środa, 5 sierpnia 2009

Pantao, z chińskiego: brzoskwinia płaskoowocowa. Odmiana: Saturn. Kandyzowana. Pankejki.


Pancakes z sosem brzoskwiniowym

Owoce są spłaszczone, małe lub średniej wielkości, o średnicy 6–8 cm i masie 60–80 g, która po dokładnym przerzedzeniu zawiązków — osiąga lub przekracza 100 g. Skórka jest kremowa, w 60–90% pokryta czerwonym rumieńcem, a miąższ kremowobiały, miękki, soczysty, aromatyczny, wyjątkowo słodki, smaczny, odchodzący od pestki. Pestka jest mała, owalna, spłaszczona, bruzdowana, brązowa. „Saturn” to odmiana wyłącznie deserowa o średnio wczesnej porze dojrzewania i wysokiej plenności. Owoce są nieco podatne na pękanie po obfitych opadach występujących w okresie dojrzewania. (źródło: www.szkolkarstwo.pl)

Nic jeszcze o tym wszystkim nie wiedząc, zobaczyłam je pewnego dnia: zabawne, okrągłe poduszeczki z guzikiem pośrodku, i wiedziałam, że muszę je mieć. Żółto-pomarańczowo-czerwony owoc, słoneczna esencja lata. Delikatna, aksamitna skórka (fachowo: omszona). Pyszny miąższ, który musi kryć się w środku. Bardzo słodki, miodowy, migdałowy, orzechowy – tak o nim piszą.

Piszą też, że raczej się nie przyjmie, pozostanie ciekawostką do hodowania w działkowych ogródkach (jest dość droga, trudna w transporcie). Więc apeluję: kupujcie pantao, jest pyszna!

Pancakes z sosem brzoskwiniowym

Pankejki z kandyzowanymi brzoskwiniami

Sos brzoskwiniowy:
(przepis: Choć razem coś ugotujemy, a potem upieczemy)

4 brzoskwinie

2 łyżki cukru waniliowego
3 łyżki masła
¼ litra soku pomarańczowego
sok z ½ cytryny


Brzoskwinie sparzyć, obrać ze skórki, przekroić na pół, wyjąć pestkę, pokroić w plasterki. Cukier skarmielizować (jak wiadomo, trzeba uważać, bo to najpierw idzie wolno, a potem o wiele za szybko), dodać masło, kiedy się rozpuści, brzoskwinie i resztę składników. Gotować do lekkiego zgęstnienia sosu.

PS Według znanej mi definicji, kandyzowane owoce to coś całkiem innego, ale tak nazywały się w przepisie źródłowym i, ponieważ to pysznie brzmi, postanowiłam zostawić.

Pancakes:

(przepis: Nigella gryzie, proporcje na ok. 25 małych pankejków)

30 g (dwie łyżki) masła
225 g mąki
2 czubate łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka cukru
szczypta soli
300 ml mleka
2 jajka


  1. Rozpuścić masło, trochę wystudzić. Wymieszać wszystkie składniki (łącznie z masłem), najlepiej mikserem. Jeżeli nie macie, to należy wymieszać suche składniki, a potem dolać do nich, również ze sobą zmieszane, mokre. Wymieszać wszystko. Ciasto będzie raczej gęste.
  2. Rozgrzać na patelni olej, smażyć małe pankejki. Kiedy na powierzchni placków pojawią się pęcherzyki powietrza, to znak, że można je przewrócić na drugą stronę. Dosmażyć. Podawać z sosem brzoskwiniowo-pomarańczowym.
Pancakes z sosem brzoskwiniowym

Pancakes z sosem brzoskwiniowym

Przepis bierze udział w akcji:


niedziela, 2 sierpnia 2009

"Śniadanie na trawie" a kwestia croissantów


Croissants

Przyjrzeliście się kiedyś, co jedzono podczas Śniadania na trawie? Wygląda na to, że niewiele, z koszyka wypada parę brzoskwiń, trochę czereśni, obok smętnie leży jakaś kajzerka. Można by zaryzykować, że obraz pokazuje scenę już po posiłku, ale w takim razie, gdzie brudne kubki i talerzyki, papierki i serwetki? Wygląda na to, że to nie jedzenie było dla bohaterów scenki najważniejsze, jednak retorycznie zapytam: czy mogłyby się tam pojawić croissanty?

Otóż, raczej jest to mało prawdopodobne. Obraz pochodzi z 1863 roku, a chociaż słynny dziś rogalik był już wtedy we Francji znany (przywiozła go nieszczęsna królowa Maria Antonina), to pierwsze drukowane przepisy na ten przysmak pojawiają się dopiero na początku XX wieku.

Mimo, że dzisiaj pewnie mało kto pamięta o jego wiedeńskim rodowodzie, a croissant stał jednym z symboli kulinarnych Francji, to on sam, swojego pochodzenia wcale nie kryje. Tego typu wypieki, ni to pieczywo, ni to ciasto, nazywane są po francusku "viennoiserie" (od Vienne, czyli Wiedeń). Co ciekawe, w historii croissantów jest również wątek polski, bo po raz pierwszy wiedeńscy piekarze wykonali je dla uczczenia zwycięstwa Sobieskiego. Jeżeli chcecie się dowiedzieć więcej o ciekawej historii pysznego rogalika, to możecie to zrobić na przykład tutaj.

A ja przechodzę już do rzeczy, bo chociaż bohaterowie Maneta, przynajmniej tamtego poranka, przywiązywali małą wagę do jedzenia, to ze mną jest całkiem inaczej i nie mogłam się doczekać, aż croissanty wreszcie będą gotowe, a proces przygotowania, niestety, trochę trwa. Ciasto wykonałam według instrukcji słowno-obrazkowej Liski i postępując zgodnie z jej radami, okazało się to naprawdę nietrudne. Może nie łatwe, ale naprawdę niezbyt trudne. Próbowałam już wcześniej robić takie typowe ciasto francuskie, w smaku było nie najgorsze, ale zawsze w trakcie wałkowania masło gdzieś tam wypływało po bokach, placek był nierówny i nie czułam się z wypieku zadowolona. Tym razem nic nie wypłynęło, a ciasto po ostatnim wałkowaniu niespodziewanie okazało się być idealnym (no, prawie) prostokątem i było cudownie jedwabiste w dotyku, musiałam się powstrzymywać, żeby go nie głaskać, bo to by mu mogło jednak zaszkodzić.

W przygotowania trzeba włożyć trochę wysiłku, ale warto spróbować, bo satysfakcja jest ogromna, no i za cały Wasz trud otrzymujecie nagrodę w postaci cudownego, maślanego smaku, który trudno znaleźć w kupnym rogaliku. Samodzielnie wykonywane croissanty mają jedną wadę: ponieważ przed włożeniem do pieca muszą dwie godziny rosnąć, aby naprawdę zjeść je na śniadanie, trzeba wstać baaardzo wcześnie.

Croissants

Croissants

Oryginalny przepis, wraz z instrukcją obrazkową, znajdziecie w Pracowni Wypieków.

Składniki:
(zrobiłam z połowy)

28 g świeżych drożdży
3 i 3/4 szklanki mąki pszennej
1/3 szklanki cukru
1 łyżeczka soli
1 szklanka mleka


oraz: 500 g zimnego masła

Wykonanie:

  1. Wszystkie składniki (oprócz masła) miksować na małych obrotach 1-2 minuty. Jeżeli ciasto jest za suche, dodać trochę mleka (maksymalnie 3 łyżki). Miksować dalej na najwyższych obrotach przez 3 minuty. Oczywiście można też zagnieść. Ciasto zawinąć w folię i włożyć na noc do lodówki (rośnie!).
  2. 500g masła zmiksować. Ciasto rozwałkować na, mniej więcej, prostokąt o wymiarach 25x42 cm. Na środku położyć masło, przykryć jednym bokiem, potem drugim, zlepić górną i dolną cześć paczuszki tak, żeby nie było widać masła.
  3. Rozwałkować ciasto na prostokąt o wymiarach 65x35 cm, a następnie złożyć na 3 części, zakładając jeden bok na drugi, tak jak poprzednim razem (tylko oczywiście nie kłaść masła na środek). Owinąć folią, włożyć do lodówki na 2 godziny. Operację powtórzyć (łącznie z leżakowaniem w lodówce).
  4. Ciasto rozwałkować na prostokąt o wymiarach 65x35 cm i złożyć na 4: najpierw dwa boki do środka, a potem całość na pół (na kształt portfela). Zawinąć w folię i włożyć do lodówki na co najmniej 2 godziny. W tej postaci ciasto może leżeć w lodówce do kilku dni. Oczywiście na każdym etapie, jeśli jest to konieczne, podsypujemy ciasto mąką.
  5. Ciasto podzielić na 2 części, rozwałkować. Proponuję pociąć najpierw na pasy kilkunastocentymetrowej szerokości, a potem te pasy w trójkąty, powiedzmy, równoboczne lub równoramienne, ale może macie jakiś własny patent. Zwinąć na kształt rogalika.
  6. Gotowe croissanty ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i zostawić na dwie godziny do wyrośnięcia.
  7. Piekarnik nagrzać do 220 stopni C. Croissanty posmarować żółtkiem rozmieszanym z odrobiną soli. Piec 10-12 min.
Uwagi Liski:

  • ciasto na każdym etapie wałkowania musi by zimne, dlatego jeżeli klei się do wałka, trzeba podsypać je mąką i schłodzić w lodówce, a potem kontynuować;
  • rogaliki powinny rosnąć dwie godziny, bo wpływa to na listkowanie, więc nie próbujcie tego czasu skracać!

Uwagi moje:

  • przestrzegajcie czasu pieczenia, bo w takiej temperaturze trwa to krótko i ciasto szybko się przypala;
  • no dobrze, przyznaję się, miałam pewien niedosyt, bo kształt nie był idealny, ale to na moje własne życzenie. Jeśli chcecie uniknąć efektu rozklejania się, trójkąty, które zwijacie, muszą być raczej długie, a zwinięty rogalik powinien "siedzieć" na swoim końcu;
  • moje rogaliki miały podstawę ok. 12 cm i były mniejsze niż te, które można zwykle kupić, więc jeżeli zależy Wam na dużych rogalikach, to sugerowałabym podstawę długości ok. 15 cm.

Przyznaję się, że:

  • nie miałam tyle czasu, żeby na pierwszym etapie zostawić ciasto w lodówce na noc i były to tylko jakieś 4 godziny;
  • rozwałkowywałam niezbyt zgodnie z podanymi rozmiarami, bo zrobiłam z połowy składników i nie bardzo wiedziałam, jak się do tego odnieść, co było dość wygodne.

Croissants

czwartek, 30 lipca 2009

Nowe spojrzenie na makaron z sosem ze świeżych pomidorów




Makaron przygotowany według tego przepisu, nie jest w sumie aż taki banalny, jak mi się początkowo wydawało. Urozmaicenie wnoszą feta, ostra papryczka i czerwony ocet. Nie trzeba wcale udawać się do kuchni, żeby wiedzieć, że jest to 100% pewniak. Jednak to wcale nie smak (chociaż naprawdę niezły) spowodował, że zdecydowałam się zaprezentować Wam to danie. Pozwólcie, że zacytuję (tłumaczenie z francuskiego, to ważna informacja):

Makaron z sosem ze świeżych pomidorów
dla 4 osób

Przepyszne danie, przygotowanie którego trwa krócej, niż otwarcie butelki wina.

Czy życie nie jest natychmiast piękniejsze, jeśli czas odmierza się otwieraniem butelek wina? Od razu pomyślałam, jakby to mogło być w wersji polskiej i pierwsze, co wpadło mi do głowy, to:

Przepyszne danie, którego przygotowanie trwa krócej, niż zagotowanie wody na herbatę.

Opijam się herbatą bez opamiętania, ale sami przyznacie, że brzmi to jednak zupełnie inaczej. Polecam więc ten prosty makaron, koniecznie z butelką wina, a zobaczycie, że ten zwykły czwartek od razu nabierze sobotniego charakteru.



Makaron z sosem ze świeżych pomidorów
przepis z: Recettes légerès, wyd. Marabout
(dla 4 osób)

Składniki:

375 g świeżych płatów lazanii, pociętych na wstążki (nie wiem czy takie można u nas w ogóle dostać, zamiast tego dobre będą tagliatelle, pappardelle albo po prostu to, co lubicie)
1 łyżka oliwy z oliwek

6 średnich pomidorów obranych ze skórki i pokrojonych w grubą kostkę
3 gałązki bazylii, grubo posiekanej
2 ząbki czosnku
2 łyżeczki octu z czerwonego wina (dałam balsamico)
1 ostra tajska papryczka, drobno posiekana
80 g pokruszonej fety


To był przepis z książeczki z "lekkimi" daniami, więc jeśli Wam na tej lekkości bardzo nie zależy, sugeruję zwiększyć ilość oliwy i fety.

Przygotowanie:
  1. Makaron ugotować, odcedzić, wymieszać z połową oliwy.
  2. W osobnym naczyniu wymieszać pomidory, bazylię, czosnek, resztę oliwy, papryczkę. W przepisie nie ma o tym mowy, ja jednak dodałam sól i pieprz. Jeżeli aż tak bardzo się nie spieszycie, myślę, że fajnie dać tej mieszance chwilę czasu na przegryzienie.
  3. Makaron rozłożyć na talerzach, na makaronie rozłożyć sos, posypać pokruszoną fetą. Gotowe.

poniedziałek, 27 lipca 2009

Cukiniowe carpaccio




Dostałam w prezencie ekologiczną cukinię. Warto się dobrze zastanowić, co z takim rarytasem zrobić. Cukinia jest w smaku raczej neutralna, tym bardziej trzeba się postarać, żeby go wydobyć, a nie zagłuszyć, więc najlepiej będzie jak najprościej, jak najmniej dodatków. A może...

...cukinię podsmażyć na maśle, doprawić solą, pieprzem i gałką muszkatałową, zalać wodą, gotować do miękkości. Zmiksować z serkiem topionym...

albo...

...cukinię przekroić na pół, środek wydrążyć, podsmażyć z cebulą, czosnkiem, doprawić solą, pieprzem, tymiankiem, wydrążone połówki napełnić farszem, piec aż cukinia będzie miękka. Podawać letnią, z miękkim kozim serem...

i jeszcze...

...cukinię pokroić w słupki, podsmażyć z czosnkiem, doprawić solą i pieprzem, dusić do miękkości. Podawać na jarzynkę z czym się tylko chce...

Czy może być jeszcze prościej? A może: carpaccio



Cukiniowe carpaccio

Składniki:
cukinia (ilość w zależności od wielkość, moim zdaniem mała - jedna na osobę, duża - to zależy ;)
oliwa
cytryna
sól, pieprz
ser (dobry jest oczywiście parmezan, ja miałam kozi w plasterkach, może oscypek? ważne, żeby miał zdecydowany smak)


Przygotowanie:
  1. Cukinię pokroić na jak najcieńsze plasterki. Może być obieraczką do jarzyn, chociaż dla mnie takie plasterki są trochę za cienkie i następnym razem zrobię to ręcznie, albo raczej nożnie. Jeżeli macie małą cukinię, to można ją plasterkować w całości. Ja miałam taką dużą i podzieliłam ją najpierw na pół w poprzek, a potem wzdłuż na cztery. Dobrze przed krojeniem wydłubać pestki (małej to nie dotyczy).
  2. Plasterki ułożyć dekoracyjnie na talerzu, skropić oliwą, sokiem z cytryny, posypać solą i pieprzem oraz wiórkami sera. Dobry dodatek to bagietka.


piątek, 24 lipca 2009

Semifreddo. Caramel & Brownie






Znacie to uczucie podekscytowania, towarzyszące wypróbowywaniu nowego przepisu? Wyjdzie-nie wyjdzie. A jak nie wyjdzie? Najgorzej jest, jak trzeba czekać, aż się upiecze. Albo wystygnie (ale mnie rzadko udaje się dotrwać do tego momentu). A jeśli jest to wymyślny tort, który ma dotrwać w całości do imprezy, która rozpoczyna się następnego dnia o 16? Co za męka. I nareszcie pierwszy widelec, pierwsza łyżka. Rozczarowanie? Satysfakcja? Ulga?

To połączenie chodziło za mną od dawna. Właściwe od czasu, kiedy dobre kilka miesięcy temu, kupiłam sobie w ramach pocieszenia lody Häagen-Dazs Vanilla Caramel Brownie. Także dawno temu wymyśliłam, że można na ich wzór zrobić semifreddo (nie wpadłam na to zupełnie sama, zainspirowała mnie Ela z My Best Food). I wcale nie te tygodnie, kiedy myślałam o tym, jak fajnie byłoby to zjeść, były najbardziej męczące, ale ta noc, kiedy semifreddo grzecznie się mroziło.

Rano już nie mogłam wytrzymać i wydłubałam łyżką tylko troszkę, troszeczkę. A potem jeszcze trochę. Mmm... o to właśnie chodziło.

Toffi, brownie, wanilia, kogel-mogel, bita śmietana. Czy to w ogóle mogło się nie udać?



Semifreddo à la Häagen-Dazs Vanilla Caramel Brownie
(baza: Jamie Oliver, dodatki: moje)

Składniki:
(wg Jamiego to na 6 osób, dla mnie max. 5)

2 jajka
pół laski wanilii (dałam 1/2 cukru waniliowego)
250 ml śmietany kremówki
25 g cukru (mam obawy, że dałam znacznie więcej, bo moja waga do zbyt dokładnych nie należy)
1 czekoladowa muffinka (oczywiście domowe brownies są dobrą alternatywą)
100 g krówek

Wykonanie:
  1. Rozdzielić żółtka od białek. Żółtka ubić z cukrem i ziarnkami wanilii (cukrem waniliowym).
  2. Ubić śmietanę i pianę z białek (ze szczyptą soli). Krówki i brownie podzielić na kawałki takiej wielkości, na jaką macie ochotę.
  3. Wszystko razem delikatnie wymieszać. Mrozić kilka godzin. Pamiętajcie, że deser ma być tylko częściowo zamrożony, więc jeżeli przebywał zbyt długo w zamrażarce, trzeba mu dać kilka chwil na odtajanie.
Następnym razem wezmę chyba trochę mniej dodatków, bo zbyt zdominowały deser. Ale oprócz tego, BARDZO polecam.




czwartek, 23 lipca 2009

Alu kofta. Jak ziemniaki i kalafior, to nie tylko z jajkiem




Moja siostra wyprowadza się z domu do innego miasta. Przed wyjazdem powiedziała, że mam wreszcie napisać o czymś łatwym, żeby miała co gotować. A ja na to, że wszystko tu jest łatwe. A ona, że tak, ale...

No a ja wiem, bo też nie zawsze jem to anchois czy suszone pomidory. Więc dzisiaj będzie swojsko i bez wydziwiania. Zgodnie z życzeniem, również wegetariańsko. Kalafior i ziemniaki.

Mała dygresja, bo nie mogę się powstrzymać. Czy zauważyliście, jaki kalafior jest piękny? Jak mu się przyjrzeć z bliska, to cały składa się z malutkich białych kwiatuszków. Pomysł na relaks: wycieczka szkłem powiększającym po powierzchni kalafiora. A wiecie, że można go chrupać również na surowo?

Wracając do właściwej treści, dzisiejsze danie, to warzywne kulki alu kofta, podobne do tych, które jadłyśmy niedawno razem w indyjskiej restauracji. Tam były prawie wielkości piłek tenisowych i w sosie curry, u mnie są nieco mniejsze niż piłeczki do ping ponga (i tak jest, moim zdaniem, lepiej) i z sosem pomidorowym tym razem, ale na pewno pomyślę, jak odtworzyć ten z restauracji. Wersja, którą przyrządziłam wypadła bardzo łagodnie w porównaniu do oryginału, więc jeżeli lubicie ostre dania, proponuję dodać więcej przypraw niż w przepisie.

Więc dzisiaj na obiad: kalafior i ziemniaki. Czy o to chodziło?



Warzywne kulki alu kofta
przepis za: Kulinarny atlas świata. Indie południowe i środkowe (bezpłatny dodatek do Gazety Wyborczej)

Składniki:

Kulki:
Zrobiłam z trochę mniejszej ilości i wyszło ok. 15 kulek.
5 ziemniaków
pół kalafiora
10 dag mąki z ciecierzycy lub pszennej (dałam pszenną)
3 łyżki posiekanej świeżej kolendry (dałam pietruszkę)
sól
pieprz
garam masala
olej do smażenia


Sos:
1 kg posiekanych pomidorów bez skórki (m0gą być puszki, ja dałam jedną puszkę i moim zdaniem to wystarczy dla 3 osób)
1 łyżka ghee (dałam trochę oleju i trochę masła)
1 łyżeczka startego imbiru
1 łyżeczka kurkumy
1 łyżeczka kuminu
sól
pieprz
chili
1 mały jogurt


Wykonanie:
  1. Przygotować sos: do gorącego ghee dodać imbir i chili, jak zapachnie, dodać resztę przypraw i chwilę smażyć, mieszając. Dodać pomidory i dusić na małym ogniu, aż sos będzie gesty. Przetrzeć przez sitko*, wymieszać z jogurtem.

    *i ja to zrobiłam, chociaż moje sitko ma, naprawdę nie przesadzam, z sześć centymetrów średnicy. Jeśli po prostu zmiksujecie pomidory, to nie będzie to samo, bo nadal konsystencja nie będzie całkiem gładka, a o to chodzi, jeżeli sos ma idealnie obklejać kuleczki. Jeżeli więc nie chce Wam się przecierać, to moim zdaniem lepiej użyć przecieru pomidorowego (nie mylić z koncentratem!).

  2. Ziemniaki i kalafior podgotować na półtwardo. Zetrzeć na tarce z dużymi oczkami, wymieszać z resztą składników, dobrze wyrobić. Z masy formować kulki, smażyć w gorącym oleju na rumiano. Nie wiedziałam, jak głęboki ten olej ma być, więc smażyłam na takim na wysokość 1-1,5 cm i myślę, że było w porządku. Podawać z ciepłym sosem pomidorowo-jogurtowym. Jeżeli poprzedniego dnia przygotujecie sos i podgotujecie warzywa, to będzie to naprawdę szybki obiad.




wtorek, 21 lipca 2009

Babeczki z malinami




Dzisiaj znowu będzie nieco nostalgicznie, bo zeszłotygodniowe blueberry pie wywołało we mnie tęsknotę za wakacjami, a nie tylko za latem, które przebiega sobie gdzieś z boczku. Powracamy więc na Zielone Wzgórze i nie obiecuję, że tym razem porzucimy je na dłużej. Ale kiedy, jak nie latem, powracać do lektur dzieciństwa?

Zauważyłyście (bo te wspominki kieruję jednak w stronę Pań), ile miejsca poświęca Lucy Maud Montgomery jedzeniu? Która z Was nie była ciekawa, jak powinien smakować walerianowy tort Ani, pierwsze w jej życiu lody, sok, który wywołał tyle zamieszania, czy ciastka malinowe, których trzy sztuki trzeba było rozdzielić między 10 dziewczynek?

Wydawcy o tej ciekawości czytelniczek dobrze wiedzą i pojawiły się już dwie (przynajmniej o dwóch wiem) książki, które tę ciekawość mają zaspokoić. Dzisiejszy przepis pochodzi z wydanej w 1993 "Książki kucharskiej Ani z Zielonego Wzgórza", którą natychmiast, jak tylko się ukazała, nabyłam. Z czego wniosek, że już w tych archaicznych czasach lubiłam nie tylko czytać, ale i gotować.

Znowu będzie coś na staroświecki podwieczorek, tym razem bardziej elegancki. Nie wiem, na ile przepis jest wierny tym, które stosowano w końcu XIX wieku w Kanadzie, na pewno jednak wywodzi się z kuchni Ameryki Północnej, bo zanim Wy na to wpadniecie, sama donoszę, że jest teoretycznie bardzo do blueberry pie podobny. Bo niby składa się z kruchego ciasta i owocowego środka, no ale przecież, spieszę się usprawiedliwić, już samo nadanie tym składnikom kształtu babeczki, zmienia absolutnie wszystko. I choć tutaj przyznam, że znam lepsze babeczkowe kombinacje, to jednak tej właśnie, trudno mi się od czasu do czasu oprzeć.

Naprawdę dobre jest ciasto robione z tego przepisu, nie za słodkie i kruche, ale nie takie rozpadające się w rękach. Polecam do wykorzystania przy innych babeczkowych okazjach. Malinowe nadzienie najlepsze jest wyjadane prosto z garnuszka, zaraz po zrobieniu, nie musicie się jednak specjalnie ograniczać, bo ilość podana w przepisie jest zdecydowanie za duża w stosunku do ilości ciasta.

Z powieściowym pierwowzorem te ciasteczka na pewno mają wspólną przynajmniej jedną cechę: z tych proporcji wychodzi jedynie jakieś 16 mini ciasteczek (takich na dwa kęsy), więc mogą rzeczywiście boleśnie zaostrzyć apetyt, jeżeli na podwieczorek zaprosicie zbyt dużo koleżanek ;)



Ciastka z malinami „boleśnie zaostrzające apetyt”
Zrobiłam z podwójnej porcji ciasta i wyszły mi 33 babeczki, w tym dla 8 nie starczyło nadzienia.

Składniki:

Ciasto:
1 szkl. mąki
1 łyżka cukru
1/4 łyżeczki do herbaty soli
6 łyżek masła
1 żółtko
1 łyżka zimnej wody
1 łyżka soku z cytryny

Nadzienie:
300 g mrożonych malin*
3 łyżki mąki kukurydzianej (dałam pszenną)
1/4 szklanki wody
3/4 szklanki cukru

*dałam 200 g świeżych, bo pamiętałam, że tego nadzienia wychodzi jakoś za dużo (i tak jest, bo teoretycznie powinnam napełnić malinami tylko połowę babeczek, skoro robiłam z podwójnej ilości ciasta), ale byłam zbyt ufna w swoją pamięć, więc przepis doczytałam do końca już post factum i okazało się, że autorka świeżych radzi wziąć tylko 1 szklankę.

Wykonanie:
  1. Do mąki wsypać sól, posiekać z masłem (jak odmierzyć 6 łyżek masła możecie przeczytać w tym przepisie), dodać resztę składników, nadal łączyć ze sobą widelcem, a kiedy ten już nic nie zdziała, rękami dognieść ciasto do końca. Odrywać małe kawałki ciasta i wylepiać nimi dobrze wysmarowane masłem foremki. Tak przygotowane babeczki włożyć do lodówki. Żeby było bardziej elegancko, ja rozwałkowałam ciasto i wykrawałam w nim szklanką kółka, którymi wylepiałam foremki.
  2. Przygotować nadzienie: mąkę rozmieszać z wodą, dodać cukier, a następnie maliny. Gotować 10-15 minut, aż masa zgęstnieje (mieszać!).
  3. Babeczki wypełniać do 2/3 nadzieniem (nie za dużo, bo kipi i bulgoce podczas pieczenia = wypływa z babeczki, obkleja boki ciastka i foremkę = pali się i utrudnia wyjmowanie ciastek z foremek).
  4. Piec 10 minut w 220 stopniach C, następnie obniżyć temperaturę do 180 stopni i piec jeszcze 15 minut. Pierwszą partię upiekłam według tych wskazówek, ale drugą, z lenistwa, już tylko w 180 stopniach i raczej im to nie zaszkodziło.