Kilka tygodni temu nagle zaczęłam odnosić wrażenie, że wszyscy dookoła coś ćwiczą. Na siłowni, z trenerem, w domu z płytą DVD, biegają albo jeżdżą na rowerze. Nie wiem, dlaczego poczułam wewnętrzny bunt wobec własnych zasad (najlepszym ćwiczeniem jest spacer do kuchni ;-) i nieodpartą chęć dołączenia do grupy ćwiczących. To było bez sensu. W każdym razie, pewnego weekendowego wieczoru, w ramach rozrywki, postanowiłam na youtube'ie odpalić Ewę Chodakowską. Po 20 minutach ćwiczeń byłam zlana potem i ledwo żywa, jednak to się zupełnie nie liczyło, ponieważ usłyszałam z ust Ewy wspaniałą obietnicę: pierwsze efekty już po 10 dniach. Nie dwóch miesiącach, nie pół roku, ale 10 dniach. Tak, chcę to zobaczyć!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą banan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą banan. Pokaż wszystkie posty
środa, 19 kwietnia 2017
70 do 30. Pokrzywa w płynie kontra ćwiczenia
Kilka tygodni temu nagle zaczęłam odnosić wrażenie, że wszyscy dookoła coś ćwiczą. Na siłowni, z trenerem, w domu z płytą DVD, biegają albo jeżdżą na rowerze. Nie wiem, dlaczego poczułam wewnętrzny bunt wobec własnych zasad (najlepszym ćwiczeniem jest spacer do kuchni ;-) i nieodpartą chęć dołączenia do grupy ćwiczących. To było bez sensu. W każdym razie, pewnego weekendowego wieczoru, w ramach rozrywki, postanowiłam na youtube'ie odpalić Ewę Chodakowską. Po 20 minutach ćwiczeń byłam zlana potem i ledwo żywa, jednak to się zupełnie nie liczyło, ponieważ usłyszałam z ust Ewy wspaniałą obietnicę: pierwsze efekty już po 10 dniach. Nie dwóch miesiącach, nie pół roku, ale 10 dniach. Tak, chcę to zobaczyć!
środa, 12 maja 2010
Ciągle pada

Miałam już prawie przygotowany post na dzisiaj, ale paskudna... chociaż, dlaczego zaraz paskudna, po prostu zimna i mokra, zupełnie niemajowa pogoda, zainspirowały mnie do zrobienia dwóch rzeczy.
Kiedy, no jednak, zziębnięta i przemoczona (baletki z dziurkami i rajstopki 20 den) wracałam z pracy, uznałam, że jest to doskonała okazja, żeby po raz kolejny spróbować wreszcie porządnie sfotografować deszcz. Od razu mówię, że jeśli uznać, że to był cel, to czas, który spędziłam na balkonie, balansując na kawałku kartonowego pudełka, służącego ochronie przed deptaniem po gołębich niespodziankach, poszedł na marne. Jeśli jednak przyjąć, że wystarczająco satysfakcjonujące było dokonane przeze mnie odkrycie, to jednak te pół godziny było bardzo udane. A mianowicie, po raz kolejny odkryłam widok z okna (o widoku było już tu). Właściwie dotychczas był to widok moich współlokatorów, ukryty za gęstą firanką i balkonem pełnym wyżej wspomnianych przeszkód, co może częściowo tłumaczyć, dlaczego zobaczyłam go po raz pierwszy po dwóch latach. Współlokatorzy niedawno się wyprowadzili (i niewykluczone, że będę zmuszona zrobić to i ja, ale to już całkiem odrębna historia), więc korzystam z większej powierzchni mieszkaniowej jak mogę, co zazwyczaj polega na tym, że wstawiam tam suszarkę z praniem.
Zdaję sobie sprawę, że nie we wszystkich widok nie tyle obskurnego, co raczej, określając to bardziej uprzejmie, typowego, podwórka, otoczonego zewsząd odrapanymi, bo przecież od tej strony nie opłaca się ich odnawiać, szarymi w przewadze, kamienicami, trzepaka, śmietników oraz zaskakującego bonusu w postaci kaplicy zielonoświątkowców wzbudziłby (niemal) euforię, ale we mnie jednak wzbudził, nieczęsto zdarza mi się ostatnio mieć równie dobre popołudnie i to się bardzo liczy.
Aż głupio byłoby zmarnować resztę tak niespodziewanie miłego dnia, kiedy więc wykorzystałam wszystkie możliwości, które stwarzała kartonowa podkładka, przyszła pora na dekadencki obiad. Zaraz to i tak wyjdzie, więc równie dobrze mogę napisać o tym sama, że niestety danie to wymaga wcześniejszego zaplanowania, więc nie był to taki pełen spontan, co nie zmienia faktu, że był udaną kontynuacją popołudnia.
Jak pewnie część z Was wie, karmel (albo może raczej toffi) to smak, który bezkrytycznie uwielbiam, lody detronizują nawet karmel, a ostatnio bywa, że i czekoladę. Kuszące połączenie grillowanych bananów z ciepłym sosem toffi i lodami bananowymi podziałało na moją wyobraźnię w sobotę na tyle silnie, że postanowiłam sprawdzić, jak to smakuje tak szybko, jak było to możliwe, czyli dzisiaj, i zapewniam, że kiedy zacznie Was przenikać ciepło-zimna muląca słodycz, będziecie gotowi przynajmniej chwilowo zaakceptować nietypową majową pogodę i z doskonałym entuzjazmem, zamiast udać się na typowy majowy spacer, obejrzeć na DVD (tu każdy wstawi, to co lubi) po raz setny.

Kiedy, no jednak, zziębnięta i przemoczona (baletki z dziurkami i rajstopki 20 den) wracałam z pracy, uznałam, że jest to doskonała okazja, żeby po raz kolejny spróbować wreszcie porządnie sfotografować deszcz. Od razu mówię, że jeśli uznać, że to był cel, to czas, który spędziłam na balkonie, balansując na kawałku kartonowego pudełka, służącego ochronie przed deptaniem po gołębich niespodziankach, poszedł na marne. Jeśli jednak przyjąć, że wystarczająco satysfakcjonujące było dokonane przeze mnie odkrycie, to jednak te pół godziny było bardzo udane. A mianowicie, po raz kolejny odkryłam widok z okna (o widoku było już tu). Właściwie dotychczas był to widok moich współlokatorów, ukryty za gęstą firanką i balkonem pełnym wyżej wspomnianych przeszkód, co może częściowo tłumaczyć, dlaczego zobaczyłam go po raz pierwszy po dwóch latach. Współlokatorzy niedawno się wyprowadzili (i niewykluczone, że będę zmuszona zrobić to i ja, ale to już całkiem odrębna historia), więc korzystam z większej powierzchni mieszkaniowej jak mogę, co zazwyczaj polega na tym, że wstawiam tam suszarkę z praniem.
Zdaję sobie sprawę, że nie we wszystkich widok nie tyle obskurnego, co raczej, określając to bardziej uprzejmie, typowego, podwórka, otoczonego zewsząd odrapanymi, bo przecież od tej strony nie opłaca się ich odnawiać, szarymi w przewadze, kamienicami, trzepaka, śmietników oraz zaskakującego bonusu w postaci kaplicy zielonoświątkowców wzbudziłby (niemal) euforię, ale we mnie jednak wzbudził, nieczęsto zdarza mi się ostatnio mieć równie dobre popołudnie i to się bardzo liczy.
Aż głupio byłoby zmarnować resztę tak niespodziewanie miłego dnia, kiedy więc wykorzystałam wszystkie możliwości, które stwarzała kartonowa podkładka, przyszła pora na dekadencki obiad. Zaraz to i tak wyjdzie, więc równie dobrze mogę napisać o tym sama, że niestety danie to wymaga wcześniejszego zaplanowania, więc nie był to taki pełen spontan, co nie zmienia faktu, że był udaną kontynuacją popołudnia.
Jak pewnie część z Was wie, karmel (albo może raczej toffi) to smak, który bezkrytycznie uwielbiam, lody detronizują nawet karmel, a ostatnio bywa, że i czekoladę. Kuszące połączenie grillowanych bananów z ciepłym sosem toffi i lodami bananowymi podziałało na moją wyobraźnię w sobotę na tyle silnie, że postanowiłam sprawdzić, jak to smakuje tak szybko, jak było to możliwe, czyli dzisiaj, i zapewniam, że kiedy zacznie Was przenikać ciepło-zimna muląca słodycz, będziecie gotowi przynajmniej chwilowo zaakceptować nietypową majową pogodę i z doskonałym entuzjazmem, zamiast udać się na typowy majowy spacer, obejrzeć na DVD (tu każdy wstawi, to co lubi) po raz setny.


Grillowane banany z lodami i sosem toffi
źródło: program Sobota w kuchni z Jamesem – albo podobnie
4 porcje
Składniki:
6 bananów
tymianek
1/3 szklanki śmietany 36%
1/3 szklanki brązowego lub białego cukru
1/3 kostki masła
łyżka melasy (opcjonalnie)
maślanka lub słodka śmietana (nie wiem ile, ale na pewno wystarczy to, co zostanie po wykorzystaniu części do sosu)
dodatkowy cukier do lodów – do smaku
Wykonanie:
- 2 banany obrać, pokroić na plasterki, włożyć do woreczka i zamrozić (pewnie co najmniej z dwie godziny przed podaniem deseru). 2 średnie banany dają 4 uczciwe porcje (jeśli tak jak tu są dodatkiem, a nie głównym elementem), jeśli jednak obawiacie się, że to będzie mało, równie dobrze można zamrozić trzy.
- Pozostałe banany obrać, przekroić na połówki, skropić oliwą, posypać tymiankiem i usmażyć z dwóch stron na patelni grillowej (można też na zwykłej, ale wtedy lepiej zrobić to na maśle). James Martin kroił, smażył i podawał w skórce, ja jednak nie mam do niej zaufania.
- Przygotować sos: cukier, śmietanę, masło i melasę włożyć do garnka i gotować chwilę, aż wszystkie składniki się połączą i masa lekko zgęstnieje. Jeśli używamy białego cukru, należy go najpierw skarmelizować, a dopiero potem dodać pozostałe składniki.
- Zrobić lody: zamrożone banany przełożyć do malaksera, dodać trochę (nie wiem ile, ale powiedzmy na początek 1/4 szklanki) śmietany lub maślanki i cukier do smaku, zmiksować. Jeśli masa jest za gęsta, dolać jeszcze płynu. Lody są lekko lejące, jednak nie można ich już domrażać, trzeba od razu całe zjeść.
- Podanie: na talerzu położyć grillowane banany, polać sosem, a na to nałożyć porcję lodów.


czwartek, 25 marca 2010
Morderstwo przy muffince

Uwielbiam czytać kryminały. Takie klasyczne, najlepiej angielskie. Miejsce akcji to monotonnie bezpieczny świat, w którym fakt morderstwa wydaje się być wykroczeniem przeciwko etykiecie. Pomiędzy kolejnymi przesłuchaniami bohaterowie piją herbatkę (albo koktajle, zależy) i pielą ogródki (albo nic nie robią, jeśli to jacyś lord i lady). Ofiara może być przypadkowa, ale zawsze musi być motyw (preferowany jakiś bardzo osobisty) i ostateczne wyjaśnienie, dlaczego to właśnie ta osoba zginęła w tej właśnie chwili. Po przeczytaniu takiego kryminału człowiek ma poczucie, że świat jest jednak bezpiecznym miejscem.
Ostatnio w moje ręce trafiło „Pod Anodynowym Naszyjnikiem” Marthy Grimes, będące właśnie taką pierwszorzędnie staroświecką rozrywką. Akcja toczy się, co prawda, chyba w latach osiemdziesiątych, ale wydaje się, że angielska prowincja dobrze zakonserwowała się jakieś 50 lat wcześniej. Pewna Miła Osoba, pożyczając mi tę książkę powiedziała przy tym, że je się tam muffinki (dodała coś jeszcze, ale rzecz jasna, to muffinki najbardziej utkwiły mi w pamięci).
Jednak jak się okazało, kawiarnia o budzącej nadzieję nazwie „Magiczna mufiinka” została umiejscowiona w naszej uroczej (w toku akcji nie tak znowu uroczej, ale w końcu mamy do czynienia z morderstwem) angielskiej wiosce z nieco przewrotną myślą. Mieszkańcy Littlebourne chodzą tam nie tyle z nadziei na pyszną przekąskę i miłą atmosferę, ale raczej ponieważ jest to jedyne miejsce, gdzie tego typu przekąskę można dostać. Myślę, że zrozumiecie o co mi chodzi, jeśli napiszę, że pewnego dnia muffinką dnia (i jak się wydaje, jedyną muffinką wtedy serwowaną) była taka z bakłażanem. Specialité de la maison są zaś muffinki z marchewką.
I tu dochodzimy do sedna. Czy muffinka marchewkowa to jest naprawdę pierwszy rodzaj muffinki, który przychodzi Wam na myśl? Drugi? To chociaż trzeci? Zastanawiam się, czy jest to dowód na niedostateczną wiedzę Marthy Grimes w tym temacie, czy tylko kolejny dowód na nieco oryginalny sposób bycia właścicielki „Magicznej muffinki”. Póki co, zakładamy, że to drugie. Ale kilkadziesiąt stron dalej pojawia się zdanie, które dotąd budzi moje zdumienie: „Panna Pettigrew marszczyła nos jak ktoś, kto w wyobraźni wyrabia ciasto na muffinki”. Nie wiem, czy to dzieło autorki czy tłumacza. Jednak w stosunku do muffinek n i g d y, p r z e n i g d y nie użyłabym słowa „wyrabiać”. Ciasto na muffinki się miesza. Łyżką. W żaden jednak sposób nie wpływa to na przyjemność czytania powieści i jeśli lubicie Agathę Christie, to Martha Grimes będzie Wam się podobać.
Do wykonanie moich muffinek zainspirowała mnie owocowa sałatka Majki, którą zapragnęłam przerobić na coś mniej jednoznacznie zdrowego i w tym celu odnalazłam przepis na ciasto bananowe. Zupełnie nie wiem, dlaczego porzuciłam je na tak długi czas. Jest absolutnie zniewalające, a od zapachu w czasie pieczenia nabiera się ochoty na działalność przestępczą, jaką mogłoby być włamanie do piekarnika. A chociaż czapeczka z bitej śmietany i ziarenka granatu fajnie wyglądają, to jednak samo ciasto jest tak dobre, że bez żalu można z nich zrezygnować.
I tutaj, żeby z kolei mnie ktoś nie posądził o dyletanctwo, czas na małe wyjaśnienie. Oczywiście ciastka? babeczki? przygotowane w ten sposób z klasycznymi muffinkami, oprócz kształtu, niewiele mają wspólnego. Ja jednak wolę mówić muffinki niż cupcakes, dlatego tak mało ortodoksyjnie pozostanie.
Ostatnio w moje ręce trafiło „Pod Anodynowym Naszyjnikiem” Marthy Grimes, będące właśnie taką pierwszorzędnie staroświecką rozrywką. Akcja toczy się, co prawda, chyba w latach osiemdziesiątych, ale wydaje się, że angielska prowincja dobrze zakonserwowała się jakieś 50 lat wcześniej. Pewna Miła Osoba, pożyczając mi tę książkę powiedziała przy tym, że je się tam muffinki (dodała coś jeszcze, ale rzecz jasna, to muffinki najbardziej utkwiły mi w pamięci).
Jednak jak się okazało, kawiarnia o budzącej nadzieję nazwie „Magiczna mufiinka” została umiejscowiona w naszej uroczej (w toku akcji nie tak znowu uroczej, ale w końcu mamy do czynienia z morderstwem) angielskiej wiosce z nieco przewrotną myślą. Mieszkańcy Littlebourne chodzą tam nie tyle z nadziei na pyszną przekąskę i miłą atmosferę, ale raczej ponieważ jest to jedyne miejsce, gdzie tego typu przekąskę można dostać. Myślę, że zrozumiecie o co mi chodzi, jeśli napiszę, że pewnego dnia muffinką dnia (i jak się wydaje, jedyną muffinką wtedy serwowaną) była taka z bakłażanem. Specialité de la maison są zaś muffinki z marchewką.
I tu dochodzimy do sedna. Czy muffinka marchewkowa to jest naprawdę pierwszy rodzaj muffinki, który przychodzi Wam na myśl? Drugi? To chociaż trzeci? Zastanawiam się, czy jest to dowód na niedostateczną wiedzę Marthy Grimes w tym temacie, czy tylko kolejny dowód na nieco oryginalny sposób bycia właścicielki „Magicznej muffinki”. Póki co, zakładamy, że to drugie. Ale kilkadziesiąt stron dalej pojawia się zdanie, które dotąd budzi moje zdumienie: „Panna Pettigrew marszczyła nos jak ktoś, kto w wyobraźni wyrabia ciasto na muffinki”. Nie wiem, czy to dzieło autorki czy tłumacza. Jednak w stosunku do muffinek n i g d y, p r z e n i g d y nie użyłabym słowa „wyrabiać”. Ciasto na muffinki się miesza. Łyżką. W żaden jednak sposób nie wpływa to na przyjemność czytania powieści i jeśli lubicie Agathę Christie, to Martha Grimes będzie Wam się podobać.
Do wykonanie moich muffinek zainspirowała mnie owocowa sałatka Majki, którą zapragnęłam przerobić na coś mniej jednoznacznie zdrowego i w tym celu odnalazłam przepis na ciasto bananowe. Zupełnie nie wiem, dlaczego porzuciłam je na tak długi czas. Jest absolutnie zniewalające, a od zapachu w czasie pieczenia nabiera się ochoty na działalność przestępczą, jaką mogłoby być włamanie do piekarnika. A chociaż czapeczka z bitej śmietany i ziarenka granatu fajnie wyglądają, to jednak samo ciasto jest tak dobre, że bez żalu można z nich zrezygnować.
I tutaj, żeby z kolei mnie ktoś nie posądził o dyletanctwo, czas na małe wyjaśnienie. Oczywiście ciastka? babeczki? przygotowane w ten sposób z klasycznymi muffinkami, oprócz kształtu, niewiele mają wspólnego. Ja jednak wolę mówić muffinki niż cupcakes, dlatego tak mało ortodoksyjnie pozostanie.

Bananowe muffinki z czapeczką
ok. 15 szt.*
Składniki:
3 banany
2 jajka
1 szklanka cukru
½ szklanki stopionej margaryny
¾ łyżeczki proszku do pieczenia
1 ¼ szklanki mąki
½ szklanka orzechów włoskich, posiekanych
½ łyżeczki soli
czapeczka:
200 ml śmietany kremówki
2-3 łyżki cukru pudru (lub do smaku)
2 łyżki gęstej słodkiej śmietany lub mascarpone (opcjonalnie)
fix do śmietany (opcjonalnie)
1 granat
Wykonanie:
- Muffinki: jajka zmiksować z cukrem, dodać roztopioną margarynę, a następnie zmiksowane banany, potem mąkę i proszek, sól. Na końcu wymieszać z orzechami. Ciastem napełnić foremki do muffinek. Piec ok. 20-25 min. w 180 stopniach.
- Krem: Granat przekroić, wydłubać nasionka i odcedzić, zachowując sok. Śmietanę ubić razem z sokiem z granatu i cukrem, ewentualnie, jeśli chcemy, żeby ma być przetrzymywany dłużej, dodać łyżeczkę śmietan fixu, postępując zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Do ubitej kremówki delikatnie wmieszać gęstą śmietanę lub mascarpone.
- Wystudzone muffinki przyozdobić czapeczkami z kremu i posypać ziarnkami granatu.
*lub mała keksówka, czas pieczenia należy wydłużyć do 40-50 minut.

Subskrybuj:
Posty (Atom)