Kilka tygodni temu nagle zaczęłam odnosić wrażenie, że wszyscy dookoła coś ćwiczą. Na siłowni, z trenerem, w domu z płytą DVD, biegają albo jeżdżą na rowerze. Nie wiem, dlaczego poczułam wewnętrzny bunt wobec własnych zasad (najlepszym ćwiczeniem jest spacer do kuchni ;-) i nieodpartą chęć dołączenia do grupy ćwiczących. To było bez sensu. W każdym razie, pewnego weekendowego wieczoru, w ramach rozrywki, postanowiłam na youtube'ie odpalić Ewę Chodakowską. Po 20 minutach ćwiczeń byłam zlana potem i ledwo żywa, jednak to się zupełnie nie liczyło, ponieważ usłyszałam z ust Ewy wspaniałą obietnicę: pierwsze efekty już po 10 dniach. Nie dwóch miesiącach, nie pół roku, ale 10 dniach. Tak, chcę to zobaczyć!
środa, 19 kwietnia 2017
70 do 30. Pokrzywa w płynie kontra ćwiczenia
Kilka tygodni temu nagle zaczęłam odnosić wrażenie, że wszyscy dookoła coś ćwiczą. Na siłowni, z trenerem, w domu z płytą DVD, biegają albo jeżdżą na rowerze. Nie wiem, dlaczego poczułam wewnętrzny bunt wobec własnych zasad (najlepszym ćwiczeniem jest spacer do kuchni ;-) i nieodpartą chęć dołączenia do grupy ćwiczących. To było bez sensu. W każdym razie, pewnego weekendowego wieczoru, w ramach rozrywki, postanowiłam na youtube'ie odpalić Ewę Chodakowską. Po 20 minutach ćwiczeń byłam zlana potem i ledwo żywa, jednak to się zupełnie nie liczyło, ponieważ usłyszałam z ust Ewy wspaniałą obietnicę: pierwsze efekty już po 10 dniach. Nie dwóch miesiącach, nie pół roku, ale 10 dniach. Tak, chcę to zobaczyć!
środa, 12 kwietnia 2017
Postne ciastka czekoladowe (bez cukru, masła i mąki)
Od kiedy zjadam wszystkie zakupione marchewki zanim zaczynają pleśnieć uznałam, że moja droga ku zdrowemu odżywianiu (cokolwiek to oznacza) została zakończona. Jednocześnie, w pełnej symbiozie ze zjadaniem 5 porcji warzyw i owoców dziennie, pozostaje moja miłość do słodyczy. Wykluczanie na zawsze rafinowanego cukru ze swojego życia uważam za głupotę, bo przynosi więcej szkód psychicznych niż korzyści zdrowotnych. Jednak pomimo tego, że zdaję sobie sprawę, że 100 gramowa tabliczka czekolady dość powszechnie uważana jest za porcję dla jednej osoby, to czasem, kiedy walczę z lekkimi mdłościami po jej zjedzeniu, nachodzą mnie różne myśli. Na przykład takie, że cześć słodyczy dostarczanej mi przez rafinowany cukier, białą mąkę i masło 82% tudzież mleczną czekoladę, można by jednak zastąpić czymś innym i zaczynam szukać przepisów na zdrowe słodkości. Nie akceptuję żadnych ersatzów. Przepis spełnia kryteria tylko jeśli okazuje się, że rezultat jest na tyle ok, że jadłabym to nawet gdyby nie było takie zdrowe. Czasem spotyka mnie gorzkie rozczarowanie, a czasami nie.
wtorek, 4 kwietnia 2017
Ryż na mleku
Jak to często u mnie bywa(ło), w tym miejscu miało być całkiem o czymś innym. Jednak czuję się jakoś uroczyście po raz piąty (?) podejmując się wrócić do Bułki z masłem. Wiecie, jak to w tej chwili napisałam, to wygląda bardzo niedobrze i w sumie mam ochotę wykasować ten post i zapomnieć o całej sprawie. Ale z drugiej strony, tyle przygotowań, oczekiwań i jeszcze dzisiaj rano przeczytałam komentarz do jednego z moich pierwszych wpisów. Więc...
wtorek, 23 sierpnia 2016
W jeżynowym chruśniaku
Niezbyt ze mnie dobra ogrodniczka. Prawdę mówiąc, po zrobieniu obchodu działkowych upraw najczęściej biorę leżak i książkę, a potem w takim otoczeniu spędzam większość dnia. Jeśli jest zimno, biorę dodatkowo śpiwór. Jest jednak pewien obszar ogrodnictwa, w którym zawsze można na mnie liczyć: zbiory plonów. Jedzenie własnoręcznie zebranych (chociaż niewyhodowanych) cukinii, ogórków czy zielonej pietruszki, nadal napełnia mnie zachwytem.
Jakoś tak się dzieje, że rośliny, którym poświęca się najmniej uwagi, rosną najlepiej, na przykład ogromny dziki krzak jeżyn, który rośnie sobie w pobliżu płotu. Niestraszne mi ostre kolce ani liczne owady konkurujące ze mną w walce o ten wspaniały łup, ani południowe słońce, niepokojąco wżynające się (inaczej nie mogę tego określić) w moje plecy i ramiona, sugerując, że poradzi sobie nawet z kremem z filtrem 50, którym się rytualnie wcześniej wysmarowałam. I oto po jakimś czasie mam to, niemal całą miseczkę jeżyn, która starczy na deser dla ładnych kilku osób.
Zdobyczą podzieliłam się z rodziną, moją część zjadłam z musli i zmiksowałam w koktajlu. Dzisiejsze carpaccio wcale nie powstało z tych działkowych jeżyn, jednak koniecznie muszę Wam o nim opowiedzieć. Przepis pochodzi z książki „Jadłonomia” Marty Dymek i jej entuzjastyczny opis nie pozostawia wątpliwości, że to jest danie, które będzie pojawiało się w Waszych snach, jeśli go nie zrobicie. A jak spróbujecie, to nadal będziecie o nim śnić. Ja nie byłam aż tak oczarowana, ale i tak uważam, że sami musicie sprawdzić, jak będzie z Wami.
Carpaccio z buraka z jeżynami
Jadłonomia
Składniki:
1 burak
garść jeżyn
garść rukoli
Sos:
4 łyżki oliwy
1 łyżka octu balsamicznego
1/2 łyżeczki syropu z agawy (albo coś innego słodkiego)
sól
pieprz
Wykonanie:
- Piekarnik rozgrzać do 220 stopni. Buraka wyszorować, osuszyć, zawinąć w folię i piec 30-40 minut (sprawdźcie widelcem, czy jest już miękki), a następnie wyjąc z folii, ostudzić, obrać i pokroić w cienkie plasterki*.
- Wymieszać w szklance wszystkie składniki sosu.
- Rukolę wyłożyć na talerz, skropić sosem, dodać buraki i jeżyny, polać resztą sosu.
poniedziałek, 1 sierpnia 2016
Kwiaty cukinii
Podobno są takie marzenia, które lepiej gdyby pozostały niespełnione. Bo potem co najmniej rozczarowanie, a pewnie i łzy. Ja się z tym nie zgadzam (przynajmniej póki co), nawet jeśli wyśniona rzeczywistość odstaje od cudownych wyobrażeń, zawsze warto się dowiedzieć jak jest, a nie tylko jak mogłoby być.
Czy ta zasada odnosi się również do rzeczywistości kulinarnej? Próbując nowych smaków trzymam się raczej bezpiecznych ścieżek, chociaż oczywiście nie zawsze oznacza to utartych ścieżek, na przykład zbierając z grządek chwasty zamiast posadzonych tam roślin, w celach kulinarnych, a nie utylizacji. Zupa z żółtlicy* całkiem się udała.
Zbieranie jadalnych chwastów jednak całkiem straciło swój urok, kiedy pewnego dnia stanęłam przed inspektem, w którym pośród wielkich ciemnozielonych liści pobłyskiwały złoto kwiaty cukinii. Oto oniemiałam z wrażenia, bo zdałam sobie sprawę, że ten nieosiągalny dla mnie dotąd produkt jest w zasięgu ręki (dosłownie). Możecie sądzić, że natychmiast rzuciłam się do zrywania. Otóż nie, wcale nie. Rzecz wymagała chwili namysłu, bo jedzenie kwiatów nadal jest dla mnie przyjemnością z gatunku „chciałabym, a boję się”, postanowiłam jednak nie być mięczakiem i zabrać te cuda do mojej kuchni.
Dobrze zrobiłam. Kwiaty cukinii są delikatne w smaku i aksamitne w strukturze. Przyrządziłam je dotąd na dwa sposoby, i chociaż smażenie w cieście jest klasykiem, ja wybieram masło i patelnię, bo dają więcej głosu samemu kwiatowi, który przygotowany w głębokim tłuszczu jednak się gubi.
A tymczasem na grządkach, żółte kwiaty ustępują już żółtym cukiniom, równie pysznym i pięknym.
*to taka roślinka z małymi białymi kwiatkami z żółtym środkiem, kojarząca mi się z kwiatem ziemniaka (w rzeczywistości nie są w ogóle podobne).
Kwiaty cukinii faszerowane ricottą
10 kwiatów cukinii
150 g ricotty
garść liści bazylii
sól, pieprz
masło do smażenia
2 łyżki miodu
- Kwiaty cukinii delikatnie opłukać i osuszyć na papierowym ręczniku. Rozchylić płatki i wyciąć pręciki. Ricottę wymieszać z posiekaną bazylią (zostawić trochę do dekoracji), solą i pieprzem. Każdy kwiat napełnić łyżką nadzienia.
- Na patelni rozgrzać masło i obsmażyć kwiaty po każdej stronie przez pół minuty.
- Podawać posypane bazylią i polane miodem.
/River Cafe Pocket Books. Salads and Vegetables/
20 kwiatów cukinii przygotowanych jak w pierwszym przepisie (nieobsmażonych)
150 g mąki
3 łyżki ciepłej wody
3 łyżki oliwy
3 białka
olej do głębokiego smażenia
2 cytryny, przekrojone na pół
- Przesiać mąkę do miski i zrobić dołek pośrodku, wlać do niego oliwę i wymieszać z mąką. Dodać wodę i wymieszać, ciasto ma mieć konsystencję gęstej śmietany. Odstawić na 45 minut.
- Rozgrzać olej w garnku. Białka ubić i wymieszać z ciastem.
- Kwiaty cukinii maczać w cieście i smażyć z obydwóch stron w głębokim oleju, aż będą rumiane i chrupiące. Podawać z połówkami cytryny.
niedziela, 10 lipca 2016
O pisaniu i niepisaniu
Postanowiłam napisać kryminał. Nie jest to nowy pomysł, bo jako namiętnej pochłaniaczce książek tego typu już od dzieciństwa (ach, cudna seria o przygodach Trzech Detektywów sygnowana przez Alfred Hitchcocka!) co jakiś czas wpadała mi do głowy taka myśl. Urzeczywistniona chyba raz, w postaci dwóch ręcznie zapisanych stron, których akcja toczyła nad jeziorem, a dokładnie w składziku z deskami windsurfingowymi – zainspirowałam się miejscem, w którym spędzałam wtedy wakacje.
Tym razem nie mam ani pomysłu, ani miejsca akcji, ani bohaterów, za to jestem świeżo po lekturze wspaniałej autobiografii Agaty Christie, dlatego moje ambicje, aby również zostać autorką, odżyły. Szczerze mówiąc, w ogóle nie wiem jak się za to zabrać, bo pomimo przeczytania co najmniej kilkuset książek tego typu, moja wiedza o warsztacie jest żadna. Niespecjalnie zwracam uwagę na budowę powieści czy pozostawiane przez pisarza wskazówki, kto zabił, już prędzej daję się złapać na fałszywe tropy; nigdy też nie obstawiam, kto jest mordercą. Nie szkodzi, myślę, każdy kiedyś zaczynał, na pewno się uda.
Nie pamiętam dokładnie kontekstu, ale przeczytałam pewnego razu, by jeśli chcesz napisać powieść, zabrać się za to jak najszybciej, najlepiej wyznaczyć sobie 30 dni i po prostu to zrobić. Oczywiście, najprawdopodobniej powieść będzie okropna, ale na zawsze będziesz mógł mówić o sobie, że jesteś pisarzem. Cóż, chyba powinnam wziąć to sobie do serca, jeśli kiedykolwiek chcę o sobie powiedzieć, że jestem pisarzem.
No bo właśnie. Dzisiejszy post to wynik tego, że w chwili nie-podjęcia tak ważnej życiowej decyzji ma się ochotę trochę ją odłożyć i zrobić cokolwiek. Umyć okna w kuchni (żebyście je widzieli...), wyrzucić stare ubrania, nauczyć się fotografii studyjnej, pouczyć francuskiego albo po niemal dwóch latach opublikować coś na blogu.
I tu następuje zwrot akcji. Przepisu dzisiaj nie będzie. Owszem, jest zdjęcie, bo czemu nie, ale nie podam Wam szczegółowej receptury na te urocze tartletki z malinami, które uprzyjemniły mi ubiegły weekend. Czy będą inne wpisy albo przepisy? Nie wiem, tak jak w dobrej powieści detektywistycznej, rozwikłanie tajemnicy zbyt szybko, odebrałoby całą przyjemność.
TARTLETKI Z MALINAMI
przepis mniej więcej
- Zrób kruche ciasto z obojętnie jakiego przepisu (200 g mąki powinno starczyć na 6-8 tartletek), upiecz w małych foremkach lub jednej dużej.
- Zrób crème brulée np. z tego przepisu, zastępując miód 3 łyżkami cukru i rezygnując ze skórki pomarańczowej. Połowa porcji wystarczy do napełnienia 6 babeczek.
- Lekko przestudzonym kremem napełnij upieczone tartletki.
- Przełóż do lodówki na co najmniej kilka godzin; przed podaniem udekoruj malinami.
poniedziałek, 13 października 2014
Egzotycznie?
Pamiętam, jak kilka lat temu moim marzeniem było, aby w pobliżu otworzyli sklep typu „Kuchnie świata”. Jakże piękna wydawała mi się perspektywa swobodnego dostępu do prawdopodobnie każdego dziwnego składnika, który pojawi się w przepisie, nawet takim pochodzącym z zagranicznego eko-bio-wege blogu.
I tak się stało. Kiedy postanowiłam zrobić krakersy zmieniające życie, wiedziałam, że nasiona chia dostanę bez trudu, znaczenie bardziej nieosiągalnie wydawały się zaś brzmiące swojsko nasiona babki płesznik. Tymczasem, idąc za poradami z internetu, poszłam do zwykłego sklepu zielarskiego i z pewną obawą poprosiłam o to cudo, a pani za ladą bez mrugnięcia okiem po prostu mi je sprzedała!
Można jednak pójść jeszcze dalej, po co wydawać majątek na produkty z drugiego końca świata, skoro okazuje się, że trzygwiazdkowe doznania kulinarne da się mieć zupełnie za darmo, zbierając zielsko spod bloku, poczynając od zwykłej pokrzywy, babki czy mlecza. Ok, jedzenia tych dosłownie spod bloku nie polecam, ale nie zmienia to faktu, że sobie tam rosną, są jadalne i smaczne! Przygodę z nimi zaczęłam zachowawczo, od przygotowania pesto z pokrzyw (bo tego przecież nie da się zepsuć), kolejne dania i kolejne jadalne chwasty do przetestowania już chyba na wiosnę, a tymczasem zimą poczytam sobie książkę, z której te zadziwiające dania pochodzą, „Pyszne chwasty” Małgorzaty Kalemby-Dróżdż.
A Wy odważycie się spróbować?
Pesto z pokrzyw
3-4 garście młodych liści pokrzywy
4 łyżki zmielonych migdałów
1 ząbek czosnku
ok. 1/2 szklanki oleju z pestek dyni
1 kawałek (ok. 40 g) koziego sera
1/2 łyżeczki soli
świeżo zmielony czarny pieprz
Wykonanie:
Liście pokrzywy umyć, przelać wrzątkiem i osuszyć. Wszystkie składniki przełożyć do blendera i zmiksować. Gęstość można regulować dolewając mniej/więcej oleju.
Pesto to przepis uniwersalny, jeśli nie macie dokładnie tego składnika, który jest wymieniony w przepisie, zastąpcie go czymś podobnym. Ja tak zrobiłam, ale szczegółów nie pamiętam, bo opisywana akcja miała miejsce późnym latem...
Subskrybuj:
Posty (Atom)