Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imbir. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imbir. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 marca 2010

W przelocie wzięła z którejś półki słoik z nalepką

DŻEM POMARAŃCZOWY, ale ku jej wielkiemu rozczarowaniu okazał się pusty





Moje słoiki będą oczywiście pełne, chociaż pomarańczowy jest tylko ich kolor, ale o nich będzie znacznie później.

„Alicja w Krainie Czarów” nigdy nie należała do moich ulubionych książek. Mimo, że byłam szczęśliwą posiadaczką własnego egzemplarza, nie wiem nawet, czy go przeczytałam. Jeśli do tego nie doszło, to pewnie z powodu dziwacznych, wcale niedziecięcych ilustracji Dusana Kallay'a (kilkukrotnie nagradzanych), na których widać dziwne dziecko o krótkich włosach (a to rzecz dla tego typu bohaterki niedopuszczalna) i zielonkawym odcieniu cery, a rysunki swoim charakterem przypominają raczej obrazy Boscha, niż Disneyowską wizję z uroczą blondyneczka w niebieskiej sukience w roli głównej, którą bardzo lubiłam. Powieść więc toczyła swój żywot na półce, a jeśli była wyjmowana to tylko po to, żeby wsadzić tam sreberko po cukierku albo liść do zasuszenia, bo format powodował, że do tego nadawała się idealnie.

Postanowiłam więc „Alicję...” wreszcie przeczytać (co zrobiłam, co kilka stron natykając się na kolorowe papierki) i teraz wiem, że ilustracje Kallaya lepiej pasują do ducha dzieła Carrolla niż nasycone, wesołe barwy Disneya. Podejrzewam też, że nawet jeśli tę książkę zaczęłam kiedyś czytać, to jako dziecku nie mogła mi się ona podobać. Powiem więcej, kiedy dzieliłam się swoimi spostrzeżeniami z Siostrą, to dowiedziałam się, że psychologowie odradzają czytanie „Alicji...” dzieciom do któregoś tam roku życia. Moim zdaniem i owszem, sama historia jest dla dzieci bardzo odpowiednia, opowiedziana w inny sposób mogłaby im się bardzo podobać, jednak ironiczno-schizofreniczny humor Carrolla jest chyba dla dziecka zbyt abstrakcyjny. To cudownie przewrotna opowieść o świecie, gdzie nie istnieje konwenans i norma, to mała Alicja do pewnego stopnia reprezentuje postać dorosłego, który zachowanie innych uważa za nieodpowiednie i który wyznacza, co jest zachowaniem normalnym. Tylko i tak nikt się tym nie przejmuje. Z drugiej strony Alicja wcale nie pozostaje bierna wobec nieuprzejmych i impertynenckich zachowań swoich rozmówców, co z pewnością jest rewolucyjne, bo przecież była dziewczynką z drugiej połowy XIX wieku! chociaż oczywiście nie odpowiada na nie w równie niegrzeczny sposób. A co jest z tego wszystkiego moim zdaniem najgorsze (przynajmniej z punktu widzenia dziecka): całej historii nie towarzyszy żaden morał.

Moim zdaniem, „Alicja w Krainie Czarów” czytana przez dorosłego jest absolutnie uroczym (chociaż , rzecz jasna, uroczym w takim nieupupiającym sensie) dziełem i jakbym zaczęła dzieliła się swoimi wrażeniami to mogłoby się to prędko nie skończyć, a miałam pisać o książce kucharskiej.



„Cuda. Przepyszne przepisy z krainy Alicji” to książka kucharska jedyna w swoim rodzaju. Każdy przepis jest inspirowany jakimś fragmentem z książki Carrolla (bo, choć uleciał mi dokładny cytat, musicie wiedzieć, że Alicja bardzo interesowała się sprawami jedzenia i picia). Przepisy są w porządku, chociaż wcale nie takie, które ma się ochotę natychmiast wypróbować. Mój podziw i pożądanie budzi raczej sposób podania, sposób dekoracji zwykłej tarty albo ciasteczek, które rzeczywiście nabierają magicznych cech. A do tego jak to jedzenie zaaranżowano! Nie wiem, czy Wam się to spodoba, ale w każdym razie fajnie zobaczyć, że tak zupełnie inaczej, też można, dlatego na deser będzie kilka zdjęć z książki. Ciekawe, czy wszędzie uda Wam się znaleźć jedzenie.

Co do samego przepisu – konfitury z jabłek i pomarańczy z imbirem, miałam sporo obaw, ale niepotrzebnie, każdy kto lubi imbir powinien być zadowolony, smak marchwi jest prawie niewyczuwalny, ale stanowi ona miły akcent kolorystyczny. Ponieważ jabłka pozostają twarde kiepsko nadaje się do chleba, ale z pewnością będzie pyszna z naleśnikami, goframi albo pancake’ami. A może by wymieszać słoiczek z surowymi, drobno pokrojonymi jabłkami i nadziać tym kruchą tartę? Wyobraźni odmówić Alicji na pewno nie można, a ja zachęcam Was, do uruchomienia Waszej.



Konfitura z jabłek, marchwi i imbiru
(12 słoiczków o pojemności 200 ml)

Składniki:

1,2 kg jabłek (1 kg po obraniu)
500 g marchwi (400 g po obraniu)
1,2 kg cukru
2 cytryny
100 g kandyzowanego imbiru

Wykonanie:
  1. Obrać marchew i pokroić na zapałkę. Przełożyć do garnka, zalać wodą i gotować do miękkości (ok. 15 minut od momentu zagotowania wody).
  2. Obrać jabłka, wyciąć gniazda nasienne i drobno, acz niekoniecznie regularnie, pokroić.
  3. Z cytryn zetrzeć skórkę i wycisnąć sok
  4. W garnku wymieszać marchew, jabłka, cukier, cytrynę i skórkę i zagotować. Dorzucić drobno posiekany imbir.
  5. Teoretycznie należy zbierać szumowiny, ale mnie nie udało się tego zrobić, musiałabym równocześnie wybierać owoce. Gotować ok. 10 minut. Ja gotowałam 15, syrop po tym czasie jest jeszcze dość rzadki, więc jeśli wolicie gęstszy i użyliście twardego gatunku jabłek, to bez szkody dla całości można pewnie pogotować chwilę dłużej. Do słoiczków przełożyć najpierw owoce, a potem zalać syropem. Zakręcić i położyć na ścierce do góry dnem. Odwrócić, kiedy ostygnie.


Wszystkie poniższe zdjęcia pochodzą z książki Ch. Ferber, P. Model, B. Winkelmann Merveilles. Delicieuses Recettes au Pays d'Alice










poniedziałek, 1 lutego 2010

Ciasteczko na luty




W lutym moja wytrzymałość na zimę, wcześniej również niewielka, dobiega końca. Nie wystarcza już herbata z cytryną i ciepły koc, przyjemność spędzania długich wieczorów z książką zaczyna się nudzić, a wydłużający się dzień, zamiast cieszyć, irytuję swoją ciągle niedostateczną świetlistością i długością. A na dodatek, przynajmniej według mojej teorii, teraz dopiero nadchodzi najgorsze, bo luty to najzimniejszy* miesiąc roku. Zdaje się, że zawiera się to nawet w jego etymologii.

Myślę, że udaje mi się to przetrzymać tylko dlatego, wybaczcie to osobiste wyznanie, że w lutym są moje urodziny, ponieważ jednak nie każdy ma takie szczęście, proponuję bardziej uniwersalny antydepresant. Ciasteczka na luty szczypią podniebienie niczym mróz policzki i skrzą się jak śnieg w bardzo zimny dzień, ale to szczypanie jest całkiem przyjemne, bo pochodzi od imbiru, a zachęcające błyski rzucają kryształki cukru.

Sposób wykonania - lepienie maleńkich kuleczek, spokojne i oczyszczające umysł z innych myśli, podwaja terapeutyczne działanie ciasteczek. Przynajmniej tak musiałam sobie wmawiać, ale ponieważ ładnie przetłumaczyłam dla Was przepis, pewnie nie popełnicie tego błędu, co ja. A mianowicie, autorka radzi, by ciasto nabierać łyżką, a potem tę porcję dzielić na dwie i toczyć dwie kuleczki. Z jakichś powodów doszłam do wniosku, że chodzi jej o małą łyżeczkę i lepiłam przez dłuższy czas takie mikrokuleczki. Jednak pod koniec pierwszej blachy coś mnie tknęło i pomyślałam, że chyba nikt nie byłby tak szalony, żeby robić ciastka tej wielkości. Otóż, tu miałam rację, ja szalona może byłam, autorka przepisu na pewno nie i jak wół napisała "tablespoon". Druga blacha poszła szybciej.

*Internet twierdzi, że jednak styczeń.



Ciasteczka Trójimbirowe
(Triple Ginger Cookies, przepis: 101cookbooks)

Składniki:

2 szklanki mąki
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 łyżeczka zmielonego anyżu gwiazdkowego (pominęłam)
4 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
1/2 łyżeczki soli
100 g masła
1/4 szklanki melasy (normalnie dałabym miód, ale tym razem zaszalałam i kupiłam melasę)
2/3 szklanki jasnego cukru trzcinowego
1 1/2 łyżki świeżego imbiru, startego
1 jajko
1 szklanka kandyzowanego imbiru, dobrze posiekanego (dałam opakowanie 125 g = ok. 2/3 szklanki)
skórka z 2 cytryn

gruby cukier do obtaczania ciastek (użyłam zwykłego kryształu)


Wykonanie:
  1. W misce wymieszać mąkę, sodę, anyż, mielony imbir i sól
  2. Masło rozpuścić, trochę przestudzić, dodać cukier trzcinowy, melasę i świeży imbir. Wymieszać. Masa powinna być lekko ciepła, tak, żeby można było włożyć palec. Dodać jajko.
  3. Płynne składniki dodać do mąki, dorzucić kandyzowany imbir (musi być bardzo drobno posiekany, wręcz na pastę, ja przepuściłam go przez malakser), skórkę z cytryn. Zagnieść.
  4. Łyżką STOŁOWĄ nabierać ciasto, dzielić porcje na pół, toczyć kuleczki, które następnie obtaczać w cukrze. Każdą kuleczkę dokładnie obtoczyć w dłoni, żeby cukier dobrze się trzymał. Kuleczki układać na blasze posmarowanej masłem lub wyłożonej papierem do pieczenia.
  5. Piec w 180 stopniach, ok. 7-10 minut, aż lekko się zarumienią i popękają. Zdaje się, że moje piekły się trochę dłużej.
Na pierwszym zdjęciu: kandyzowany imbir