poniedziałek, 24 października 2011

Stukot kół i szum fal, czyli krótko o Blog Forum



Trudno uwierzyć, ale minął już ponad tydzień, odkąd zamknięte w vipowskim przedziale wagonu sypialnego (opieka konduktorska, w cenie rogalik w folii, woda mineralna i zestaw ręczniczek + mydełko ;) wraz z Anną-Marią i Atrią mknęłyśmy ku Gdańsku na Blog Forum, czyli wielki zjazd blogerów wszelkiej maści.

Cały weekend był bardzo, baardzo udany, a ja ciągle nie mam weny by o tym napisać i tylko jakiś złośliwy chochlik szepce do ucha przeczytane dawno temu zdanie, że pod natchnieniem piszą tylko grafomani.

Pojawiło się jednak już tyle relacji, w których zostało opisane absolutnie wszystko, co chciałabym Wam przekazać, od chwalenia świetnej organizacji (ponieważ miałam okazję sama różne rzeczy organizować, wiem, ile wysiłku wymaga to pozornie samosięnapędzające iście-na-przód zgodnie z harmonogramem), po opisy burzliwych dyskusji wokół "blogów z duszą" i stojących w opozycji technologiczno-marketingowych. Nie mówiąc o przyjemności osobistego kontaktu z osobami znanymi dotąd wirtualnie.

A poza tym: morze! Program Blog Forum był bardzo wypełniony, ale udało nam się ukraść parę chwil i nawet tylko te kilka minut na sopockim molo, a potem na kompletnie pustej po zmroku plaży, było warte prawie 30 godzinnej podróży.

Ode mnie to tyle, mam nadzieję, że udało mi się przegonić kryzys twórczy i mogę iść dalej, chociażby dlatego, że rozpoczął się już Festiwal Dyni (a dynia, w połowie przerobiona na powtórkę z zupy dyniowej, czeka w spiżarce na ciąg dalszy).

Jeśli ktoś ma niedosyt blogforumowych wrażeń, to zapraszam na stronę wydarzenia, gdzie organizatorzy skrzętnie zbierają wszystkie relacje.

Na zakończenie przepis, muffiny ze szpinakiem, mój wkład w składkowy piknik pociągowy, który, dzięki pomysłowi Anny-Marii, sobie urządziłyśmy. Muffiny są mięciutkie i puszyste, moim zdaniem należałoby im jednak dodać jeszcze jakiś akcent smakowy (może kawałki smażonego boczku?).



Muffiny ze szpinakiem i parmezanem
źródło: The Vintage Tea Party

Składniki:
12 sztuk

250 g mąki
1/2 łyżeczki soli
1 łyżka proszku do pieczenia
1 łyżka cukru
70 g startego parmezanu*
100 g ugotowanego, wystudzonego, odciśniętego i posiekanego szpinaku
1 jajko
250 ml mleka
90 ml oleju

*ja dałam żółty ser, uważam, że w tym wypadku to dopuszczalny zamiennik, który nadaje ciastu fajną konsystencję

Wykonanie:
  1. Piekarnik nagrzać do 190 stopni, blachę na muffinki wyłożyć papierkami.
  2. Wymieszać ze sobą sypkie składniki, dodać szpinak i około 2/3 sera - ponownie wymieszać.
  3. W osobnym naczyniu połączyć mokre składniki, dodać do sypkich i połączyć za pomocą łyżki - wymieszać dokładnie, ale niezbyt długo, grudki w cieście (o ile nie jest to nierozmieszana mąka) nie tylko nie przeszkadzają, ale są nawet pożądane.
  4. Ciasto włożyć do dołków w formie, każdą muffinkę posypać odłożonym serem.
  5. Piec około 20-25 minut, aż babeczki się zarumienią, a wetknięta w ciasto wykałaczka wychodzi sucha. Najlepsze oczywiście jeszcze na ciepło :)

środa, 5 października 2011

Zbytniogrzeczność odbiera apetyt



Dzieci, już na jednym z pierwszych etapów edukacji domowej, poznają trzy magiczne słowa: proszę, przepraszam, dziękuję.

I nie znajduje się wśród nich smacznego! Jednak wszystkie (duże, dorosłe, powiedziałabym nawet) dzieci zdają się je znać i używać z częstotliwością większą nawet niż wyrazy wchodzące do zestawu w wersji podstawowej. W moim ostatnim mieszkaniu terror mówienia „smacznego” panował do tego stopnia, że jedna ze współlokatorek, kursując o poranku między łazienką a swoją sypialnią, całkiem jeszcze półprzytomna, tylko spoglądając do kuchni, w której jadłam śniadanie, potrafiła zakrzyknąć to straszne słowo. A mnie, pomiędzy właśnie wkładanym do buzi kęsem, a „dziękuję”, wszystko rosło w ustach.

Każda trauma ma swój początek i przyczynę. Z niektórych z nich można sobie nie zdawać sprawy (i wtedy przydaje się pomoc psychoanalityka), ale inne są dla nas zupełnie jasne. Problem „smacznego” ma imię mojego kolegi B. (to nic nie szkodzi, jeśli to czyta, bo i tak o tym świetnie wie) i trwa od czasów liceum.

Nie pamiętam, od czego dokładnie się zaczęło. Pewnie ktoś komuś życzył smacznego podczas drugośniadaniowej kanapki i B. zakwestionował sens wymiany takich uprzejmości. Na dodatek, potem jeszcze sprawdził, co na ten temat mówią zasady savoir vivre'u.

No i mówią, że zbyt eleganckie słówko to to nie jest. Używanie go stanowi, hmm..., nie wiem do końca, jak to wyrazić, przejaw prostoty obyczajów, a my przecież chcemy być wyrafinowani i światowi. Ostatecznie, w domowych warunkach jest do przyjęcia, ale i tu obowiązują pewne zasady, tylko nie wiem teraz, która jest prawidłowa: nie należy mówić smacznego komuś, kto je posiłek przygotowany przez siebie? (ku temu się raczej skłaniam) Albo: nie należy życzyć smacznego osobom, które jedzą posiłek przygotowany przez nas? Jednak najlepiej nie mówić w ogóle.

Być może zupełnie nie wiecie, dlaczego o tym piszę i sądzicie, że przesadzam. Ale ten zestaw głosek układający się w „smacznego” wywołuje we mnie dreszcze i nic na to nie poradzę. Chociaż, jeszcze gorzej jest wtedy, kiedy tym wszystkim uprzejmym osobom muszę ich grzeczność odwzajemnić.

Koniec na tym, może przemawia przeze mnie tylko mizantropia (co z kolei kwalifikuje się chyba na kozetkę psychoanalityka), a żeby udowodnić Wam, że nie jest tak źle, proponuję pyszną i zdrową zupę z dyni. Prosty sposób na to, żeby okazać komuś sympatię, nie wysilając się zanadto (przynajmniej od tego momentu, jak rozkroicie już dynię).

PS Czy ktoś wybiera się na Blog Forum do Gdańska?



Zupa z dyni z pikantnymi pestkami
5-6 porcji

zupa:
700 g dyni, obranej i pokrojonej
1 cebula
25 g masła
sól, pieprz, gałka muszkatołowa


pestki:
50 g pestek dyni
1 łyżeczka mielonej kolendry
1 łyżeczka mielonego kuminu
0,5 łyżeczki chili (lub więcej, jeśli lubicie ostre)
0,5 łyżki oliwy
sól


dodatkowo:
kubeczek jogurtu naturalnego
40 g sera z niebieską pleśnią


Wykonanie:
  1. Cebulę obieramy i siekamy (ale bez przesady, potem i tak się zmiksuje). Masło rozpuszczamy w sporym garnku, wrzucamy cebulę i szklimy. Dodajemy dynię, chwilę podsmażamy, mieszając. Dolewamy tyle gorącej wody, by kawałki dyni swobodnie sobie pływały. Solimy i gotujemy ok. 10-15 minut, aż dynia będzie miękka. Miksujemy. Doprawiamy solą, pieprzem i gałką, jeśli trzeba, dolewamy trochę wody - wtedy zupę dobrze jeszcze raz zagotować.
  2. Kiedy dynia się się gotuje, mieszamy jogurt z serem i przygotowujemy pestki dyni. Na patelni prażymy przez chwilę przyprawy, po czym dodajemy pestki oraz oliwę i mieszamy, aż pestki dobrze się pokryją przyprawami i lekko zarumienią. Na końcu solimy, mieszamy i koniecznie zdejmujemy z patelni (bo inaczej dalej będą się na niej prażyć, nawet po wyłączeniu gazu).
  3. Do miseczek nalewamy zupę, dodajemy hojnie jogurtu i posypujemy pestkami. Smacznego?

wtorek, 20 września 2011

Mleko od krowy



Jak wiadomo, mleko bierze się z kartonu. Chociaż nie zawsze tak było.

W czasach mojego dzieciństwa mleko było z woreczka i przed piciem trzeba je było przegotować. Często się przypalało, kipiało i miało kożuch (ohyda...). A czasami od świeżości było już kwaśne i nie do użycia.

Mleko w woreczku da się jeszcze czasami kupić, ale nigdy bym tego nie zrobiła. Powoli jednak mija zachwyt kapitalistycznym wynalazkiem mleka w kartonie i coraz więcej osób pragnie powrotu do natury, czyli mleka od krowy. Byłoby niewybaczalnym marketingowym błędem nie dostarczyć ludziom tego, czego chcą. Podobno w Stanach Zjednoczonych można sobie kupić udziały w krowie, u nas na razie mleko z mlekomatu.

Mlekomat to urządzenie wielkości trzech normalnych automatów do napojów, składa się z części, w której kupuje się butelkę (ale można też przynieść własną) i drugiej, gdzie zamiast pysznej kawki z proszku z mleczkiem w proszku leci świeże, niepasteryzowane mleko. Podobno nadaje się na zsiadłe!

O cudzie mlekomatu dowiedziałam się niedawno z lektury jakiejś gazety i chyba zaledwie tydzień później samo urządzenie, zupełnie niespodziewanie, stanęło na mojej drodze. Oczywiście chciałam zobaczyć, o co właściwie chodzi, z co najmniej trzech powodów: i tak musiałam czekać na autobus, cały kwadrans!, dobrze więc było go czymś wypełnić; mam ostatnio lekki odchył na punkcie „naturalności”, głupio więc byłoby nie skorzystać z okazji spróbowania czegoś tak ewidentnie (przynajmniej według reklamowych zapewnień) prosto z natury; powód trzeci, najważniejszy, jest taki, że nie mogłam sobie odmówić przyjemności zabawy mlekomatem, wrzucania pieniążków, podstawiania butelki i tak dalej.

Mleko z mlekomatu jest tak naturalne, że, zupełnie jak to sprzed lat, należy je przed użyciem przegotować. (Chociaż widziałam na własne oczy, jak jakaś mamusia dawała dziecku do picia takie surowe.) I tu dochodzimy do smutnej konkluzji. Jak często udaje Wam się poczuć smak dzieciństwa? Prawie nigdy, prawda? Ja poczułam. Problem polega na tym, że był to smak, którego nie lubię: smak przegotowanego mleka. Uściślijmy to: ja mleka w ogóle nie lubię. Z płatkami, miodem, kakao, w budyniu to tak, owszem, ale nigdy, przenigdy nie sięgnęłabym po kubek czystego mleka gdyby nie fakt, że musiałam spróbować, jak bardzo jest „od krowy”.

Nie mam dobrego pomysłu, jak to podsumować, bo nie chciałabym Was zniechęcać do mlekomatów. Jeśli tylko wszystko, co się o nich pisze, jest prawdą, to idea jest super. Kto mi kazał pić mleko, skoro go nie lubię, nie można było zrobić owsianki? Pewnie, można, spróbuję jeszcze raz, tym bardziej, że na korzyść działa i cena – właściwie taka sama jak mleka w kartonie znanych marek.

Teraz coś na osłodę. Typowe amerykańskie cookies, dla których mleko jest tak naturalnym dopełnieniem jak czosnek dla szpinaku albo cynamon dla jabłek. Wiadomo, w tego typu wypiekach efekty są zwykle podobne, ale ten przepis jest zdecydowanie bardzo dobry. Ciastka są chrupiące z zewnątrz i ciągnące w środku, ale jeśli nie chcecie, by zlały się w ciasteczkowy placek pamiętajcie o bardzo dużych odstępach.



Ciasteczka z czekoladą, toffi i orzechami laskowymi
źródło: Bliss

Składniki:

2 szklanki odjąć 2 łyżki mąki pszennej
1 2/3 szklanki mąki pszennej chlebowej (dałam tylko zwykłą)
2 jajka
1 szklanka + 2 łyżki cukru
1 1/4 szklanki brązowego cukru
1 1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 1/2 łyżeczki soli
2 łyżeczki esencji waniliowej
290 g masła
1 szklanka kawałków karmelków toffi*
1 szklanka posiekanych orzechów laskowych
2 szklanki groszków czekoladowych (lub posiekanej czekolady)


*mój pomysł na ich uzyskanie okazał się przekombinowany. Najlepiej połamcie cukierki typu Werther's Original

Wykonanie:
  1. Masło utrzeć na puch z obydwoma rodzajami cukru, następnie dodać wanilię, a potem po 1 jajku i ucierać jeszcze kilka minut.
  2. Dodać mąkę, sól, proszek i sodę - miksować do połączenia składników, po czym dodać toffi, orzechy i czekoladę (ja na tym etapie wymieszałam łyżką). Przykryć miskę folią i odstawić do lodówki na 24-36 godzin. Ja oczywiście nie dałabym rady tyle czekać, moje ciasto leżakowało najwyżej 2 godziny, ale podobno leżakowanie jest bardzo, bardzo ważne, dla pełni efektu (pewnie) warto poczekać. Lub, jak radzi autorka przepisu, upiec kilka ciastek na smaka, a z resztą poczekać zgodnie z przepisem.
  3. Piekarnik nagrzać do 180 stopni. Na blachę wyłożoną papierem do pieczenia nakładać kulki ciasta (można łyżką do lodów – w każdym razie kulki tej wielkości, co z łyżki do lodów). Nie rozpłaszczać! – same to zrobią pod wpływem ciepła. Zachowywać naprawdę duże odstępy między ciastkami – uwzględniające rozpłaszczenie i rośnięcie.
  4. Ciastka piec 15-20 minut, aż będą brązowe na brzegach, ale ciągle miękkie. Po wyjęciu z piekarnika chwilę poczekać, aż stwardnieją, zdjąć z blachy i jeść jeszcze ciepłe. Ze szklanką mleka!
  5. Zrobiłam z połowy porcji, wyszło 17 ciasteczek.
  6. Surowe ciasto można również mrozić: na czymś płaskim i papierze do pieczenia rozłożyć kulki ciasta i wstawić do zamrażarki na kilka godzin. Później można je włożyć do jednego woreczka. Kiedy przyjdzie nam ochota piec, dodając do standardowego czasu w piekarniku 3-4 minuty.

środa, 14 września 2011

Five o'clock



Czasami wydaje się, że wszystko sprzysięgło się przeciwko człowiekowi.

A innym razem (znacznie rzadszym), jest całkiem odwrotnie. Deszczowe popołudnie, trochę za dużo zjedzonej czekolady* oraz dokładnie odpowiednia kwota na karcie do przelewów internetowych spowodowały, że w moich rękach znalazła się The Vintage Tea Party Book**, w wolnym tłumaczeniu: Daj się ponieść urokowi staroświeckiej herbatki (o każdej porze dnia).

Czy o książce kucharskiej można powiedzieć, że jest dziełem totalnym? Bo The Vintage Tea Party Book to nie tylko pięknie sfotografowane, zaskakująco i zabawnie zaaranżowane jedzenie (+ naturalnie, przepisy), a raczej kompendium wiedzy na temat przyjmowania gości w stylu retro. Nawet jeśli dotąd urządzenie czegoś bardziej wyrafinowanego niż domówka w stylu piwo + chipsy przerastało Wasze siły, Angel Adoree (to autorka) krok po kroku przeprowadzi Was przez kurs idealnej pani domu***, poczynając od przepasania kursantek uroczym fartuszkiem (który sobie najpierw zgodnie z jej wskazówkami wykonacie), a kończąc na ozdobieniu Waszej głowy mało twarzową (lecz stylową) fryzurą zwaną Victory Rolls. Spokojnie, w międzyczasie będzie i okazja na ugotowanie czegoś, i na krycie do stołu.

Och, a wspomniałam, że ta urocza książeczka pozostaje pod wpływem estetyki i poczucia humoru rodem z "Alicji w Krainie Czarów"?. I te rysunki! Chociaż nie umiecie gotować i wcale nie zamierzacie się tego uczyć, ale nie są Wam obojętne piękne edytorsko książki, po prostu musicie to zobaczyć. A do tego przepełniająca wszystko dystyngowana angielskość!

Jeśli chodzi o same przepisy, to mam mieszane uczucia. Na pewno znajdziecie tu wiele fajnych i bardzo prostych w wykonaniu pomysłów na zrobienie na gościach wrażenia. Jest też parę perełek, na które już sobie ostrzę ząbki (oraz bardzo smakowite pomysły na herbatki z prądem). W sumie jednak przeważa stara dobra klasyka, w bardzo dowcipnej interpretacji, ale po zaledwie niewielkim liftingu w części merytorycznej.

Ja na początek też wybrałam coś klasycznego: połączenie gruszki i czekolady jest zawsze udane. Zostały zatopione w biszkopcie, a całość na pierwszy rzut oka nie obiecywała nic nowego. O tym, jak bardzo nie obiecywała, niech świadczy to, że wszystkie składniki każdy normalny gotujący człowiek powinien mieć zawsze pod ręką (z wyjątkiem gruszki i czekolady, ale zapewniam Was, że można się pokusić i o inny zestaw: jabłko i rodzynki? śliwki i orzechy?). Ha, jakże się pomyliłam. Nawet przygotowanie ciasta przebiega jakby od tyłu, co samo w sobie jest zabawne i wybija z piekarniczej rutyny, ale tajemny składnik to karmelizowane masło. Czyli, troszkę przypalone masło. Ma niesamowity, orzechowy zapach, surowemu ciastu (jeśli nie należcie do tych, co boją się spróbować) nadaje cudowny karmelowy posmak. Niestety w gotowym wypieku już go nie czuć, ale i tak jest pysznie. Postanowiłam zamienić jedno okrągłe ciasto na wiele babeczek pieczonych bez papierków, co okazało się trafnym wyborem pod względem estetycznym, jednak wyciąganie ciastek z dołków by pozostały w całości, to była katorga. I nie róbcie tego na ciepło, bo w efekcie możecie jeść biszkoptowe crumble.

*na wszelki wypadek wytłumaczę ten związek logiczny: w deszczowe popołudnie należy się pocieszyć. Najszybciej można to osiągnąć przy pomocy czegoś w rodzaju czekolady, ale jeśli zje się jej zbyt dużo, pojawiają się wyrzuty sumienia. Jak na razie to chyba logiczne? Więc w sumie, można popełnić jeszcze jedno wykroczenie przeciwko zdrowemu rozsądkowi i różnym tam zasadom, na przykład wydać trochę pieniędzy. A potem za jednym zamachem z obydwóch rzeczy się rozgrzeszyć.
**O książce napisała Anna Maria (i do tego miała rację, że się skuszę), u niej możecie też zobaczyć kilka migawek ze środka.
***Przepraszam za dyskryminację chłopcy, ale nie sądzę, żeby wielu Was marzyło o kursie przyklejania sztucznych rzęs i tym podobnych atrakcjach.



Ciasto z gruszkami i czekoladą
na średnią tortownicę lub 14 babeczek

Składniki:

100 g mąki
115 g masła
175 g cukru
3 jajka
łyżka proszku do pieczenia
4 małe gruszki + kawałki do dekoracji (ja dałam 1,5 bardzo dużej)
175 g gorzkiej czekolady (dałam 100 g) + do dekoracji
gęsta kwaśna śmietana do dekoracji


Wykonanie:
  1. Jajka ubić w misce na pianę, dodać cukier i ubijać do czasu, kiedy zauważycie, że masa zaczyna tracić objętość (ja po prostu ubijałam kilka minut).
  2. Masło stopić w garnuszku i podgrzewać, aż zaczną się w nim pokazywać brązowe cętki i będzie miało karmelowy zapach, następnie przelać je do innego naczynia. Uwaga! Jak przy każdym procesie karmelizacji, najpierw czeka się bardzo długo i nic się nie dzieje, ale kiedy już dziać się zacznie, to chwila nieuwagi spowoduje, że cały proces trzeba będzie zacząć od nowa.
  3. Przygotować mąkę z proszkiem do pieczenia.
  4. Do masy żółtkowej wmiksować kolejno 1/3 mąki, połowę masła, trochę mąki, resztę masła i ostatnią partię mąki. W przepisie nie jest dokładnie powiedziane, czy masło powinno się wystudzić przed dalszym używaniem. Mnie się oczywiście nie chciało czekać, ale wszystko poszło dobrze, jednak lepiej wlewać je powoli.
  5. Piekarnik nagrzać do 180 stopni. Tortownicę wysmarować masłem i oprószyć mąką lub wyłożyć papierem do pieczenia i przelać do niej ciasto. Gruszki pokroić na kawałki, czekoladę połamać i to wszystko rozłożyć na cieście. Piec ok. 50 minut, sprawdzić patyczkiem, czy ciasto jest już upieczone. Babeczki piekłam 35 minut.
  6. Podawać lekko ciepłe, z łyżką śmietany, kawałkiem gruszki, posypane czekoladą. Na zimno też jest pyszne :)

poniedziałek, 5 września 2011

Czy pani jest kreatywna?



Kreatywność (zaraz obok ponadprzeciętnych umiejętności interpersonalnych) to jedna z cech, do których czuję dużą niechęć.

Może dlatego, że jestem raczej leniwa i nie lubię się (niepotrzebnie) wysilać. A kreatywność na komendę nie wydaje mi się dobrym pomysłem. Czy do tego nie potrzeba przypływu weny? Samotności? Czasu?

Z moją kreatywnością jest nawet gorzej, niż myślałam, ponieważ gdyby nie szczęśliwy przypadek, splagiatowałbym samą siebie. Bo wymyśliłam sobie piękny post na ten temat. Tylko, no właśnie, okazało się, że już go kiedyś napisałam.

Wybaczcie, ale i tak mam ochotę o tym wszystkim opowiedzieć raz jeszcze (przynajmniej troszeczkę).

Czasami czuję się trochę niekomfortowo, że większość przepisów, które tu zamieszczam, pochodzi z książek lub innych blogów. Mam wrażenie, że warto by było tworzyć je samemu.

W życiu codziennym jednak ciągle muszę gotować coś z głowy. W pobliżu mojego obecnego mieszkania sklepy są bardzo marnie zaopatrzone (a moja ulubiona alternatywa dla gotowania – lody i pizza – też daleko), więc doszłam do mistrzostwa w przygotowywaniu naprawdę niezłych rzeczy dosłownie z niczego. Nigdy Wam jednak o nich nie opowiem. To dania bez planu, przepisu i proporcji. Szybkie obiady po pracy. Nie ma czasu na odmierzanie i ważenie. Nie ma czasu na robienie zdjęć.

A kiedy mam czas odmierzać, ważyć i fotografować, przeważnie wolę spróbować czegoś specjalnego. Specjalnego, czyli z gotowego przepisu, któremu towarzyszy smakowita fotografia. I za nic w świecie nie chcę w tym przepisie nic nie zmieniać, żeby mieć pewność, że zjem oryginał.

Na szczęście są osoby, które jednak eksperymentować lubią. Jak daleko Wy jesteście się w stanie posunąć?

Panna cotta należy do moich ulubionych deserów. Jest tak banalnie prosta, a przy tym kremowa i pyszna. Aż trudno uwierzyć, że to, jeśli pokusić się o klasyfikację, galaretka ze słodkiej śmietany (a galaretki mogłyby dla mnie nie istnieć).

Kukurydza w deserze brzmi dziwnie. Nie jest to jednak aż tak zdumiewające połączenie jak ser pleśniowy i czekolada. Jedno słodkie, drugie słodkie, naprawdę, nie ryzykuje się aż tak wiele. Kukurydza nadaje śmietance oryginalną nutę, bardzo subtelną, jeśli ktoś zje za szybko, może jej nie odnaleźć, chociaż oczywiście kukurydziana dekoracja jest wyraźną wskazówką, że coś jest nie w porządku. Dla mnie to jednak świetny deser i łatwy sposób na zrobienie wrażenia na tym, na kim aktualnie chcecie zrobić wrażenie.



Panna cotta z kukurydzą
źródło: magazyn bon appetit 8/2010

Składniki:

1 szklanka mleka
2 szklanki słodkiej śmietany
1/3 szklanki cukru
2 kolby kukurydzy
2 1/4 łyżeczki żelatyny


sos karmelowy lub dulche de leche

Wykonanie:
  1. Mleko wlać do garnka, dodać cukier i zagotować. W czasie, kiedy mieszanina się podgrzewa, z kolb kukurydzy zeskrobać ziarna (resztę zachować), a następnie ugotować je w mleku (około 5 minut).
  2. Kukurydzę odcedzić, a mleko z powrotem wlać do garnka, dodać śmietankę i te obskrobane kolby (można pokroić na mniejsze części). Całość podgrzać, po czym wyłączyć ogień i przykryć garnek. Po 30 minutach płyn razem z kolbami przełożyć od miseczki, przykryć i wystudzić.
  3. Śmietankę z mlekiem (ale już bez kolb kukurydzy) podgrzać ponownie, a w międzyczasie rozpuścić żelatynę w 3 łyżkach wody (albo tak małej ilości, jak się da). Kiedy masa na panna cottę się zagotuje, zdjąć ją z ognia, dodać rozpuszczoną żelatynę i energicznie mieszać, żeby zlikwidować jakieś ewentualne żelatynowe grudy.
  4. Masę (przez bardzo gęste, lub wyłożone gazą sitko) rozlać do 6 naczyniek. Ja zwykle przecedzam najpierw do dzbanka, żeby ułatwić sobie rozlewanie. Kiedy panny cotty ostygną, wstawić do lodówki na co najmniej kilka godzin. Podawać z ziarnami kukurydzy i sosem karmelowym.

wtorek, 23 sierpnia 2011

O tym jak złudne są uroki sosu z torebki



Chyba każdy interesuje się życiem innych ludzi. Ciekawość tego, co robią i jak żyją nasi bliźni (w swej patologicznej formie zwana wścibstwem) jest naturalna i niełatwo ją powstrzymać. Ja, będąc u kogoś po raz pierwszy, mniej lub bardziej ukradkowo przyglądam się biblioteczce, wczytując się w grzbiety książek, by wiedzieć, czy mam do czynienia z pokrewną duszą.

W analogiczny sposób pokrewieństwo dusz można stwierdzić patrząc na to, co dana osoba je. Inspekcję szafek z jedzeniem zwykle trudno przeprowadzić dyskretnie, zresztą, przyglądanie się biblioteczce nie jest znowu aż tak niegrzeczne, jak zaglądanie do czyjejś lodówki. Znalezisko, o którym chcę teraz napisać, leżało na samej górze kosza na śmieci.

A była to torebka po sosie pomidorowym w proszku.

Ugh. Dzisiaj będzie dydaktycznie i moralizatorsko. Pierwsze moje pytanie na ten widok brzmi: ale dlaczego? To nie chodzi o to, że sos z torebki składa się z chemii. Że nawet nie leżał koło pomidorów. Jest niezdrowy. Albo nienaturalny.

Sos z torebki jest po prostu niedobry.

Korzystanie z sosu z torebki może usprawiedliwiać tylko niewiedza. Bo, uwaga, notujemy: punkt pierwszy: taki sos nie jest tańszy od zrobionego samodzielnie (a przynajmniej nieznacznie). Punkt drugi: nawet jeśli przygotowanie go trwa trochę krócej, korzyść jest wątpliwa, bo i tak trzeba czekać na makaron.

Punkt pierwszy (rozwinięcie)

Żeby sprawdzić jego prawdziwość wykonałam małe śledztwo i przebadałam sklepowe półki z sosami w proszku i pomidorami w puszce. Dygresja: puryści mogą się w tym miejscu zżymać, że uważam sos zrobiony z pomidorów w puszce za wystarczająco prawdziwy. Cóż, mogę tylko odpowiedzieć, że przez 10 miesięcy w roku jest on prawdziwszy niż z ten, który mogłabym zrobić z tzw. świeżych pomidorów...

A tak wypadło porównanie cenowe: sos pomidorowy z proszku waha się od 1,69 zł (z przeznaczeniem raczej do gołąbków - to mówi etykieta) do 2,60-3,60 zł za taki specjalnie do makaronu. Otrzymamy z tego 4 porcje.

Najtańsza puszka pomidorów to 2,99 zł, najdroższa 4,70 zł. Puszka pomidorów to 3 porcje sosu. Można też zaopatrzyć się w 500 g opakowanie przecieru (nie koncentratu!) z pomidorów za 3,69 zł i to na pewno starczy na 4 porcje. Ktoś może mieć zastrzeżenia, że do tego konieczne są jeszcze przyprawy i inne dodatki. To prawda, jednak są to rzeczy, które każdy i tak ma w domu, byłabym skłonna więc pominąć je w kosztach.

Punkt drugi

Czas: w rzeczywistości przygotowanie sosu z pomidorów z puszki trwa tylko tyle, co gotowanie makaronu (szczegóły jeszcze niżej).

Oczywiście, ktoś może (chociaż trudno uwierzyć) lubić sos z proszku. Pozostałym jednak (jeśli tego jeszcze nie zrobili) na czarną godzinę radzę zaopatrzyć się raczej w kilka puszek pomidorów niż torebek z magiczną mieszanką.

Żeby nie było rozczarowań, muszę tu napisać o jeszcze jednej rzeczy: jest całkiem prawdopodobne, że kilka pierwszych sosów wyda Wam się bez smaku. To wcale nie znaczy, że coś robicie źle. To znaczy, że tęsknicie za glutaminianem sodu. Zaufajcie mi, warto jednak się z nim rozstać na dobre.



Sos pomidorowy można przygotować w znacznie bardziej wyrafinowany sposób niż tu opisuję. Ta wersja jest dla osób wyjątkowo leniwych. Lub tak głodnych, że nie mają czasu nawet pokroić cebuli. Ja czasami należą do obydwóch kategorii. W każdym razie, taki sos jak poniżej jadam najczęściej. Uzupełnianie własnymi ulubionymi przyprawami mile widziane.

Sos pomidorowy

Składniki:
2-3 porcje

puszka krojonych pomidorów
2 łyżki oliwy
2 łyżeczki octu balsamicznego lub innego (byle nie spirytusowego ;)
łyżeczka cukru (lub do smaku)
sól, pieprz, papryka ostra, słodka
zioła świeże lub suszone
ewentualnie: zmiażdżony ząbek czosnku


Wykonanie:

Bierzemy garnek, wrzucamy do niego puszkę krojonych pomidorów i wszystkie pozostałe składniki (jeśli używamy świeżych ziół, to dodajemy je na samym końcu). Mieszamy. Gotujemy. Możemy pomieszać od czasu do czasu. Teraz stawiamy makaron. Kiedy będzie gotowy zdejmujemy z ognia i sos, ewentualnie doprawiamy. I już.

Uwaga: sos gotuję zwykle na dość dużym ogniu, żeby szybko zgęstniał, ale pod przykryciem, bo okropnie pryska.

czwartek, 18 sierpnia 2011

Witajcie ponownie w nocnym Krakowie: fast food po polsku




Jesteśmy w dużym mieście wojewódzkim. Prawie w samym centrum, kwadrans piechotą od rynku. Przechodzimy przez ulicę, skręcamy w prawo, a potem (w drugą?) w lewo. I prosto.

Chwila ciszy i zdziwienia. To jest właśnie to miejsce, które chcieliśmy tak bardzo zobaczyć?

A przed nami plac. Na nim liczne stragany, w większości opuszczone o tej porze i zmyślnie poskładane. Na jakimś można kupić jeszcze różnego rodzaju wytwory rękodzieła, a nieco dalej wytrwale czekają na klientów pojedynczy sprzedawcy owoców i kwiatów. Pośrodku palcu tzw. „okrąglak”, w którego wnętrzu znajdują się głównie sklepy mięsne (przynajmniej tak mi się wydaje), zaś po zewnętrznej stronie budki z zapiekankami. Pod nogami nierówny beton, upstrzony tajemniczymi cyframi. Uważny przechodzień, spacerując sobie dookoła, dostrzeże zejście do szaletu. Taki nieco czepialski może zauważyć szpecące krajobraz kubły na śmieci.



To obskurne miejsce to Plac Nowy, w dzień targowisko (jak wynika z lektury internetu, bo nigdy tego nie widziałam na własne oczy), a w późniejszych godzinach – centrum życia nocnego Krakowa. Dookoła rozsiane są knajpki, często równie obskurne, co kultowe.

A mnie i Monię, Wasze dzielne recenzentki kulinarne, zaprowadziła w te absurdalne rejony kultowa zapiekanka. Dlaczego zapiekanka jest kultowa? Tego oczywiście (mnie) nie wiadomo. Nie ulega jednak wątpliwości, że jest, a będąc w tym miejscu należy ją zjeść, ale nie byle gdzie, tylko u Endziora. Trafić łatwo, wystarczy kierować się długością kolejki.





Popatrzyłyśmy na tę kolejkę i miałyśmy ochotę wypróbować jakąś inną zapiekankę, bo w końcu, o ile tylko nie będą to produkty głębokomrożone przywrócone do życia w mikrofalówce (a przy takiej konkurencji raczej nikt by nie zaryzykował), nie powinno być większych niespodzianek. I (chociaż DLA WAS odstałyśmy jednak swoje w tej kolejce) nie było. Trzeba jednak przyznać, że zapiekanka z Endziora jest bardzo uczciwą wersją tego nieskomplikowanego dania. Buła nie jest supermarketową dmuchaną podróbą, tylko przyzwoitym kawałkiem pieczywa, w którym da się nawet odnaleźć jakieś cząstki pełnoziarniste. Warstwa pieczarek gruba (chociaż dla Moniki to akurat była wada). Ser w porządku. Dodatki do wyboru. Cena przyzwoita. Wielkość obfita. Czyli, w kategorii „zapiekanka”, możemy polecić. Nieco problematyczne w tej recenzji pozostaje to, że nie wiem, jak smakują inne zapiekanki na Placu Nowym, więc nie jestem w stanie potwierdzić (lub nie), czy te z Endziora rzeczywiście są najlepsze. (Czekam w tej kwestii na Wasze opinie).



Jeśli zjedzenie 30 centymetrów bezwartościowego zapychajstwa Was nie pociąga, to mam inną wersję zapiekanki. To coś w rodzaju zupy botwinki w wersji stałej. Botwinka jak botwinka, ale ten sosik, który się do niej robi, jest rewelacyjny i chociaż byłam w pełni świadoma, ile masła do niego dałam, wylizałam wszystko dokładnie i to tak bez niczego, bo nie miałam nawet chleba, jeśli jednak Wy będziecie mieć, to z pewnością ten dodatek spowoduje, że danie stanie się kompletne.

PS Kolejki do Endziora nie widać na zdjęciach, bo w dniu, kiedy poszłam fotografować, był zamknięty.



Przepis w przerażający sposób precyzuje, ile dokładnie minut trzeba coś smażyć czy gotować, ale przyjęłabym te liczby jedynie za orientacyjny czas, a nie utrudnienie, które mogłoby Was powstrzymać przed przygotowaniem tego dania. Zarówno wizyta u Endziora, jak i przygotowanie tej zapiekanki miały miejsce już dość dawno, więc właściwie nie wiem, czy nadal jest sezon na botwinę?

Zapiekanka z botwinki

źródło: River Cafe Pocket Books Salads & Vegetables

Składniki:

1 kg botwinki
2 gałązki tymianku (dałam suszony)
2 listki laurowe
3 łyżki octu z czerwonego wina
100 g masła
1 czerwona cebula, pokrojona w plasterki
2 posiekane ząbki czosnku
10 filetów anchois
1 pokruszona, suszona ostra papryczka
1 łyżka mąki
1/2 startej gałki muszkatołowej
75 g startego parmezanu
50 g czarnych oliwek bez pestek


Wykonanie:
  1. Piekarnik nagrzać do 200 stopni.
  2. Buraczki obrać i razem z łodygami (bez liści) pokroić w 1 cm kawałki. Liście gotować w solonej wodzie przez 5 minut, następnie odsączyć za pomocą łyżki i odstawić do ostygnięcia. Do gotującej się wody dodać tymianek, liście laurowe i ocet. Włożyć łodygi i buraczki, gotować przez 6 minut, odsączyć (wodę zachować). Wyłowić liście laurowe i tymianek.
  3. 2/3 masła roztopić na patelni, dodać cebulę i smażyć, aż będzie miękka i zacznie nabierać koloru. Dodać czosnek i smażyć jeszcze dwie minuty. Dołożyć filety anchois i nadal smażyć, mieszając, aż rozpuszczą się w maśle. Przyprawić pieprzem i papryczką chili. Dodać mąkę, dokładnie rozmieszać i gotować na małym ogniu przez 8 minut.
  4. Po chochli wlewać wodę z gotowania botwiny, aż sos osiągnie konsystencję gęstej śmietany. Przyprawić pieprzem i gałką, wrzucić buraczki i łodygi, jeśli trzeba, dosolić.
  5. Naczynie do zapiekania wysmarować masłem, rozłożyć w nim warstwę sosu z łodygami i przykryć ugotowanymi liśćmi. Rozłożyć na tym trochę wiórków masła i posypać połową parmezanu. Nałożyć drugą warstwę sosu, łodyg i liści, trochę masła, rozłożyć oliwki i polać resztą sosu. Posypać pozostałym parmezanem i piec 20 minut, aż zapiekanka lekko się zarumieni.