Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 maja 2017

O sztuce podróżowania

Po lewej churros, które jadłam w Hiszpanii, po prawej moja wersja.
Lubicie podróże? Pewnie 95% z Was uzna to pytanie za retoryczne. Ale, jak to w życiu, że posłużę się taką wyświechtaną frazą, sprawy zwykle są bardziej skomplikowane i czasami w samym środku najbardziej fajowskiej wycieczki mam poczucie, że właściwie najchętniej zostałabym w łóżku i oglądała telewizję lub nawet wróciła do domu, bo oglądanie telewizji z własnej kanapy byłoby jeszcze lepsze. Aż do niedawna czułam się z tego powodu trochę źle, ale nigdy więcej.

środa, 12 kwietnia 2017

Postne ciastka czekoladowe (bez cukru, masła i mąki)


 

Od kiedy zjadam wszystkie zakupione marchewki zanim zaczynają pleśnieć uznałam, że moja droga ku zdrowemu odżywianiu (cokolwiek to oznacza) została zakończona. Jednocześnie, w pełnej symbiozie ze zjadaniem 5 porcji warzyw i owoców dziennie, pozostaje moja miłość do słodyczy. Wykluczanie na zawsze rafinowanego cukru ze swojego życia uważam za głupotę, bo przynosi więcej szkód psychicznych niż korzyści zdrowotnych. Jednak pomimo tego, że zdaję sobie sprawę, że 100 gramowa tabliczka czekolady dość powszechnie uważana jest za porcję dla jednej osoby, to czasem, kiedy walczę z lekkimi mdłościami po jej zjedzeniu, nachodzą mnie różne myśli. Na przykład takie, że cześć słodyczy dostarczanej mi przez rafinowany cukier, białą mąkę i masło 82% tudzież mleczną czekoladę, można by jednak zastąpić czymś innym i zaczynam szukać przepisów na zdrowe słodkości. Nie akceptuję żadnych ersatzów. Przepis spełnia kryteria tylko jeśli okazuje się, że rezultat jest na tyle ok, że jadłabym to nawet gdyby nie było takie zdrowe. Czasem spotyka mnie gorzkie rozczarowanie, a czasami nie.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Czekolada



Czekolada.

Sam dźwięk tego słowa powoduje polepszenie nastroju (jest odwrotnie tylko jeśli się odchudzasz).

Czekoladowy weekend. Po raz trzeci na mojej liście świąt. I tak jak przed każdym innym świętem, już od dłuższego czasu myślę, co by tu zrobić, czym Was i siebie zaskoczyć. Ale, przynajmniej według mnie, święta to nie jest czas eksperymentów. No, w każdym razie zawsze muszą pojawić się też rzeczy znane, lubiane i wypróbowane.

W święta powinno być trochę nudno. Bezpiecznie, kojąco i przewidywalnie.

Zaraz, zaraz, nudno? Czy słowa czekolada i nuda wzajemnie się nie wykluczają? To chyba jedna z tych rzeczy, o której ciężko dłużej niż na 10 minut powiedzieć: nie chcę, mam już dość.

Tak samo jest z ciastem czekoladowym. Łatwy i szybki przepis. Żadnych komplikacji. Pytań. Wątpliwości. Niepewności dotyczącej efektów. Na pewno się uda. Jeśli będzie nieco niedopieczone, to nawet lepiej.

A jeśli pierwszy kawałek zaspokoi Waszą potrzebę poczucia, że jest tak, jak być powinno, kolejny posypcie pomarańczową solą. Sól i czekolada to zgrany duet. Kontrolowane ryzyko, którego nie pożałujecie.



Ciasto czekoladowe z solą pomarańczową
źródło: Tomek Woźniak, Kuchnia 2/2011

Składniki:

200 g gorzkiej czekolady
4 jajka
250 g cukru
100 g masła
60 g mąki
60 g kakao
50 g posiekanych orzechów lub migdałów

sól pomarańczowa: sól morska, skórka otarta z 1 pomarańczy


Wykonanie:
  1. Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej (czyli, np. połamaną czekoladę wkładamy do małej miseczki, a tę do większej miseczki z gorącą wodą). Masło utrzeć z cukrem, kiedy masa będzie jasna i puszysta dodawać po jednym jajku, a następnie wmieszać czekoladę, a potem mąkę, kakao i orzechy.
  2. Formę 20x25 cm wyłożyć papierem do pieczenia i przełożyć do niej ciasto. Piec około 30 minut w 180 stopniach. Ciasto po upieczeniu powinno być zwarte, ale ciągle wilgotne.
  3. Sól ze skórką pomarańczową utrzeć w moździerzu (lub po prostu wymieszać) i posypywać nią kawałki ciasta. Aby sól można było dłużej przechowywać, należy ją upiec w temperaturze 140-160 stopni, aż skórka cytrusowa wyschnie i będzie się dała rozetrzeć między palcami (ok. 10-20 minut).
  4. Zrobiłam ciasto z połowy porcji w formie 16x16 cm.

wtorek, 17 stycznia 2012

Gdy w kominie szurum, burum



Akcja dzisiejszej opowieści toczy się w zeszły piątek. Za oknem szalała śnieżna wichura, w kominie szalał wiatr, wydając odgłosy jak w najlepszych gotyckich filmach grozy. Ja starałam się nie poddawać i z pogodnym uśmiechem wszystko-będzie-dobrze jadłam pyszną tortillę z ziemniakami, brokułami i groszkiem. Mimo tego pozytywnego nastawienia w środku miałam ciężką gulę, która mówiła mi, że wszystko jest jednak bez sensu i nigdy już nic nie będzie mi się chciało.

Najlepszym remedium na powyższe problemy zawsze stanowi pieczenie, co z energią, pozostającą w sprzeczności z moim poprzednim nastrojem, zrobiłam.

Odkąd dwa lata temu po raz pierwszy upiekłam makaroniki uznałam to za pomyślnie zaliczoną sprawność i nie zawracałam sobie nimi głowy, bo w smaku nie taka znowu rewelacja, a i roboty dużo. Jednak jakiś impuls kazał mi do nich niedawno powrócić i okazała się to miłość od drugiego wejrzenia. Pracochłonne specjalnie nie są (nie wiem, jak mogłam tak myśleć, to tylko kwestia organizacji pracy), w smaku wydały mi się znacznie lepsze, i śliczne, nade wszystko tak śliczne, że mam ochotę co jakiś czas wyciągnąć je z lodówki i po prostu na nie popatrzeć, nawet, przysięgam, bez zjadania.

Tym razem jednak wypróbowałam przepis, któremu trudno mi będzie się oprzeć: makaroniki o smaku snickersa. O ile bowiem nie przepadam za większością naładowanych chemią gotowych produktów, to niektóre słodycze są nie do zastąpienia, a zwłaszcza (och, kto by się spodziewał...), te z dodatkiem karmelu. Cóż, jeśli spojrzeć na to, czy prościej jest pójść do sklepu i kupić gotowy do zjedzenia batonik czy robić wieloetapowy przepis, to wiadomo, jak jest. Ale jeśli nie chodzi tylko o ochotę na coś słodkiego, ale cudowną i niezawodną ciastkoterapię, to wyprawa do pobliskiego spożywczaka tego nie zastąpi. Niezależnie od tego, co wybierzecie, kiedy w grę wchodzi czekolada i karmel, podejrzenia, że nigdy nie spotka Was już nic dobrego wydają się mocno przesadzone.



Makaroniki snickers
źródło: Tartelette

Składniki:

Makaroniki:

100 g białek (~ 3 jajek), w temperaturze pokojowej, najlepiej oddzielonych co najmniej dobę wcześniej
200 g cukru pudru minus dwie łyżki
50 g drobnego cukru kryształu
2 łyżki kakao
55 g mielonych migdałów
55 g mielonych orzeszków ziemnych


Krem czekoladowy:

100 g mlecznej czekolady
100 ml śmietany kremówki


Sos karmelowy:

160 g cukru
2 łyżki solonego masła (albo niesolonego, ja dodałam do masy trochę soli, chociaż podobno to nie to samo)
100 ml śmietany kremówki


dodatkowo: orzeszki ziemne

Wykonanie:
  1. Cukier puder wymieszać dokładnie z orzeszkami, migdałami i kakao. Białka ubić na sztywną, lśniącą pianę (czyli spokojnie można odwrócić miskę do góry dnem i nic nie wypada), dodać cukier kryształ i ubijać jeszcze 3 minuty, aż cukier się rozpuści.
  2. Do białek dodać połowę orzechowo-cukrowej mieszanki i delikatnie wymieszać łopatką. Bardzo ważne: trzeba mieszać od dołu miski, a nie kręcić masą w kółko - co jest zresztą skuteczniejsze dla każdej masy, możecie zrobić eksperyment, ale na jakimś mniej wrażliwym cieście. Kiedy masa będzie wymieszana dodać drugą część orzechów z cukrem i dalej mieszać.
  3. Na formę wyłożoną papierem do pieczenia wykładać niewielkie, okrągłe porcje ciasta. Ja robię to dwoma łyżeczkami (1 porządna łyżeczka = 1 ciastko), ale możecie też za pomocą tytki. Po uderzeniu blachą o blat nierówności na powierzchni makaronika powinny się wygładzić - jeśli tak się nie dzieje, zamieszajcie w masie jeszcze ze dwa razy.
  4. Kiedy wszystkie makaroniki będą wyłożone, trzepnijcie blachą o blat i zostawcie ją w spokoju na 40-60 minut, do czasu, aż dotknięta powierzchnia ciasta będzie sucha.
  5. Makaroniki należy piec 15 minut w 160 stopniach. Powinny łatwo odchodzić od pergaminu, ale w żadnym razie się nie zarumienić.
  6. Po wyjęciu blachy z pieca chwilę odczekać, po czym przełożyć ciasteczka na półmisek.
Ganache czekoladowe

Śmietanę zagotować w garnuszku, zdjąć z ognia, dodać do niej czekoladę w kawałkach i mieszać, aż cała się rozpuści. Odstawić do ostygnięcia i zgęstnienia (może być do lodówki).

Masa karmelowa
  1. Cukier włożyć do garnka, dodać (niekoniecznie, ale tak jest łatwiej) kilka łyżek wody, postawić na gazie i czekać. W czasie kiedy cukier jeszcze się nie rozpuścił można mieszać, później już nie, bo wszystko się zestali w jedną cukrową bryłę. Jeśli macie silną potrzebę ingerencji we wnętrze garnka, można nim potrząsać. Gotować do czasu uzyskania złotego karmelu - najpierw wszystko trwa bardzo wolno, ale jak cukier zacznie nabierać koloru idzie szybko, więc trzeba uważać.
  2. Skarmelizowany, płynny cukier zestawić z ognia (ale nie wyłączać kuchenki), dodać masło, zamieszać - teraz można ewentualnie jeszcze na chwilę dać na gaz, jeśli chcemy uzyskać ciemniejszy kolor, ponownie zestawić z palnika, wlać śmietanę (może gwałtownie i niepokojąco bulgotać, a nawet częściowo się zestalić), mieszać energicznie i ponownie postawić na gaz. Gotować do momentu, kiedy upuszczona na zimny talerz kropla będzie zastygać.
  3. Karmel przełożyć do miseczki i dobrze wystudzić.
Składanie makaroników:

Na połowę krążków nałożyć masę czekoladową ("tytką" lub po prostu za pomocą dwóch łyżeczek), zostawić trochę miejsca przy brzegach, bo przy składaniu makaroników masa się rozejdzie. Na czekoladę nałożyć kilka orzeszków ziemnych, najlepiej tak, by je było widać po złożeniu. Na drugą połowę krążków nałożyć karmel (mniej niż czekolady), złączyć ze sobą dwie połówki i zajadać.

Uwagi:

Z przepisu teoretycznie wychodzi 16 makaroników, ja musiałam robić bardzo małe, bo uzyskałam aż 28! Zużyłam na nie całą masę czekoladową, ale tylko połowę karmelu - jednak z jego wykorzystaniem nie powinno być problemów.

niedziela, 18 grudnia 2011

Zapach prawie świąteczny

Jak bez wysiłku i marnowania czasu poczuć w domu magię Bożego Narodzenia? Otóż dzięki świeczkom zapachowym: "Kiedy zapalisz taką świeczkę w pokoju, nie musisz już nic robić w kuchni i tak wszyscy pomyślą, że jesteś supergospodynią!" - taką radę wyczytałam w kolorowym magazynie (który, jak się przekonacie również następnym razem, był dla mnie cennym źródłem inspiracji).

Świetnie, tylko uważam ten pomysł za oszałamiająco bezsensowny i nie tylko dlatego, że nie mam parcia na to, by ktokolwiek uważał mnie, zresztą w tym przypadku niesłusznie, za supergospodynię. Czekolada, wanilia, karmel, pomarańcze, klementynka z żurawiną albo imbirowa gruszka z kardamonem - pomysłowość producentów jest niewyczerpana. Jednak tkwiąc w domu wypełnionym zapachem syntetycznego piernika czy też makowca, ma się ochotę je zjeść, a nie tylko powąchać. Tymczasem do jedzenia nic nie ma. Radosny i pogodny nastrój pryska, a zostaje pusty żołądek i powtórkowy film w telewizji.

Ja mam oczywiście inną propozycję. Nuty pomarańczy i czekolady nadają temu najzwyklejszemu ze zwykłych ciastu świąteczną nutę. Ciasto jest intensywne w smaku, więc chociaż należę do osób, które jedząc pierwszy kawałek myślą o następnym, to nawet ja wolałam smakować je po trochu. Czekoladowa polewa może nie jest niezbędna, ale dodaje głębi i także wilgotności, bo jednak jest to babka, czyli sama w sobie raczej suchawa. Najlepsze zaś jest to, że z przygotowaniem tego wypieku poradzi sobie każdy i to w czasie krótszym niż wyprawa po świeczki, warunkiem jest tylko posiadanie miksera. Jeśli uważacie się za niezdarnych i leniwych, zamiast przygotowywać polewę, która jest tu jedynym słabym ogniwem, i trzeć skórkę pomarańczową, możecie użyć gotowej polewy (do podgrzania w mikrofalówce...) i olejku pomarańczowego. Nie są to jednak rady, z których ja kiedykolwiek miałabym zamiar skorzystać.



Ciasto czekoladowo-pomarańczowe
źródło: Czekolada

Składniki:

175 g mąki
175 g cukru pudru
175 g masła
3 jajka
1 łyżeczka proszku do pieczenia
skórka starta z pomarańczy
6 łyżek soku pomarańczowego
75 g posiekanej gorzkiej czekolady

polewa:

1/4 szkl. cukru
40 g masła
1 czubata łyżka kakao

dodatkowo: skórka pomarańczowa do dekoracji (aromat pomarańczy jest bardziej intensywny)

Wykonanie:
  1. Cukier utrzeć z masłem, dodawać po jednym jajku, ciągle ucierając. Dodać skórkę i sok pomarańczowy oraz mąkę z proszkiem do pieczenia. Następnie domieszać łyżką posiekaną czekoladę.
  2. Ciasto wyłożyć na wysmarowaną tłuszczem formę (u mnie silikonowa niska forma z kominkiem, o średnicy 24 cm) i piec ok. 30 min. w 190 stopniach lub do czasu, aż patyczek włożony do ciasta wychodzi suchy.
  3. Po upieczeniu ciasto wyjąć z formy i wystudzić.
  4. Polewa: wszystkie składniki polewy włożyć do garnka, mieszając rozpuścić i zagotować - trzymać chwilę na ogniu, aż masa trochę zgęstnieje i gorącą polać ciasto. Jeśli składniki nie chciałyby się dobrze połączyć (co nie zdarzyło mi się nigdy, oprócz tego razu, kiedy przygotowywałam to ciasto dla Was) dodać kilka łyżek wody. Jeśli tego typu polewę uważacie za ersatz, można też użyć dobrej jakości stopionej czekolady, ja jednak bardzo ją lubię.

niedziela, 4 grudnia 2011

Odgrzewane kotlety




Intensywnie myślę nad porządnym wpisem książkowym, tymczasem na stosikach wokół mnie ciągle gromadzą się wyłącznie lektury reminiscencyjne w stałym składzie (tym razem wszystkie dostępne w domu tomy Jeżycjady oraz Dziennik Bridget Jones, który przypadkiem wpadł mi w oczy. Próba sięgnięcia pod Ponadczasowe Arcydzieło okazała się nieudana, wróciło do biblioteki prawie bez czytania.). Ale, ale, natrafiłam także na coś jeszcze, o czym raczej nie pisałam (chociaż pojawił się wpis o takim tytule), a lektura to urocza, zabawna i bardzo relaksująca – Pokój z widokiem autorstwa E. M. Forstera, znany, przynajmniej w Polsce, raczej ze swojej mutacji filmowej, także zabawnej i uroczej (z niepowtarzalnie śmieszną sceną kąpieli w leśnym stawie). Rzadko się zdarza, by ekranizacja była tak udana, ale w końcu reżyserował specjalista od stylowych adaptacji arcydzieł literatury angielskiej (to mówi Wikipedia, podsumowanie jednak, moim zdaniem, bardzo trafne), James Ivory, a w roli głównej wystąpiła Helena Bonham Carter, bardzo, bardzo młoda, wiecznie naburmuszona, trochę rozczochrana i absolutnie zniewalająca.

Za dużo chyba tych pochwał, zaczynam popadać w egzaltację, ale historia rozterek sercowych panny Lucy Honeychurch (co za nazwisko!) okraszona kpiną z obyczajów Anglii początków XX wieku niezależnie od tego, ile razy ją czytam, czy oglądam, polepsza mi humor. Dodatkowy smaczek mojego wydania stanowi post scriptum autora, dodane 50 lat po pierwszej publikacji powieści, w którym opisuje swoje wyobrażenia na temat dalszych losów bohaterów.

Gdyby Pokój… zauroczył Was tak jak mnie, przestrzegam przed innymi dziełami E. M. Forstera: Droga do Indii, z której, przynajmniej w swoim kraju, najbardziej zasłynął, jest wściekle nudna (przypadek dwukrotnego porzucenia lektury w połowie), zaś Powrót do Howard Ends (także świetnie przeniesiony na ekran przez Ivory’ego) podobał mi się, ale wydźwięk ma raczej gorzki niż rozrywkowy.

No dobrze, zaserwowałam Wam już dania odgrzewane, pora więc na nowości, a pytanie będące inspiracją dla dzisiejszego przepisu brzmi: jaka jest idealna przekąska czytelnika? Ponieważ niereprezentatywną grupą badawczą byłam ja, odpowiedź brzmi oczywiście: słodka. Przy tym poręczna, niebrudząca i niekrusząca. Znalazłam więc takie idealne ciasteczko, które zresztą mogłoby znaleźć się w menu podwieczorku u Szalonego Kapelusznika, bo twórca przepisu powrzucał do niego chyba wszystkie swoje ulubione smaki Bożego Narodzenia (tak, tak, pora już o tym myśleć, ale nikomu raczej nie trzeba przypominać), nie przejmując się tym, że nikt tak nie robi. Jest więc i czekolada, i orzechy, i migdały, przyprawy korzenne i skórka cytrynowa. I o dziwo, to jest niesamowicie dobre. Przepojone czekoladowością, chrupiące z zewnątrz i miękkie w środku. Mmmm… Aż trudno się skoncentrować na czytaniu.



Łapy niedźwiedzia
źródło: Regine Stroner, Świąteczne wypieki

Składniki:
na 40 szt.

125 g gorzkiej czekolady
125 g migdałów
125 g orzechów laskowych
3 białka
250 g cukru
½ łyżeczki cynamonu
po szczypcie zmielonych goździków i kardamonu
2 łyżki kakao
skórka starta z połowy cytryny

Wykonanie:
  1. Czekoladę pokroić i razem z orzechami i migdałami rozdrobnić w malakserze lub zmielić w inny dowolny sposób.
  2. Białka ubić na bardzo sztywną pianę, dodać do niej resztę składników i dokładnie wymieszać. Powstanie ścisłe, chociaż dość miękkie ciasto.
  3. Z ciasta zrobić kuleczki wielkości orzecha włoskiego i każdą obtoczyć dokładnie w cukrze. Foremkę w kształcie muszli (czyli niedźwiedziej łapy) wysypać cukrem (ja ją przedtem natłuściłam, żeby cukier się trzymał), kolejno wciskać w nią kule i natychmiast je wyjmować, po czym układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Ślady po foremce, przynajmniej na moich ciasteczkach, były bardzo nieznaczne, jeśli więc nie macie odpowiedniej foremki lub czasu i chęci, po prostu rozpłaszczcie kule na blasze.
  4. Przygotowane ciasteczka odstawić na noc do wysuszenia.
  5. Następnego dnia piec ciastka 15 minut w 180 stopniach. Jeśli uznacie, że szaleństwa nie jest dość, można je jeszcze zanurzyć, mniej więcej do 1/3 wysokości, w roztopionej czekoladzie.

wtorek, 20 września 2011

Mleko od krowy



Jak wiadomo, mleko bierze się z kartonu. Chociaż nie zawsze tak było.

W czasach mojego dzieciństwa mleko było z woreczka i przed piciem trzeba je było przegotować. Często się przypalało, kipiało i miało kożuch (ohyda...). A czasami od świeżości było już kwaśne i nie do użycia.

Mleko w woreczku da się jeszcze czasami kupić, ale nigdy bym tego nie zrobiła. Powoli jednak mija zachwyt kapitalistycznym wynalazkiem mleka w kartonie i coraz więcej osób pragnie powrotu do natury, czyli mleka od krowy. Byłoby niewybaczalnym marketingowym błędem nie dostarczyć ludziom tego, czego chcą. Podobno w Stanach Zjednoczonych można sobie kupić udziały w krowie, u nas na razie mleko z mlekomatu.

Mlekomat to urządzenie wielkości trzech normalnych automatów do napojów, składa się z części, w której kupuje się butelkę (ale można też przynieść własną) i drugiej, gdzie zamiast pysznej kawki z proszku z mleczkiem w proszku leci świeże, niepasteryzowane mleko. Podobno nadaje się na zsiadłe!

O cudzie mlekomatu dowiedziałam się niedawno z lektury jakiejś gazety i chyba zaledwie tydzień później samo urządzenie, zupełnie niespodziewanie, stanęło na mojej drodze. Oczywiście chciałam zobaczyć, o co właściwie chodzi, z co najmniej trzech powodów: i tak musiałam czekać na autobus, cały kwadrans!, dobrze więc było go czymś wypełnić; mam ostatnio lekki odchył na punkcie „naturalności”, głupio więc byłoby nie skorzystać z okazji spróbowania czegoś tak ewidentnie (przynajmniej według reklamowych zapewnień) prosto z natury; powód trzeci, najważniejszy, jest taki, że nie mogłam sobie odmówić przyjemności zabawy mlekomatem, wrzucania pieniążków, podstawiania butelki i tak dalej.

Mleko z mlekomatu jest tak naturalne, że, zupełnie jak to sprzed lat, należy je przed użyciem przegotować. (Chociaż widziałam na własne oczy, jak jakaś mamusia dawała dziecku do picia takie surowe.) I tu dochodzimy do smutnej konkluzji. Jak często udaje Wam się poczuć smak dzieciństwa? Prawie nigdy, prawda? Ja poczułam. Problem polega na tym, że był to smak, którego nie lubię: smak przegotowanego mleka. Uściślijmy to: ja mleka w ogóle nie lubię. Z płatkami, miodem, kakao, w budyniu to tak, owszem, ale nigdy, przenigdy nie sięgnęłabym po kubek czystego mleka gdyby nie fakt, że musiałam spróbować, jak bardzo jest „od krowy”.

Nie mam dobrego pomysłu, jak to podsumować, bo nie chciałabym Was zniechęcać do mlekomatów. Jeśli tylko wszystko, co się o nich pisze, jest prawdą, to idea jest super. Kto mi kazał pić mleko, skoro go nie lubię, nie można było zrobić owsianki? Pewnie, można, spróbuję jeszcze raz, tym bardziej, że na korzyść działa i cena – właściwie taka sama jak mleka w kartonie znanych marek.

Teraz coś na osłodę. Typowe amerykańskie cookies, dla których mleko jest tak naturalnym dopełnieniem jak czosnek dla szpinaku albo cynamon dla jabłek. Wiadomo, w tego typu wypiekach efekty są zwykle podobne, ale ten przepis jest zdecydowanie bardzo dobry. Ciastka są chrupiące z zewnątrz i ciągnące w środku, ale jeśli nie chcecie, by zlały się w ciasteczkowy placek pamiętajcie o bardzo dużych odstępach.



Ciasteczka z czekoladą, toffi i orzechami laskowymi
źródło: Bliss

Składniki:

2 szklanki odjąć 2 łyżki mąki pszennej
1 2/3 szklanki mąki pszennej chlebowej (dałam tylko zwykłą)
2 jajka
1 szklanka + 2 łyżki cukru
1 1/4 szklanki brązowego cukru
1 1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 1/2 łyżeczki soli
2 łyżeczki esencji waniliowej
290 g masła
1 szklanka kawałków karmelków toffi*
1 szklanka posiekanych orzechów laskowych
2 szklanki groszków czekoladowych (lub posiekanej czekolady)


*mój pomysł na ich uzyskanie okazał się przekombinowany. Najlepiej połamcie cukierki typu Werther's Original

Wykonanie:
  1. Masło utrzeć na puch z obydwoma rodzajami cukru, następnie dodać wanilię, a potem po 1 jajku i ucierać jeszcze kilka minut.
  2. Dodać mąkę, sól, proszek i sodę - miksować do połączenia składników, po czym dodać toffi, orzechy i czekoladę (ja na tym etapie wymieszałam łyżką). Przykryć miskę folią i odstawić do lodówki na 24-36 godzin. Ja oczywiście nie dałabym rady tyle czekać, moje ciasto leżakowało najwyżej 2 godziny, ale podobno leżakowanie jest bardzo, bardzo ważne, dla pełni efektu (pewnie) warto poczekać. Lub, jak radzi autorka przepisu, upiec kilka ciastek na smaka, a z resztą poczekać zgodnie z przepisem.
  3. Piekarnik nagrzać do 180 stopni. Na blachę wyłożoną papierem do pieczenia nakładać kulki ciasta (można łyżką do lodów – w każdym razie kulki tej wielkości, co z łyżki do lodów). Nie rozpłaszczać! – same to zrobią pod wpływem ciepła. Zachowywać naprawdę duże odstępy między ciastkami – uwzględniające rozpłaszczenie i rośnięcie.
  4. Ciastka piec 15-20 minut, aż będą brązowe na brzegach, ale ciągle miękkie. Po wyjęciu z piekarnika chwilę poczekać, aż stwardnieją, zdjąć z blachy i jeść jeszcze ciepłe. Ze szklanką mleka!
  5. Zrobiłam z połowy porcji, wyszło 17 ciasteczek.
  6. Surowe ciasto można również mrozić: na czymś płaskim i papierze do pieczenia rozłożyć kulki ciasta i wstawić do zamrażarki na kilka godzin. Później można je włożyć do jednego woreczka. Kiedy przyjdzie nam ochota piec, dodając do standardowego czasu w piekarniku 3-4 minuty.

środa, 18 maja 2011

Zanim dojrzeją truskawki



W warzywniakach właśnie pojawił się rabarbar, a sądząc po wysypie przepisów z jego wykorzystaniem na blogach, dla wielu z Was jest to entuzjastycznie witana pierwsza owocowa zapowiedź lata. Mnie rabarbar kojarzy się z nielubianym kompotem z dzieciństwa, czasem bywał też nieprzyjemną niespodzianką w z pozoru pysznie wyglądającym cieście. Dzisiaj nie czuję już do niego niechęci, a zeszłoroczna próba przywrócenia go do łask okazała się udana, jednak było to zaledwie jak chwilowe zauroczenie, które, kto to wie, może i przy następnym spotkaniu przerodzi się w coś więcej. Zanim jednak do tego dojdzie, moją prawdziwą miłością pozostają truskawki.

Tymczasem, zanim się pojawią (już bardzo niedługo!), zwiastując wysyp jagód, malin, czereśni, wiśni, porzeczek... ach, nawet nie wiedziałam, że jest tego aż tyle, postanowiłam zafundować sobie coś słodkiego, ciężkiego i z kremem. Plan nie został do końca zrealizowany, bo jest słodko i z kremem, którego jest nawet całkiem dużo, efekt końcowy okazał się jednak nadspodziewanie lekki. Szwedzka migdałowa beza z nutką kawową, czekoladą i chrzęszczącym pod zębami mleczno-karmelowym pyłem, to niegdysiejsza propozycja Jul do Weekendowej Cukierni. Miałam ochotę już wtedy (półtora roku temu, czy to możliwe?) ją wypróbować, ale wiecie jak to jest, została odsunięta na dalsze miejsce w kolejce i udało się dopiero teraz. Przepis jest łatwiejszy i szybszy, niż możecie się spodziewać, z malutkim wyjątkiem. Krem w tej wersji to kulinarne haute couture, wymaga sporo uwagi i cierpliwości, jeśli ich nie macie, masę bazową zastąpcie zwykłym budyniem ze sprawdzonego przepisu. Ciasto naprawdę warte uwagi, bo mimo ogromnej słodyczy nie jest zamulaczem i poprawia humor w ten sposób, w jaki tylko cukier potrafi to zrobić.



Baaardzo rzadko to robię, ale tym razem przepis prawie bez zmian skopiowany od Jul (+ kilka moim uwag).

Szwedzki chrupki tort migdałowy (bezglutenowy)

Składniki:

Spody(3 blaty)
100 g zmielonych migdałów
płaska łyżka mąki ziemniaczanej
150 g cukru
4 białka

Do przełożenia
4 żółtka jaj
100 g cukru
200 ml śmietany kremówki
150 g masła
4 pojedyncze batoniki DAIM(w Ikeach) lub 1 "rolka"
cukierków WERTELS ORIGINAL(bądź innych tego typu karmelków mlecznych)

Na wierzch
100g mlecznej czekolady
ok. 50-70 ml kremówki
do posypania: daimy, wertelsy lub płatki migdałowe

Wykonanie:
  1. Spody: ubij białka z cukrem na sztywno, następnie delikatnie wrzuć migdały i kartoflankę, wymieszaj. Na papierze do pieczenia lub w tortownicy, rozsmaruj warstwę ciasta na koło o średnicy ok. 22 cm. W sumie na 3 takie koła (potrzeba 3 blatów). Piecz spody przez ok. 15-20 min w 180C. Potem ostudź.
  2. Przełożenie: rozmieszaj dokładnie śmietanę z żółtkami i cukrem w garnuszku. Postaw na ogniu i ostrożnie gotuj, aż masa zgęstnieje (pilnuj przez cały czas, żeby się nie ścięło, krem nie może się zagotować!). Kiedy masa będzie już gęsta (niezawodny test: ślad zrobiony palcem na tyle łyżki zanurzonej w kremie nie może się zlewać), zestaw z ognia, najlepiej natychmiast przelej do innego naczynia i ostudź. W tym czasie pokrusz walkiem batoniki daim, lub, gdy używasz karmelków, zmiel je w robocie kuchennym, albo moooocno potrzaskaj wałkiem (użyłam tłuczka do mięsa), wsadzając uprzednio cukierki do woreczka). Chodzi o to, by uzyskać takie "karmelowe drobinki", które cudownie chrupią w ustach i nadają dodatkowej słodyczy. Odłóż "okruszki":) na bok.
  3. Mając już ostygłą masę, rozmiksuj ją dokładnie z masłem. Krem może być dość rzadki, wtedy trzeba na chwilę włożyć go do lodówki – ale mój od razu był ok.
  4. A teraz weź jeden blat ciasta, rozsmaruj 1/3 kremu, posyp połową DAIMÓW lub 1/3 wertelsów i połóż drugi blat. Powtórz całą operację jeszcze raz. Następnie rozsmaruj resztę kremu na wierzchu 3 blatu i na bokach. Wstaw na chwilę do lodówki.
  5. Wierzch: rozpuść czekoladę ze śmietanką, w kąpieli wodnej lub w mikrofalówce. Rozsmaruj na całej powierzchni ciasta. Posyp dwoma dodatkowymi pokruszonymi Daimami, wertelsami lub uprażonymi płatkami. Wstaw tort do lodówki, żeby wszystko dobrze się usztywniło. Po ok. 1 godzinie, można wcinać.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Czekoladowy weekend: najważniejsze, żeby wylizać łyżkę



Czy o czekoladzie można jeszcze napisać coś nie popadając w banał? To trochę tak, jak z pisaniem o miłości: wszystko zostało już powiedziane, wszystko wiadomo, każde kolejne słowo to klisza. Jednak tak samo jak z zainteresowaniem śledzimy losy kolejnych bohaterów rozmaitych romantycznych historii (nie mówiąc nawet o niesłabnącym zaangażowaniu we własne romantyczne historie), tak zachłannie pochłaniamy kolejne tabliczki czekolady. Przynajmniej ja tak robię, ale chyba nie jestem osamotniona, skoro Czekoladowy Weekend ma rekordową (87 osób, kiedy sprawdzałam) liczbę uczestników.

Już od dawna zastanawiałam się, co przygotować z tej okazji i wertowałam moją czekoladową książkę, ciągle zmieniając zdanie i odkrywając bardziej skomplikowane słodkości. Ostatecznie jednak będzie zupełnie prosto. Właśnie banalnie: zwykłe czekoladowe ciasto typu francuskiego, czyli chrupiąca skorupka ukrywająca aksamitne, jakby niedopieczone wnętrze. Tak intensywne, że jeden kawałek zaniesie Was do nieba, ale wcale nie macie ochoty na następny. Ta czekoladowa przyjemność jest wymagająca: lepiej smakować ją powoli, żeby kubki smakowe zdążyły poczuć słodycz ukrytą pod wytrawną warstwą. Szybkie pochłanianie gwarantuje brak satysfakcji, a nawet lekkie mdłości.

To mój ulubiony przepis na wypiek tego typu. Wypróbowałam co najmniej pięć albo sześć, właściwie każde ciasto było pyszne, więc nie wiem, czemu ciągle szukałam dalej, czasami dodając mąkę, czasami nie, innym razem nieortodoksyjnie dorzucając płatków migdałowych albo skórkę z pomarańczy. Nie potrafię Wam powiedzieć, dlaczego ten przepis jest najlepszy, po prostu tak jest. A może to każdy kolejny, który wypróbuję, zyskuje status tego naj? Niewykluczone, jednak niezależnie od tego, czy zdecydujecie się na ten, czy na jakiś inny, czekolada zawsze pachnie obłędnie, a czekoladowy kogle-mogel stanowi sam w sobie dzieło sztuki kulinarnej. A jak ostatnio usłyszałam:

Nieważne, jaki będzie efekt, ważne, żeby wylizać łyżkę.

I trudno się z tym nie zgodzić.

PS Dla chętnych dopisałam w poprzednim poście przepis na tort bezowy.



Klasyczne ciasto czekoladowe
Przepis: Marta Gessler

Składniki:

4 jajka (osobno żółtka i białka)
200 g masła
200 g cukru
200 g dobrej gorzkiej czekolady


Wykonanie:
  1. Masło i czekoladę razem roztopić w kąpieli wodnej lub w mikrofalówce – ważne, żeby przed dalszym użyciem masa wystygła (chociaż oczywiście nadal była płynna).
  2. Żółtka ubić ze 100 g cukru, dodawać czekoladę w porcjach, nadal ubijając. Białka ubić na sztywno, dodać resztę cukru i jeszcze chwilę ubijać, aż cukier się rozpuści. Połowę białek dodać do masy czekoladowej, delikatnie wymieszać i dodać resztę.
  3. Piekarnik rozgrzać do 180 stopni. Formę o średnicy 24 cm wyłożyć papierem do pieczenia, wylać na nią ciasto i piec 40 minut. Podczas pieczenia ciasto bardzo rośnie, a studząc się dramatycznie opada, ale tak właśnie jest dobrze.

środa, 12 stycznia 2011

Anatomia frytki


Food design, jak się okazuje, ma jeszcze jedno, dotychczas mi nieznane, oblicze. Dzisiejszych rewelacji dowiedziałam się z, obejrzanego tylko od połowy, co za strata!, dokumentu „Jedzenie zaprojektowane” na programie kuchnia.tv.

Wiemy już, że produkt powinien mieć takie cechy, które pozwolą mu się dobrze sprzedawać. Czyli: powinien być ładny, wzbudzać pozytywne emocje i dobrze się kojarzyć, najlepiej z czymś ważnym dla konsumenta. Oraz, tutaj ta zaskakująca nowość – być użyteczny, czyli praktyczny.

Pomyślcie o lodach. Czy lody i wafelek rzeczywiście stanowią integralną i oczywistą całość? Wyobraźcie sobie, że gałka Waszych ulubionych lodów ląduje wprost na dłoni. Zjadalne? Niby tak. Apetyczne? Wygodne? Nie bardzo. Oczywiście w grę wchodzi wykorzystanie jako pojemniczka papierowego kubeczka. Ale z kubeczkiem trzeba po konsumpcji coś zrobić, na przykład nieść w ręce przez dłuższy czas w poszukiwaniu kosza na śmieci, by w końcu z rezygnacją wrzucić kubeczek do rowu. A wafelek jest wygodny i praktyczny – trzymając za niego nie ogrzewamy lodów, a na końcu zjadamy. Mnie osobiście zaburza on smak samych lodów, ale i tak jest to majstersztyk.

A teraz prawdziwa bomba. Każdy wie, że dziurka w klusce śląskiej, a rowki w makaronie mają służyć temu, by sos się lepiej trzymał. Ale czy zastanawialiście się kiedyś nad praktycznym aspektem kształtu frytki? Dlaczego końcówki frytki powinny być ścięte, a nie proste? Bingo, żeby ketchup się lepiej trzymał. Możecie przy najbliższej okazji zrobić eksperyment, czy tak jest naprawdę (jeszcze nie próbowałam). Jak się okazuje, sos (a raczej dziwaczna galaretka) lepiej się trzyma także na marchwi w kształcie świdra…

O takich banałach jak historia powstania kanapki (lord Sandwich chciał jeść mięso nie przerywając gry w karty – chociaż źródła, znaczy, Wikipedia ;) mówią o tym, że kanapka została tylko nazwana jego imieniem, a sam nie był jej wynalazcą) nie warto nawet wspominać. Ciekawostek jest znacznie więcej (m.in. mowa też o kulturowych, a niezwiązanych z religią, aspektach jedzenia). Może jeszcze kiedyś o tym napiszę, póki co, jeśli uda Wam się na „Jedzenie zaprojektowane” natrafić, bardzo polecam.

Ponieważ je się również oczami dodam, że w warstwie wizualnej film jest nierówny, ale sekwencje z jedzeniem są rewelacyjne i przedstawiają je w zaskakujący i, uwaga bloggerzy, inspirujący sposób. Nie odchodźcie od telewizora kiedy pojawią się napisy końcowe, bo dopiero teraz zacznie się najciekawsze: making of.., czyli migawki z tego, jak były kręcone te sceny z jedzeniem.

Dzisiejszy przepis nie był przeznaczony na bloga, ale spodobały mi się zdjęcia i postanowiłam Wam je zaprezentować, chociaż wydawało mi się, że mini babeczki nie mają nic wspólnego z tematem. Ale jednak mają. Bardzo wiele. To kwintesencja praktycznego jedzenia, podlegająca tym samym prawom co lody. Idealna słodycz na stojące przyjęcie: słodka, niebrudząca przekąska na jeden kęs (chociaż ja dzielę na trzy, żeby przyjemność trwała dłużej), którą można elegancko i mimochodem pochłonąć w czasie rozmowy. Żeby warunek użyteczności był dobrze spełniony, nie zapomnijcie o czymś na składowanie papierków.


Babeczki z masłem orzechowym
źródło: Nigella świątecznie

Składniki:
48-50 sztuk

50 g brązowego cukru (dałam biały)
200 g cukru pudru
50 g masła
200 g masła orzechowego

oraz

200 g czekolady mlecznej
100 g czekolady deserowej
coś do ozdoby (orzeszki, perełki cukrowe itp.)


Wykonanie:
  1. Wszystkie składniki (oprócz czekolady) zmiksować. Masa powinna mieć konsystencję piasku (moja była zupełnie mazista, ale to nic nie przeszkadzało). Formować rękami niewielkie kulki i wylepiać nimi małe papierowe foremki. Kulki w foremkach spłaszczyć. Jeśli masa lepi się do palców, zanurzcie je w cukrze pudrze.
  2. Obydwie czekolady rozpuścić w kąpieli wodnej (garnek z gotującą się wodą na gazie, na to miska, której dno nie dotyka wody, a do miski czekolada. Mieszać.). Rozpuszczoną czekoladą zalewać masę z masła orzechowego w foremkach. Dekorować jak kto lubi.

wtorek, 4 stycznia 2011

Słodkiego nowego roku



Czy każdy z Was ma już gotową listę noworocznych postanowień? Jeśli odpowiedź brzmi tak, mogę się założyć, że na większości z nich figuruje „schudnąć”, lub, w łagodniejszej wersji, „jeść mniej słodyczy/zdrowiej się odżywiać”. Ja nie mam żadnych postanowień (a dzisiaj przeczytałam, że 1 na 20 osób udaje się je zrealizować, aż tylu! - pomyślałam), ale opowiem Wam o czymś, co być może pomoże w realizacji tych powyżej wymienionych (albo podważy ich sensowność, co też może być plusem).

Otóż, mam dobre wiadomości.

Pewnie pamiętacie głupi eksperyment Amerykanina, który postanowił udowodnić, że jedzenie z McDonald'sa szkodzi, tuczy i jest niezdrowe, przytył niewiarygodną liczbę kilogramów, a stan jego zdrowia drastycznie się pogorszył. Przyznaję, nie widziałam filmu dokumentującego te poczynania (przynajmniej w całości), ale sama idea wydaje mi się bez sensu: każdy wie, jak wygląda piramida prawidłowego żywienia. ŻADNA jednostronna dieta, czy złożona z marchewki, kalafiora, gotowanego kurczaka czy beztłuszczowych chrupek ryżowych nie jest zdrowa. A podejrzewam nawet, że gdyby ktoś był w stanie zjeść 3000 kalorii z samej marchewki, to też by przytył. Tak, tak, można powiedzieć, że trick polega na tym, że trudno zjeść tyle marchewki, ale mimo to sądzę, że to nie McDonald's, ale ludzka bezmyślność i łakomstwo są przyczyną otyłości.

Jednak dzisiaj chciałabym Wam opisać podobny eksperyment, który przyniósł zaskakujące, radosne rezultaty. Pewien amerykański profesor przez 10 tygodni żywił się prawie wyłącznie ciastkami zwanymi Twinkies (to chyba rodzaj biszkoptów z nadzieniem). Jednak, w przeciwieństwie do poprzednika zrobił to sensownie: jego dieta ograniczała się do 1800 kalorii (zamiast przepisowych 2600). Żeby nie zrujnować sobie zdrowia jadł pewne ilości witamin i warzyw, jednak podstawą jego diety były przyjmowane co 3 godziny przekąski złożone z Twinkies, ciasteczek Oreo (są już w Polsce!) i tego typu przysmaków. I co? Schudł podczas tego eksperymentu kilkanaście kilo, spadło jego BMI i obniżył się poziom złego cholesterol,u a podniósł dobrego! Więcej na ten temat możecie przeczytać na blogu Sweet Tooth Sweet Life. Zanim przejdę do optymistycznego podsumowania chciałabym też zwrócić Waszą uwagę na to, że w jednym z kolejnych postów autorka opisuje inne wyzwanie tego typu, w którym podkreśla się szereg negatywnych (a niekoniecznie związanych z przyrostem wagi) skutków takiej diety (wyobraźcie sobie tydzień na prawie samych ciastkach!).

Warto jednak, może właśnie na początku obfitującego w dobre postanowienia i energię do zmian nowego roku, uświadomić sobie, że jedno ciastko czekoladowe nie zrujnuje nam życia. Ani efektów dwutygodniowej diety! Nie zrobi też tego jeden hamburger, problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy do szczęścia potrzebujemy na raz i ciastka, i hamburgera.

Koniec nudnego dydaktyzmu, na chwilę spójrzmy tylko na pozytywną stronę diety Twinkie i świeżo zdobytą wiedzę wykorzystamy w praktyce, bez wyrzutów sumienia opychając się pysznym czekoladowo-serowym ciastem. To wariacja na znany i zawsze obłędnie pyszny temat sernikobrownie. Moje ciasto jest słodsze i lżejsze, bo nie ma w nim czekolady, tylko kakao. Niech najlepszą rekomendacją będzie fakt, że na drugi dzień po upieczeniu już nie bardzo miałam co fotografować (ale upolowałam jeszcze kawałeczek).





Ciasto czekoladowo-serowe

źródło: Czekolada. Łatwe i przepyszne przepisy krok po kroku

podaję z moimi zmianami, proporcje na typową prostokątną formę

Składniki:

400 g twarogu sernikowego
opakowanie cukru waniliowego
450 g cukru
4 jajka
200 g masła
6 łyżek kakao
200 g mąki pszennej
trochę mniej niż 2 łyżeczki proszku do pieczenia
100 g posiekanych orzechów włoskich

Polewa:
110 g masła
2 łyżki mleka
200 g cukru pudru
4 łyżki kakao


orzechy do przybrania

Wykonanie:
  1. Formę wyłożyć papierem do pieczenia (można ją najpierw natłuścić, żeby papier się przylepił).
  2. Ser utrzeć z 50 g cukru i cukrem waniliowym. Odstawić.
  3. Jajka i resztę cukru ubić na kogel-mogel. Do rondelka dać masło i kakao, podgrzewać mieszając, aż masło się rozpuści i masa będzie gładka. Trochę ostudzić i wmieszać do masy jajecznej. Dodać mąkę z proszkiem do pieczenia i orzechy, dokładnie wymieszać.
  4. Połowę ciasta wlać do foremki, wygładzić. Na tej warstwie delikatnie rozsmarować masę serową (najlepiej na początku rozłożyć niewielkie kleksy na całej powierzchni ciasta). Przykryć pozostałą częścią ciasta. Piec 45-50 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni. Wystudzić w foremce.
  5. Polewa: masło i mleko włożyć do garnuszka i podgrzewać, aż masło się rozpuści. Zdjąć z ognia i dodać cukier puder i kakao, wymieszać. Za pomocą szerokiego noża lub łopatki rozsmarować na cieście. Ozdobić orzechami.



poniedziałek, 13 grudnia 2010

Stracone złudzenia i coś na pocieszenie



Chciałam Wam dzisiaj napisać o szczęściu, które mnie spotkało: w Krakowie otworzyli Starbucksa.

Starbucks to ikona amerykańskiej popkultury: zarówno gwiazdy, jak i bohaterowie różnych przyjemnych filmów widywani są często z charakterystycznym papierowym kubkiem z zielonym logo. Starbucks to coś więcej niż kawa, to... No właśnie, co? Styl życia? Tylko właściwie jaki? Meg Ryan z „Masz wiadomość” (pewnie, tak bym chciała), zabieganego nowojorczyka (ujdzie), Madonny (nie moja bajka)? Kilkakrotnie spotkałam się z mniej lub bardziej naukowymi analizami tego fenomenu, ale nic do mnie nie przekonało. Jeden z argumentów brzmiał na przykład tak (w mojej swobodnej interpretacji): Obsługa rusza się niezbyt szybko, żebyś miał czas poczuć, jak fajnie jest w Starbucksie. Bo przecież jest fajnie. A jeśli miał to być powiew zachodniego luksusu, to mit szybko został rozwiany przez mój pierwszy nieciekawy Starbucks na równie nieciekawym, jak one wszystkie, dworcu we Frankfurcie. Ale kiedy kawiarnię otworzyli w Warszawie, przy pierwszej mojej bytności tamże poleciałam sobie kupić kawę (co zresztą zostało uwiecznione). Oczywiście.

Zazwyczaj w centrum handlowym na nowo powstającym sklepie, na białych płytach z dykty wisi tabliczka: tu powstaje dla Państwa nowy sklep. Tym razem przez dobre kilka miesięcy zza półprzezroczystych płacht dobrze było widać, że: tu powstaje dla Państwa nowy Starbucks. I tak się dowiedziałam, że przedmiot mojej fascynacji powstaje, jak to się mówi na osiedlach, wprost pod moim blokiem (bo odległość jest porównywalna). Potem nastąpiło otwarcie, obsługa w koszulkach Opening team i kultowe logo gdzie tylko się da, na miejscu i na wynos, ale... jakoś mi tam nie po drodze. Atrakcyjność, która tkwiła w niedostępności, już nie istnieje. A kawa jest droższa niż w innych miejscach. Więc w poszukiwaniu kawy, nie wrażeń, lepiej pójść gdzie indziej. Albo nawet zostać w domu.

Będzie warto. Ten napój ma jakiś milion kalorii, więc kto jest na diecie, niech lepiej nie czyta dalej. Jeśli jednak podejmiecie ryzyko, zapewniam, że kiedy poczujecie pierwszy łyk czekoladowo-kawowego, krzepiąco słodkiego mleka, którego smak łączy się z rozpływającą się, kremową pianką śmietany, kalorie szybko przestaną być ważne. Trudno znaleźć argument, żeby tego szaleństwa nie powtórzyć.



To moja odrobinę spóźniona propozycja do Kawowego tygodnia Majki.

Gorące czekoladowe mleko z karmelem, bitą śmietaną i „kopem”
źródło: Caramel Trish Deseine

Składniki:
(2 porcje)

1 szklanka (250 ml) najlepiej pełnotłustego, mleka
200 ml śmietany 30%
50 g czekolady mlecznej
syrop karmelowy, do smaku (dałam miód)
podwójne espresso


Wykonanie:

Mleko i 150 ml śmietany doprowadzić do wrzenia. Dodać czekoladę (można zdjąć już garnek z ognia) i mieszać, aż się rozpuści. Wlać kawę i syrop karmelowy. Resztę śmietany ubić, napój rozlać do kubków i przybrać bitą śmietaną.

PS W książce całość stanowi jedną porcję, ale to już straszna rozpusta.

poniedziałek, 6 września 2010

36 ciasteczek



Kolejne podsumowanie przede mną: we wrześniu mija rok, od kiedy zaczęłam cykl ciasteczka na każdy miesiąc. Od początku przewidziałam te prezentacje na rok i poczułam się nawet zaskoczona, kiedy siostra, której o tym powiedziałam, nieco się zdziwiła, bo rzeczywiście, ten temat można ciągnąć w nieskończoność. Postanowiłam jednak nie zmieniać zdania, bo przyjemna zabawa, poprzez brak ograniczenia czasowego, mogłaby się zmienić w nieznośny obowiązek. Oczywiście, może już nie tak regularnie, ale nadal będę piec ciasteczka i dzielić się z Wami efektami.

Pomyślałam sobie, że odpowiednim zakończeniem byłoby to, od czego zaczęłam, cookies z czekoladowymi groszkami. Wszystkie przepisy jakie znalazłam były jednak zbyt podobne do tego pierwszego, a jedyny niepodobny, zbyt skomplikowany (ale interesujący, więc może kiedyś... przepis tutaj). Dzisiejsze cookies różnią się znacznie od wersji klasycznej, ale smak wynagradza brak poszanowania dla tradycji.

To z pewnością jedne z najlepszych ciastek jakie jadłam w ogóle i najlepsze czekoladowe, jakie udało mi się zrobić... Są jak awangardowe czekoladowe perfumy, łącząc w sobie nuty, których, jak by się wydawało, połączyć się nie da: pierwsze dochodzi do głosu doskonale kruche i maślane ciasteczko, żeby po chwili ustąpić idealnemu czekoladowemu ciastu w miniaturze: chrupiąca warstwa na zewnątrz, ciągnąca i wilgotna w środku. A kiedy się wydaje, że to już wszystko, niespodziewanie na języku pojawia się sól, która nie tylko nie przeszkadza, ale to właśnie ona sprawia, że te ciastka uzależniają. Czekoladoholicy, miejcie się na baczności!

Jak łatwo policzyć, cykl nie obejmował 36 przepisów, a o co chodzi, dowiedziecie się jeszcze trochę niżej. Przypominam też o konkursie, który trwa jeszcze do środy!







Czekoladowe cookies
przepis Pierre'a Hermé, wypatrzony na blogu mojej kuzynki

Składniki:

180 g mąki

1/2 łyżeczki sody
1/2 łyżeczki kwiatu soli (o którym już było tutaj i dzięki interwencji aż dwóch miłych osób mam go teraz na własność)
150 g cukru brązowego
20 g cukru białego (dałam w całości biały)
150 g masła
30 g kakao
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (dałam cukier waniliowy)
150 g gorzkiej czekolady, pokrojonej na małe kawałki

Wykonanie:
  1. Wymieszać mąkę, sodę, kwiat soli, kakao i czekoladę.
  2. W drugiej miseczce zmiksować masło i dodać do niego cukier oraz ekstrakt waniliowy. Następnie dodać pozostałe składniki i razem zmiksować. Moim zdaniem, na tym etapie lepiej zagnieść ciasto ręką.
  3. Z ciasta zrobić dwa wałeczki o średnicy 4-5 cm, owinąć w folię i włożyć do lodówki na 2 godziny lub do zamrażarki na 15 minut.
  4. Piekarnik nagrzać do 170 stopni. Schłodzone wałeczki kroić na niezbyt cienkie ciastka. Moje się rozpadały podczas krojenia, ale wystarczy porządnie je zgnieść na mniej więcej pożądany kształt. Ciastka przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i piec ok. 11 minut. Zaraz po upieczeniu się są bardzo miękkie, należy więc ostrożnie zdejmować je z blachy i układać do ostygnięcia w pojedynczej warstwie.
A dlaczego 36 ciasteczek? Przedstawiam Wam mój ulubiony kubek, nie tylko nikt nie może z niego pić, ale najlepiej, żeby nawet go nie dotykał. Pomimo moich wysiłków, których skutkiem jest pozbawienie zdjęć wartości artystycznej ;) tekst w takim pomniejszeniu nadal jest niewyraźny, więc transkrypcja poniżej zdjęcia.



Jon: Na tym talerzy było 36 ciasteczek... A teraz ich nie ma...

Garfield: Niegrzeczny talerzyk!

wtorek, 24 sierpnia 2010

Sierpniowe gruszki



„W lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką i starszym bratem na pastwę białych od żaru i oszałamiających dni letnich. Wertowaliśmy, odurzeni światłem, w tej wielkiej księdze wakacyj, której wszystkie karty pałały od blasku i miały na dnie słodki do omdlenia miąższ złotych gruszek.”

To fragment opowiadania Bruno Schulza, Sierpień. Dalej też jest pięknie, a także fascynująco turpistycznie. Co tu ściemniać, zaliczam się raczej do niepraktykujących wielbicieli twórczości wspomnianego pisarza. Owszem, przeczytałam kiedyś cały tomik Sklepy cynamonowe, wyłącznie dla intelektualnej satysfakcji, i raczej tego już nie powtórzę (chociaż specjalnie na potrzeby tego posta nabyłam własny egzemplarz, za całe 5 złotych). Magnetyczna proza Schulza jest gęsta i oblepiająca niczym sok z gruszek, każde słowo domaga się uwagi, pochylenia się nad nim i obejrzenia z każdej strony. Jako entuzjastka kryminałów, niedbale prześlizgująca się nie tylko po słowach, ale raczej po całych zdaniach, z żalem nie mogę Schulzowi ofiarować tyle skupienia.


Tak się jednak stało, że do pierwszych akapitów Sierpnia wracałam wielokrotnie. Powód jest bardzo banalny: fragment tego opowiadania znajdował się w podręczniku do języka polskiego, który z obowiązku i dla przyjemności często wertowałam, natrafiając co jakiś czas także na ten opis, który w czasie roku szkolnego musiał budzić szczególną tęsknotę za upalnym, leniwym latem.

A dzisiejsze ciasto powstało w wyniku możliwej prawie natychmiast do zaspokojenia ochoty na słodki do omdlenia miąższ złotych gruszek. Za całą rekomendację może wystarczyć to, że już dawno niczego nie zjadłam aż tak dużo. Na szczęście ewentualne wyrzuty sumienia z tego powodu można było zbić racjonalną argumentacją: większość zwykle chętnych do jedzenia osób tym razem była na wakacjach, a głupio byłoby pozwolić, by taki cud się zmarnował (ewentualnie by cała przyjemność przypadła, li i jedynie, mojemu bratu). Gruszki z czekoladą to duet idealny, znamienne jest to, że wchodzą w skład deseru na cześć najpiękniejszej kobiety w dziejach świata, Heleny Trojańskiej. W moim cieście aksamitna, lekko gorzka czekoladowa warstwa cudownie łączy się z nienachalną i przytłumioną słodyczą gruszek. Jeśli podwoicie ilość składników tworzących masę czekoladową możecie upiec ciasto, na które przepis przywiozłam z Francji. Podejrzewam, że pochodzi raczej z gazety lub książki, niż rodzinnego kajecika Mme M., ale na pewno jest francuskie i, co najważniejsze, pyszne. Powinno mieć lekko mazistą konsystencję, czyli taką, jaką uzurpują sobie ciasta czekoladowe z pretensjami do oryginalności, albo może do francuskości – szczegółowe wskazówki jak to osiągnąć znajdziecie w przepisie.

Jakie jest poniższe zdjęcie, każdy widzi, ale, jakie mam szczęście, że ostatnio powtarzam to tak często, temu smakowi nie można się oprzeć, więc po co nawet próbować?



Ciasto czekoladowe z gruszkami
na formę o średnicy 24 cm

Kruche ciasto:
jak zwykle wg Jamiego Olivera

250 g mąki
125 g masła
100 g cukru pudru
2 żółtka
szczypta soli
ewentualnie 1-2 łyżki zimnej wody


Masa czekoladowa:

100 g czekolady
90 g masła
90 g cukru
2 jajka
2,5 łyżki mąki

Poza tym:

5 dużych gruszek
3/4 szklanki cukru
2 łyżeczki cukru waniliowego


Wykonanie:
  1. Zrobić kruche ciasto: mąkę posiekać z masłem, następnie dodać resztę składników i zagnieść w kulę. Jeśli ciasto jest zbyt suche, dolać trochę wody. Zawinąć w folię i odstawić do lodówki na jakąś godzinę. Ja moje ciasto od razu wyłożyłam na formę pokrytą papierem do pieczenia i takie, już gotowe do pieczenia, odstawiłam na odpoczynek.
  2. Piekarnik nagrzać do 200 stopni. Formę wyłożyć papierem do pieczenia, rozłożyć na niej ciasto, ponakłuwać je widelcem i włożyć do piekarnika. Temperaturę obniżyć do 180 stopni. Piec około 25 minut na jasnozłoty kolor.
  3. Do garnka wlać 3 szklanki wody, dodać 3/4 szklanki cukru i cukier waniliowy, gotować, aż cukier się rozpuści. W międzyczasie obrać gruszki, podzielić na połówki i wyciąć gniazda nasienne, po czym włożyć do syropu i gotować, aż będą dość miękkie, ale nie ciaprate. Ja gotowałam ok. 7 minut. Gruszki odsączyć.
  4. Czekoladę posiekać i razem z masłem włożyć do miseczki (może być ta, w której będziemy mieszać całą masę) , a tę miseczkę wstawić do większej, napełnionej gorącą wodą. Poczekać kilka minut, a następnie rozmieszać masło z czekoladą i doprowadzić do rozpuszczenia cząstek, które jeszcze nie zostały rozpuszczone. Do tej mieszanki dodać cukier, wymieszać, jajka, wymieszać i mąkę, wymieszać. Przez przypadek wsypało mi się trochę więcej cukru, i, jeśli nie lubicie typowych, lekko gorzkich ciast czekoladowych, zamiast udawać wyrafinowanie lepiej postawcie na doznania zmysłowe i też dajcie go (cukru, bo dygresja jest już zbyt długa) więcej, niż w przepisie.
  5. Na podpieczone ciasto wyłożyć dookoła gruszki, przykryć masą czekoladową. Piec ok. 30 minut. I tutaj będą dwie uwagi: mój kruchy spód był upieczony poprzedniego dnia, a więc zimny, być może przez to pieczenie trwało dłużej. Uwaga druga: Mme M. twierdziła, że ciastu, aby się upiekło, wystarczy 15 minut – i to rzeczywiście jej się udawało, ale mnie nigdy nie. Sekret idealnego wypieku polega w tym, że masa czekoladowa w środku ma być półpłynna, ma wtedy cudownie jedwabistą konsystencję. Moment właściwy do wyjęcia blachy z ciastem z piekarnika następuje zaraz po tym, kiedy zetnie się wierzch masy, jedyną więc skuteczną radą jest być czujnym i obserwować. W razie przepieczenia nic się nie dzieje, tylko ciasto jest bardziej suche. Po upieczeniu ciasto czekoladowe należy odwrócić do spodem góry i tak podawać.
  6. Jeść po wystudzeniu. Dotyczy i ciasta głównego, i pobocznego wątku ciasta czekoladowego ;)


A jeśli ktoś dotarł aż tutaj, to zdradzę mu jeszcze jedno: zaledwie przecznicę ode mnie znajduje się ulica Krokodyli (i tam właśnie mieści się dziwny sklepik z chlebem znany Wam poprzedniego wpisu, gdzie indziej mógłby być?), ale o niej napiszę innym razem.

wtorek, 10 sierpnia 2010

Letni spacer w Czarny Las



Z całą pewnością istnieje jakaś naukowa teoria, która przewiduje, na podstawie smaków dzieciństwa, uśrednienia menu niedzielnego obiadu i analizy zawartości najlepiej sprzedających się książek kucharskich, co ma szansę smakować której nacji. Być może owa teoria znajduje wytłumaczenie, dlaczego omawiany w poprzednim poście francuski przebój, clafoutis, nie ma fanów nad Wisłą. Być może ta teoria wyjaśnia też niezrozumiałą dla mnie popularność sushi i sushi barów, bo dość jest podejrzane, dlaczego surowa ryba w otoczeniu pozbawionego smaku ryżu i owinięta zielskiem, w porze lanczu bije rekordy popularności wśród biznesmenów, którzy w porze obiadu żądają od swych małżonek schabowego z ziemniaczkami, tylko absolutnie żadnego makaronu.

W każdym razie, jak wyczytałam kiedyś w jednym z uroczych felietonów Ludwika Lewina, eksperci od jedzenia lotniskowo-samolotowego postanowili, że w smak mieszkańców Europy Wschodniej (czyli również nas :) wpisuje się tort Schwarzwaldzki. Po degustacji kliku deserów, nieco urażony tym wrzucaniem wszystkich do jednego worka, pan Lewin, z pewnym zażenowaniem, przyznał, że przynajmniej jego osobisty gust to potwierdza i co potwierdzić, na podstawie niereprezentatywnej co prawda, ale jakiejś tam, próby, mogę i ja.

Co nie oznacza, że dobry tort Schwarzwaldzki przyrządzić jest łatwo. Osiągnięcie równowagi między lekko wytrawnym, czekoladowym ciastem, alkoholowymi wiśniami i słodką śmietanką wymaga trochę wprawy, zwłaszcza, że ten wytrawny element jest jednak naszemu podniebieniu obcy i mnie, jako wielbicielce nieskomplikowanej, obezwładniającej słodyczy, nieraz zdarzyło się mieć problem z dojedzeniem kawałka rzeczonego przysmaku.

W przypadku dzisiaj prezentowanej wersji, problem można uznać za marginalny. Co prawda, kłopotliwa nutka, wynikająca przecież z użycia najwyższej jakości czekolady (choć oryginał zawiera raczej kakao, o ile pamiętam) jest i tu obecna, ale komponent wiśniowo-śmietanowy wystarczająco ją równoważy. Po kilku popełnionych ostatnio wypiekach wątpliwych, ten mogę uznać za sukces. Nawet moja Mama, co zdarza się nie tak często, wzięła regularny drugi kawałek, zamiast, jak zwykle, oszukując samą siebie, wyjadać obsypane okruszki, co zwykle zresztą ten drugi kawałek równoważy. Już po ułożeniu misternej dekoracji (która nie do końca poszła zgodnie z planem, ale o tym w przepisie) okazało się, że ciasto bardziej pasuje do scenerii zimowej, niż letniej, dlatego myślę już nad wersją bożonarodzeniową. A chociaż przygotowanie zajmuje sporo czasu, bardzo polecam już teraz, jest dużo dobrych rzeczy do podjadania w trakcie.

Aha, zdjęcia całego ciasta wyszły zupełnie nieadekwatnie (czyli: kiepsko) w stosunku do smaku, więc będziecie musieli trochę wspomóc się wyobraźnią.



Tarta Czarny Las

Składniki:

Ciasto:

375 g mąki
190 g masła
150 g cukru pudru
szczypta soli
3 żółtka
3-4 łyżki kakao (ilość zależy od jego jakości)
ewentualnie kilka łyżek zimnej wody


Frużelina wiśniowa:

500 g wiśni (wydrylować)
3/4 szklanki cukru
2 łyżki soku z cytryny
2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
3 łyżeczki żelatyny


Masa czekoladowa:

100 g dobrej, gorzkiej czekolady
250 ml śmietany kremówki


Bita śmietana:

250 ml śmietany kremówki
2 łyżki cukru pudru (lub do smaku)
śmietan-fix


Wykonanie:
  1. Wszystkie składniki ciasta przełożyć do miski lub na stolnicę, siekać nożem, jak długo starczy cierpliwości, po czym zagnieść ręką do końca. Jeśli ciasto jest za suche, dodać trochę zimnej wody, jeśli za jasne, trochę kakao. Ciasto uformować w gruby rulon, owinąć folią i wstawić na godzinę do lodówki.
  2. Owoce i cukier przełożyć do garnka, podgrzewać, aż cukier się rozpuści, ale całość nie powinna się zagotować. Dodać sok z cytryny, a następnie mąkę ziemniaczaną, rozrobioną w 2 łyżkach zimnej wody. Zagotować, chwilę potrzymać na ogniu (mieszać!), by zgubić mączny posmak. Zdjąć masę z ognia i wmieszać żelatynę rozrobioną w małej ilości gorącej wody. Ostudzić.
  3. Zagotować szklankę kremówki i zalać nią połamaną na kawałki czekoladę, wymieszać na jednorodną masę. Kiedy całość ostygnie, włożyć do lodówki, aby trochę stężała.
  4. Piekarnik nagrzać d 180 stopni. Okrągłą formę o średnicy ok. 24 cm wyłożyć papierem do pieczenia.
  5. Ciasto wyjąć z lodówki i podzielić na dwie nierówne części (jedna w stosunku mniej niż 2/3). Większą część pokroić na plastry, pokrojonym ciastem wyłożyć formę, nie formując rantu, ciasto ma być płaskie. Podociskać ciasto, by było równo rozłożone, nakłuć w kilku miejscach widelcem, następnie położyć na nim papier do pieczenia, groch lub np. fasolę i piec 20 minut. Po tym czasie zdjąć papier i warzywa (strączkowe) i dopiekać jeszcze ok. 20 minut (lepiej jednak to kontrolować). Upieczone ciasto wystudzić.
  6. Teraz następuje ta część, która mnie się nie udała: ciasto miało mieć kopułkę. W tym celu należy wziąć żaroodporną miskę o średnicy mniej więcej tej samej, co tortownica, JAKOŚ opatulić ją papierem do pieczenia (ale nie posmarować masłem – właśnie dlatego się nie udało, bo ciasto ciepłe – czyli stosunkowo łatwe do odklejenia jest miękkie, a zimne i twarde mocno trzyma się podłoża i przy próbie zdjęcia rozpada na kawałki), po czym z reszty rozwałkowanego średniocieńko ciasta wykrawać paski, naklejać je na kopułkę, uważając, by w wystarczająco wielu miejscach paski sięgały krawędzi, by utworzyć solidną podstawę, a następnie wstawić obklejoną miskę do piekarnika na jakieś 30 minut, obracając co jakiś czas. Jeśli nie chce Wam się ryzykować, możecie resztę ciasta rozwałkować i powykrawać z niego dowolne kształty, które ozdobią gotowy wypiek i piec ok. 12 minut. Lub po prostu zrobić ciasto z mniejszej porcji składników i zrezygnować z ozdóbek.
  7. Oziębioną masę czekoladową wyjąć z lodówki i ubić mikserem na sztywny krem. Wyłożyć na ostudzone ciasto, ewentualnie zostawiając na krawędzi koła trochę miejsca na kopułkę lub dekorację ze śmietany i wiśni.
  8. 250 ml kremówki lekko ubić, dodać śmietan-fix i cukier, dobić na sztywno. Śmietaną napełnić szprycę do tortów, torebkę foliową z obciętym rogiem lub zwinięty kawałek pergaminu i wyciskać na masie czekoladowej równoległe pasy, zostawiając między nimi miejsce na wiśnie. Zostawić trochę śmietany do dekoracji.
  9. W miejsca między śmietaną łyżeczką nakładać nieco już ścięte wiśnie. Pozostałe wiśnie nakładać na przemian z kleksami bitej śmietany na brzegu ciasta. Na ciasto nałożyć kopułkę, jeśli mamy, lub udekorować je ciasteczkami w uprzednio wybranym kształcie. Ciasto odstawić na jakiś czas (najlepiej całą noc) do lodówki.
Główna inspiracja dla tego ciasta pochodzi z książek Christine Ferber (m.in. tej o czarodziejskich smakołykach Alicji), ale chociaż zachwyca mnie warstwa wizualna kreacji tej autorki, trochę zraziłam się już do przepisów, więc stworzyłam własny, którego bazą jest kruche ciasto Jamiego Olivera i frużelina z wyszukiwarki (przepis podany przez Cudawianki).


wtorek, 1 czerwca 2010

Ciasteczko na czerwiec



To były z pewnością jedne z najbardziej czekoladowych ciastek, jakie zrobiłam. Niech Was nie zmyli przepis, bo żeby na i w efekcie końcowym znalazło się 125 g i jedna kostka czekolady, kupiłam jej pół kilo, z czego wykorzystane zostało 400 g (i jedna kostka). Ale zaczęło się, jak zwykle, niewinnie.

Wymyślony przeze mnie efekt miał być kruchymi ciasteczkami z drobinkami ciemnej czekolady oraz lukrem z czekolady białej, jeśli szczęście dopisze, nieco zazielenionej od mięty . Mimo, że nie udało mi się dostać świeżej mięty (i właściwie tu nastąpił pierwszy moment, w którym przyszło mi zastanowić się, czy wszystko oby pójdzie gładko) i zadowoliłam się suszoną, w herbatce, z optymizmem przeszłam do działania. Początkowo szczęście nawet mi sprzyjało, bo ani jedno ciasteczko nie było spalone, co czasem się zdarza, ale, co zdarza mi się właściwie zawsze, żadne nie osiągnęło też lekko już niepokojącej fazy zbrązowienia, która co prawda nie ma jeszcze nic wspólnego ze spalenizną, ale ma już wiele wspólnego z gwałtownym spadkiem smaku.

Ciasteczka powoli sobie stygły, a ja przystąpiłam do przygotowania polewy. Zagotowałam śmietanę i wrzuciłam do niej woreczek z miętą. Po dziesięciu minutach zalecanych na opakowaniu herbatki aromat był słabo wyczuwalny, ale jakiś tam był. Śmietana była już w garnku, nie chciało mi się przygotowywać kąpieli wodnej, więc dorzuciłam czekoladę i zaczęłam podgrzewać na gazie. I wtedy wszystko kompletnie się zwarzyło. Ha, pomyślałam, tak to jest, kiedy rozsądek zostawia się za kuchennymi drzwiami i z niechęcią, ale jeszcze bez obrzydzenia, poszłam do sklepu po kolejną białą tabliczkę. Niestety, mimo, że tym razem podgrzewałam ją na parze, zwarzyło się po raz drugi. Trudno, pomyślałam, nie będzie ani biało, ani miętowo i zaczęłam rozpuszczać gorzką czekoladę, ale kiedy dodałam do niej śmietany, zwarzyło się po raz trzeci. Z rezygnacją przebrałam się po raz kolejny z dresu w dżinsy i poszłam do sklepu, tym razem przezornie kupując dwie tabliczki. I to jest właściwie koniec opowieści, bo nie ryzykowałam już dodawania do czekolady czegokolwiek, tylko stopiłam ją i posmarowałam ciastka. Nie ma jednak tego złego, bo przynajmniej idąc po zakupy po raz drugi (w sumie, trzeci) wpadłam na pomysł, żeby wykorzystać czekoladę z miętą, więc chociaż nie mogło być biało, to jest przynajmniej miętowo.

Właściwie po tym wszystkim nie bardzo chciało mi się jeszcze jeść, ale następnego poranka, kiedy robiłam zdjęcia, opary czekolady działały już na mnie mocno rozpraszająco. Ciastko w wersji z truskawką – zdecydowanie najlepsze, ma jednak tę wadę (wadę?), że trzeba szybko je zjeść.

PS Jeśli zastanawialibyście się, co stało się z jedną kostką, to trafiła ona na właśnie na truskawkę, a nie do mojej buzi, przynajmniej nie tak od razu.



Ciasteczka czekoladowo-miętowe
na podstawie przepisu Nigelli Lawson

Składniki:

200 g mąki
90 g masła
1 jajko
100 g cukru
pół łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
25 g bardzo drobno posiekanej gorzkiej czekolady

na polewę: czekolada z nadzieniem miętowym

dodatkowo: dowolne dekoracje na ciasteczka


Wykonanie:
  1. Wszystkie składniki, oprócz czekolady, zagnieść, kiedy ciasto będzie tworzyć duże grudy dodać posiekaną czekoladę i jeszcze chwilę zagniatać, aż będzie można utworzyć ścisła kulę. Ciast owinąć folią i wstawić na godzinę do lodówki.
  2. Piekarnik nagrzać do 180 stopni. Ciasto wałkować niezbyt cienko (lub według upodobania) na posypanej mąką stolnicy i wycinać dowolne kształty, które następnie przełożyć na blachę, wyłożoną papierem do pieczenia. Piec ok. 12 minut, aż ciasteczka będą lekko przyrumienione.
  3. Czekoladę roztopić na parze, wymieszać, żeby utworzyła jednolitą masę i smarować nią ciasteczka. Dowolnie je dekorować. Kiedy polewa zastygnie, ciastka przełożyć do szczelnego pojemnika, o ile oczywiście nie zamierzacie zjeść wszystkich od razu. Z przepisu wyszło mi ok. 60 małych ciasteczek.

sobota, 6 marca 2010

Na przekór (i do góry dnem)


Panna cotta z Czarnego Lasu

Chociaż mam pretensje w kierunku rozmaitych artystycznych zdolności i w moich szufladach zalegają farbki, kredki, koraliki i inne utensylia, kupowane w zależności od tego, jaki talent akurat chciałam rozwijać, to jednak nie uważam się za osobę obdarzoną szczególną fantazją czy też jakoś bardzo kreatywną. Podobnie jest z gotowaniem. Do niedawna przypuszczałam, że właściwie w ogóle nie wymyślam przepisów, co jednak po głębszej analizie okazało się nieprawdą. Przepisy wymyśla chyba każdy, kto gotuje. W końcu większość potraw powstaje jednak z tego, co mam pod ręką, niż w wyniku zrobienia wcześniej przemyślanych zakupów. Czasami wychodzą rzeczy pyszne, a czasami takie sobie, w sumie jednak nigdy ich nie zapisuję i wydają mi się zbyt banalne, żeby podawać je dalej.

Czymś, co kręci mnie o wiele bardziej, jest wypróbowywanie cudzych przepisów. Bardzo nie lubię, kiedy czegoś akurat nie mam i muszę zastąpić czymś innym, co zdarza się raczej często. Dla mnie ta drobna podmiana nie jest stworzeniem nowej jakości, ale stanięciem w obliczu okrutnej prawdy, że nie spróbuję oryginału. A największa radość i satysfakcja jest wtedy, kiedy moje danie, wygląda jak to na zdjęciu.

Na przekór jednak tym wszystkim faktom i moim preferencjom, dzisiaj będzie coś, co wymyśliłam sama. Deser, którego główną treścią jest panna cotta, niezbyt skomplikowany, choć początkowo może się takim wydawać, ale on po prostu wymaga trochę czasu, za to zdecydowanie jest śliczny i pasujący do foremki z serduszkami, którą niedawno dostałam i musiałam znaleźć dla niej odpowiednie wypełnienie. Jeśli miałabym jakieś drobne zastrzeżenia, to chyba wolałabym zmniejszyć grubość czekoladowego spodu na rzecz grubszej warstwy panny cotty.

Przepis dołączam do akcji W Krainie Czarów, a następnym razem będzie więcej o Alicji, wcale nie w związku z filmem o bardzo kosztownej akcji promocyjnej, ale w związku z absolutnie magiczną książką kucharską, którą ostatnio kupiłam. Jeśli przy „Ustach pełnych karmelu” pisałam, że uwielbiam je po prostu oglądać, to w przypadku kulinarnej Alicji szata graficzna byłaby wystarczającym pocieszeniem, nawet jeśli wszystkie przepisy okazałyby się niejadalne albo miałabym żadnego nigdy nie wypróbować. Oczywiście wypróbowałam i o tym właśnie (między innymi) będzie w kolejnym odcinku.

Panna cotta z Czarnego Lasu

Panna cotta z Czarnego Lasu
8 porcji o objętości ok. 75 ml

Składniki:

½ szklanki wiśni w syropie (więcej płynu niż wiśni)
1 łyżeczka żelatyny

1 ½ szkl. śmietany 30 lub 36%
1 ½ łyżki cukru
laska wanilii lub cukier waniliowy
1 ½ łyżeczki żelatyny

100 g herbatników
50 g gorzkiej czekolady
60 g masła

ewentualnie więcej wiśni i syropu do przybrania


Wykonanie:

  1. Przygotować galaretkę: 1 łyżeczkę żelatyny rozpuścić w małej ilości gorącej wody (pewnie z 2-3 łyżki wystarczą), dolać do wiśni z syropem i rozlać równomiernie w naczyńkach*, w których będziemy przygotowywać deser: najpierw wlać syrop, a potem rozłożyć wiśnie, po kilka sztuk na porcję. Wystudzić (albo i nie studzić, jeśli jesteście tak niecierpliwi jak ja, ale pamiętajcie, że lodówce to szkodzi) i wstawić do lodówki, żeby galaretka zastygła.
  2. Śmietanę zagotować z cukrem, laską wanilii (wcześniej wyskrobać z niej ziarenka i wrzucić do płynu) lub cukrem waniliowym. Żelatynę rozpuścić w ¼ szklanki gorącej wody i dolać do gorącej śmietany. Masę przecedzić, najlepiej do jakiegoś naczynia z dziubkiem, bo z niego będzie łatwiej nalewać. Śmietanę wylać na zastygłe galaretki, ostudzić i przełożyć do lodówki na kilka godzin (pewnie 2 wystarczą).
  3. Herbatniki i czekoladę zmiksować w malakserze na proszek, przełożyć do miseczki, zalać roztopionym masłem i wymieszać.
  4. Na zastygłych pannach cottach delikatnie rozłożyć warstwę herbatników, znowu odstawić do lodówki, aż spód się zestali.
  5. Aby wyjąć deser z naczyńka należy na krótką chwilę zanurzyć naczyńko w gorącej wodzie, po czym przykryć je talerzykiem i odwrócić. Jeśli deser nie chce się odkleić, włożyć na jeszcze chwilkę do wody.
*Myślę, że okrągłe desery będą wyglądały równie ładnie, do ich przygotowania można użyć nawet filiżanek. W zasadzie, jeśli bardzo obawiacie się tego wyjmowania można też zacząć przygotowania od dołu, czyli na dno czegoś dać masę herbatnikową, na to pannę cottę, a na to galaretkę i podać w naczyńkach. Tylko wtedy lepiej masę śmietanową częściowo zestalić, bo jeśli będzie całkiem płynna, to herbatniki mogą wypłynąć na wierzch.

czwartek, 25 lutego 2010

W poszukiwaniu mocnych wrażeń: makaroniki




Niektórzy potrzebują mocnych wrażeń: skoku na bungee albo wyprawy w amazońską dżunglę. Na przykład. Ja temu pierwszemu nie mówię zdecydowanie nie, drugie raczej odrzucam, bo w wersji turystycznego all inclusive to żadna zabawa, a w wersji radosnego pójścia na żywioł i z prądem, zdecydowanie mnie przeraża. Mam znacznie skromniejsze wymagania i powiem przygody poczułam już czytając propozycję Olciaky do lutowej Weekendowej Cukierni.

Makaroniki. Francuskie cudeńka sztuki cukierniczej, które wyglądają właściwie bardziej jak niejadalane ozdóbki na choinkę, niż rozkosz dla podniebienia. A mimo tego bardzo, bardzo są pociągające, śliczne i słodkie (tu jeszcze w przenośni), a poza tym, jak się okazało, naprawdę dobre. Owiane legendą i złą sławą wyzwania jedynie dla doświadczonych cukierników. Od dawna się do nich przymierzałam i cieszę się, że miałam poważny pretekst, żeby wreszcie spróbować. Och, pewnie nie wyszły idealnie, ale ja i tak byłam zachwycona. Właściwie nie potrafię do końca zdecydować, czy przepis jest trudny czy taki sobie, jednak, co tym bardziej jest prawdą, że rzadko to piszę, tu naprawdę ważne jest przestrzeganie reguł i proporcji. Również rzadko to robię (a właściwie nigdy) ale bezczelnie przepis przekleję od Olcik, bo strasznie jest długi. Warto też obejrzeć filmik o przygotowywaniu makaroników, który poleciła Goś. I rzecz jasna, jeżeli przypadkiem na któryś etapie przygotowania pójdzie coś nie tak, nie należy panikować, tylko spokojnie kontynuować i wyciągnąć wnioski na przyszłość.



Kawowe makaroniki z czekoladą
(przepis za Fellunią)

Składniki:

makaroniki:
100g białek (mniej więcej 3)
40g drobnego cukru
200g cukru pudru
120g mielonych migdałów
1 łyżka kawy mielonej lub rozpuszczalnej


krem czekoladowy:
100g czekolady
kilka łyżek śmietanki lub oleju, jeśli musimy unikać nabiału
ewentualnie cukier do smaku (bez przesady, makaroniki są dość słodkie, pasuje więc do nich krem nieco bardziej wytrawny)

ewentualnie trochę rumu lub pasującego likieru


Przygotowanie:
  1. Makaroniki: białka trzeba rozdzielić przynajmniej dzień wcześniej. Trzymamy je przykryte w lodówce i wyjmujemy nieco wcześniej przed przygotowaniem makaroników, tak aby były mniej więcej w temperaturze pokojowej. Podobno to nie żadna magia tylko wtedy nieco wysychają i efekt końcowy jest lepszy. Niektóre przepisy przewidują nawet dodanie nieco białek sproszkowanych ale nie próbowałam bo nie mam tego specyfiku.
  2. Migdały trzeba zmielić razem z kawą i cukrem pudrem w malakserze na drobny proszek.
  3. Białka ubić na dość sztywną pianę, dodać drobny cukier i jeszcze chwilę ubijać. Piana ma być sztywna ale nie ma się rwać (to właściwie ogólna zasada odnośnie ubijania piany z białek).
  4. Teraz będzie najważniejszy krok dla makaroników. Do piany wsypujemy migdały zmielone z kawą i cukrem pudrem i mieszamy wszystko razem łyżką. Mieszana substancja będzie robiła się coraz rzadsza, trzeba uchwycić właściwy moment. Musi być na tyle rzadka, żeby makaroniki się nieco rozpłynęły, ale nie aż tak by były płaskie jak opłatki. Można sprawdzać wykładając trochę masy na talerzyk. Jeśli po wstrząśnięciu talerzykiem masa rozpłynie się na równiutkie, ale wypukłe kółko to jest ok, a jak trzyma krzywy kształt to mieszamy jeszcze 2-3 razy. Jeśli się rozpływa za szybko to jest za późno i zaczynamy od nowa. Moje, jak widać na zdjęciu, są nieco krzywe, zbyt grube a te małe wzgórza od końcówki do szprycowania nie znikły całkiem. To wszystko oznacza, że powinnam jeszcze zakręcić łyżką 2 razy :).
  5. Można nakładać makaroniki łyżeczką ale łatwiej to zrobić z rękawa cukierniczego. Jeśli nie mamy to bierzemy torebkę ze sztywnej folii i ucinamy jeden róg, też będzie dobrze. Można również zwinąć nieco pergaminu w tytkę. Końcówka do szprycowania musi być okrągła i dość szeroka (mniej więcej 1cm średnicy), jeśli takiej nie mamy to nie bierzemy żadnej tylko szprycujemy wprost z rękawa.
  6. Na blachę wyłożoną pergaminem nakładamy okrągłe ciasteczka o średnicy około 3 cm w odstępach około 2-3 cm. Jak skończymy to trzeba uderzyć blachą płasko w stół, tak aby makaroniki się nieco rozpłynęły. Z tej proporcji wyjdą 2 blachy ciasteczek.
  7. Odstawiamy przygotowane blachy na około godzinę do obeschnięcia. Nagrzewamy piekarnik do 160°C, wstawiamy ciasteczka i pieczemy przez jakieś 15 minut. Potem wyjmujemy i odstawiamy do wystygnięcia. Dopiero potem odklejamy je od papieru (ciepłe mogą się rozwarstwić).
  8. Krem czekoladowy: czekoladę roztapiamy w kąpieli wodnej razem ze śmietanką lub olejem. Można dodać rum lub likier, wymieszać aż krem będzie gładki i odstawić do przestygnięcia.
  9. Nakładać odrobinę czekolady na ciasteczka i sklejać je parami. Co jest ich wielką zaletą, jeść można natychmiast :)

niedziela, 21 lutego 2010

"Usta pełne karmelu" w Czekoladowy Weekend


Karmelki czekoladowe

Czekoladowy Weekend wydał mi się dobrą okazją do wypróbowania wreszcie jakiegoś przepisu z niedawno zakupionej książki o... karmelu. Jej posiadanie było moim marzeniem od bardzo dawna i jest to książka, którą chciałabym mieć nawet jeśli potrafiłabym ugotować jedynie wodę na herbatę (w czajniku elektrycznym) i wcale nie zamierzała tego repertuaru poszerzać. Obrazowy, oryginalny francuski tytuł brzmi „Usta pełne karmelu” (zapewne można by znaleźć bardziej finezyjne tłumaczenie niż to moje), zakupiona przeze mnie wersja angielska została zredukowana do „Karmelu”, ale i tak każda strona sprawia, że mam ochotę natychmiast pobiec do kuchni i coś przyrządzić, chociażby tylko sos karmelowy. Uwielbiam tę książkę oglądać, bo widać, że ktoś się naprawdę zastanowił nad układem graficznym, doborem czcionek, a nawet wyrównaniem tekstu. Do tego piękne zdjęcia, to kwestia gustu, ale dla mnie absolutny ideał – minimalistyczne stylizacje, które jednak działają na wyobraźnię lepiej niż niejedno barokowe ujęcie. I, oczywiście, świetne przepisy. Szkoda, że w Polsce nie wydaje się takich książek. Może Wam się wydawać, że niepotrzebnie tak ekscytuję się czymś, co w końcu jest TYLKO książką kucharską (tym bardziej, że zdjęcie wybranego przeze mnie przepisu nie ujawnia całej tej wspaniałości), ale ja po prostu nie potrafię gotować z tych źle wydanych, nie mówiąc już o tych bez obrazków, chociaż tutaj są wyjątki, bo w klasykach gatunku, niestety, zdjęć nie ma. A prawdę mówiąc, niechlujnie wydanych innych książek też czytać nie lubię (te braki tytułów oryginalnych, lat wydania, nakładów, błędy redakcyjne, horror po prostu).

A inauguracyjny przepis to czekoladowe karmelki, całkiem niezłe, nieco wytrawne, mój brat przyrównał je do cukierków Riesen, a jednak, co jest prawdziwą rzadkością, największą frajdę sprawił mi kwadrans, podczas którego mieszałam płynną czekoladową masę. Reklama nie kłamie. Jedwabiste czekoladowe wstęgi i fale tworzone przez grafików komputerowych istnieją również w rzeczywistości, a przyglądanie się im przez zwykle nieznośnie się dłużące minuty nad garnkiem, naprawdę relaksuje. A najlepsza w smaku była łyżka jeszcze płynnej masy, łyżka, na której pozostały kryształki soli. Smak specyficzny, lecz dziwnie pyszny. Spróbujcie.

Karmelki czekoladowe

Karmelki czekoladowe
(Przepis z Caramel Trish Deseine)

Składniki:

250 g gorzkiej czekolady, posiekanej
250 ml mleka
100 ml cukru (1/2 szklanki bez 1 łyżki)
15 ml (1 łyżka) miodu
15 ml (1 łyżka) solonego masła (dałam zwykłe i dużą szczyptę soli)

  1. Przygotować kwadratowe naczynie (o boku mniej więcej 18-20 cm) i wyłożyć je papierem do pieczenia
  2. Cukier wsypać do garnka, skropić wodą (ja na wszelki wypadek dałam kilka łyżek), ugotować syrop. Kiedy syrop zacznie się gotować, zdjąć z ognia i rozpuścić w nim czekoladę. Mój syrop czekolada natychmiast wchłonęła i wszystko zbiło się w jedną wielką grudę, więc dodałam mleko i w nim, już gotując, rozpuszczałam masę cukrowo-czekoladową. Jeśli uda Wam się czekoladę rozpuścić w syropie, to następnie dodajcie mleko. Masę zagotować, po czym dodać miód i masło. Gotować masę 10-15 minut na małym ogniu, cały czas mieszając drewnianą łyżką, aż zgęstnieje. W końcowej fazie należy mieszać bardzo energicznie, wpuszczając do masy jak najwięcej powietrza.
  3. Cukierki są gotowe, kiedy czekolada przestanie spadać z łyżki, lub będzie to robić bardzo wolno. Masę przelać do przygotowanego naczynia, wyrównać i pozostawić aż stwardnieje. Pokroić, kiedy zaczną tężeć. Polecam też zamrożenie karmelków.
Całkiem prawdopodobne, że karmelki za pierwszym razem będą zbyt miękki lub twarde (moje były za miękkie), ale jak pisze Trish „zawsze pyszne i samodzielnie przez Was zrobione”.