
A może nawet inaczej: gdyby na świecie miały pozostać tylko dwa składniki, którymi można doprawić prawie wszystko, co by to powinno być?
Czosnek i oliwa z oliwek, odpowiadają Rose Gray i Ruth Rogers. Przynajmniej takie wrażenie można odnieść po lekturze* River Cafe Pocket Books Salads&Vegetables.
Nie wiem już, skąd dowiedziałam się o istnieniu River Cafe. Że to miejsce kultowe. I że zaczynał tam Jamie Oliver. Niestety, internet nie dał mi satysfakcjonującej odpowiedzi na pytanie, dlaczego River Cafe jest taka super, nie dostarczył mi też żadnych przepisów autorstwa dwóch właścicielek, a sama strona restauracji, bynajmniej nie tak łatwa do zidentyfikowania wśród wyników wyszukiwania, okazała się rozczarowująco mało treściwa.
Jednak kiedy moja siostra zażyczyła sobie na jakąś tam okazję książkę kucharską, gdy wśród innych pozycji w księgarni zauważyłam River Cafe Cookbook Easy, nie miałam wątpliwości, że to ją powinnam wybrać (w myśl udzielonej mi niegdyś przez M. porady, dotyczącej prezentów dla niej, ale która w większości innych przypadków jest mało uniwersalna: kup coś, co byś sama chciała mieć).** Pierwsze, ale już pozakupowe, oględziny, nie wywołały u mnie ochów i achów. Mało obrazków, a przepisy jakieś takie proste. Jednak uważniejsza analiza zawartości spowodowała wreszcie wybuch prawdziwego entuzjazmu (wewnętrznego ;), który po wypróbowaniu kilku przepisów jeszcze wzrósł. Posługując się wyświechtanym frazesem (widzieliście już nowy film Woody’ego Allena?) w prostocie tych dań, tkwi ich siła, a Ruth i Rose naprawdę wiedzą, o czym piszą. Od jakiegoś czasu program prowadzony przez którąś z nich, z River Cafe (chyba) w nazwie, emituje kuchnia.tv. Widziałam kawałek, nie poraża, ale z pewnością, jeśli już na niego natraficie, receptury zanotować warto.
Powracając do wątku wspaniałości River Cafe Cookbook Easy, oczywiście od razu zapragnęłam mieć własny egzemplarz i skoro przed okresem dobrowolnie sobie obiecanych ograniczonych zakupów miałam prawo do ostatniej specjalnej przyjemności (mam wrażenie, że strasznie dramatyzuję...) to postanowiłam, że będzie to właśnie książka z nazwą słynnej restauracji w tytule.
Pierwsze kartkowanie i znowu to samo: kurczę, jakie te przepisy są proste. Właściwie większość przepisów, większość rozdziałów, to ciągle te same przyprawy Ze statystyczną przewagą oliwy i czosnku. To nie dziwi? Zaskoczenie tkwi w tym, że często są to jedyne dodatki do głównego składnika. Tylko w towarzystwie różnych warzyw, zastosowane przy innej metodzie obróbki termicznej (!?). Poza tym często pojawia się ostra papryczka, bardzo dużo świeżych ziół. Najpopularniejsze to, wcale nie, przychodząca na myśl jako pierwsza, bazylia, ale mięta.
Jestem tak pewna (i mam nadzieję, że się nie rozczaruję) tych przepisów, że kupiłam książkę mimo iż szata graficzna nie powala (a jak wiecie, to dla mnie bardzo ważne), chociaż z pewnością przywiązywano do tego wagę, bo projektant, co raczej nie jest zwykłą praktyką, został wymieniony z imienia i nazwiska. Brakuje jednak tego czegoś. Pozytywy to fajna okładka i rewelacyjne, czarno-białe zdjęcia na początku każdego rozdziału.
Na pierwszy ogień poszły dwa ultra proste przepisy z czosnkiem i oliwą. A jednak było nieoczywiście i niebanalnie.
*Ja myślę, że nikt nie ma wątpliwości, że książki kucharskie to LEKTURA, na pewno nie gorsza od SF czy moich ukochanych kryminałów ;)
**nie sądzę co prawda, żeby mój brat był stałym czytelnikiem tego bloga, ale żeby nie było żadnych przekłamań, ten prezent był również od niego.
Mały dopisek: właśnie zupełnie przypadkiem odkryłam, że dzisiaj jest Dzień Czosnku, więc dołączam do akcji moje przepisy.

Czosnek i oliwa z oliwek, odpowiadają Rose Gray i Ruth Rogers. Przynajmniej takie wrażenie można odnieść po lekturze* River Cafe Pocket Books Salads&Vegetables.
Nie wiem już, skąd dowiedziałam się o istnieniu River Cafe. Że to miejsce kultowe. I że zaczynał tam Jamie Oliver. Niestety, internet nie dał mi satysfakcjonującej odpowiedzi na pytanie, dlaczego River Cafe jest taka super, nie dostarczył mi też żadnych przepisów autorstwa dwóch właścicielek, a sama strona restauracji, bynajmniej nie tak łatwa do zidentyfikowania wśród wyników wyszukiwania, okazała się rozczarowująco mało treściwa.
Jednak kiedy moja siostra zażyczyła sobie na jakąś tam okazję książkę kucharską, gdy wśród innych pozycji w księgarni zauważyłam River Cafe Cookbook Easy, nie miałam wątpliwości, że to ją powinnam wybrać (w myśl udzielonej mi niegdyś przez M. porady, dotyczącej prezentów dla niej, ale która w większości innych przypadków jest mało uniwersalna: kup coś, co byś sama chciała mieć).** Pierwsze, ale już pozakupowe, oględziny, nie wywołały u mnie ochów i achów. Mało obrazków, a przepisy jakieś takie proste. Jednak uważniejsza analiza zawartości spowodowała wreszcie wybuch prawdziwego entuzjazmu (wewnętrznego ;), który po wypróbowaniu kilku przepisów jeszcze wzrósł. Posługując się wyświechtanym frazesem (widzieliście już nowy film Woody’ego Allena?) w prostocie tych dań, tkwi ich siła, a Ruth i Rose naprawdę wiedzą, o czym piszą. Od jakiegoś czasu program prowadzony przez którąś z nich, z River Cafe (chyba) w nazwie, emituje kuchnia.tv. Widziałam kawałek, nie poraża, ale z pewnością, jeśli już na niego natraficie, receptury zanotować warto.
Powracając do wątku wspaniałości River Cafe Cookbook Easy, oczywiście od razu zapragnęłam mieć własny egzemplarz i skoro przed okresem dobrowolnie sobie obiecanych ograniczonych zakupów miałam prawo do ostatniej specjalnej przyjemności (mam wrażenie, że strasznie dramatyzuję...) to postanowiłam, że będzie to właśnie książka z nazwą słynnej restauracji w tytule.
Pierwsze kartkowanie i znowu to samo: kurczę, jakie te przepisy są proste. Właściwie większość przepisów, większość rozdziałów, to ciągle te same przyprawy Ze statystyczną przewagą oliwy i czosnku. To nie dziwi? Zaskoczenie tkwi w tym, że często są to jedyne dodatki do głównego składnika. Tylko w towarzystwie różnych warzyw, zastosowane przy innej metodzie obróbki termicznej (!?). Poza tym często pojawia się ostra papryczka, bardzo dużo świeżych ziół. Najpopularniejsze to, wcale nie, przychodząca na myśl jako pierwsza, bazylia, ale mięta.
Jestem tak pewna (i mam nadzieję, że się nie rozczaruję) tych przepisów, że kupiłam książkę mimo iż szata graficzna nie powala (a jak wiecie, to dla mnie bardzo ważne), chociaż z pewnością przywiązywano do tego wagę, bo projektant, co raczej nie jest zwykłą praktyką, został wymieniony z imienia i nazwiska. Brakuje jednak tego czegoś. Pozytywy to fajna okładka i rewelacyjne, czarno-białe zdjęcia na początku każdego rozdziału.
Na pierwszy ogień poszły dwa ultra proste przepisy z czosnkiem i oliwą. A jednak było nieoczywiście i niebanalnie.
*Ja myślę, że nikt nie ma wątpliwości, że książki kucharskie to LEKTURA, na pewno nie gorsza od SF czy moich ukochanych kryminałów ;)
**nie sądzę co prawda, żeby mój brat był stałym czytelnikiem tego bloga, ale żeby nie było żadnych przekłamań, ten prezent był również od niego.
Mały dopisek: właśnie zupełnie przypadkiem odkryłam, że dzisiaj jest Dzień Czosnku, więc dołączam do akcji moje przepisy.

Składniki dla 4 osób
Marchewka Dada
Składniki:
650 g marchewki, obranej, pokrojonej w ukośne plastry (ok. 5 mm)
8 ząbków czosnku, obranych, przekrojonych wzdłuż
oliwa z oliwek
Wykonanie:
- Na patelni rozgrzać 5 łyżek oliwy. Dodać marchewkę, rozłożyć w jednej warstwie (jeśli wszystko nie zmieści się na patelni, trzeba ją przygotowywać partiami), smażyć na niezbyt mocnym ogniu. Kiedy zacznie się karmelizować, przewrócić na drugą stronę, posolić i dodać czosnek. Smażyć do czasu, aż czosnek zbrązowieje, a marchew zmięknie.
- Moja marchewka jest przypalona, nie bierzcie z niej przykładu, ale zbyt zatraciłam się w fotografowaniu czosnku i tak wyszło. Sądzę też, że potrawa będzie lepsza, jeśli powstrzymacie swoje łakomstwo do czasu, kiedy będzie dostępna świeża marchew. Oczywiście, o ile w ogóle można być łakomym na marchewkę.

Duszony koper włoski
Składniki:
6 bulw kopru
4 ząbki czosnku, obrane, przekrojone wzdłuż
oliwa z oliwek
Wykonanie:
- Bulwy kopru przekroić na pół, a potem każdą połówkę jeszcze na cztery części. Rozgrzać 4 łyżki oliwy z oliwek w garnku lub patelni z pokrywką, dodać koper. Smażyć na sporym ogniu, od czasu do czasu mieszając, aż koper zacznie brązowieć. Dodać czosnek i smażyć jeszcze dwie minuty. Dodać 3 łyżki gorącej wody i posolić. Przykryć garnek, zmniejszyć ogień i gotować, aż woda wyparuje, a koper zmięknie (u mnie ok. 15 min.) Podawać skropione oliwą.
- Ilość wody w podana w przepisie wydaje się być podejrzanie mała, dlatego należy kontrolować, czy przypadkiem Wasza apetyczna jarzynka nie staje się powoli niejadalną zwęgloną jarzynką i jeśli coś wskazuje na to drugie, odrobinę wody dolać.