego, czego potrzeba.
  2. Jabłka obrać, pokroić w kostkę, ewentualnie wymieszać z cukrem.
  3. Nasmarować masłem naczynie żaroodporne (miałam owalną miseczkę dł. 23 cm), wyłożyć jabłka, posypać kruszonką. Na tym etapie może się Wam wydawać, że kruszonki jest za dużo, ale podczas pieczenia ciasto opadnie.
  4. Piec w 180 st. C ok. 30 min., lub do momentu, kiedy kruszonka będzie zrumieniona.
  5. Podawać gorące, z lodami cynamonowymi.

środa, 16 września 2009

This is no shape for a girl


Sałatka z gruszką, rukolą, orzechami i serem z niebieską pleśnią
źródło: The Golden Age of Advertising – 60's, wyd. Taschen

Dzisiaj wstępu właściwie nie będzie, chociaż miał być, ale postanowiłam nie być taka ambitna. Na początek rzucam Wam tylko taki reklamowy smaczek, ale po więcej reklamowych smaczków odeślę do osoby, która zna się na tym lepiej niż ja, chociaż kwalifikacje, zważywszy na moje wykształcenie, niby jakieś mam. Jednak mój dyplom i umiejętności, które poświadcza, spokojnie pokrywają się kurzem, a ja wolę zajmować się gotowaniem. Oczywiście, nie wyłącznie ;)

Wpis z dedykacją specjalną dla Piany, chwilowo zamiast bakłażana. Chociaż ten jej post wrześniowy, to nie najszczęśliwszy, jeśli ma się z nim do czynienia w okolicach bloga o gotowaniu. Dobrze, że zrobiłam sałatkę, a nie jakieś ciacho z kremem...

A jak chcecie zaspokoić Waszą ciekawość, jaki jest ten odpowiedni kształt dla dziewczyny, to tutaj. I to akurat, zupełnie przypadkowo, jest bardzo wrześniowego wpisu à propos.

Sałatka z gruszką, rukolą, orzechami i serem z niebieską pleśnią

Sałatka z gruszką, rukolą, orzechami i serem

Składniki:

dla każdej osoby:
garść rukoli
pół niedużej gruszki
ok. 30 g sera z niebieską pleśnią
kilka orzechów włoskich (u mnie ze 4)
płaska łyżka cukru


Sos:
(na jakieś 4-6 porcji)

4 łyżki oliwy
1 łyżka octu balsamico
łyżeczka musztardy
sól, pieprz (nie za dużo)


Wykonanie:
  1. Cukier skarmelizować, zdjąć z ognia, wrzucić do niego orzechy, dobrze wymieszać, żeby dokładnie pokryły się karmelem, wylać na papier do pieczenia lub natłuszczoną folię. Chociaż to dla lodówki niezdrowe, ja od razu tam masę włożyłam, żeby szybciej zastygło. Kiedy stwardnieje, posiekać. Okruszki karmelu, bez orzechów, też są do wykorzystania.
  2. Rukolę opłukać, dobrze osuszyć, bo nie ma nic gorszego, niż sałata pływająca w wodzie. Ser pokroić. Gruszkę (ja nie obierałam) pokroić na plasterki lub półplasterki, zależy jaka była duża.
  3. Składniki sosu wymieszać, najłatwiej w słoiku lub trzepaczką, wlać na dno miski, w której będzie mieszana sałatka, na sos wyłożyć wszystkie składniki. Wymieszać, pamiętając o złotej zasadzie: mało sosu, dużo mieszania. Dobre z chlebem razowym.

Sałatka z gruszką, rukolą, orzechami i serem z niebieską pleśnią

środa, 19 sierpnia 2009

Proste jak panna cotta


panna cotta z sosem malinowym

Panna cottę odkryłam tego samego popołudnia, co mojito. Było to kilka lat temu, w mojej mitycznej krainie szczęścia, na południu Francji, gdzie spędziłam rok na stypendium.

Oczywiście nie pamiętam wszystkich popołudni tam spędzonych, ale tamto właśnie tak, chociaż tak naprawdę niewiele różniło się od wielu innych, równie leniwych i beztroskich, pozbawionych obowiązków i wypełnionych przyjemną świadomością, że zanim ten rok się skończy, będzie takich jeszcze wiele.

Musiała być już późna jesień, bo pogoda była taka sobie. Wybrałam się z koleżanką na spacer do miasta. Kupiłam sobie brązowy sweter z dekoltem w serek. I upatrzyłam inny, niebieski, który kupiłam kilka dni później. A potem poszłyśmy do kolegi na herbatkę i wylałam ją na papierową torebkę, w którą sweter był zapakowany. Ten moment jednak już Was nie dotyczy, bo pamiętna chwila, w uroczej knajpce na rogu placyku, którego imienia już nie pamiętam, miała miejsce wcześniej.

Nie udało mi się nigdy później wypić tak dobrego mojito. Uściślając, nie udało mi się nigdy później wypić mojito, które zawierałoby równie uczciwą ilość alkoholu. Na szczęście, przynajmniej dobrą panna cottę mogę jeść tak często, jak mi się tylko zamarzy.

Kiedy jadłam ją po raz pierwszy, sądziłam, że ten wyrafinowany i delikatny mus musi mieć jakąś skomplikowaną i trudną do odtworzenia recepturę. Kiedy przeczytałam, że całe magiczne działanie, to właściwie zagotowanie śmietany z cukrem i dorzucenie żelatyny, trudno było mi w to uwierzyć. Ta biała, leciutka chmurka, kremowa i delikatna, to po prostu śmietana, cukier i żelatyna, którą mam zwykle w pogardzie? Tak bardzo nie mogłam się z tym pogodzić, że długo się wahałam, czy przepis wypróbować, na szczęście, w końcu się odważyłam i okazał się to całkowity sukces. Tajemnica polega na tym, żeby użyć tłustej śmietany i dodać tylko tyle żelatyny, by deser miał w miarę stałą, ale nie sztywną, konsystencję. Panna cotta jedzona we Francji była podana z sosem pomarańczowym, który stanowi świetny kontrapunkt dla słodkiego deseru. Dzisiaj prezentuję wersję z sosem malinowym. To słodsze, ale, moim zdaniem równie udane, połączenie.

panna cotta z sosem malinowym

Panna cotta z sosem karmelowo-malinowym
6 porcji

Składniki:

Panna cotta:
(zmodyfikowany przepis Agnieszki Kręglickiej)

500 ml śmietanki 30 lub 36%
2 łyżeczki żelatyny
40 g cukru
2 łyżeczki cukru waniliowego lub ziarnka wanilii


Sos karmelowo-malinowy:

1,5 szklanki malin
5 łyżek cukru
trochę soku z cytryny (niekoniecznie)
ewentualnie: maliny do przybrania


Wykonanie:
  1. Śmietankę zagotować z cukrem i cukrem wanilinowym (lub ziarnkami wanilii). Żelatynę rozpuścić w 1/2 szklanki gorącej wody, połączyć ze śmietanką. Przez gęste sitko przelać do małych naczyniek lub jednego dużego. Wystudzić, odstawić na kilka godzin do lodówki, do stężenia.
  2. Cukier skarmelizować na złoto. Jeżeli chcecie wykonać również karmelowe ozdoby, przygotujcie kawałek pergaminu do pieczenia lub folii aluminiowej, posmarowanej olejem. Zdejmijcie garnek z ognia, nabierzcie na łyżkę trochę karmelu i kreślcie nad pergaminem kółka. Jeżeli karmel za bardzo zgęstnieje, chwilę go podgrzejcie. Z folii karmel odklei się bez problemu, pergamin trzeba delikatnie zmoczyć i wtedy też z odklejeniem nie będzie kłopotu.
  3. Karmel z powrotem postawić na kuchence, natychmiast dorzucić maliny. Wszystko zacznie syczeć i się zestalać, ale spokojnie należy czekać, aż cukier znowu się rozpuści, maliny rozgotują i powstanie sos. Chwilę pogotować, aż trochę zgęstnieje. Można wcisnąć odrobinę cytryny albo, na etapie dorzucania malin, dodać startą z niej skórkę. Sos podawać zimny, gorący zacznie rozpuszczać deser.
  4. Panna cottę można podawać w naczyńkach lub na talerzykach. Wtedy naczyńka wkładamy na chwilę (naprawdę krótką) do gorącej wody, przykrywamy talerzykiem, obracamy, a deser powinien znaleźć się na talerzu.

panna cotta z sosem malinowym

środa, 12 sierpnia 2009

Jeżynowe tartletki


tartletki z jeżynami

Lubicie spacery po lesie? To nie jest wcale pytanie retoryczne. W dzieciństwie najchętniej w ogóle bym tam nie wchodziła, bo las kojarzył mi się nie z przyjemnym chłodem, zapachem igliwia, spokojem i ciszą, ale z czyhającymi na mnie wszędzie wściekłymi jeżami i wiewiórkami. I wilkami, oczywiście. Pewnie było to wynikiem lektury umoralniającej książeczki produkcji radzieckiej, której główna akcja polegała na poszukiwaniach lekarza, mającego przynieść ratunek pogryzionemu przez psa chłopcu. Mimo moich obaw, w lesie, ze stworzeń niosących bezpośrednie zagrożenie, można było spotkać wyłącznie mrówki, a poza tym pozbierać szyszki i kawałki kory, kolekcjonowane jako pamiątki z wakacji, narwać błękitnych dzwoneczków, a przy odrobinie szczęścia, najeść się jagód, malin, jeżyn oraz najrzadszych, i najbardziej z nich wszystkich poszukiwanych, poziomek. Smakują zupełnie inaczej niż te hodowlane.

Teraz na wycieczki do lasu (i w ogóle na jakiekolwiek wycieczki) jeżdżę stanowczo za rzadko, a leśne owoce, jeżeli już taki produkt w pobliżu się pojawi, żal jeść inaczej niż sauté. Ze sklepowymi jest jednak zupełnie inaczej, przetwarzanie często jedynie im służy.

Zabierając się do jeżynowych tartletek, choć to wariacja na temat francuskiego klasyka, nie spodziewałam się zbyt wiele. Nie sądziłam, by śmietanowa polewa, dotychczas znana mi w wersji wytrawnej, sprawdziła się na słodko. Cóż, okazuje się, że przyjemnie jest się czasem pomylić. Polewa jest kremowa i pyszna, jej słodki smak jest doskonałym tłem dla kwaskowatych owoców. Śmietanowa mieszanka świetna była nawet na surowo i, choć to pewnie strasznie niezdrowe, to co mi zostało po polaniu ciastek (a było tego sporo, bo trochę zamieszałam z ilością) po prostu wyjadłam na śniadanie. Polecam również kruche ciasto z przepisu Jamiego Olivera, jest na tyle dobre, że pewnie będę je stosować przy większości tego typu wypieków.

tartlteki z jeżynami

Tartletki z jeżynami

Kruche ciasto:
(przepis: Jamie Oliver)
(na dużą tartę lub 12 tartletek średnicy 10 cm, ja zrobiłam z połowy składników)

250 g mąki
125 g masła
100 g cukru pudru
szczypta soli
2 żółtka
2 łyżki zimnej wody/mleka


Nadzienie:
(na dużą tartę, w nawiasach na 6 tartletek)

maliny i jeżyny w dowolnych proporcjach, u mnie z przewagą jeżyn (myślę, że sobie poradzicie, bo zapomniałam zmierzyć, ile właściwie potrzeba)
3 jajka (1 jajko)
szklanka kwaśnej śmietany (niecała połowa szklanki – mniej więcej połowa małego opakowania)
pół szklanki cukru (2 łyżki)


Wykonanie:
  1. Wszystkie składniki ciasta, oprócz wody, połączyć ze sobą, najlepiej za pomocą noża lub widelca, aż osiągną konsystencję okruszków. Dodać wodę, szybko zagnieść. Ciasto owinąć folią, włożyć do lodówki na co najmniej godzinę. Jamie radzi przed włożeniem do lodówki uformować z ciasta wałek, a potem kroić go na krążki, które rozkłada się po powierzchni formy na tartę, aż pokryją całą, a następnie dociska, żeby było mniej więcej równo. W tartletkach ta metoda sprawdza się jeszcze lepiej, bo uformowałam taki wałek, żeby krążki miały trochę średnicę niewiele mniejszą, niż była potrzebna do wyłożenia foremek. Każdy krążek trochę rozwałkowałam, a potem ulokowałam w foremce.
  2. Piekarnik nagrzać do 180 stopni C. Tartletki podpiec, aż będą lekko rumiane (ok. 10 min.).
  3. Wymieszać składniki polewy: śmietanę, jajka, cukier. Owoce ciasno ułożyć na podpieczonym cieście, zalać polewą. Ważne! Owoce muszą być suche, żeby nie przemoczyły ciasta, więc trzeba je opłukać znacznie wcześniej lub osuszyć delikatnie papierowym ręcznikiem.
  4. Piec aż polewa się zsiądzie, ja piekłam ok. 30 min.

tartletki z jeżynami

piątek, 7 sierpnia 2009

Kartka z podróży. Mrożony jogurt cytrynowy


mrożony jogurt cytrynowy

Podróż w nieznane, chociaż kierunek jest określony. Za szybą ciągle nowe krajobrazy, wioski i miasta (znowu korek), drzewa i pola (eee, wszystko tak samo jak u nas), tunele (nie lubię), wybrzeża (jak pięknie). Zawsze te same myśli i rozmowy. Czemu wreszcie nie kupimy sobie samochodu z klimatyzacją? Albo: czemu oni nas tak mrożą, nie mogliby tego wyłączyć? Mamo, czy daleko jeszcze? I: czemu to radio tak ryczy, może trochę ciszej jednak. Nogi mi ścierpły nie możesz być już głodny dopiero wyjechaliśmy podaj mi picie przestań jej dokuczać nudzi mi się.

Stacje benzynowe i zajazdy. Grupy znużonych podróżnych, snujące się ze swoimi kanapkami, butelkami upragnionej zimnej coli i kubkami niezbyt gorącej i niezbyt dobrej kawy z automatów. Podróżni stojący w kolejkach do toalet, kupujący lody, rozrzucający papierki po tychże lodach i butelki po wypitej coli. Oglądający lokalne specjały i pamiątki w sklepikach przy stacjach benzynowych i zajazdach. Fale gorąca płynące od tirów i autobusów, opary benzyny i spaliny z silników. Jaki ma to związek z mrożonym cytrynowym jogurtem? Jeszcze nie wiem.

A może to dlatego, że jego smak przypomniał mi napój z kruszonego lodu, barwionego na żółto, pomarańczowo lub różowo, specyfikiem, którego składu lepiej nie znać? Można go dostać w każdej szanującej się miejscowości turystycznej. To jednak chyba nie to, bo nigdy go nie próbowałam.

A może to dlatego, że ten kurz, upał i zmęczenie, prowadzą do plaży, słońca, lenistwa i ogólnej wakacyjnej błogości? A mocno cytrynowy smak mrożonego jogurtu, sprawił, że na chwilę poczułam się jak na wakacjach.

mrożony jogurt cytrynowy

Mrożony jogurt cytrynowy
(przepis: Recettes express)

Składniki:
(porcja dla 8 osób)

1 litr jogurtu waniliowego (dałam naturalny)
185 ml soku z cytryny
185 g cukru
60 ml syropu kukurydzianego (dałam miód)
1 łyżeczka skórki startej z cytryny
½ łyżeczki esencji waniliowej (nie dałam)

Wykonanie:
  1. Sitko wyłożyć gęstą gazą, przelać na nie jogurt. Sitko położyć na misce i wstawić na co najmniej dwie godziny do lodówki, żeby z jogurtu odciekł nadmiar płynu.
  2. Wymieszać resztę składników, ubijać, aż cukier się rozpuści, dodać jogurt, nie przerywając ubijania.
  3. Przełożyć masę jogurtową do płytkiego naczynia i wstawić na dwie godziny do zamrażalnika. Po tym czasie wyjąć, przełożyć do miseczki i ubijać aż masa będzie jednolita (tzn. zamrożone części wmieszają się w resztę). Powtórzyć procedurę trzy razy. Następnie przełożyć masę do zamykanego pojemnika i mrozić do końca, co najmniej 4 godziny. Ja zrobiłam dużo mniejszą porcję, więc też krócej mroziłam. Czas kolejnych mrożeń dostosujcie do konsystencji, którą jogurt już osiągnął, żeby w pewnym momencie nie okazało się, że nie ma czego mieszać.
  4. Pewnie można to wszystko zrobić w maszynce do lodów, ale Ci, którzy są szczęśliwymi posiadaczami i tak pewnie wiedzą.

środa, 5 sierpnia 2009

Pantao, z chińskiego: brzoskwinia płaskoowocowa. Odmiana: Saturn. Kandyzowana. Pankejki.


Pancakes z sosem brzoskwiniowym

Owoce są spłaszczone, małe lub średniej wielkości, o średnicy 6–8 cm i masie 60–80 g, która po dokładnym przerzedzeniu zawiązków — osiąga lub przekracza 100 g. Skórka jest kremowa, w 60–90% pokryta czerwonym rumieńcem, a miąższ kremowobiały, miękki, soczysty, aromatyczny, wyjątkowo słodki, smaczny, odchodzący od pestki. Pestka jest mała, owalna, spłaszczona, bruzdowana, brązowa. „Saturn” to odmiana wyłącznie deserowa o średnio wczesnej porze dojrzewania i wysokiej plenności. Owoce są nieco podatne na pękanie po obfitych opadach występujących w okresie dojrzewania. (źródło: www.szkolkarstwo.pl)

Nic jeszcze o tym wszystkim nie wiedząc, zobaczyłam je pewnego dnia: zabawne, okrągłe poduszeczki z guzikiem pośrodku, i wiedziałam, że muszę je mieć. Żółto-pomarańczowo-czerwony owoc, słoneczna esencja lata. Delikatna, aksamitna skórka (fachowo: omszona). Pyszny miąższ, który musi kryć się w środku. Bardzo słodki, miodowy, migdałowy, orzechowy – tak o nim piszą.

Piszą też, że raczej się nie przyjmie, pozostanie ciekawostką do hodowania w działkowych ogródkach (jest dość droga, trudna w transporcie). Więc apeluję: kupujcie pantao, jest pyszna!

Pancakes z sosem brzoskwiniowym

Pankejki z kandyzowanymi brzoskwiniami

Sos brzoskwiniowy:
(przepis: Choć razem coś ugotujemy, a potem upieczemy)

4 brzoskwinie

2 łyżki cukru waniliowego
3 łyżki masła
¼ litra soku pomarańczowego
sok z ½ cytryny


Brzoskwinie sparzyć, obrać ze skórki, przekroić na pół, wyjąć pestkę, pokroić w plasterki. Cukier skarmielizować (jak wiadomo, trzeba uważać, bo to najpierw idzie wolno, a potem o wiele za szybko), dodać masło, kiedy się rozpuści, brzoskwinie i resztę składników. Gotować do lekkiego zgęstnienia sosu.

PS Według znanej mi definicji, kandyzowane owoce to coś całkiem innego, ale tak nazywały się w przepisie źródłowym i, ponieważ to pysznie brzmi, postanowiłam zostawić.

Pancakes:

(przepis: Nigella gryzie, proporcje na ok. 25 małych pankejków)

30 g (dwie łyżki) masła
225 g mąki
2 czubate łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka cukru
szczypta soli
300 ml mleka
2 jajka


  1. Rozpuścić masło, trochę wystudzić. Wymieszać wszystkie składniki (łącznie z masłem), najlepiej mikserem. Jeżeli nie macie, to należy wymieszać suche składniki, a potem dolać do nich, również ze sobą zmieszane, mokre. Wymieszać wszystko. Ciasto będzie raczej gęste.
  2. Rozgrzać na patelni olej, smażyć małe pankejki. Kiedy na powierzchni placków pojawią się pęcherzyki powietrza, to znak, że można je przewrócić na drugą stronę. Dosmażyć. Podawać z sosem brzoskwiniowo-pomarańczowym.
Pancakes z sosem brzoskwiniowym

Pancakes z sosem brzoskwiniowym

Przepis bierze udział w akcji:


wtorek, 21 lipca 2009

Babeczki z malinami




Dzisiaj znowu będzie nieco nostalgicznie, bo zeszłotygodniowe blueberry pie wywołało we mnie tęsknotę za wakacjami, a nie tylko za latem, które przebiega sobie gdzieś z boczku. Powracamy więc na Zielone Wzgórze i nie obiecuję, że tym razem porzucimy je na dłużej. Ale kiedy, jak nie latem, powracać do lektur dzieciństwa?

Zauważyłyście (bo te wspominki kieruję jednak w stronę Pań), ile miejsca poświęca Lucy Maud Montgomery jedzeniu? Która z Was nie była ciekawa, jak powinien smakować walerianowy tort Ani, pierwsze w jej życiu lody, sok, który wywołał tyle zamieszania, czy ciastka malinowe, których trzy sztuki trzeba było rozdzielić między 10 dziewczynek?

Wydawcy o tej ciekawości czytelniczek dobrze wiedzą i pojawiły się już dwie (przynajmniej o dwóch wiem) książki, które tę ciekawość mają zaspokoić. Dzisiejszy przepis pochodzi z wydanej w 1993 "Książki kucharskiej Ani z Zielonego Wzgórza", którą natychmiast, jak tylko się ukazała, nabyłam. Z czego wniosek, że już w tych archaicznych czasach lubiłam nie tylko czytać, ale i gotować.

Znowu będzie coś na staroświecki podwieczorek, tym razem bardziej elegancki. Nie wiem, na ile przepis jest wierny tym, które stosowano w końcu XIX wieku w Kanadzie, na pewno jednak wywodzi się z kuchni Ameryki Północnej, bo zanim Wy na to wpadniecie, sama donoszę, że jest teoretycznie bardzo do blueberry pie podobny. Bo niby składa się z kruchego ciasta i owocowego środka, no ale przecież, spieszę się usprawiedliwić, już samo nadanie tym składnikom kształtu babeczki, zmienia absolutnie wszystko. I choć tutaj przyznam, że znam lepsze babeczkowe kombinacje, to jednak tej właśnie, trudno mi się od czasu do czasu oprzeć.

Naprawdę dobre jest ciasto robione z tego przepisu, nie za słodkie i kruche, ale nie takie rozpadające się w rękach. Polecam do wykorzystania przy innych babeczkowych okazjach. Malinowe nadzienie najlepsze jest wyjadane prosto z garnuszka, zaraz po zrobieniu, nie musicie się jednak specjalnie ograniczać, bo ilość podana w przepisie jest zdecydowanie za duża w stosunku do ilości ciasta.

Z powieściowym pierwowzorem te ciasteczka na pewno mają wspólną przynajmniej jedną cechę: z tych proporcji wychodzi jedynie jakieś 16 mini ciasteczek (takich na dwa kęsy), więc mogą rzeczywiście boleśnie zaostrzyć apetyt, jeżeli na podwieczorek zaprosicie zbyt dużo koleżanek ;)



Ciastka z malinami „boleśnie zaostrzające apetyt”
Zrobiłam z podwójnej porcji ciasta i wyszły mi 33 babeczki, w tym dla 8 nie starczyło nadzienia.

Składniki:

Ciasto:
1 szkl. mąki
1 łyżka cukru
1/4 łyżeczki do herbaty soli
6 łyżek masła
1 żółtko
1 łyżka zimnej wody
1 łyżka soku z cytryny

Nadzienie:
300 g mrożonych malin*
3 łyżki mąki kukurydzianej (dałam pszenną)
1/4 szklanki wody
3/4 szklanki cukru

*dałam 200 g świeżych, bo pamiętałam, że tego nadzienia wychodzi jakoś za dużo (i tak jest, bo teoretycznie powinnam napełnić malinami tylko połowę babeczek, skoro robiłam z podwójnej ilości ciasta), ale byłam zbyt ufna w swoją pamięć, więc przepis doczytałam do końca już post factum i okazało się, że autorka świeżych radzi wziąć tylko 1 szklankę.

Wykonanie:
  1. Do mąki wsypać sól, posiekać z masłem (jak odmierzyć 6 łyżek masła możecie przeczytać w tym przepisie), dodać resztę składników, nadal łączyć ze sobą widelcem, a kiedy ten już nic nie zdziała, rękami dognieść ciasto do końca. Odrywać małe kawałki ciasta i wylepiać nimi dobrze wysmarowane masłem foremki. Tak przygotowane babeczki włożyć do lodówki. Żeby było bardziej elegancko, ja rozwałkowałam ciasto i wykrawałam w nim szklanką kółka, którymi wylepiałam foremki.
  2. Przygotować nadzienie: mąkę rozmieszać z wodą, dodać cukier, a następnie maliny. Gotować 10-15 minut, aż masa zgęstnieje (mieszać!).
  3. Babeczki wypełniać do 2/3 nadzieniem (nie za dużo, bo kipi i bulgoce podczas pieczenia = wypływa z babeczki, obkleja boki ciastka i foremkę = pali się i utrudnia wyjmowanie ciastek z foremek).
  4. Piec 10 minut w 220 stopniach C, następnie obniżyć temperaturę do 180 stopni i piec jeszcze 15 minut. Pierwszą partię upiekłam według tych wskazówek, ale drugą, z lenistwa, już tylko w 180 stopniach i raczej im to nie zaszkodziło.

środa, 15 lipca 2009

Blueberry pie




Niby można by napisać „ciasto jagodowe”, ale to jednak zupełnie nie to samo. Tak jak „apple pie” nie jest szarlotką. Blueberry pie to staroświeckie, okrągłe ciasto z jagodowym nadzieniem schowanym między dwoma kruchymi warstwami. Kojarzy mi się z filmami, na przykład adaptacjami książek Lucy Maud Montgomery, gdzie dziecięcy bohaterowie spędzają wakacje biegając po lasach i łąkach. A w porze podwieczorku czeka na nich mama lub babcia z domowym ciastem, które ukoi ich wszystkie smutki. Na przykład z blueberry pie.

Przepis, który proponuję, jest bardzo prosty, ciekawostka to dodatek do nadzienia cynamonu oraz... gałki muszkatałowej. Ich lekko ostry smak jest wyraźnie wyczuwalny, spróbujcie jednak zapytać, nawet kulinarnie uświadomioną osobę, co konkretnie czuje, a raczej nie otrzymacie dobrej odpowiedzi. Największą jednak zaletą blueberry pie jest cudowny, jagodowy zapach, wypełniający kuchnię podczas pieczenia. I jeszcze jedno – nie trzeba czekać, aż całkiem wystygnie, bo najpyszniejsze jest jeszcze lekko ciepłe, najlepiej z dodatkiem lodów waniliowych.




Składniki:
przepis pochodzi ze strony blueberry-recipe.com
(ilości bardzo nieznacznie zmodyfikowane w porównaniu do oryginału)


Ciasto:
2 szklanki mąki
2/3 szklanki masła*
4-5 łyżek bardzo zimnej wody
szczypta soli


Nadzienie:
2/3 szklanki cukru
2 łyżki mąki
¼ łyżeczki cynamonu
1/2 łyżeczki gałki muszkatałowej
500g jagód (a tak naprawdę między 400 a 450, odejmując to, co wyjadłam w międzyczasie)

*u mnie to było 3/4 kostki. Jeżeli jednak chcecie, żeby Wasze pie miało jeszcze więcej staroświeckiego uroku, należy to zrobić tak: nalać do szklanki zimną wodę, odlać 2/3 i małymi kawałeczkami wrzucać masło, aż woda z powrotem wróci do brzegu szklanki. Wypróbowałam, ale radzę wziąć większe naczynie z podziałką i z niego odlać ilość odpowiadającą 2/3 szklanki, ponieważ przy tym stosunku masła do wody będziecie je musieli do tej szklanki wpychać, a to dość kłopotliwe.

Przygotowanie:
  1. W mąkę z dodatkiem soli wgnieść widelcem lub wsiekać nożem tyle masła, ile się da. Do mikstury wlać 3-4 łyżki wody i szybko zagnieść ciasto, jeśli to konieczne, dolać jeszcze wody.
  2. Ciasto podzielić na dwie nierówne połowy. Większą rozwałkować na koło o średnicy mniej więcej 30 cm (oczywiście zależy od wielkości formy, u mnie miała jakieś 23 czy 24 cm) i przełożyć do wysmarowanej masłem formy. Mniejszą połowę rozwałkować na wielkość formy i obydwie części włożyć do lodówki na co najmniej pół godziny. Mniejszy okrąg położyłam na desce do krojenia, inna opcja to większy talerz. Oczywiście można ciasto najpierw schłodzić, a potem wałkować, ale idea jest taka, żeby do piekarnika szło tak zimne, jak to możliwe, więc moim zdaniem lepiej się sprawdza pierwsza metoda.
  3. Wszystkie składniki nadzienia wymieszać i wyłożyć na schłodzone ciasto. Przykryć drugim okręgiem, zagiąć na niego boki pierwszego i dokładnie docisnąć np. widelcem, w cieście nie powinno być żadnych dziur ani pęknięć, bo to co nimi wypłynie, prawdopodobnie się przypali. Nie stresujcie się jednak za bardzo, u mnie dziury były, co jest dobrze widoczne na zdjęciach, a przypalone kawałki można od reszty odłupać. Żeby było całkiem jak na amerykańskim filmie, pośrodku ciasta zrobiłam cztery podłużne nacięcia (ma to swoje uzasadnienie – daje miejsce do ujścia parze, czyli inaczej rzecz ujmując, wodzie z owoców).
  4. Piec w 180 st. C. przez około 50 minut (Ja piekłam godzinę).


czwartek, 18 czerwca 2009

Eton mess, czyli truskawkowy bałagan


eton mess
eton mess


Ten zdecydowanie mało elegancki deser wziął swoją nazwę i podawany jest podobno w elitarnej brytyjskiej szkole dla chłopców w Eton. Anegdota mówi, że powstał po tym, jak pies usiadł na piknikowym koszyku. Nie wiem czy to prawda, ale eton mess właśnie tak wygląda, niedbałe połączenie truskawek, bez i bitej śmietany jest zdecydowanie mało fotogeniczne, ale za to jakie pyszne.

Eton mess

Składniki:

(dla czterech średnio żarłocznych osób)

250 ml śmietany 30 lub 36%

200 g truskawek

12 bezów (małych)

Wykonanie:

  1. Śmietanę ubić, posłodzić do smaku. Jeżeli nie lubicie bardzo słodkich deserów możecie nie słodzić w ogóle, bo deser wystarczająco osłodzą bezy.
  2. Truskawki pozbawić szypułek, duże pokroić na ćwiartki, małe na połówki.
  3. Bezy niezbyt drobno pokruszyć.
  4. Wszystkie składniki wymieszać i podzielić na porcje.

Jeżeli nie zamierzacie deseru podać od razu, przygotujcie składniki osobno i wymieszajcie dopiero przed podaniem.

Ilości w przepisie są orientacyjne, na tym polega jego urok, nie musicie wszystkiego ważyć i liczyć!