Że jesteś tym, co jesz, wiadomo od dawna, tzn. bohaterskie owoce versus złowieszcze drożdżówki, czy coś w tym rodzaju. Zawsze miałam ochotę odpowiedzieć na to, że w sumie wolę być czekoladą niż marchewką (trochę w duchu tego rysunku Marty Frej). Na szczęście ostatnio wiele się zmieniło – nie tylko w moim nastawieniu (chociaż nadal wolę być czekoladą niż marchewką), ale przede wszystkim, do głównego nurtu przebija się też bardziej optymistyczne podejście do zdrowego odżywiania. Bo, jak się okazuje, żeby mieć lśniącą cerę i piękne włosy czekolada nie tylko jest dozwolona, ale nawet wskazana! Przynajmniej zdaniem Émilie Hébert, autorki książki „Beauty & Food”.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą comfort food. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą comfort food. Pokaż wszystkie posty
środa, 26 kwietnia 2017
wtorek, 4 kwietnia 2017
Ryż na mleku
Jak to często u mnie bywa(ło), w tym miejscu miało być całkiem o czymś innym. Jednak czuję się jakoś uroczyście po raz piąty (?) podejmując się wrócić do Bułki z masłem. Wiecie, jak to w tej chwili napisałam, to wygląda bardzo niedobrze i w sumie mam ochotę wykasować ten post i zapomnieć o całej sprawie. Ale z drugiej strony, tyle przygotowań, oczekiwań i jeszcze dzisiaj rano przeczytałam komentarz do jednego z moich pierwszych wpisów. Więc...
poniedziałek, 20 lutego 2012
Czekolada
Czekolada.
Sam dźwięk tego słowa powoduje polepszenie nastroju (jest odwrotnie tylko jeśli się odchudzasz).
Czekoladowy weekend. Po raz trzeci na mojej liście świąt. I tak jak przed każdym innym świętem, już od dłuższego czasu myślę, co by tu zrobić, czym Was i siebie zaskoczyć. Ale, przynajmniej według mnie, święta to nie jest czas eksperymentów. No, w każdym razie zawsze muszą pojawić się też rzeczy znane, lubiane i wypróbowane.
W święta powinno być trochę nudno. Bezpiecznie, kojąco i przewidywalnie.
Zaraz, zaraz, nudno? Czy słowa czekolada i nuda wzajemnie się nie wykluczają? To chyba jedna z tych rzeczy, o której ciężko dłużej niż na 10 minut powiedzieć: nie chcę, mam już dość.
Tak samo jest z ciastem czekoladowym. Łatwy i szybki przepis. Żadnych komplikacji. Pytań. Wątpliwości. Niepewności dotyczącej efektów. Na pewno się uda. Jeśli będzie nieco niedopieczone, to nawet lepiej.
A jeśli pierwszy kawałek zaspokoi Waszą potrzebę poczucia, że jest tak, jak być powinno, kolejny posypcie pomarańczową solą. Sól i czekolada to zgrany duet. Kontrolowane ryzyko, którego nie pożałujecie.
Sam dźwięk tego słowa powoduje polepszenie nastroju (jest odwrotnie tylko jeśli się odchudzasz).
Czekoladowy weekend. Po raz trzeci na mojej liście świąt. I tak jak przed każdym innym świętem, już od dłuższego czasu myślę, co by tu zrobić, czym Was i siebie zaskoczyć. Ale, przynajmniej według mnie, święta to nie jest czas eksperymentów. No, w każdym razie zawsze muszą pojawić się też rzeczy znane, lubiane i wypróbowane.
W święta powinno być trochę nudno. Bezpiecznie, kojąco i przewidywalnie.
Zaraz, zaraz, nudno? Czy słowa czekolada i nuda wzajemnie się nie wykluczają? To chyba jedna z tych rzeczy, o której ciężko dłużej niż na 10 minut powiedzieć: nie chcę, mam już dość.
Tak samo jest z ciastem czekoladowym. Łatwy i szybki przepis. Żadnych komplikacji. Pytań. Wątpliwości. Niepewności dotyczącej efektów. Na pewno się uda. Jeśli będzie nieco niedopieczone, to nawet lepiej.
A jeśli pierwszy kawałek zaspokoi Waszą potrzebę poczucia, że jest tak, jak być powinno, kolejny posypcie pomarańczową solą. Sól i czekolada to zgrany duet. Kontrolowane ryzyko, którego nie pożałujecie.

Ciasto czekoladowe z solą pomarańczową
źródło: Tomek Woźniak, Kuchnia 2/2011
Składniki:
200 g gorzkiej czekolady
4 jajka
250 g cukru
100 g masła
60 g mąki
60 g kakao
50 g posiekanych orzechów lub migdałów
sól pomarańczowa: sól morska, skórka otarta z 1 pomarańczy
Wykonanie:
- Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej (czyli, np. połamaną czekoladę wkładamy do małej miseczki, a tę do większej miseczki z gorącą wodą). Masło utrzeć z cukrem, kiedy masa będzie jasna i puszysta dodawać po jednym jajku, a następnie wmieszać czekoladę, a potem mąkę, kakao i orzechy.
- Formę 20x25 cm wyłożyć papierem do pieczenia i przełożyć do niej ciasto. Piec około 30 minut w 180 stopniach. Ciasto po upieczeniu powinno być zwarte, ale ciągle wilgotne.
- Sól ze skórką pomarańczową utrzeć w moździerzu (lub po prostu wymieszać) i posypywać nią kawałki ciasta. Aby sól można było dłużej przechowywać, należy ją upiec w temperaturze 140-160 stopni, aż skórka cytrusowa wyschnie i będzie się dała rozetrzeć między palcami (ok. 10-20 minut).
- Zrobiłam ciasto z połowy porcji w formie 16x16 cm.
niedziela, 27 listopada 2011
Hu hu ha. Zaklinanie zimy
Systematyczność nie jest ostatnio moją mocną stroną. Troszkę się sama przed sobą usprawiedliwiam tym, że ponieważ wszystko się pozmieniało (o czym na pewno już wkrótce Wam opowiem) trudno mi złapać właściwy rytm i pomieścić w nim jeszcze blogowanie.
Dzisiejszą notkę przygotowałam prawie dwa tygodnie temu i częściowo straciła swoją aktualność. Ale tylko częściowo, bo myśl przewodnia: jak ja nie lubię zimy, nadal pozostaje aktualna. Boję się zimy, chyba tak należałoby to nawet ująć. Wizja ponownie marznących palców, nosa i uszu to jeden z najgorszych koszmarów. Perspektywy stania na przystanku i trzęsienia się z zimna (nic to, że na żadnych przystankach stać nie muszę, przynajmniej nieczęsto), a nawet zwykłego zdejmowania rękawiczek przy -15, aby wyszukać drobne na gazetę czy paczkę chusteczek wywołują we mnie dreszcze. Nie cieszy mnie bynajmniej myśl o oddaniu się białemu, narciarskiemu szaleństwu (które zresztą prawie zarzuciłam i tak mi się wydaje, że wspomnienia o chwilach na stoku, kiedy palce przymarzają do butów i skarpetek, a twarz owiewana jest lodowatym wichrem są główną tego przyczyną) tudzież wizja zakrycia szarości miasta białą puszystą kołderką (bo wszyscy wiemy, jak to się zwykle już po paru dniach kończy).
Oczywiście takie podejście jest mało konstruktywne, bo skoro przynajmniej najbliższej zimy nie spędzę w cieplejszym klimacie, jeśli już nie zamierzam jej polubić, to przynajmniej należałoby się z nią pogodzić i właściwie do niej przygotować, na przykład nabywając puchową kurtkę, która powinna zastąpić mój, co prawda elegancki i zgrabny, ale ewidentnie przeznaczony na rynek hiszpański, tudzież południowofrancuski, płaszczyk.
Jak zawsze morale może podnieść też odpowiednio kojące jedzenie, gorące, sycące i kaloryczne, na przykład taka zapiekanka pastuszka (czyli pasterska, ale tłumaczenie pastuszka podoba mi się bardziej). Klasyk brytyjskiej kuchni, który jest jedną z odpowiedzi na to, dlaczego ma ona taką złą opinię, bo to typowe danie dziecięce (takie jak przecierane zupki), neutralne połączenie ziemniaczanego puree z mięsem mielonym. Zupy-kremy (a nie żadne tam przecierane zupki) jednak uwielbiam, a zapiekanka pasterska również bardzo mi posmakowała.
Zapiekanka pastuszka
na podstawie tego przepisu
Składniki:
600 g ziemniaków
50 g startego żółtego sera
1 cebula pokrojona w kostkę
1 marchewka pokrojona w kostkę
1 łodyga selera naciowego, pokrojona
600-700 g mielonego mięsa (u mnie wieprzowina)
150 ml rosołu lub wody
1 łyżka mąki wymieszana z 1 łyżką masła
150 g masła
150 ml mleka
sól, pieprz
Wykonanie:
- Ziemniaki obrać i ugotować do miękkości. W czasie, kiedy się gotują, usmażyć na złoto cebulę, następnie zdjąć ją z patelni i usmażyć marchew z selerem naciowym, odstawić na bok. Na tej samej patelni podsmażyć mięso, aż zbrązowieje, dodać marchew z selerem, bulion lub wodę oraz masło z mąką. Dobrze rozmieszać i chwilę pogotować. Doprawić i przełożyć do naczynia do zapiekania.
- Ziemniaki rozgnieść ze 100 g masła, dodać tyle mleka, by puree miało dość luźną konsystencję, dodać ser, cebulkę, doprawić. Masę ziemniaczaną wyłożyć na mięso i widelcem zrobić wzorki.
- Pozostałe 50 g masła roztopić i posmarować nim zapiekankę.
- Piec około 30 minut w 220 stopniach.
A na deser na przykład pyszne ciasto czekoladowe z pierwszego zdjęcia.
środa, 5 października 2011
Zbytniogrzeczność odbiera apetyt
Dzieci, już na jednym z pierwszych etapów edukacji domowej, poznają trzy magiczne słowa: proszę, przepraszam, dziękuję.
I nie znajduje się wśród nich smacznego! Jednak wszystkie (duże, dorosłe, powiedziałabym nawet) dzieci zdają się je znać i używać z częstotliwością większą nawet niż wyrazy wchodzące do zestawu w wersji podstawowej. W moim ostatnim mieszkaniu terror mówienia „smacznego” panował do tego stopnia, że jedna ze współlokatorek, kursując o poranku między łazienką a swoją sypialnią, całkiem jeszcze półprzytomna, tylko spoglądając do kuchni, w której jadłam śniadanie, potrafiła zakrzyknąć to straszne słowo. A mnie, pomiędzy właśnie wkładanym do buzi kęsem, a „dziękuję”, wszystko rosło w ustach.
Każda trauma ma swój początek i przyczynę. Z niektórych z nich można sobie nie zdawać sprawy (i wtedy przydaje się pomoc psychoanalityka), ale inne są dla nas zupełnie jasne. Problem „smacznego” ma imię mojego kolegi B. (to nic nie szkodzi, jeśli to czyta, bo i tak o tym świetnie wie) i trwa od czasów liceum.
Nie pamiętam, od czego dokładnie się zaczęło. Pewnie ktoś komuś życzył smacznego podczas drugośniadaniowej kanapki i B. zakwestionował sens wymiany takich uprzejmości. Na dodatek, potem jeszcze sprawdził, co na ten temat mówią zasady savoir vivre'u.
No i mówią, że zbyt eleganckie słówko to to nie jest. Używanie go stanowi, hmm..., nie wiem do końca, jak to wyrazić, przejaw prostoty obyczajów, a my przecież chcemy być wyrafinowani i światowi. Ostatecznie, w domowych warunkach jest do przyjęcia, ale i tu obowiązują pewne zasady, tylko nie wiem teraz, która jest prawidłowa: nie należy mówić smacznego komuś, kto je posiłek przygotowany przez siebie? (ku temu się raczej skłaniam) Albo: nie należy życzyć smacznego osobom, które jedzą posiłek przygotowany przez nas? Jednak najlepiej nie mówić w ogóle.
Być może zupełnie nie wiecie, dlaczego o tym piszę i sądzicie, że przesadzam. Ale ten zestaw głosek układający się w „smacznego” wywołuje we mnie dreszcze i nic na to nie poradzę. Chociaż, jeszcze gorzej jest wtedy, kiedy tym wszystkim uprzejmym osobom muszę ich grzeczność odwzajemnić.
Koniec na tym, może przemawia przeze mnie tylko mizantropia (co z kolei kwalifikuje się chyba na kozetkę psychoanalityka), a żeby udowodnić Wam, że nie jest tak źle, proponuję pyszną i zdrową zupę z dyni. Prosty sposób na to, żeby okazać komuś sympatię, nie wysilając się zanadto (przynajmniej od tego momentu, jak rozkroicie już dynię).
I nie znajduje się wśród nich smacznego! Jednak wszystkie (duże, dorosłe, powiedziałabym nawet) dzieci zdają się je znać i używać z częstotliwością większą nawet niż wyrazy wchodzące do zestawu w wersji podstawowej. W moim ostatnim mieszkaniu terror mówienia „smacznego” panował do tego stopnia, że jedna ze współlokatorek, kursując o poranku między łazienką a swoją sypialnią, całkiem jeszcze półprzytomna, tylko spoglądając do kuchni, w której jadłam śniadanie, potrafiła zakrzyknąć to straszne słowo. A mnie, pomiędzy właśnie wkładanym do buzi kęsem, a „dziękuję”, wszystko rosło w ustach.
Każda trauma ma swój początek i przyczynę. Z niektórych z nich można sobie nie zdawać sprawy (i wtedy przydaje się pomoc psychoanalityka), ale inne są dla nas zupełnie jasne. Problem „smacznego” ma imię mojego kolegi B. (to nic nie szkodzi, jeśli to czyta, bo i tak o tym świetnie wie) i trwa od czasów liceum.
Nie pamiętam, od czego dokładnie się zaczęło. Pewnie ktoś komuś życzył smacznego podczas drugośniadaniowej kanapki i B. zakwestionował sens wymiany takich uprzejmości. Na dodatek, potem jeszcze sprawdził, co na ten temat mówią zasady savoir vivre'u.
No i mówią, że zbyt eleganckie słówko to to nie jest. Używanie go stanowi, hmm..., nie wiem do końca, jak to wyrazić, przejaw prostoty obyczajów, a my przecież chcemy być wyrafinowani i światowi. Ostatecznie, w domowych warunkach jest do przyjęcia, ale i tu obowiązują pewne zasady, tylko nie wiem teraz, która jest prawidłowa: nie należy mówić smacznego komuś, kto je posiłek przygotowany przez siebie? (ku temu się raczej skłaniam) Albo: nie należy życzyć smacznego osobom, które jedzą posiłek przygotowany przez nas? Jednak najlepiej nie mówić w ogóle.
Być może zupełnie nie wiecie, dlaczego o tym piszę i sądzicie, że przesadzam. Ale ten zestaw głosek układający się w „smacznego” wywołuje we mnie dreszcze i nic na to nie poradzę. Chociaż, jeszcze gorzej jest wtedy, kiedy tym wszystkim uprzejmym osobom muszę ich grzeczność odwzajemnić.
Koniec na tym, może przemawia przeze mnie tylko mizantropia (co z kolei kwalifikuje się chyba na kozetkę psychoanalityka), a żeby udowodnić Wam, że nie jest tak źle, proponuję pyszną i zdrową zupę z dyni. Prosty sposób na to, żeby okazać komuś sympatię, nie wysilając się zanadto (przynajmniej od tego momentu, jak rozkroicie już dynię).
PS Czy ktoś wybiera się na Blog Forum do Gdańska?
Zupa z dyni z pikantnymi pestkami
5-6 porcji
zupa:
700 g dyni, obranej i pokrojonej
1 cebula
25 g masła
sól, pieprz, gałka muszkatołowa
pestki:
50 g pestek dyni
1 łyżeczka mielonej kolendry
1 łyżeczka mielonego kuminu
0,5 łyżeczki chili (lub więcej, jeśli lubicie ostre)
0,5 łyżki oliwy
sól
dodatkowo:
kubeczek jogurtu naturalnego
40 g sera z niebieską pleśnią
Wykonanie:
- Cebulę obieramy i siekamy (ale bez przesady, potem i tak się zmiksuje). Masło rozpuszczamy w sporym garnku, wrzucamy cebulę i szklimy. Dodajemy dynię, chwilę podsmażamy, mieszając. Dolewamy tyle gorącej wody, by kawałki dyni swobodnie sobie pływały. Solimy i gotujemy ok. 10-15 minut, aż dynia będzie miękka. Miksujemy. Doprawiamy solą, pieprzem i gałką, jeśli trzeba, dolewamy trochę wody - wtedy zupę dobrze jeszcze raz zagotować.
- Kiedy dynia się się gotuje, mieszamy jogurt z serem i przygotowujemy pestki dyni. Na patelni prażymy przez chwilę przyprawy, po czym dodajemy pestki oraz oliwę i mieszamy, aż pestki dobrze się pokryją przyprawami i lekko zarumienią. Na końcu solimy, mieszamy i koniecznie zdejmujemy z patelni (bo inaczej dalej będą się na niej prażyć, nawet po wyłączeniu gazu).
- Do miseczek nalewamy zupę, dodajemy hojnie jogurtu i posypujemy pestkami. Smacznego?
wtorek, 20 września 2011
Mleko od krowy
Jak wiadomo, mleko bierze się z kartonu. Chociaż nie zawsze tak było.
W czasach mojego dzieciństwa mleko było z woreczka i przed piciem trzeba je było przegotować. Często się przypalało, kipiało i miało kożuch (ohyda...). A czasami od świeżości było już kwaśne i nie do użycia.
Mleko w woreczku da się jeszcze czasami kupić, ale nigdy bym tego nie zrobiła. Powoli jednak mija zachwyt kapitalistycznym wynalazkiem mleka w kartonie i coraz więcej osób pragnie powrotu do natury, czyli mleka od krowy. Byłoby niewybaczalnym marketingowym błędem nie dostarczyć ludziom tego, czego chcą. Podobno w Stanach Zjednoczonych można sobie kupić udziały w krowie, u nas na razie mleko z mlekomatu.
Mlekomat to urządzenie wielkości trzech normalnych automatów do napojów, składa się z części, w której kupuje się butelkę (ale można też przynieść własną) i drugiej, gdzie zamiast pysznej kawki z proszku z mleczkiem w proszku leci świeże, niepasteryzowane mleko. Podobno nadaje się na zsiadłe!
O cudzie mlekomatu dowiedziałam się niedawno z lektury jakiejś gazety i chyba zaledwie tydzień później samo urządzenie, zupełnie niespodziewanie, stanęło na mojej drodze. Oczywiście chciałam zobaczyć, o co właściwie chodzi, z co najmniej trzech powodów: i tak musiałam czekać na autobus, cały kwadrans!, dobrze więc było go czymś wypełnić; mam ostatnio lekki odchył na punkcie „naturalności”, głupio więc byłoby nie skorzystać z okazji spróbowania czegoś tak ewidentnie (przynajmniej według reklamowych zapewnień) prosto z natury; powód trzeci, najważniejszy, jest taki, że nie mogłam sobie odmówić przyjemności zabawy mlekomatem, wrzucania pieniążków, podstawiania butelki i tak dalej.
Mleko z mlekomatu jest tak naturalne, że, zupełnie jak to sprzed lat, należy je przed użyciem przegotować. (Chociaż widziałam na własne oczy, jak jakaś mamusia dawała dziecku do picia takie surowe.) I tu dochodzimy do smutnej konkluzji. Jak często udaje Wam się poczuć smak dzieciństwa? Prawie nigdy, prawda? Ja poczułam. Problem polega na tym, że był to smak, którego nie lubię: smak przegotowanego mleka. Uściślijmy to: ja mleka w ogóle nie lubię. Z płatkami, miodem, kakao, w budyniu to tak, owszem, ale nigdy, przenigdy nie sięgnęłabym po kubek czystego mleka gdyby nie fakt, że musiałam spróbować, jak bardzo jest „od krowy”.
Nie mam dobrego pomysłu, jak to podsumować, bo nie chciałabym Was zniechęcać do mlekomatów. Jeśli tylko wszystko, co się o nich pisze, jest prawdą, to idea jest super. Kto mi kazał pić mleko, skoro go nie lubię, nie można było zrobić owsianki? Pewnie, można, spróbuję jeszcze raz, tym bardziej, że na korzyść działa i cena – właściwie taka sama jak mleka w kartonie znanych marek.
Teraz coś na osłodę. Typowe amerykańskie cookies, dla których mleko jest tak naturalnym dopełnieniem jak czosnek dla szpinaku albo cynamon dla jabłek. Wiadomo, w tego typu wypiekach efekty są zwykle podobne, ale ten przepis jest zdecydowanie bardzo dobry. Ciastka są chrupiące z zewnątrz i ciągnące w środku, ale jeśli nie chcecie, by zlały się w ciasteczkowy placek pamiętajcie o bardzo dużych odstępach.
Ciasteczka z czekoladą, toffi i orzechami laskowymi
źródło: Bliss
Składniki:
2 szklanki odjąć 2 łyżki mąki pszennej
1 2/3 szklanki mąki pszennej chlebowej (dałam tylko zwykłą)
2 jajka
1 szklanka + 2 łyżki cukru
1 1/4 szklanki brązowego cukru
1 1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 1/2 łyżeczki soli
2 łyżeczki esencji waniliowej
290 g masła
1 szklanka kawałków karmelków toffi*
1 szklanka posiekanych orzechów laskowych
2 szklanki groszków czekoladowych (lub posiekanej czekolady)
*mój pomysł na ich uzyskanie okazał się przekombinowany. Najlepiej połamcie cukierki typu Werther's Original
Wykonanie:
- Masło utrzeć na puch z obydwoma rodzajami cukru, następnie dodać wanilię, a potem po 1 jajku i ucierać jeszcze kilka minut.
- Dodać mąkę, sól, proszek i sodę - miksować do połączenia składników, po czym dodać toffi, orzechy i czekoladę (ja na tym etapie wymieszałam łyżką). Przykryć miskę folią i odstawić do lodówki na 24-36 godzin. Ja oczywiście nie dałabym rady tyle czekać, moje ciasto leżakowało najwyżej 2 godziny, ale podobno leżakowanie jest bardzo, bardzo ważne, dla pełni efektu (pewnie) warto poczekać. Lub, jak radzi autorka przepisu, upiec kilka ciastek na smaka, a z resztą poczekać zgodnie z przepisem.
- Piekarnik nagrzać do 180 stopni. Na blachę wyłożoną papierem do pieczenia nakładać kulki ciasta (można łyżką do lodów – w każdym razie kulki tej wielkości, co z łyżki do lodów). Nie rozpłaszczać! – same to zrobią pod wpływem ciepła. Zachowywać naprawdę duże odstępy między ciastkami – uwzględniające rozpłaszczenie i rośnięcie.
- Ciastka piec 15-20 minut, aż będą brązowe na brzegach, ale ciągle miękkie. Po wyjęciu z piekarnika chwilę poczekać, aż stwardnieją, zdjąć z blachy i jeść jeszcze ciepłe. Ze szklanką mleka!
- Zrobiłam z połowy porcji, wyszło 17 ciasteczek.
- Surowe ciasto można również mrozić: na czymś płaskim i papierze do pieczenia rozłożyć kulki ciasta i wstawić do zamrażarki na kilka godzin. Później można je włożyć do jednego woreczka. Kiedy przyjdzie nam ochota piec, dodając do standardowego czasu w piekarniku 3-4 minuty.
wtorek, 4 stycznia 2011
Słodkiego nowego roku
Czy każdy z Was ma już gotową listę noworocznych postanowień? Jeśli odpowiedź brzmi tak, mogę się założyć, że na większości z nich figuruje „schudnąć”, lub, w łagodniejszej wersji, „jeść mniej słodyczy/zdrowiej się odżywiać”. Ja nie mam żadnych postanowień (a dzisiaj przeczytałam, że 1 na 20 osób udaje się je zrealizować, aż tylu! - pomyślałam), ale opowiem Wam o czymś, co być może pomoże w realizacji tych powyżej wymienionych (albo podważy ich sensowność, co też może być plusem).
Otóż, mam dobre wiadomości.
Pewnie pamiętacie głupi eksperyment Amerykanina, który postanowił udowodnić, że jedzenie z McDonald'sa szkodzi, tuczy i jest niezdrowe, przytył niewiarygodną liczbę kilogramów, a stan jego zdrowia drastycznie się pogorszył. Przyznaję, nie widziałam filmu dokumentującego te poczynania (przynajmniej w całości), ale sama idea wydaje mi się bez sensu: każdy wie, jak wygląda piramida prawidłowego żywienia. ŻADNA jednostronna dieta, czy złożona z marchewki, kalafiora, gotowanego kurczaka czy beztłuszczowych chrupek ryżowych nie jest zdrowa. A podejrzewam nawet, że gdyby ktoś był w stanie zjeść 3000 kalorii z samej marchewki, to też by przytył. Tak, tak, można powiedzieć, że trick polega na tym, że trudno zjeść tyle marchewki, ale mimo to sądzę, że to nie McDonald's, ale ludzka bezmyślność i łakomstwo są przyczyną otyłości.
Jednak dzisiaj chciałabym Wam opisać podobny eksperyment, który przyniósł zaskakujące, radosne rezultaty. Pewien amerykański profesor przez 10 tygodni żywił się prawie wyłącznie ciastkami zwanymi Twinkies (to chyba rodzaj biszkoptów z nadzieniem). Jednak, w przeciwieństwie do poprzednika zrobił to sensownie: jego dieta ograniczała się do 1800 kalorii (zamiast przepisowych 2600). Żeby nie zrujnować sobie zdrowia jadł pewne ilości witamin i warzyw, jednak podstawą jego diety były przyjmowane co 3 godziny przekąski złożone z Twinkies, ciasteczek Oreo (są już w Polsce!) i tego typu przysmaków. I co? Schudł podczas tego eksperymentu kilkanaście kilo, spadło jego BMI i obniżył się poziom złego cholesterol,u a podniósł dobrego! Więcej na ten temat możecie przeczytać na blogu Sweet Tooth Sweet Life. Zanim przejdę do optymistycznego podsumowania chciałabym też zwrócić Waszą uwagę na to, że w jednym z kolejnych postów autorka opisuje inne wyzwanie tego typu, w którym podkreśla się szereg negatywnych (a niekoniecznie związanych z przyrostem wagi) skutków takiej diety (wyobraźcie sobie tydzień na prawie samych ciastkach!).
Warto jednak, może właśnie na początku obfitującego w dobre postanowienia i energię do zmian nowego roku, uświadomić sobie, że jedno ciastko czekoladowe nie zrujnuje nam życia. Ani efektów dwutygodniowej diety! Nie zrobi też tego jeden hamburger, problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy do szczęścia potrzebujemy na raz i ciastka, i hamburgera.
Koniec nudnego dydaktyzmu, na chwilę spójrzmy tylko na pozytywną stronę diety Twinkie i świeżo zdobytą wiedzę wykorzystamy w praktyce, bez wyrzutów sumienia opychając się pysznym czekoladowo-serowym ciastem. To wariacja na znany i zawsze obłędnie pyszny temat sernikobrownie. Moje ciasto jest słodsze i lżejsze, bo nie ma w nim czekolady, tylko kakao. Niech najlepszą rekomendacją będzie fakt, że na drugi dzień po upieczeniu już nie bardzo miałam co fotografować (ale upolowałam jeszcze kawałeczek).


Otóż, mam dobre wiadomości.
Pewnie pamiętacie głupi eksperyment Amerykanina, który postanowił udowodnić, że jedzenie z McDonald'sa szkodzi, tuczy i jest niezdrowe, przytył niewiarygodną liczbę kilogramów, a stan jego zdrowia drastycznie się pogorszył. Przyznaję, nie widziałam filmu dokumentującego te poczynania (przynajmniej w całości), ale sama idea wydaje mi się bez sensu: każdy wie, jak wygląda piramida prawidłowego żywienia. ŻADNA jednostronna dieta, czy złożona z marchewki, kalafiora, gotowanego kurczaka czy beztłuszczowych chrupek ryżowych nie jest zdrowa. A podejrzewam nawet, że gdyby ktoś był w stanie zjeść 3000 kalorii z samej marchewki, to też by przytył. Tak, tak, można powiedzieć, że trick polega na tym, że trudno zjeść tyle marchewki, ale mimo to sądzę, że to nie McDonald's, ale ludzka bezmyślność i łakomstwo są przyczyną otyłości.
Jednak dzisiaj chciałabym Wam opisać podobny eksperyment, który przyniósł zaskakujące, radosne rezultaty. Pewien amerykański profesor przez 10 tygodni żywił się prawie wyłącznie ciastkami zwanymi Twinkies (to chyba rodzaj biszkoptów z nadzieniem). Jednak, w przeciwieństwie do poprzednika zrobił to sensownie: jego dieta ograniczała się do 1800 kalorii (zamiast przepisowych 2600). Żeby nie zrujnować sobie zdrowia jadł pewne ilości witamin i warzyw, jednak podstawą jego diety były przyjmowane co 3 godziny przekąski złożone z Twinkies, ciasteczek Oreo (są już w Polsce!) i tego typu przysmaków. I co? Schudł podczas tego eksperymentu kilkanaście kilo, spadło jego BMI i obniżył się poziom złego cholesterol,u a podniósł dobrego! Więcej na ten temat możecie przeczytać na blogu Sweet Tooth Sweet Life. Zanim przejdę do optymistycznego podsumowania chciałabym też zwrócić Waszą uwagę na to, że w jednym z kolejnych postów autorka opisuje inne wyzwanie tego typu, w którym podkreśla się szereg negatywnych (a niekoniecznie związanych z przyrostem wagi) skutków takiej diety (wyobraźcie sobie tydzień na prawie samych ciastkach!).
Warto jednak, może właśnie na początku obfitującego w dobre postanowienia i energię do zmian nowego roku, uświadomić sobie, że jedno ciastko czekoladowe nie zrujnuje nam życia. Ani efektów dwutygodniowej diety! Nie zrobi też tego jeden hamburger, problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy do szczęścia potrzebujemy na raz i ciastka, i hamburgera.
Koniec nudnego dydaktyzmu, na chwilę spójrzmy tylko na pozytywną stronę diety Twinkie i świeżo zdobytą wiedzę wykorzystamy w praktyce, bez wyrzutów sumienia opychając się pysznym czekoladowo-serowym ciastem. To wariacja na znany i zawsze obłędnie pyszny temat sernikobrownie. Moje ciasto jest słodsze i lżejsze, bo nie ma w nim czekolady, tylko kakao. Niech najlepszą rekomendacją będzie fakt, że na drugi dzień po upieczeniu już nie bardzo miałam co fotografować (ale upolowałam jeszcze kawałeczek).
Ciasto czekoladowo-serowe
źródło: Czekolada. Łatwe i przepyszne przepisy krok po kroku
podaję z moimi zmianami, proporcje na typową prostokątną formę
Składniki:
400 g twarogu sernikowego
opakowanie cukru waniliowego
450 g cukru
4 jajka
200 g masła
6 łyżek kakao
200 g mąki pszennej
trochę mniej niż 2 łyżeczki proszku do pieczenia
100 g posiekanych orzechów włoskich
Polewa:
110 g masła
2 łyżki mleka
200 g cukru pudru
4 łyżki kakao
orzechy do przybrania
Wykonanie:
- Formę wyłożyć papierem do pieczenia (można ją najpierw natłuścić, żeby papier się przylepił).
- Ser utrzeć z 50 g cukru i cukrem waniliowym. Odstawić.
- Jajka i resztę cukru ubić na kogel-mogel. Do rondelka dać masło i kakao, podgrzewać mieszając, aż masło się rozpuści i masa będzie gładka. Trochę ostudzić i wmieszać do masy jajecznej. Dodać mąkę z proszkiem do pieczenia i orzechy, dokładnie wymieszać.
- Połowę ciasta wlać do foremki, wygładzić. Na tej warstwie delikatnie rozsmarować masę serową (najlepiej na początku rozłożyć niewielkie kleksy na całej powierzchni ciasta). Przykryć pozostałą częścią ciasta. Piec 45-50 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni. Wystudzić w foremce.
- Polewa: masło i mleko włożyć do garnuszka i podgrzewać, aż masło się rozpuści. Zdjąć z ognia i dodać cukier puder i kakao, wymieszać. Za pomocą szerokiego noża lub łopatki rozsmarować na cieście. Ozdobić orzechami.
piątek, 22 stycznia 2010
Pokój z widokiem


Czasami fajnie wziąć kubek gorącej herbaty, stanąć przy oknie i patrzeć na to, co dzieje się po drugiej stronie. I cieszyć się, że jest się w środku, z kubkiem gorącej herbaty.
Ostatnio, na kursie fotografii, na który chodzę, dostaliśmy zadanie domowe: widok z mojego okna. Z naciskiem na "mojego".
Moje ulubione okno mieści się w kamienicy z wykuszem, na końcu ulicy Bernardyńskiej, z jednej strony wychodzi na Wisłę, a z drugiej na Wawel. Czasami chodzę na Wawel i patrzę na moje okno, nie wiem dokładnie, na czym to polega, ale ma to działanie terapeutyczne.
Moje prawdziwe okno, to znaczy to, należące do mnie w tej chwili, wychodzi na ruchliwą ulicę. Ekrany wygłuszające. Ludzi, którzy często ciągną za sobą walizki, bo moje okno jest w pobliżu dworca. Studentów, którzy spieszą się na zajęcia na Uniwersytecie Ekonomicznym, który też można zobaczyć. Z mojego okna widać kościół Karmelitów i zbyt wiele latarni, które czasem przeszkadzają mi spać i gasną około 7.40, kiedy właśnie wstaję. Widać też wiadukt kolejowy. Czasami widać też piękne zachody słońca.
Chociaż, mimo wszystko, lubię widok z mojego okna, nie jestem pewna, czy coś z tego jest dobrym tematem do mojej fotografii, bo zachody słońca o tej porze roku raczej się nie zdarzają. Póki co, lepiej przyjrzeć się temu, co jest po MOJEJ stronie.
Ostatnio, na kursie fotografii, na który chodzę, dostaliśmy zadanie domowe: widok z mojego okna. Z naciskiem na "mojego".
Moje ulubione okno mieści się w kamienicy z wykuszem, na końcu ulicy Bernardyńskiej, z jednej strony wychodzi na Wisłę, a z drugiej na Wawel. Czasami chodzę na Wawel i patrzę na moje okno, nie wiem dokładnie, na czym to polega, ale ma to działanie terapeutyczne.
Moje prawdziwe okno, to znaczy to, należące do mnie w tej chwili, wychodzi na ruchliwą ulicę. Ekrany wygłuszające. Ludzi, którzy często ciągną za sobą walizki, bo moje okno jest w pobliżu dworca. Studentów, którzy spieszą się na zajęcia na Uniwersytecie Ekonomicznym, który też można zobaczyć. Z mojego okna widać kościół Karmelitów i zbyt wiele latarni, które czasem przeszkadzają mi spać i gasną około 7.40, kiedy właśnie wstaję. Widać też wiadukt kolejowy. Czasami widać też piękne zachody słońca.
Chociaż, mimo wszystko, lubię widok z mojego okna, nie jestem pewna, czy coś z tego jest dobrym tematem do mojej fotografii, bo zachody słońca o tej porze roku raczej się nie zdarzają. Póki co, lepiej przyjrzeć się temu, co jest po MOJEJ stronie.

Uwaga, bardzo słodkie.
Chrupiące trójkąty z czekoladą i orzechami
(przepis z Carrés gourmands, zmodyfikowany przeze mnie, jeśli chodzi o proporcje)Składniki:
2 paczki herbatników (150-200 g)
100 g masła
90 wiórków kokosowych
puszka mleka skondensowanego, słodzonego
200 g gorzkiej czekolady, drobno posiekanej
140 g mieszanych orzechów, drobno posiekanych (u mnie ilość "na oko", mają dokładnie pokryć całe ciasto)
100 g masła
90 wiórków kokosowych
puszka mleka skondensowanego, słodzonego
200 g gorzkiej czekolady, drobno posiekanej
140 g mieszanych orzechów, drobno posiekanych (u mnie ilość "na oko", mają dokładnie pokryć całe ciasto)
Wykonanie:
Herbatniki zmiażdżyć na proszek (wałkiem, w malakserze, nawet ręką, jeśli są bardzo kruche). Masło roztopić, wymieszać z herbatnikami, mieszaniną wyłożyć dno formy (ja użyłam okrągłej o średnicy 24 cm). Na herbatniki wysypać drobno pokrojoną czekoladę, wiórki czekoladowe i orzechy. Zalać mlekiem skondensowanym. Piec ok. 30 min. w 160 stopniach.

PS Jak łatwo zauważyć, moje okno dawno nie było myte. Ale zapewniam Was, że tylko dlatego, że taki filtr daje zdecydowanie lepsze do fotografowania światło, niż szyby lśniące od środków nabłyszczających ;)
PS 2 Dla porządku i po słusznej uwadze Hazel, dodaję, że ten wypiek jest dziełem wspólnym osób, które łączy widok z okna. Nawet Fin ;) wykazał dużą determinację, łupiąc orzechy za pomocą czegoś, co kiedyś było młotkiem. Poza tym, chociaż ciasto jest dziecinnie łatwe, to kooperacja wskazana, bo krojenia jest zdecydowanie za dużo jak dla jednej osoby.
PS 2 Dla porządku i po słusznej uwadze Hazel, dodaję, że ten wypiek jest dziełem wspólnym osób, które łączy widok z okna. Nawet Fin ;) wykazał dużą determinację, łupiąc orzechy za pomocą czegoś, co kiedyś było młotkiem. Poza tym, chociaż ciasto jest dziecinnie łatwe, to kooperacja wskazana, bo krojenia jest zdecydowanie za dużo jak dla jednej osoby.
środa, 9 grudnia 2009
Zbytecznik kuchenny #2

Dawno, dawno temu...
...kiedy nikomu jeszcze nie śniło się o kuchni.tv, Nigelli czy Gordnie Ramsayu (chociaż całkiem możliwe, że dotarł już do nas przynajmniej odblask sławy Jamiego Olivera) oglądałyśmy z siostrą na Discovery, programy Hestona Blumenthala.
Była to nowość podwójna, bo nie dość, że ktoś pokazywał gotowanie w nieco inny sposób niż działo się to w „Gotowaniu na ekranie”, to jeszcze swoje dziwaczne wyczyny uzasadniał naukowo. Więc czekolada pasuje do sera, bo jakiś tam procent łańcuchów cząsteczek mają taki sam (niekoniecznie przekazałam to bardzo precyzyjnie, ale zarówno program, jak i moja edukacja w zakresie chemii, odbyły się jakiś czas temu), podgrzewana mieszanina na lody nie może przekroczyć iluś tam stopni, bo po tym momencie zaczyna ją czuć jajkiem, z cebuli (a może to był kalafior?) można zrobić pięć dań o różnej konsystencji, w tym lody i galaretkę, a jak się je poda na jednym talerzyku, to otrzymuje się wykwintny i smakowity posiłek. Prawdę mówiąc, po tym odcinku już zawsze chyba pozostanie mi pewna podejrzliwość w stosunku do restauracji, bo tak wymacanego jedzenia nie widziałam jeszcze nigdy.
Tym jednak, co zafascynowało nas najbardziej, było zwykłe ziemniaczane purée. Purée, którego wyjątkowy smak miało zapewnić półgodzinne moczenie ziemniaków w temperaturze dokładnie 60 stopni. W zeszłym (jak mi się zdawało) roku, na Boże Narodzenie dostałam od siostry termometr, specjalnie z przeznaczeniem do przygotowania tego purée (zgodnie z instrukcją termometr służy do mierzenia temperatury wody na herbatę). Pomyślałam sobie więc, że Święta się zbliżają i pora go wreszcie użyć. Ale wiecie, co za kompromitacja, w rzeczywistości, jak sobie uświadomiłam, termometr czeka na swoją kolej już dwa lata.
...kiedy nikomu jeszcze nie śniło się o kuchni.tv, Nigelli czy Gordnie Ramsayu (chociaż całkiem możliwe, że dotarł już do nas przynajmniej odblask sławy Jamiego Olivera) oglądałyśmy z siostrą na Discovery, programy Hestona Blumenthala.
Była to nowość podwójna, bo nie dość, że ktoś pokazywał gotowanie w nieco inny sposób niż działo się to w „Gotowaniu na ekranie”, to jeszcze swoje dziwaczne wyczyny uzasadniał naukowo. Więc czekolada pasuje do sera, bo jakiś tam procent łańcuchów cząsteczek mają taki sam (niekoniecznie przekazałam to bardzo precyzyjnie, ale zarówno program, jak i moja edukacja w zakresie chemii, odbyły się jakiś czas temu), podgrzewana mieszanina na lody nie może przekroczyć iluś tam stopni, bo po tym momencie zaczyna ją czuć jajkiem, z cebuli (a może to był kalafior?) można zrobić pięć dań o różnej konsystencji, w tym lody i galaretkę, a jak się je poda na jednym talerzyku, to otrzymuje się wykwintny i smakowity posiłek. Prawdę mówiąc, po tym odcinku już zawsze chyba pozostanie mi pewna podejrzliwość w stosunku do restauracji, bo tak wymacanego jedzenia nie widziałam jeszcze nigdy.
Tym jednak, co zafascynowało nas najbardziej, było zwykłe ziemniaczane purée. Purée, którego wyjątkowy smak miało zapewnić półgodzinne moczenie ziemniaków w temperaturze dokładnie 60 stopni. W zeszłym (jak mi się zdawało) roku, na Boże Narodzenie dostałam od siostry termometr, specjalnie z przeznaczeniem do przygotowania tego purée (zgodnie z instrukcją termometr służy do mierzenia temperatury wody na herbatę). Pomyślałam sobie więc, że Święta się zbliżają i pora go wreszcie użyć. Ale wiecie, co za kompromitacja, w rzeczywistości, jak sobie uświadomiłam, termometr czeka na swoją kolej już dwa lata.

Więc z pewnym poślizgiem, ale dużym entuzjazmem wzięłam się do pracy. Pół godziny siedzenia przy garnku, żeby temperatura nie była ani zbyt niska, ani zbyt wysoka to dopiero przygrywka to dalszej części. Ziemniaki trzeba przed i po pierwszym gotowaniu dokładnie przepłukać. Tym płukaniem wystudzić. Dwukrotnie przepuścić przez sitko. Moje ma średnicę mniejszą niż szklanka, więc chociaż nie robiłam purée z kilograma ziemniaków, tylko z 30 deko, to i tak na długo przed końcem pierwszej tury przecierania miałam dość. A przecież czekała mnie jeszcze druga. Na końcu do ziemniaków należy dodać taką ilość masła, z której można upiec ze 100 kruchych ciasteczek (ciągle jednak mówimy o proporcjach użytych przy kilogramie ziemniaków).
Czy te wszystkie operacje spowodowały, że moje kubki smakowe drżały z rozkoszy krzycząc „więcej”?
Nie, chyba nikt się tego po mnie nie spodziewał? Nadal były to tylko ziemniaki z masłem. Bardziej kremowe i delikatne, ale ciągle tylko ziemniaki z masłem. Owszem, po tych wszystkich zabawach wokół (przygotowania to była dobra godzina piętnaście), byłam nieźle zgłodniała i zjadłam z przyjemnością, ale odważę się nawet zaryzykować, że zdarzyło mi się jeść lepsze purée, które być może Heston uznałby, za przypominające klej do tapet (bo w programie padło takie sformułowanie), a jednak było lepsze.
Nie oznacza to, że porzuciłam myśl o dalszych molekularnych eksperymentach, ani tym bardziej, że uważam próbę za nieudaną. Z pewnością takie purée dobrze nadaje się do odgrzewania i myślę, że nie trzeba tu wyczyniać całej tej magii z termometrem, a wystarczy dodać dużo masła i potem wszystko razem przepuścić, niekoniecznie przez sitko wielkości naparstka, ale może praskę do ziemniaków.
Pozostaje więc tylko zapomnieć, że kiedykolwiek obiło Wam się o uszy słowo „cholesterol” i ruszać do dzieła.
Czy te wszystkie operacje spowodowały, że moje kubki smakowe drżały z rozkoszy krzycząc „więcej”?
Nie, chyba nikt się tego po mnie nie spodziewał? Nadal były to tylko ziemniaki z masłem. Bardziej kremowe i delikatne, ale ciągle tylko ziemniaki z masłem. Owszem, po tych wszystkich zabawach wokół (przygotowania to była dobra godzina piętnaście), byłam nieźle zgłodniała i zjadłam z przyjemnością, ale odważę się nawet zaryzykować, że zdarzyło mi się jeść lepsze purée, które być może Heston uznałby, za przypominające klej do tapet (bo w programie padło takie sformułowanie), a jednak było lepsze.
Nie oznacza to, że porzuciłam myśl o dalszych molekularnych eksperymentach, ani tym bardziej, że uważam próbę za nieudaną. Z pewnością takie purée dobrze nadaje się do odgrzewania i myślę, że nie trzeba tu wyczyniać całej tej magii z termometrem, a wystarczy dodać dużo masła i potem wszystko razem przepuścić, niekoniecznie przez sitko wielkości naparstka, ale może praskę do ziemniaków.
Pozostaje więc tylko zapomnieć, że kiedykolwiek obiło Wam się o uszy słowo „cholesterol” i ruszać do dzieła.

Purée ziemniaczane wg Hestona Blumenthala
Składniki:
1 kg ziemniaków
300 g masła
łyżka soli
ew. mleko
- Ziemniaki obrać, pokroić na plasterki grubości 2,5 cm, dokładnie wypłukać.
- W garnku podgrzać wodę do 80 stopni, wrzucić ziemniaki i gotować przez pół godziny, cały czas utrzymując temperaturę 70 stopni. Da się. Początkowo temperatura trochę się wahała, ale później, jak udało mi się ją doprowadzić do takiej ciepłoty jak trzeba, to na malutkim gazie cały czas była taka sama.
- Po pół godzinie ziemniaki odcedzić i płukać pod zimną wodą, aż ostygną.
- Wodę w garnku doprowadzić do wrzenia, osolić, wrzucić ziemniaki i gotować do miękkości (ok. 20 min.). Odcedzić, po czym postawić garnek na malutkim ogniu i jeszcze je odparować.
- Ziemniaki przepuścić przez praskę lub sitko. Dodawać do nich po kawałku zimne masło, a kiedy całe się rozpuści, ponownie przepuścić purée przez praskę. Podawać.
- Jeżeli chcielibyście je odgrzać, to należy to robić dolewając po trochu gorącego mleka, co radzę zresztą zrobić od razu, bo purée staje się bardziej kremowe.
Uwaga: ten przepis znalazłam na stronie BBC, różni się on trochę od tego, co pamiętam z programu, ale podaję za przepisem, więc jeśli jesteście spostrzegawczy, to nie dziwcie się, że w tekście jest 60, a w przepisie 70 stopni.

Etykiety:
comfort food,
słono,
zbytecznik kuchenny,
ziemniaki
środa, 21 października 2009
Rozgrzewająca zupa indyjska
Zaczęło się na dobre. To już nie jest ta krygująca się jesień, co jeszcze trochę poświeci słoneczkiem, podroczy się zimnym porankiem, ale w dzień temperatura jest prawie letnia i zabrany na wszelki wypadek sweter tylko przeszkadza. Teraz już nie. Powietrze jest wilgotne i pełne zapachu butwiejących liści. Może i ma to swój urok, ale na pewno nie wtedy, kiedy trzeba rano wstać i w tym mglistym chłodzie się zanurzyć. A kiedy wraca się z tego szarego, przejmującego zimna, wszystko na co ma się ochotę, to talerz gorącej zupy. Gotowanie jej zaraz po powrocie jest jednak tak odpychające, że już lepiej chwycić kawałek bułki z byle czym, zalać herbatę i szybko wkraść się pod koc. Lepiej więc przygotować zupę dzień wcześniej.
Z tej zupy jestem bardzo dumna, bo wymyśliłam ją sama, w pamięci mając smaki i zapachy indyjskiej restauracji, w której kiedyś pracowałam. Po pewnym czasie poszłam do krakowskiej restauracji indyjskiej, gdzie zaserwowali... moją zupę. Chyba więc uzyskałam efekt, o który chodziło. Oczywiście, jak większość domowych potraw, składniki zwykle dobieram na oko, chociaż proporcje są mniej więcej takie, jak podałam, ale możecie je zmienić zgodnie z własnymi upodobaniami czy poeksperymentować z przyprawami. Niezależnie jednak od tego, ile czego wezmę, zupy zawsze wychodzi cały gar, ale to właściwie nie szkodzi, bo można zamrozić na chwilę, kiedy akurat nie chce Wam się gotować. Jest gęsta i rozgrzewająca, idealna na jesień i zimę, może stanowić właściwie cały zdrowy obiad, o ile przewidzicie jeszcze jakiś deser. Jeżeli widzę tu jakiś mankament, to obierania i krojenia jest sporo, za czym nie przepadam, ale zawsze można spróbować potraktować te czynności jako kuchenną psychoterapię.
Zupa indyjska
Składniki:
(ok. 6 porcji)
2 marchewki
2 cebule
4 ziemniaki
1 spora łyżka garam masali (ja dorzucam czasem dodatkowo trochę kuminu i kolendry)
8 łyżek czerwonej soczewicy
olej, masło lub ghee
bulion warzywny
Wykonanie:
- Warzywa obrać i pokroić na dość małe, ale niekoniecznie regularne, części.
- Na patelni rozgrzać ok. 2 łyżek oleju z łyżką masła, do jeszcze zimnego tłuszczu wrzucić garam masalę i ewentualnie resztę przypraw, chwilę posmażyć. Następnie dorzucić warzywa, dokładnie zamieszać, żeby pokryły się przyprawami. Smażyć chwilę, mieszając od czasu do czasu. Warzywa przełożyć do garnka po czym zalać taką ilością bulionu, żeby pokrył warzywa. Patelnię również zalać niewielką ilością wody, żeby odzyskać przyprawy, które do niej przywarły, płyn dolać do garnka. Gotować ok. 30 minut.
- Osobno ugotować w osolonej wodzie soczewicę . Trwa to jakieś 10 min. Odcedzić.
- Do miękkich warzyw dorzucić 1/3-1/2 soczewicy, zmiksować. Jeżeli zupa będzie za gęsta, dolać trochę wody, w razie potrzeby dosolić. Jeśli nie macie zamiaru jej jeść tego samego dnia, z dolewaniem wody poczekajcie do podawania, bo po leżakowaniu całą noc, dodatek wody i tak pewnie będzie konieczny.
- Nakładać porcje do miseczek, każdą udekorować łyżką odłożonej soczewicy. Podawać z chlebem (rzecz jasna, najlepiej indyjskim).
Etykiety:
cebula,
comfort food,
jesień/zima 2009/2010,
kuchnia indyjska,
marchew,
słono,
soczewica,
warzywa,
ziemniaki,
zupy
środa, 23 września 2009
Ciepło-zimny pierwszy dzień jesieni. Crumble i lody cynamonowe
Oto widzisz, znowu idzie jesień,
człowiek tylko leżałby i spał...
A przecież cieszyć się z nadejścia jesieni jest tak łatwo.
...bo można znowu opijać się gorącą herbatą (może wreszcie przekonam się do innej niż czarna?).
...bo jesienne słońce jest zupełnie inne niż letnie (i jeszcze jest!)
....bo już można niedbale otulić się szalikiem, cudownie miękkim i ciepłym, nie martwiąc się jeszcze, że coś tam zawieje za kołnierz.
...bo opadłe liście tak przyjemnie szeleszczą pod stopami.
...bo można nazbierać kasztanów i obracać je w kieszeni kurtki i nawet wczesnym rankiem, droga wydaje się przyjemniejsza.
A spanie... a ze spaniem poczekam do zimy. A przynajmniej do listopada, teraz szkoda tracić na to czas.
człowiek tylko leżałby i spał...
A przecież cieszyć się z nadejścia jesieni jest tak łatwo.
...bo można znowu opijać się gorącą herbatą (może wreszcie przekonam się do innej niż czarna?).
...bo jesienne słońce jest zupełnie inne niż letnie (i jeszcze jest!)
....bo już można niedbale otulić się szalikiem, cudownie miękkim i ciepłym, nie martwiąc się jeszcze, że coś tam zawieje za kołnierz.
...bo opadłe liście tak przyjemnie szeleszczą pod stopami.
...bo można nazbierać kasztanów i obracać je w kieszeni kurtki i nawet wczesnym rankiem, droga wydaje się przyjemniejsza.
A spanie... a ze spaniem poczekam do zimy. A przynajmniej do listopada, teraz szkoda tracić na to czas.
PS Poeta chyba jednak myślał podobnie. A kto nie pamięta, może sprawdzić na przykład tu.
Jabłkowe crumble z lodami cynamonowymi
Lody cynamonowe
(Michel Roux)
6 żółtek
125 g cukru
500 ml mleka
laska cynamonu o wadze ok. 20 g (nie mam pojęcia ile to jest, ja dałam dwa ok. 4 cm kawałki na połowę tej porcji i okazało się to trochę za dużo. A z połowy porcji lodów zdecydowanie za mało.)
Wykonanie:
- Mleko zagotować z cynamonem i 2/3 cukru. Żółtka utrzeć z pozostałym cukrem na jasny, rzadki krem.
- Na żółtka wylać gorące mleko, cały czas mieszając. Przelać z powrotem do garnka (najlepiej czystego).
Kilka rad, dla tych, którzy jeszcze nie mają za sobą procesu robienia kremu angielskiego (tak nazywa się ta masa, będąca półproduktem do lodów). Nie będę Was mamić, że rzecz jest prosta. Zanim wreszcie udało mi się uzyskać przyzwoity efekt, miałam za sobą kilka zwarzonych prób. Mieszankę należy gotować na naprawdę małym ogniu. Cały czas mieszać. Kiedy masa jest zbyt bliska wrzenia, dobrze ją na chwilę zdjąć z ognia, albo nawet schłodzić w misce z zimną wodą. Spokojnie, w końcu zgęstnieje. Dobra konsystencja to taka, że kiedy przejedzie się palcem po tyle łyżki zamoczonej w masie, to nic się nie zlewa. Wtedy krem należy ostudzić, a następnie przecedzić przez sitko i mrozić w maszynie według instrukcji, lub po prostu przełożyć do jakiegoś zamykanego pojemnika i co jakiś czas zmiksować.
160 g mąki
80 g cukru pudru
80 g masła
łyżeczka cukru waniliowego
3 dość duże jabłka + cukier w ilości zależnej od tego, na ile jabłka są kwaśne. Nie należy przesadzać, bo kruszonka i lody są bardzo słodkie. Jeżeli same jabłka też są słodkie, można nie dawać cukru w ogóle.
Wykonanie:
- Masło, mąkę, cukier i cukier waniliowy rozetrzeć palcami na okruchy. Właściwa konsystencja kruszonki to taka, kiedy ciasto da się co prawda złożyć w jedną kulkę, ale przy byle dotknięciu kulka rozpada się na okruszki. Jeśli tak nie jest, ciasto jest za suche lub za tłuste, odpowiednio dodajcie tego, czego potrzeba.
- Jabłka obrać, pokroić w kostkę, ewentualnie wymieszać z cukrem.
- Nasmarować masłem naczynie żaroodporne (miałam owalną miseczkę dł. 23 cm), wyłożyć jabłka, posypać kruszonką. Na tym etapie może się Wam wydawać, że kruszonki jest za dużo, ale podczas pieczenia ciasto opadnie.
- Piec w 180 st. C ok. 30 min., lub do momentu, kiedy kruszonka będzie zrumieniona.
- Podawać gorące, z lodami cynamonowymi.
Etykiety:
comfort food,
jabłka,
jesień/zima 2009/2010,
owoce,
słodko
niedziela, 20 września 2009
Sezon jesień/zima 2009/2010 w mojej kuchni
Wrześniowe magazyny dla kobiet, w jeszcze większej części niż zwykle, składają się ze zdjęć chudych i bladych modelek, odzianych w to, co zdaniem kilku osób, powinni nosić wszyscy. Przynajmniej, jeżeli aspirują do jakiegoś poziomu. A ja, naiwna ofiara konsumpcyjnego stylu życia, uwielbiam to oglądać, przewracać kartki tam i z powrotem, starając się ułożyć jak najkrótszą listę tego, co chciałabym mieć.
Jeżeli jeszcze nie wiecie, uprzejmie informuję, że w tym sezonie, z zaledwie niewielkimi modyfikacjami, modne jest to, co zwykle, wkażdym razie zwykle od kilku lat. Asymetria, greckie drapowania, zwierzęce wzory, błyskotki, mundurki, motywy rosyjskie.
Jest to chyba oczywiste, ale czy świadomie zastanawialiście się kiedyś, że to, co jemy, też podlega modom?
Kiedy byłam dzieckiem, popularny niedzielny obiadek składał się z pieczonego kurczaka, ziemniaczków i sałaty (masłowej!) ze śmietaną. Pamiętacie? Później śmietana zaczęła pojawiać się równie często, jak sos vinegret z torebki. Trzy łyżki oleju, trzy wody, wymieszać, polać, wymieszać. A potem pojawiła się oliwa z oliwek. Po pewnym czasie okazało się, że koniecznie extra vergine i do tego niezbędny jest ocet balsamico. Wymieszać, doprawić, a otrzyma się pyszny i zdrowy sos do mieszanki sałat lub sałaty lodowej.
Niby ciągle można by przyrządzić taką masłową ze śmietaną, ale dzisiaj wydaje mi się to bardzo ekstrawaganckim pomysłem, a spróbowanie tego dania wymagałoby sporej odwagi.
Kilkakrotnie natrafiłam już na różnych guru od gotowania, którzy mówili, co zdaniem kulinarnych autorytetów, albo może tylko ich samych, dokładnie nie pamiętam, obecnie modnie wkładać do garnka i wykładać na talerz.
Pomyślałam, właściwie, ciekawy pomysł. Żeby nauczyć się czegoś nowego. Częściej jeść to, co lubię. Zmusić (o tak!) do gotowania zdrowiej. Postanowiłam jednak sama być swoim guru i tak powstała poniższa lista . Kulinarną czernią tej jesieni i zimy będą:
jabłka
kasze
kurczak (wszystko, tylko nie filet!)
kuchnia rosyjska
zupy
Zacznę od zupy. Jest naprawdę przepyszna. Dotychczas kawałki cebuli pływające w bulionie nie wydawały mi się zbyt apetyczne i zupę cebulową jadałam i gotowałam jedynie w wersji miksowanej. Dla tego przepisu robię wyjątek. Planowałam część zamrozić, na jakąś chwilę lenistwa, ale się nie udało. Czy jako zachęta wystarczy, jeśli napiszę, że jadłam ją trzy dni pod rząd?
Zupa cebulowa
przepis według tej strony
Składniki:Jeżeli jeszcze nie wiecie, uprzejmie informuję, że w tym sezonie, z zaledwie niewielkimi modyfikacjami, modne jest to, co zwykle, wkażdym razie zwykle od kilku lat. Asymetria, greckie drapowania, zwierzęce wzory, błyskotki, mundurki, motywy rosyjskie.
Jest to chyba oczywiste, ale czy świadomie zastanawialiście się kiedyś, że to, co jemy, też podlega modom?
Kiedy byłam dzieckiem, popularny niedzielny obiadek składał się z pieczonego kurczaka, ziemniaczków i sałaty (masłowej!) ze śmietaną. Pamiętacie? Później śmietana zaczęła pojawiać się równie często, jak sos vinegret z torebki. Trzy łyżki oleju, trzy wody, wymieszać, polać, wymieszać. A potem pojawiła się oliwa z oliwek. Po pewnym czasie okazało się, że koniecznie extra vergine i do tego niezbędny jest ocet balsamico. Wymieszać, doprawić, a otrzyma się pyszny i zdrowy sos do mieszanki sałat lub sałaty lodowej.
Niby ciągle można by przyrządzić taką masłową ze śmietaną, ale dzisiaj wydaje mi się to bardzo ekstrawaganckim pomysłem, a spróbowanie tego dania wymagałoby sporej odwagi.
Kilkakrotnie natrafiłam już na różnych guru od gotowania, którzy mówili, co zdaniem kulinarnych autorytetów, albo może tylko ich samych, dokładnie nie pamiętam, obecnie modnie wkładać do garnka i wykładać na talerz.
Pomyślałam, właściwie, ciekawy pomysł. Żeby nauczyć się czegoś nowego. Częściej jeść to, co lubię. Zmusić (o tak!) do gotowania zdrowiej. Postanowiłam jednak sama być swoim guru i tak powstała poniższa lista . Kulinarną czernią tej jesieni i zimy będą:
jabłka
kasze
kurczak (wszystko, tylko nie filet!)
kuchnia rosyjska
zupy
Zacznę od zupy. Jest naprawdę przepyszna. Dotychczas kawałki cebuli pływające w bulionie nie wydawały mi się zbyt apetyczne i zupę cebulową jadałam i gotowałam jedynie w wersji miksowanej. Dla tego przepisu robię wyjątek. Planowałam część zamrozić, na jakąś chwilę lenistwa, ale się nie udało. Czy jako zachęta wystarczy, jeśli napiszę, że jadłam ją trzy dni pod rząd?
Zupa cebulowa
przepis według tej strony
(dla 4 osób)
4-5 dużych cebul (białe lub czerwone, lub pół na pół – ja tak zrobiłam)
2-4 gałązki świeżego tymianku (dałam suszony)
3-5 listków laurowych
3-5 ząbków czosnku (nie dałam)
sól, pieprz
2-3 łyżki mąki
1-2 filiżanki (cups) wina*
8 uncji bulionu wołowego (moim zdaniem ok. 1,25 l, dałam warzywny)
do grzanek: bułka, żółty ser
*Spór białe czy czerwone trwa. Miałam czerwone i takie dałam.
Wykonanie:
2-4 gałązki świeżego tymianku (dałam suszony)
3-5 listków laurowych
3-5 ząbków czosnku (nie dałam)
sól, pieprz
2-3 łyżki mąki
1-2 filiżanki (cups) wina*
8 uncji bulionu wołowego (moim zdaniem ok. 1,25 l, dałam warzywny)
do grzanek: bułka, żółty ser
*Spór białe czy czerwone trwa. Miałam czerwone i takie dałam.
Wykonanie:
- Cebulę posiekać, ogólnie rzecz biorąc, na takie kawałki, jakie macie ochotę jeść. Na ogniu rozgrzać sporą łyżkę masła, wrzucić cebulę, tymianek, liście laurowe. Nie mieszać, aż do momentu, kiedy cebula stanie się szklista. Dodać czosnek. Smażyć, już mieszając, dalej, jeżeli coś się lekko przypali, to nawet lepiej, skarmelizowane części nadadzą zupie smak. Dodać sól i pieprz.
- Nalać wino, gotować do momentu, aż prawie wyparuje. Jeżeli używaliśmy świeżych ziół, wyjąć je z cebuli. Posypać ok. 2 łyżkami mąki, wymieszać, gotować chwilę, aż mąka się wchłonie i straci surowy smak. Jeżeli jest to konieczne, można trochę rozprowadzić bulionem. Dodać resztę bulionu, gotować 20-30 min. bez przykrycia. Część płynu powinna wyparować, a zupa zgęstnieć. Jeżeli uznamy to za wskazane, dodać jeszcze trochę mąki, pamiętając, by rozprowadzić ja wcześniej w odrobinie wody lub bulionu.
- Bułkę pokroić w kromki, położyć na nie po plasterku sera. Zupę rozlać do miseczek, na każdej położyć po grzance (lub więcej, w zależności od wielkości grzanek i miseczek), zapiec w piekarniku, aż ser się rozpuści i zacznie bąbelkować. Można to też zrobić w mikrofalówce. Jak widać na zdjęciu, ja grzanki zrobiłam osobno, ale nie polecam, bo bułka za mało potem nasiąkała zupą.
Etykiety:
cebula,
comfort food,
jesień/zima 2009/2010,
kuchnia francuska,
słono,
warzywa,
ziemniaki,
zupy
poniedziałek, 14 września 2009
Lewy foka szot wybieraj, klar na pokładzie, a w kambuzie...
Dobrze jest być znowu w domu. Napić się herbaty ze swojego kubka, wziąć niekończący się prysznic, a potem zasnąć we własnej pościeli.
Zwykle przez ostatnie dni wakacji (ilość dni proporcjonalna do długości wyjazdu) myślę o tym, co zrobię, jak już będę z powrotem. Gdzie pójdę. Co zjem. Co kupię. Z kim się spotkam. Co przeczytam.
Jednak zawsze w tej ostatniej chwili, kiedy plecak jest już spakowany, kiedy rzucam ostatnie spojrzenie na wysprzątany pokój (a w tym wypadku łódkę), zaczynam tęsknić, za tym, co zostawiam.
Czego mi będzie brakować, po mazurskim rejsie? Szumu wody (oczywiście!), który usypia do snu, kiedy nie wieje i przeszkadza spać, kiedy fale uderzają o burty, wydając niepokojące odgłosy. Wiatru, który zwykle jest za słaby, lub za mocny, prawie nigdy w sam raz, chociaż ciągle nie potrafię rozpoznać, skąd właściwie wieje, mimo znanych co najmniej czterech sposobów (cóż, najpewniejszy i najłatwiejszy – na dym z papierosa, ale ja nie palę). Nielubianego zrzucania żagli i składania masztu przed każdym kanałem (kanały łaczą poszczególne jeziora). Prysznica, z którego gwałtownie przestaje lecieć woda, kiedy kończy się opłaconych 5, 7 czy 10 minut. Nie, to nie wybór, długość zawsze jest narzucona, tylko zależna od kei. Codziennego cumowania, zawsze nieco niepokojącego, uda się tym razem, czy się nie uda bez problemów? (Nasza załoga nie była zbyt doświadczona). Wieczornego siedzenia w porcie i słuchania szant, śpiewanych przy dźwiękach gitary na innych łódkach i zgadywania, ile już ta wesoła załoga ma na pokładzie pustych butelek...
Już nie mogę doczekać się powtórki.
Słowniczek trudniejszych wyrazów:Zwykle przez ostatnie dni wakacji (ilość dni proporcjonalna do długości wyjazdu) myślę o tym, co zrobię, jak już będę z powrotem. Gdzie pójdę. Co zjem. Co kupię. Z kim się spotkam. Co przeczytam.
Jednak zawsze w tej ostatniej chwili, kiedy plecak jest już spakowany, kiedy rzucam ostatnie spojrzenie na wysprzątany pokój (a w tym wypadku łódkę), zaczynam tęsknić, za tym, co zostawiam.
Czego mi będzie brakować, po mazurskim rejsie? Szumu wody (oczywiście!), który usypia do snu, kiedy nie wieje i przeszkadza spać, kiedy fale uderzają o burty, wydając niepokojące odgłosy. Wiatru, który zwykle jest za słaby, lub za mocny, prawie nigdy w sam raz, chociaż ciągle nie potrafię rozpoznać, skąd właściwie wieje, mimo znanych co najmniej czterech sposobów (cóż, najpewniejszy i najłatwiejszy – na dym z papierosa, ale ja nie palę). Nielubianego zrzucania żagli i składania masztu przed każdym kanałem (kanały łaczą poszczególne jeziora). Prysznica, z którego gwałtownie przestaje lecieć woda, kiedy kończy się opłaconych 5, 7 czy 10 minut. Nie, to nie wybór, długość zawsze jest narzucona, tylko zależna od kei. Codziennego cumowania, zawsze nieco niepokojącego, uda się tym razem, czy się nie uda bez problemów? (Nasza załoga nie była zbyt doświadczona). Wieczornego siedzenia w porcie i słuchania szant, śpiewanych przy dźwiękach gitary na innych łódkach i zgadywania, ile już ta wesoła załoga ma na pokładzie pustych butelek...
Już nie mogę doczekać się powtórki.
kambuz – kuchnia pokładowa
keja – port
klar na pokładzie (robić) – porządek
lewy foka szot wybieraj – fok to jest ten mały żagiel z przodu. Kiedy robi się zwrot (czyli zmienia kierunek), to trzeba ten żagielek przerzucić na drugą stronę dziobu. A robi się to za pomocą jednej z dwóch lin do niego przytwierdzonych, czyli szotów. Czyli, mniej tajemniczo, znaczy to: ciągnij za linę przyczepioną z lewej strony żagla.
Tydzień temu też jeszcze większości z tego nie wiedziałam ;)
Makaron z tuńczykiem i serem z niebieską pleśnią
Skrzętnie odnotowuję, że potrawę wykonała Joasia, ale pomysł częściowo był mój.
Składniki:
dla 3 osób, bardzo wygłodniałych po całodziennym żeglowaniu
300 g makaronu
2 puszki tuńczyka w oleju
100 g sera z niebieską pleśnią
sól, pieprz, zioła prowansalskie
Wykonanie:
- Makaron ugotować według przepisu na opakowaniu.
- Olej z tuńczyka (wystarczy z jednej puszki, ale z dwóch też nie jest za dużo) rozgrzać, wrzucić rybę, podsmażyć, dodać zioła, pieprz. Ostrożnie z solą, bo ser jest słony.
- Ser byle jak pokroić, dodać do tuńczyka, poczekać, aż się rozpuści.
- Na patelnię wrzucić odcedzony makaron, wymieszać, rozłożyć na talerze (na łódce miseczki praktyczniejsze). Danie szybkie i proste, idealnie dopasowane do warunków, ale tak dobre, że powtórki będą także na lądzie.
Etykiety:
comfort food,
makaron,
sery,
słono,
szybkie gotowanie
środa, 2 września 2009
Ciasteczko na wrzesień
Jak wszystko, co jest małą wersją czegoś większego, to stwierdzone naukowo!, wzbudzają sympatię i powodują, że ma się ochotę po prostu je... zjeść.
Ciasteczka. Bardzo je lubię, ale robię rzadko, bo te najlulubieńsze są raczej pracochłonne. Są też bardzo nieekonomiczne, bo zjada się je jakby przypadkiem, przechodząc przez kuchnię w celu zrobienia herbatki, poszukiwań gazety, nożyczek, czy z jakiegoś innego ważnego powodu. A jak się zje jedno, to właściwie tak, jakby się nie zjadło żadnego. I z tym przekonaniem można chrupać każde kolejne.
Ale co tam, mimo wszystkich ich wad, lecz przecież trudniej darzyć sympatią coś doskonałego, postanowiłam stworzyć sobie pretekst, by robić je częściej. Na słodki początek każdego miesiąca, a w najbliższym czasie, takie pozytywne rozpoczęcia na pewno się przydadzą, będę prezentować Wam kolejny przepis.
Ciasteczkowemu cyklowi groziło przesunięcie na październik, bo efekt estetyczny wybranych na wrzesień Chocolate Chip Cookies nie był zadawalający. Jednak, ponieważ zgodnie z ciasteczkową logiką, kolejne sztuki znikały z szybkością, która dobrze świadczy o ich smaku, a nieco gorzej o naszym łakomstwie, ewentualne uchybienia w wyglądzie zostały nadrobione.
Chocolate Chip Cookies to dla mnie najbardziej amerykańskie z ciasteczek. To chyba nimi objadał (obrzucał) się Ciasteczkowy Potwór z Ulicy Sezamkowej? Więc będą na wrzesień, jako symbol słodkiej satysfakcji, że do szkoły już iść nie musimy, ale z wielu uroków dzieciństwa korzystać można nadal.
A dzisiejszy program sponsorowały literki M i K (bo M i K piekły ciasteczka) oraz liczba 12 (bo tyle ich wyszło).
Ciasteczka z groszkami czekoladowymi
Chocolate Chip Cookies przepis z Joy of baking
Składniki:
(na 4 tuziny, ja piekłam z połowy porcji)
226 g masła
150 g (3/4 szkl.) białego cukru
160g (3/4 szkl.) brązowego cukru
2 jajka
1 ½ łyżeczki ekstraktu waniliowego (dałam cukier waniliowy)
295 g (2 ¼ szkl.) mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
½ łyżeczki soli
270g (1 ½ szkl.) groszków czekoladowych*
ewentualnie 100g (1 szkl.) posiekanych orzechów włoskich lub pekanów
Wykonanie:
- Masło ubić mikserem, dodać biały i brązowy cukier, a następnie wbijać po jednym jajku. Dodać wanilię.
- W drugiej misce wymieszać resztę składników (oprócz groszków i orzechów), dosypywać stopniowo do maślano-cukrowo-jajecznej mieszanki. Najłatwiej wymieszać ciasto za pomocą miksera. Dodać groszki i orzechy. Jeżeli masa jest rzadka, wstawić na pół godziny do lodówki.
- Piekarnik nagrzać do 190 stopni C. Na formę, wyłożoną papierem do pieczenia, kłaść, za pomocą łyżki do lodów lub dwóch zwykłych łyżek, kupki ciasta. Odpowiednia ilość na jedno ciasteczko to ok. dwóch PŁASKICH** łyżek.
- Ciastka piec 12-14 minut, bądź do czasu, kiedy mają rumiany kolor i lekko złote brzegi.
- Dobra wiadomość: ciasto można zamrozić. Należy wyłożyć porcje na papier do pieczenia i tak włożyć do zamrażarki. Kiedy już będą zmrożone, można przełożyć je do woreczka i upiec, kiedy ma się na to ochotę. Czas pieczenia trzeba wtedy trochę wydłużyć.
**pamiętając o tym, że amerykańskie ciastka mają być duże, dałam ok. dwóch bardzo kopiastych łyżek, co spowodowało, że ciastka zrobiły się o wiele większe niż przewidywałam i zlały się ze sobą. Jeżeli jednak rzeczywiście dacie 2 płaskie łyżki, to powinna Wam wyjść dokładnie taka ilość ciastek, jaką przewiduje przepis. Nie spłaszczajcie kupek, bo zrobią to i tak same, więc należy pamiętać o zostawieniu sporej ilości miejsca pomiędzy ciastkami. Prawdopodobnie zrobią się bardziej płaskie, niż byście tego chcieli ale i tak są pyszne :)
Etykiety:
ciasta,
ciasteczko na...,
ciastka,
comfort food,
czekolada,
słodko
niedziela, 9 sierpnia 2009
Samosy. Pierożki indyjskie
Kiedy zdarza mi się tłumaczyć obcokrajowcowi, co to są pierogi, zazwyczaj wdaję się w dość zawiłe i pokrętne wyjaśnienia. Odkąd, nie tylko politycznie, ale także kulinarnie, otwarliśmy się na świat, ratunek, który zwykle przychodzi mi do głowy, to odpowiedź „coś w rodzaju ravioli”. A przecież, chociaż akurat ruskie (sic!), z kaszą gryczaną czy z kapustą i grzybami, są charakterystyczne dla naszej kultury, to rodzina pierogowatych na nich i na ravioli się nie kończy. Są przecież pielmieni, empanadas, kołduny, pierożki chińskie, żydowskie kreplach oraz właśnie samosy, smażone w głębokim tłuszczu pierożki indyjskie.
Samodzielnie przygotowane samosy należą do moich ulubionych dań. Po raz pierwszy robię je jednak z klasycznym nadzieniem, a przynajmniej tym, najczęściej jako farsz, obok mięsa, podawanym, czyli z ziemniakami i groszkiem. Jeżeli potrzebowalibyście inspiracji przy dalszych próbach, to dotychczas w czołówce wypełnień znalazły się: pół na pół kukurydza i cebula (może brzmi dziwnie, ale uwierzcie mi, to jest pyszne), boczek + ser + śmietana, pomidorki + mozzarella + bazylia + oliwki + gęsty sos pomidorowy. Tego typu danie aż zachęca do eksperymentów i na pewno będę jeszcze szukać nowych smaków.
Przy tych temperaturach, stanie nad garnkiem z gorącym olejem nie wydało mi się specjalnie pociągające, więc pierożki upiekłam. Próba była dość udana i na pewno, w chwilach lenistwa, będę do wersji piekarnikowej wracać, chociaż wolę samosy z oleju, bo te pieczone w piekarniku są mniej soczyste i chrupiące. Przygotowanie tego dania może nie zajmuje pięciu minut, ale też nie jest jakieś szczególnie czasochłonne, zwłaszcza, kiedy dojdziecie do wprawy w klejeniu i użyjecie do smażenia dużego garnka. Polecam, mam nadzieję, że samosy staną się także jednym z Waszych ulubionych dań.
Samodzielnie przygotowane samosy należą do moich ulubionych dań. Po raz pierwszy robię je jednak z klasycznym nadzieniem, a przynajmniej tym, najczęściej jako farsz, obok mięsa, podawanym, czyli z ziemniakami i groszkiem. Jeżeli potrzebowalibyście inspiracji przy dalszych próbach, to dotychczas w czołówce wypełnień znalazły się: pół na pół kukurydza i cebula (może brzmi dziwnie, ale uwierzcie mi, to jest pyszne), boczek + ser + śmietana, pomidorki + mozzarella + bazylia + oliwki + gęsty sos pomidorowy. Tego typu danie aż zachęca do eksperymentów i na pewno będę jeszcze szukać nowych smaków.
Przy tych temperaturach, stanie nad garnkiem z gorącym olejem nie wydało mi się specjalnie pociągające, więc pierożki upiekłam. Próba była dość udana i na pewno, w chwilach lenistwa, będę do wersji piekarnikowej wracać, chociaż wolę samosy z oleju, bo te pieczone w piekarniku są mniej soczyste i chrupiące. Przygotowanie tego dania może nie zajmuje pięciu minut, ale też nie jest jakieś szczególnie czasochłonne, zwłaszcza, kiedy dojdziecie do wprawy w klejeniu i użyjecie do smażenia dużego garnka. Polecam, mam nadzieję, że samosy staną się także jednym z Waszych ulubionych dań.

Samosy z ziemniakami i groszkiem
przepis na 16-20 sztuk
Ciasto:
300 g mąki
4 łyżki oleju/ghee
200 ml wody
łyżeczka soli
Nadzienie:
4 średnie ziemniaki
1/2 szklanki groszku (może być mrożony, ale błagam, nie z puszki)
1/2 średniej cebuli
2 cm kawałek imbiru, startego
przyprawy: kumin, kolendra, słodka i ostra papryka, kurkuma (lub gotowa mieszanka garam masala + kurkuma, bo musi być żółto!)
Wykonanie:
- Przygotować nadzienie: ziemniaki obrać, ugotować na półtwardo (ok. 15 min). Pokroić w kostkę.
- Na patelni rozgrzać olej lub ghee, na jeszcze zimny tłuszcz wrzucić przyprawy i imbir, chwilę posmażyć. Dodać cebulę, kiedy trochę się zeszkli, ziemniaki i groszek. Smażyć, aż groszek zmięknie. Dosolić. Nie podaję ilości przypraw, bo zawsze sypię „na oko”, ale moim zdaniem wszystkiego ok. 1/2 łyżeczki, tylko ostrej papryki mniej, chyba że lubicie.
- Składniki ciasta zagnieść. Ciasto ma być dość miękkie, ale nieklejące. Podzielić je na 8-10 kulek. Każdą kulkę rozwałkować na koło o średnicy ok. 12 cm, podzielić na pół. Nałożyć farsz i złożyć zgodnie z instrukcją obrazkową.
- Gotowe samosy smażyć w głębokim oleju na złoty kolor. Można też upiec w piekarniku ok. 20 min. w 180 stopniach C. Żeby pierożki za bardzo się nie zeschły, z obu stron posmarowałam je olejem. Jeżeli macie tak samo kiepski piekarnik jak ja i po większej części pieczenia okaże się, że tylko dolna część pierożka jest przyrumieniona, to po prostu je obróćcie.
- Samosy podawać z raitą, chutneyem lub po prostu jogurtem wymieszanym z czosnkiem i przyprawami, które lubicie.
Etykiety:
comfort food,
groszek,
kuchnia indyjska,
pierogi,
słono,
ziemniaki
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























