środa, 22 czerwca 2011

Dwa lata z „Bułką z masłem”



Kilka dni temu Bułka z masłem obchodziła drugie urodziny. Trudno uwierzyć. Mam jednocześnie wrażenie, jakbym była z Wami od zawsze i dopiero wczoraj (no, może przedwczoraj) zamieszczała swój pierwszy wpis.

Pewnie niektórzy wyobrażają sobie typową blogerkę kulinarną jako mamuśkę z nadwagą, która każdy ugotowany obiad i upieczone ciasto fotografuje naprędce na kuchennym stole, pomiędzy wieszaniem prania, a karmieniem dziecka przecieraną zupką. Kiedy to dziecko położy się wieczorem spać, mamuśka szybko zrzuca zdjęcia z aparatu i pisze beztreściowy tekst „przepyszne, najlepsze ziemniaki tłuczone jakie w życiu jadłam, serdecznie polecam”, by potem ponieść sobie poczucie własnej wartości bijącym licznikiem pozytywnych komentarzy pozostawianych przez inne mamuśki, które mają nadzieję, że odwdzięczy się im tym samym.

Dzisiaj raz na zawsze mam zamiar obalić ten stereotyp, nawet jeśli mam świadomość, że i tak nie dotrze to do tych, do których powinno. Chciałabym się z Wami podzielić tym, co mnie osobiście dało prowadzenie blogu, który miał być terapią na wszystkie męczące mnie wtedy smutki, a okazał się czymś znacznie więcej, kto wie, może nawet, jakkolwiek patetycznie to brzmi, będzie katalizatorem zwrotu w moim życiu?

Należę do osób chorobliwie introwertycznych. Opublikowanie pierwszej notki (traktującej o bitej śmietanie), którą mogą przeczytać wszyscy, prawie dwa miliardy ludzi mających dostęp do internetu, było dla mnie ogromnym wyzwaniem. Ale gdybym tego nie zrobiła, to pewnie nie odważyłabym się również, jakiś czas później, dołączyć do grupy piszących dziewczyn (pozdrowienia ;), próbować swoich sił w zupełnie innych formach (Aniu, jeśli to czytasz, to moja pierwsza myśl była taka, że ja tego opowiadania wcale nie napiszę) i nawet zacząć powoli wierzyć, że może ktoś oprócz mnie samej będzie miał odwagę opublikować jakiś mój tekst.

Albo rzecz całkiem inna. Kiedy zaczynałam, ledwo potrafiłam posługiwać się małym kompaktowym aparatem z zaledwie kilkoma opcjami. Dzisiaj mam o wiele bardziej skomplikowany aparat, o wiele większe umiejętności i na pierwszy rzut oka widzę różnicę między zdjęciami, które robię ja, a które ktoś inny mniej lub bardziej przypadkowo pstryka. Nie chcę przez to twierdzić, że moje zdjęcia są doskonałe ;) a jedynie, że są znacznie lepsze niż na początku i można obiektywnie stwierdzić, że zrobiłam postęp i wyszłam poza poziom przeciętnego kronikarza wakacji i rodzinnych uroczystości.

Last but not least za pośrednictwem bloga poznałam osobiście, albo wirtualnie (co zawsze może się zmienić) wiele wspaniałych osób, dzięki którym moje życie czasem w całkiem konkretny sposób stało się ciekawsze.

Przeczytałam ostatnio rady Ree Drummond (sławnej Pioneer Woman) na temat prowadzenia blogu. Jedna z nich brzmiała: mów swoim czytelnikom jak najczęściej, że ich kochasz. Hmm... Być może pozbawione większego znaczenia "I love you" się sprawdza, jednak "Kocham Was" trąci amerykańskością w negatywnym znaczeniu. Ale dziękuję Wam, że jesteście, odwiedzacie Bułkę z masłem, zostawiacie swoje komentarze, albo osobiście mówicie mi o tym, co Wam się podobało. Mam nadzieję, że spędzimy razem jeszcze wiele czasu i będzie coraz ciekawiej.

Hop, hop, jesteście tam jeszcze? To już prawie koniec i przechodzimy do przepisu. W kwestii ciast urodzinowych pozostaję tradycjonalistką, więc będzie tort. Albo coś w tym rodzaju. Podobny do tego, który był w zeszłym roku, ale trudno się oprzeć łączeniu truskawek ze śmietaną. Właściwie, dopiero teraz o tym pomyślałam, to dokładnie ten sam przepis na eton mess, który pojawił się u mnie jako pierwszy (chociaż w drugim wpisie). Jednak zamrożenie tego klasycznego angielskiego deseru tworzy zupełnie nową jakość. Przed jedzeniem pozwólcie mu trochę odtajać (niekoniecznie tak długo jak ja, zanim znalazłam właściwe ujęcie), połączenie miękkiej i mrożonej śmietany z bezą i owocami to naprawdę wymarzony sposób na świętowanie, nawet tylko wolnego wieczoru.



Mrożony tort bezowy
4 porcje średnicy 9 cm

Składniki:

400 ml śmietany kremówki
200 g niedużych truskawek
16-20 małych bez
cukier puder do smaku


Wykonanie:

  1. Śmietanę ubić i posłodzić do smaku. Bezy pokruszyć. Truskawki umyć, oderwać szypułki i przekroić owoce na połówki.
  2. Przygotować 4 obręcze o średnicy 9 cm oraz talerzyk, na którym wszystkie będzie można położyć. Talerzyk przykryć folią. Z koszulek do dokumentów wyciąć 4 paski ,trochę dłuższe niż obwód foremek i trochę wyższe.
  3. Obręcze ułożyć na talerzyku, każdą wyłożyć paskiem i nakładać warstwami truskawki, bezy i śmietanę. Można to zrobić w konfiguracji ozdobnej, ale to jednak jest trochę zachodu, więc można i w dowolnej.
  4. Foremki na talerzyku włożyć do zamrażalnika i mrozić kilka godzin. Gotowe torciki należy wyjąć z 15-20 minut przed jedzeniem, żeby odrobinę odtajały.
  5. Oczywiście można zrobić i jeden duży tort, ale wtedy radzę pomnożyć podane proporcje co najmniej przez dwa.

wtorek, 14 czerwca 2011

"Plate to Pixel", czyli oczy by jeszcze jadły



Pewnego razu, gdy byłam jeszcze wyjątkową początkującą blogerką i fotografką kulinarną, natrafiłam w jakiejś księgarni internetowej na książkę, jak stylizować i fotografować jedzenie. Kiedy zaczęłam sobie czytać, o czym ta pozycja właściwie jest, moje oczy spoczęły na "zaletach i wadach sztucznych i naturalnych produktów". Z hukiem zamknęłam kartę przeglądarki i postanowiłam radzić sobie sama.

Gdy jednak przeczytałam, że znana pewnie wielu z Was Tartelette, czyli Hélène Dujardin, której fotografie wzbudzają moje jęki zachwytu, szykuje książkę na taki właśnie temat, wiedziałam, że będzie coś w całkiem innym rodzaju. Z Plate to pixel nie dowiecie się, jak przerobić zupę na galaretkę, żeby wyglądała nadal jak gorąca zupa, ani jak ucharakteryzować płyn do naczyń by mógł udawać kuszącą piankę na cappuccino. Rozumiem, że fotografia czy film reklamowy musi się tym czasem, chociażby dla bezpieczeństwa, posiłkować (pomyślcie o tych słodkich dziewczynkach, które w nieskończonej liczbie dubli noszą pyszną-jak-domową pomidorową z proszku od kuchenki do stołu), ale zdjęcia na blogi, czy nawet do książek nie muszą, a moim zdaniem nawet nie powinny, uciekać się do takich sztuczek.

Podejście Hélène jest podobne do mojego i da się je streścić tak: 1. nic nie zastąpi światła naturalnego (chociaż czasem musi), 2. fotografowane produkty powinny nadawać się potem do jedzenia, 3. im więcej wysiłku włożysz w robienie zdjęcia, tym mniej czasu poświęcisz na jego obrabianie (w dobie aparatów cyfrowych, z czym się z bólem pogodziłam, to w zasadzie konieczne).

Tartelette jest profesjonalistką, ale książka, którą napisała, jest idealna dla średniozaawansowanego fotografa kulinariów. Osoby o bardzo dużych umiejętnościach będą zawiedzione, te początkujące, zagubione, bo chociaż niby sporo miejsca poświęcone jest czułości, balansowi bieli czy głębi ostrości, to mam wrażenie, że prawdziwym debiutantom trudno będzie się w tym połapać.

To, co było przydatne dla mnie, to przede wszystkim rozdział o świetle, tym bardziej, że podstawowe miejsce pracy Tartelette przypomina moje: stół, po jednej stronie okno, blenda po drugiej. Jest też wiele przydatnych wskazówek dotyczących sztucznego światła, jednak podstawowym sprzętem jest tu jedna lampa, która załatwia całą sprawę, a nie wielki profesjonalny zestaw, który opisuje inna, skądinąd rzetelna i bardzo szczegółowa książka o fotografowaniu studyjnym, którą mam, ale nie bardzo mogę praktycznie wykorzystać. Jeśli nie chcecie inwestować w lampę wolnostojącą, to okazuje się, że z błyskowej na aparacie (ale nie tej wbudowanej ;) też można coś wycisnąć, chociaż różnica w jakości widoczna jest od razu. Dużo wiedzy i inspiracji dostarczyły mi też rozdziały o kompozycji i stylizacji.

Uwielbiam książkę Hélène. Nie wszystko było równie ciekawe, czy też do natychmiastowego wykorzystania, ale i tak czytałam ją jednym tchem, a nie cedząc i przerywając inną lekturą, jak większość podręczników do fotografii. Jeśli macie już takie obeznanie z aparatem i tematem, by wiedzieć, co sprawia Wam problemy, to Plate to pixel powinna większość z nich rozwiązać (tzn. podpowiedzieć, jak je rozwiązać, bo potem już tylko ciężka praca).

Hélène Dujardin
Plate to pixel. Digital Food Photography & Styling
wyd. Wiley Publishing









No to wreszcie przepis, oczywiście, od Tartelette. Babeczki są lekkie i pyszne, idealnie wpisały się w moją potrzebę czegoś bardzo cytrynowego. Może Wam się wydawać, że wykonanie jest skomplikowane, ale to tylko pozory, bo obydwie masy możecie zrobić, kiedy babeczki są w piekarniku (mnie ten czas zawsze niemożliwie się dłuży). Składanie wszystkiego też nie trwa długo, w końcu z podanych proporcji wychodzi wszystkiego (rozczarowująco) niedużo.



Babeczki cytrynowe
Meyer Lemon Limoncello Cupcakes

12 sztuk (u mnie trochę więcej)

Składniki:

babeczki:

60 g masła
60 g serka śmietankowego
200 g cukru
3 jajka
2 łyżki likieru limoncello (nie dałam)
190 g mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
½ łyżeczki soli
125 ml maślanki (dałam jogurt)
¼ szklanki soku cytrynowego
skórka z 1 cytryny


lemon curd

skórka z 2 cytryn
½ szklanki soku z cytryny
50 g cukru
1 jajko + 1 żółtko


masa serkowa

60 g masła
120 g serka śmietankowego
115 g cukru pudru
1 łyżka limoncello (nie dałam)


Wykonanie:
  • Piekarnik nagrzać do 180 stopni.
  • W misce ubić za pomocą miksera masło, serek i cukier, aż masa będzie lekka i kremowa. Dodawać po jednym jajku, nadal ubijając. Wlać limoncello, chwilę ubijać, po czym dodawać na przemian mąkę i maślankę, na końcu powinna być mąka. Dorzucić sok i skórkę z cytryny. Ciasto nałożyć do foremek na muffinki do 2/3 wysokości. Piec 20 minut, aż wykałaczka wetknięta w babeczkę będzie wychodzić sucha. Ostudzić.

Lemon Curd

  • W garnuszku wymieszać skórkę i sok z cytryny oraz cukier i doprowadzić do wrzenia. W miseczce roztrzepać żółtko z jajkiem, wlać trochę gorącego syropu cytrynowego, wymieszać, wlać resztę i połączyć wszystko ze sobą. Masę przelać z powrotem do garnuszka i gotować na małym ogniu, ciągle mieszając, aż zgęstnieje. Ostudzić.
Masa serkowa
  • Mikserem ubić razem serek z masłem, dodać limoncello, a następnie stopniowo cukier. Miksować, aż masa będzie gładka.
Składanie całości
  • W babeczkach, łyżką do melona lub nożem, zrobić na szczycie małe dołki i napełnić je lemon curd. Przykryć masą serkową. Podawać.

niedziela, 5 czerwca 2011

Jak nie smażyć konfitur



Są tacy, którzy uważają, że gotowanie to czarna magia.

Jeśli mowa o samym procesie codziennego przygotowywania posiłków, moim zdaniem, powodzenie/niepowodzenie, które się w tym osiąga, jest prawie tak proste i przewidywalne, jak rozwiązanie zadania z algebry na poziomie szkoły podstawowej. Wiedza, doświadczenie i trzymanie się sprawdzonej metody zawsze zapewnią sukces. O ile jednak w przypadku matematyki panuje zgoda co do tego, że aby się jej nauczyć, trzeba ćwiczyć, to gdy przychodzi do gotowania (czynności daleko bardziej przydatnej w przeciętnym życiu niż liczenie całek i różniczek) ta prosta prawda wszystkim samozwańczym kuchennym beztalenciom nie trafia do przekonania.

A cała magia (podejrzewam, że również w przypadku matematyki, chociaż nigdy jej nie odkryłam), zaczyna się dopiero wtedy, kiedy podstawy zostają opanowane. To ten rodzaj czarów, który w filmach rysunkowych wyraża się złotym pyłkiem i kiczowatą muzyką, albo jeszcze mętnym wzrokiem i wyrazem stuporu na twarzy. Ogólnie rzecz biorąc, w zależności od nastroju, możecie to łączyć z zakochaniem lub upojeniem alkoholowym.

Jednak jeśli chcecie doświadczyć kuchennej magii radzę, przynajmniej jeszcze na chwilę, odstawić na bok wszystkie wysokoprocentowe napoje, a tym bardziej porywy miłosne. Zamiast tego, upiec chleb, albo jak ja, powitać początek sezonu smażenia konfitur. Dżemów właściwie, ale nazwa konfitura jest o wiele bardziej poetycka i lepiej wpasowuje się w opisany przeze mnie klimat.

Prawdopodobnie, kiedy późnym popołudniem lub nawet wczesnym wieczorem, zmęczeni po całym dniu, znajdziecie się sam na sam z miską owoców, trudno będzie Wam to poczuć. Pomyślicie raczej ze złością o jakiejś beztroskiej chwili w okolicach południa, kiedy to powstał zamiaru robienia dżemu, który zaowocował zakupem 3 kilogramów truskawek, z którymi trzeba teraz coś zrobić zamiast, na przykład, relaksować się przy bogatej ofercie rozrywkowej telewizji publicznej. W każdym razie, ja zwykle odczuwam to raczej tak (z tym wyjątkiem, że w moim największym garnku nie zmieszczę więcej niż 1,5 kilo czegokolwiek).

Ogromny błąd. Miska truskawek/wiśni/malin/porzeczek... przed Wami, to szansa na godzinną psycho- i aromatoterapię w cenie kilograma owoców i pół kilo cukru (który, jak zauważyłam, zszedł już znacznie poniżej rekordowych cen). Niespieszna, powtarzalna i niewymagająca refleksji czynność odrywania szypułek to kwadrans resetowania umysłu. Wypełniający cały dom słodki, lepki i landrynkowy zapach gotujących się owoców to wakacje na wsi, leżenie na trawie i wystawianie buzi do słońca. Brzmi dobrze, co? To do dzieła!



Dżem truskawkowy z kwiatami bzu

na podstawie przepisu znalezionego u Bei*

Składniki:

600 g truskawek
300 g cukru
5 baldachów czarnego bzu
skórka z 1 cytryny
sok z połowy cytryny


Wykonanie:
  1. Truskawki obrać z szypułek, pokroić na ćwiartki, zasypać cukrem. Idealnie – odstawić na godzinę (czego ja nie zrobiłam). Wszystkie składniki przełożyć do garnka i gotować, na początku na dość małym ogniu, aż cukier się rozpuści, a owoce puszczą sok – jeśli nie będziecie uważać (nie przesadnie, ale jednak troszeczkę) to już na tym etapie wszystko pójdzie do kosza. Bez przed włożeniem do garnka idealnie zawinąć w gazę (ale to nie ja).
  2. Kiedy truskawki zaczną się gotować, skręcić gaz na średni i spokojnie zostawić wszystko na dłuższą chwilę (z moich doświadczeń wynika, że zwykle otrzymanie odpowiedniej konsystencji trwa około godziny).
  3. Kiedy dżem będzie gotowy, czyli łyżeczka masy na zimnym talerzyku dość szybko gęstnieje, wyłączyć ogień pod garnkiem i odczekać pięć minut (żeby masa nie pryskała!). Przelać dżem do słoików, porządnie zakręcić, postawić do góry dnem i poczekać, aż ostygną. Z podanych proporcji wyszły mi dwa 250 ml słoiki.
*kiedy się za to zabrałam, naprawdę było już dość późno, więc to jest wersja ekspresowa, nie do końca przestrzegałam reguł sztuki. I tak wyszło :)

poniedziałek, 30 maja 2011

O miejscu, gdzie sezon na grilla trwa cały rok



Chyba każde miasto ma jakieś miejsce kultowe. W Krakowie jest ich pewnie wiele i w zależności od zainteresowań, każdy może wybrać coś dla siebie. Oczywiście wiadomo, w jakim kręgu zainteresowań my się poruszamy ;) i razem z Moniką wspólnie (nie po raz ostatni!) postanowiłyśmy wypróbować dla Was jedną gastronomicznych osobliwości Krakowa.

M. stwierdziła, że na pierwszy ogień musi pójść jakiś pewniak, coś, o czym na pewno da się napisać pozytywnie. I tak się stało ale... Zabierzemy Was w miejsce, w którym nie można oczekiwać wyrafinowanego smaku, eleganckiej obsługi i dyskretnego wystroju. Jego cechy to serwowanie nieskomplikowanego, plebejskiego menu i gotowość na przyjęcie dowolnej liczby zgłodniałych imprezowiczów w drodze między jedną a drugą knajpą. Otóż, Wasze świeżo upieczone naczelne recenzentki kulinarne z Krakowa odwiedziły niebieską nyskę.

Napisana małą literą „niebieska nyska” to wcale nie pomyłka, ani dowód mojego redakcyjnego roztargnienia. Prawie w centrum miasta, przy Hali Targowej, codziennie między 20 a 2 czy 3 w nocy staje niebieska nyska. Menu liczy 3 pozycje: kiełbasa z grilla (podawana na tekturowej tacce), bułka i darzona przez wszystkich nostalgią landrynkowa oranżada w szklanej butelce (skąd oni to biorą!?). A przed nyską niezmiennie kolejka. Cały lokal składa się z kawałka chodnika, ale standardy i tak wzrosły od mojej ostatniej tam bytności: koło nyski stoi, nieco chybotliwy i prowizoryczny, ale jednak – stół. My zdecydowałyśmy się na opuszczone o tej porze lady kiosków targowych – Wam także polecam tak zrobić, bo jest to zdecydowanie bardziej tradycyjny sposób konsumpcji, a do tego ma dodatkowy smaczek. Tętniące życiem przez większość dnia targowisko, w porach wieczornych nabiera charakteru rodem z filmu kryminalnego. Oprócz zgłodniałych lub żądnych nietypowych wrażeń tłumów, stałymi bywalcami są okoliczne „elementy”, które toczą uświęcone zwyczajem spory z panami ochroniarzami. Podsumowując: kiełbasa, jak kiełbasa, chociaż nie najgorsza, a buła jak buła, oranżada to smak dzieciństwa (ze wstydem wyznaję, że tym razem ją sobie odpuściłyśmy), ale jeśli chcecie przeżyć smak prawdziwej przygody w nocnym Krakowie, zalet tego miejsca nie można przecenić.

Jak zrobić kiełbasę z grilla każdy wie, jednak trudno mi było nawet w notce recenzenckiej zrezygnować z przepisu. Pamiętam jeden (jedyny chyba) przypadek, kiedy do dania użyłam kiełbasy. Parę osób powiedziało mi wtedy, że nie spodziewało się po mnie tak mało subtelnych smaków (chociaż samo danie było w sumie dość lekkie). Dzisiejszy wypiek (?) jest moim zdaniem całkiem subtelny. Anglosaski specjał, zwany „świnkami w kocykach”, nęcił mnie od dawna i wreszcie mogłam poddać się jego komicznemu, a zarazem rozczulającemu urokowi Jeśli jednak najważniejsze są dla Was dosłownie rozumiane walory smakowe, to dodam, że moja mama natychmiast porwała przepis do swojego zeszyciku.



Świnki w kocykach
źródło: Nigella gryzie

Składniki:

375 g mąki
3 łyżeczki proszku do pieczenia
1 czubata łyżeczka soli
25 g startego żółtego sera
250 ml pełnotłustego mleka
1 jajko
3 łyżki oleju roślinnego
50 mini kiełbasek lub kawałków kiełbasek/parówek


Do posmarowania: 1 jajko roztrzepane z odrobiną mleka i 1/2 łyżeczki soli

Wykonanie:
  1. Piekarnik rozgrzać do 220 stopni C.
  2. Mąkę i proszek do pieczenia wsypać do miski i delikatnie wymieszać widelcem z serem i solą. W drugiej misce wymieszać mleko, olej i jajko. Następnie mokre składniki dodać do suchych i zagnieść miękkie, dające się wałkować ciasto.
  3. Ciasto wałkować porcjami i kroić na prostokąty – wielkość dostosujcie do Waszych kiełbasek. Na bieżąco zawijać kiełbaski w kawałki ciasta i układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.
  4. Posmarować je jajkiem z mlekiem i solą, a następnie wstawić do piekarnika na 12-15 minut.

A oto i niebieska nyska w całej okazałości ;) Za panem w krótkich spodenkach znajduje się grill, na którym smażone są serwowane specjały.

czwartek, 26 maja 2011

Patlijan boereg. Trudno wymówić, lepiej zjeść




Z czym kojarzy Wam się kuchnia żydowska? Dla mnie to przede wszystkim cebula i kilka, w większości pozbawionych znaczenia, pięknych słów, jak kugiel, czulent albo bajgiel. Ot, wygodny stereotyp, który pozwala mi mieć wrażenie, że orientuję się w temacie.

Do wyżej wymienionego zestawu dołączyłabym jeszcze połączenie (bardzo) słodkiego z wytrawnym. Tym razem jednak wychodzę poza potoczne wyobrażenia, bo takie właśnie było jedno z moich nielicznych spotkań z kuchnią żydowską. Miało ono miejsce w Łodzi, w październiku czy listopadzie zeszłego roku. Weekend pełen wrażeń, pod względem kulinarnym przebiegał mniej więcej tak, jak pobyt w Madrycie. Dlatego, kiedy, również niemalże na pięć minut przed odjazdem pociągu powrotnego, przypadkiem minęłyśmy z A. znaną restaurację Anatewka, po prostu nie mogłyśmy tam nie wstąpić.

Anatewka ma klimat dusznego mieszczańskiego salonu z końca XIX wieku. To komplement! Koronkowe serwety, mnóstwo niepotrzebnych-a-tak-niezbędnych bibelotów, pianino, ściany przeładowane obrazami, najczęściej portretami Żydów. Zamiast skrzypka na dachu podkład muzyczny zapewniała skrzypaczka na drabinie, ubrana w stylową sukienkę. Klimat potęgowała klientela (a restauracja była pełna!), która mimo współczesnych ubrań mogłaby uchodzić za szacowne rodziny bogatych fabrykantów, najznamienitszych mieszkańców miasta. W każdym razie, przyjemnie tak to sobie wyobrażać.

Miałam oczywiście ochotę na coś, co brzmi bardzo tradycyjnie, dlatego na moim talerzu znalazł się kurczak z cymesem. Trywialny, lecz ścisły opis to: kotlet z kurczaka w sosie z suszonych owoców smażonych w miodzie. Swoje wrażenia mogłabym podsumować mniej więcej tak: Panie kucharzu, danie było naprawdę dobrze przyrządzone, ale to chyba nie mój smak! Nie czułam się rozczarowana, bo w końcu pozytywne nowe doświadczenia nie zawsze muszą być przyjemne, byle tylko było ciekawie. A było!

Żeby nie zrobiło nam się od tego cymesu za słodko, teraz kilka uwag krytycznych. O ile klimat Anatewki jest super, sposób podania potraw pozostawił pewien niedosyt. To, że kurczak w cymesie nie stał się moim ulubionym daniem to kwestia gustu, jednak to, że frytki A. były zimne to... no, zamawiając frytki spodziewacie się, że będą jednak ciepłe, prawda? Uważam też, że restauracja tej klasy (i wcale nietania) nie powinna pozwalać sobie na ozdabianie talerzy SUSZONYM koperkiem. Ale, chociaż nie jestem pewna, czy przemawia przeze mnie autocenzura, czy też szczerość, i tak polecam Wam "Anatewkę".

Dzisiaj nie będziemy łączyć słodyczy i mięsa. W tym daniu nie ma też ani kawałeczka cebuli. Przepis pochodzi z warsztatów prowadzonych podczas Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie. Sama nazwa jest intrygująca - patlijan boereg (na razie zapomnijmy o polskim tłumaczeniu, bo pozbawione jest uroku). Na końcu przepisu dopisek: specjalność egipska, popularna wśród Izraelczyków. Nie do końca wiem, jak to rozumieć, ale najbardziej nęcąca interpretacja nasuwa wnioski, że potrawa wywodzi się aż z czasów biblijnych. Wyobraźcie sobie. Mały Mojżesz pałaszujący patlijan boereg.

Szczerze mówiąc, to zdanie o starożytnym pochodzeniu to jedyne, co w tym przepisie może budzić zaufanie. Niestety, jak bardzo jest szalony uświadomiłam sobie dopiero krążąc między patelnią ze smażącym się bakłażanem oraz miską z twarogiem i jajkami. Pomyślałam, że to był błąd. Bakłażan i biały ser? Co za dziwaczne, absurdalne połączenie! I wiecie co? To było takie dobre!

* * *

Powędrowaliśmy sobie dzisiaj między Egiptem, Łodzią i Krakowem, jednak dzisiejszy wpis ma Was zachęcić do udania się zupełnie gdzie indziej, a mianowicie – do Wrocławia. Szczegóły po kliknięciu w banner w prawej kolumnie. Warsztaty kuchni żydowskiej też będą!



Patlijan boereg – nadziewany bakłażan

Składniki:
na 2 niezbyt głodne osoby

1 bakłażan
3 jajka
200 g rozdrobnionego twarogu
siekana zielona pietruszka (ilość wg gustu, u mnie – dużo)
cytryna
sól, pieprz, olej do smażenia

Wykonanie:
  1. Bakłażan pokroić w plastry. Posmarować je lekko z dwóch stron oliwą i posolić. Smażyć partiami na patelni grillowej lub zwykłej.
  2. Dwa jaja roztrzepać, wymieszać z serem, pietruszką, solą i pieprzem.
  3. Na patelni rozgrzać trochę oleju, na dnie rozłożyć plastry bakłażana, rozsmarować na nich ser i przykryć resztą bakłażana. Na wierzchu polać trzecim jajkiem, roztrzepanym i lekko posolonym. Patelnię przykryć i smażyć danie na małym ogniu, aż masa i jajko się zetną Oczywiście większość jajka spłynie z warzywa i zmieni się w omlet, ale to nic nie szkodzi. Przed podaniem potrawę posypać pietruszką i skropić cytryną.
  4. Przygotowanie na patelni się sprawdza, jeśli jednak macie wybór, wygodniej będzie chyba zapiec całość w piekarniku.

środa, 18 maja 2011

Zanim dojrzeją truskawki



W warzywniakach właśnie pojawił się rabarbar, a sądząc po wysypie przepisów z jego wykorzystaniem na blogach, dla wielu z Was jest to entuzjastycznie witana pierwsza owocowa zapowiedź lata. Mnie rabarbar kojarzy się z nielubianym kompotem z dzieciństwa, czasem bywał też nieprzyjemną niespodzianką w z pozoru pysznie wyglądającym cieście. Dzisiaj nie czuję już do niego niechęci, a zeszłoroczna próba przywrócenia go do łask okazała się udana, jednak było to zaledwie jak chwilowe zauroczenie, które, kto to wie, może i przy następnym spotkaniu przerodzi się w coś więcej. Zanim jednak do tego dojdzie, moją prawdziwą miłością pozostają truskawki.

Tymczasem, zanim się pojawią (już bardzo niedługo!), zwiastując wysyp jagód, malin, czereśni, wiśni, porzeczek... ach, nawet nie wiedziałam, że jest tego aż tyle, postanowiłam zafundować sobie coś słodkiego, ciężkiego i z kremem. Plan nie został do końca zrealizowany, bo jest słodko i z kremem, którego jest nawet całkiem dużo, efekt końcowy okazał się jednak nadspodziewanie lekki. Szwedzka migdałowa beza z nutką kawową, czekoladą i chrzęszczącym pod zębami mleczno-karmelowym pyłem, to niegdysiejsza propozycja Jul do Weekendowej Cukierni. Miałam ochotę już wtedy (półtora roku temu, czy to możliwe?) ją wypróbować, ale wiecie jak to jest, została odsunięta na dalsze miejsce w kolejce i udało się dopiero teraz. Przepis jest łatwiejszy i szybszy, niż możecie się spodziewać, z malutkim wyjątkiem. Krem w tej wersji to kulinarne haute couture, wymaga sporo uwagi i cierpliwości, jeśli ich nie macie, masę bazową zastąpcie zwykłym budyniem ze sprawdzonego przepisu. Ciasto naprawdę warte uwagi, bo mimo ogromnej słodyczy nie jest zamulaczem i poprawia humor w ten sposób, w jaki tylko cukier potrafi to zrobić.



Baaardzo rzadko to robię, ale tym razem przepis prawie bez zmian skopiowany od Jul (+ kilka moim uwag).

Szwedzki chrupki tort migdałowy (bezglutenowy)

Składniki:

Spody(3 blaty)
100 g zmielonych migdałów
płaska łyżka mąki ziemniaczanej
150 g cukru
4 białka

Do przełożenia
4 żółtka jaj
100 g cukru
200 ml śmietany kremówki
150 g masła
4 pojedyncze batoniki DAIM(w Ikeach) lub 1 "rolka"
cukierków WERTELS ORIGINAL(bądź innych tego typu karmelków mlecznych)

Na wierzch
100g mlecznej czekolady
ok. 50-70 ml kremówki
do posypania: daimy, wertelsy lub płatki migdałowe

Wykonanie:
  1. Spody: ubij białka z cukrem na sztywno, następnie delikatnie wrzuć migdały i kartoflankę, wymieszaj. Na papierze do pieczenia lub w tortownicy, rozsmaruj warstwę ciasta na koło o średnicy ok. 22 cm. W sumie na 3 takie koła (potrzeba 3 blatów). Piecz spody przez ok. 15-20 min w 180C. Potem ostudź.
  2. Przełożenie: rozmieszaj dokładnie śmietanę z żółtkami i cukrem w garnuszku. Postaw na ogniu i ostrożnie gotuj, aż masa zgęstnieje (pilnuj przez cały czas, żeby się nie ścięło, krem nie może się zagotować!). Kiedy masa będzie już gęsta (niezawodny test: ślad zrobiony palcem na tyle łyżki zanurzonej w kremie nie może się zlewać), zestaw z ognia, najlepiej natychmiast przelej do innego naczynia i ostudź. W tym czasie pokrusz walkiem batoniki daim, lub, gdy używasz karmelków, zmiel je w robocie kuchennym, albo moooocno potrzaskaj wałkiem (użyłam tłuczka do mięsa), wsadzając uprzednio cukierki do woreczka). Chodzi o to, by uzyskać takie "karmelowe drobinki", które cudownie chrupią w ustach i nadają dodatkowej słodyczy. Odłóż "okruszki":) na bok.
  3. Mając już ostygłą masę, rozmiksuj ją dokładnie z masłem. Krem może być dość rzadki, wtedy trzeba na chwilę włożyć go do lodówki – ale mój od razu był ok.
  4. A teraz weź jeden blat ciasta, rozsmaruj 1/3 kremu, posyp połową DAIMÓW lub 1/3 wertelsów i połóż drugi blat. Powtórz całą operację jeszcze raz. Następnie rozsmaruj resztę kremu na wierzchu 3 blatu i na bokach. Wstaw na chwilę do lodówki.
  5. Wierzch: rozpuść czekoladę ze śmietanką, w kąpieli wodnej lub w mikrofalówce. Rozsmaruj na całej powierzchni ciasta. Posyp dwoma dodatkowymi pokruszonymi Daimami, wertelsami lub uprażonymi płatkami. Wstaw tort do lodówki, żeby wszystko dobrze się usztywniło. Po ok. 1 godzinie, można wcinać.

piątek, 6 maja 2011

Słodkie czy zdrowe? Rozwiązanie doskonałe



Bardzo nie lubię udawania. Ani w życiu – bo jest niesamowicie męczące, ani w kuchni – bo zazwyczaj jest niesmaczne. Chrupkie pieczywo (lub, o zgrozo, ryżowe), któremu producent przypisuje smakowitość świeżutkiej kromki na zakwasie, z margaryną (tak pyszną jak masło, a nawet lepszą i dodatkowo zdrowszą o syntetyczne witaminy), to nigdy nie będzie mój wybór, nawet jeśli w jakiejś chwili słabości zacznę się odchudzać.

Odchudzanie odchudzaniem, ale jednak myśl o tyciu, które by do niego prowadziło, niezbyt jest pociągająca. O ile tezę o przewadze odżywczej i zdrowotnej pełnoziarnistego żytniego chleba nad cienką kromką z paczki łatwo można obronić, to niestety, z tak kuszącymi (tu każdy może sobie podstawić co chce) batonikami czekoladowymi toffi i ptasim mleczkiem nie pójdzie tak prosto. Moim ulubionym "oszukiwaczem" są batoniki musli. Magiczne słowo "musli" pozwala na utrzymywanie iluzji, że człowiek o siebie dba, osiąga stan prawie niemożliwy: je ciastko, a ciągle je ma...

To przyjemne uczucie utrzymywało się we mnie dość długo, odkąd nie zostałam nałogowym widzem programu "Wiem co jem" i teraz studiuję etykiety produktów nie tylko z pasją, ale nawet z pewnym zrozumieniem treści wykraczającym poza datę przydatności. Cóż, nawet przed lekturą opakowania wiedziałam, że batoniki ze sklepu to tylko zagłuszacz sumienia. Rezygnacja z nich byłaby jednak ogromnym problemem: stanowią nieodłączną część mojego drugiego śniadania, niezbędną część mojego drugiego śniadania, zapewniającą równowagę i harmonię w całym systemie żywienia. A ja przez lata nie wymyśliłam, czym je zastąpić.

Oczywiście takie batoniki można zrobić samodzielnie. Upiec. Jeśli jednak ktoś z Was ma jeszcze gazowy piekarnik, wie, że nagrzewanie tego cudu trwa tyle, co, w przypadku batoników, pieczenie. To straszne marnotrawstwo czasu i energii. Korzystanie w procesie produkcji z piekarnika było wykluczone.

I zdarzył się cud. Telewizja pokazała mi problem, ale i przyniosła doskonałe rozwiązanie: batoniki z patelni. Pyszne, proste, zdrowe, pozbawione zbędnych wypełniaczy i zachęcające do poszukiwania coraz nowych kombinacji smakowych. Ale... czy zdziwi Was, jeśli napiszę, że właściwie pozostaję przy jednej, swojej ulubionej wersji (to ta druga)?



Połączenie miodu i lawendy to absolutny klasyk, ale trochę się go bałam, bo nigdy jeszcze nie eksperymentowałam z lawendą, a zapach ma omdlewająco intensywny i, hmm, mydlany. To jednak jest strzał w dziesiątkę, batoniki są przepyszne, chociaż przyznaję, ma się odrobinkę uczucie, jakby się jadło saszetkę zapachową, ale w dobrym znaczeniu, jeśli jesteście to sobie w stanie wyobrazić.

Batoniki z lawendą i migdałami

Składniki:

6 łyżek płatków owsianych (używam górskich)
dwie łyżki miodu
łyżeczka masła
1/2 łyżeczki zarodków pszennych
100 g migdałów
1 łyżeczka lawendy (do kupienia w niektórych aptekach)


Wykonanie:
  1. Migdały prażymy na patelni, zdejmujemy, wrzucamy płatki, a w tym czasie migdały kroimy - tylko trochę, cały czas jednak pilnując i mieszając płatki. Lekko zrumienione ściągamy z patelni, a następnie na patelnię dajemy miód, zarodki, masło i lawendę – czekamy, aż wszystko się rozpuści i połączy, po czym wsypujemy pozostałe składniki – chwilę podgrzewamy, mieszając od czasu do czasu. Ta chwila jest decydująca dla jakości batoników, trzymane na patelni zbyt krótko będą się rozpadać, zbyt długo - będą zbyt twarde. Nie ma się jednak za czym martwić, bo tak czy inaczej będą lepsze i zdrowsze od tych kupnych.
  2. Masa się smaży, a my przygotowujemy kawałek papieru do pieczenia i kładziemy go na np. desce do krojenia. Masę na batoniki wykładamy na papier, uklepujemy np. szpatułką i manewrując papierem (ja robię to wykonując z niego coś w rodzaju koperty) formujemy z masy prostokąt; ważne, by na końcu masa była przykryta. Na prawie gotowe batoniki kładziemy coś ciężkiego i czekamy, aż zastygną, po czym kroimy na dowolne kawałki. Podana ilość wystarcza na 8-9 niewielkich sztuk.



Kolejne dość klasyczne połączenie, a do tego absolutnie przeze mnie uwielbiane: orzeszki ziemne, czekolada, sól – czego chcieć więcej, a do tego to takie zdrowe! Batoniki, które widzicie na zdjęciu robiłam z karmelem, jednak to był nie do końca udany eksperyment - cukier zbyt szybko oblepił płatki i nie zdążył wszystkich pokryć przed zestaleniem się, ratowałam się dodając łyżkę miodu, ale i tak część masy pozostała w wersji "crunchy", a reszta raczej połamała się nieregularnie, niż dała pokroić na śliczne, równe kostki. Do tego karmel jest mniej elastyczny niż miód i gotowy produkt jest po prostu zbyt twardy. Podejrzewam, że wersja karmelowa jest do obronienia, jednak przy np. większej ilości masła, albo nawet i śmietany, co razem da pyszny karmelowy sos, jednak trochę obniży walory zdrowotne przekąski, a tego przecież nie chcemy... Podaję sprawdzoną wersję z miodem, również pyszną.

Batoniki z orzeszkami ziemnymi i czekoladą

Składniki:

6 łyżek płatków owsianych
100 g niesolonych orzeszków ziemnych
2 łyżki miodu
łyżeczka masła
1/2 łyżeczki zarodków pszennych
30 g czekolady
ewentualnie: kwiat soli lub sól gruboziarnista


Wykonanie:

  1. Fistaszki prażymy na patelni, zdejmujemy, wrzucamy płatki, a w tym czasie orzechy kroimy - tylko trochę, cały czas jednak pilnując i mieszając płatki. Ściągamy z patelni płatki, a następnie na patelnię dajemy miód, zarodki i masło – czekamy, aż wszystko się rozpuści i połączy, po czym wsypujemy pozostałe składniki – chwilę podgrzewamy, mieszając od czasu do czasu. Ta chwila jest decydująca dla jakości batoników, trzymane na patelni zbyt krótko będą się rozpadać, zbyt długo - będą zbyt twarde. Nie ma się jednak za bardzo czym martwić, bo tak czy inaczej będą lepsze i zdrowsze od tych kupnych.
  2. Masa się smaży, a my przygotowujemy kawałek papieru do pieczenia i kładziemy go na np. desce do krojenia. Masę na batoniki wykładamy na papier, uklepujemy np. szpatułką i manewrując papierem (ja robię to wykonując z niego coś w rodzaju koperty) formujemy z masy prostokąt; ważne, by na końcu masa była przykryta. Na prawie gotowe batoniki kładziemy coś ciężkiego i czekamy, aż zastygną, po czym kroimy na dowolne kawałki.
  3. Hartujemy czekoladę*: podgrzewamy na parze do 45 stopni, wkładamy naczynie do wody, czekamy, aż czekolada osiągnie 25 stopni, z powrotem umieszczamy nad parą i podgrzewamy do 32 stopni. Batoniki smarujemy czekoladą i posypujemy solą. Podana ilość wystarcza na 8 -9niewielkich sztuk.
*Hartowanie 30 gramów czekolady może wydawać się szaleństwem, ale dzięki temu batoniki lepiej nadadzą się na drugie śniadanie, bo po prostu czekolada nie będzie się poza lodówką tak łatwo topić.

PS Te przepisy włączam do cyklu o moich ulubionych potrawach, bo w końcu czy coś może bardziej zasługiwać na uwiecznienie, niż batoniki musli, które jem od lat 5 razy w tygodniu?