Mój blog zadebiutował 17 czerwca 2009 roku. Miał być o prostych przepisach, takich podstawach gotowania, możecie to sprawdzić w pierwszym wpisie. Zazwyczaj przypominam to sobie i Wam każdego roku z okazji „urodzin” Bułki z masłem. W moim pisaniu było już tyle przerw, że nie wiem, które urodziny wypadają tym razem, ale to nie jest takie ważne. Ważne jest, żeby dobrze wykorzystać każdą okazję do świętowania, a dla mnie obowiązkowym elementem porządnej uroczystości jest dobre jedzenie, w zasadzie, dobre słodkie jedzenie. Więc dzisiaj też będzie, ale o tym za chwilę.
niedziela, 18 czerwca 2017
poniedziałek, 5 czerwca 2017
Wyzwanie śniadanie:* 3 kroki do idealnego i szybkiego śniadania
Powtórzę: to nieprawda, że nie masz czasu na śniadanie. Poprzednio pisałam też, że nikt nigdy nie udowodni, że śniadanie jest najważniejszym posiłkiem, ale się myliłam, a przynajmniej zyskałam potwierdzenie, że śniadanie jest naprawdę ważne dla naszego funkcjonowania w ciągu dnia. Badanie przeprowadzono na bardzo dużej, chociaż niczego nieświadomej, grupie respondentów (ewentualnych szczegółowych informacji udzielam osobiście). W zasadzie kwestia znalezienia czasu na śniadanie sprowadza się do dwóch punktów 1. Postanawiam, że będę rano jeść śniadanie. 2. Jem. A teraz pora na plan, jak to zrobić. Mam nadzieję, że jesteście pewni swojej śniadaniowej decyzji, bo łatwo nie będzie!
poniedziałek, 29 maja 2017
Wyzwanie śniadanie: startujemy!
Śniadanie to mój ulubiony moment poranka. Nie obchodzi mnie, czy ktoś kiedykolwiek udowodni, że jest najważniejszym posiłkiem w ciągu dnia. Ekscytujące śniadanie wyciąga mnie z łóżka, nawet jeśli jest wściekle wcześnie (myślę: 5 rano), nawet jeśli położyłam się spać nierozsądnie późno. Śniadanie to zrobienie dla siebie czegoś miłego każdego dnia. Jeśli to czytasz, to prawdopodobnie też uważasz, że jesteś tego warta(y).
wtorek, 16 maja 2017
„Ania, nie Anna” i staroświeckie ciasteczka
Kilka tygodni temu zauważyłam w (dziewczyńskim) internecie pewne poruszenie wywołane planowaną premierą nowego serialu o Ani z Zielonego Wzgórza. Postanowiłam dołączyć do grona niecierpliwie czekających na to wydarzenie, ponieważ Ania (co widać chyba na zdjęciu, jeśli spojrzeć na stan okładki) była jedną z moich ukochanych lektur dzieciństwa i przez kilka lat namiętnie czytałam na okrągło tę część cyklu, która akurat była moją ulubioną. Pełna oczekiwań zaczęłam oglądać serial już w dniu premiery. Wrażenia?
czwartek, 11 maja 2017
Jak przestać się odchudzać. Na zawsze
Większość swojego nastoletniego i pewną cześć dorosłego życia spędziłam na diecie. Oznaczało to mniej więcej głodzenie się przez cały tydzień i objadanie w weekend. Od ponad 10 lat lubię mówić o tym, że od kiedy się nie odchudzam, jestem o wiele szczuplejsza niż wtedy, kiedy to bez przerwy robiłam (to prawda). A jednak.
Moja miłość do różnych darmowych kursów on-line (to temat na osobny post) zaprowadziła mnie przypadkowo do 5-dniowego Intuitive Eating Challenge (darmowego i nadal możecie wziąć udział). Dzięki temu zrozumiałam, jak zakłamane było moje życie. Cały mój brak odchudzania przez wielką część tych 10 lat polegał na tym, że pozwoliłam sobie na przeważnie nie bycie głodną. Och. Niedobrze.
Moja miłość do różnych darmowych kursów on-line (to temat na osobny post) zaprowadziła mnie przypadkowo do 5-dniowego Intuitive Eating Challenge (darmowego i nadal możecie wziąć udział). Dzięki temu zrozumiałam, jak zakłamane było moje życie. Cały mój brak odchudzania przez wielką część tych 10 lat polegał na tym, że pozwoliłam sobie na przeważnie nie bycie głodną. Och. Niedobrze.
piątek, 5 maja 2017
O sztuce podróżowania
| Po lewej churros, które jadłam w Hiszpanii, po prawej moja wersja. |
Lubicie podróże? Pewnie 95% z Was uzna to pytanie za retoryczne. Ale, jak to w życiu, że posłużę się taką wyświechtaną frazą, sprawy zwykle są bardziej skomplikowane i czasami w samym środku najbardziej fajowskiej wycieczki mam poczucie, że właściwie najchętniej zostałabym w łóżku i oglądała telewizję lub nawet wróciła do domu, bo oglądanie telewizji z własnej kanapy byłoby jeszcze lepsze. Aż do niedawna czułam się z tego powodu trochę źle, ale nigdy więcej.
środa, 26 kwietnia 2017
Lody i crumble na piękną skórę. Spróbujesz?
Że jesteś tym, co jesz, wiadomo od dawna, tzn. bohaterskie owoce versus złowieszcze drożdżówki, czy coś w tym rodzaju. Zawsze miałam ochotę odpowiedzieć na to, że w sumie wolę być czekoladą niż marchewką (trochę w duchu tego rysunku Marty Frej). Na szczęście ostatnio wiele się zmieniło – nie tylko w moim nastawieniu (chociaż nadal wolę być czekoladą niż marchewką), ale przede wszystkim, do głównego nurtu przebija się też bardziej optymistyczne podejście do zdrowego odżywiania. Bo, jak się okazuje, żeby mieć lśniącą cerę i piękne włosy czekolada nie tylko jest dozwolona, ale nawet wskazana! Przynajmniej zdaniem Émilie Hébert, autorki książki „Beauty & Food”.
środa, 19 kwietnia 2017
70 do 30. Pokrzywa w płynie kontra ćwiczenia
Kilka tygodni temu nagle zaczęłam odnosić wrażenie, że wszyscy dookoła coś ćwiczą. Na siłowni, z trenerem, w domu z płytą DVD, biegają albo jeżdżą na rowerze. Nie wiem, dlaczego poczułam wewnętrzny bunt wobec własnych zasad (najlepszym ćwiczeniem jest spacer do kuchni ;-) i nieodpartą chęć dołączenia do grupy ćwiczących. To było bez sensu. W każdym razie, pewnego weekendowego wieczoru, w ramach rozrywki, postanowiłam na youtube'ie odpalić Ewę Chodakowską. Po 20 minutach ćwiczeń byłam zlana potem i ledwo żywa, jednak to się zupełnie nie liczyło, ponieważ usłyszałam z ust Ewy wspaniałą obietnicę: pierwsze efekty już po 10 dniach. Nie dwóch miesiącach, nie pół roku, ale 10 dniach. Tak, chcę to zobaczyć!
środa, 12 kwietnia 2017
Postne ciastka czekoladowe (bez cukru, masła i mąki)
Od kiedy zjadam wszystkie zakupione marchewki zanim zaczynają pleśnieć uznałam, że moja droga ku zdrowemu odżywianiu (cokolwiek to oznacza) została zakończona. Jednocześnie, w pełnej symbiozie ze zjadaniem 5 porcji warzyw i owoców dziennie, pozostaje moja miłość do słodyczy. Wykluczanie na zawsze rafinowanego cukru ze swojego życia uważam za głupotę, bo przynosi więcej szkód psychicznych niż korzyści zdrowotnych. Jednak pomimo tego, że zdaję sobie sprawę, że 100 gramowa tabliczka czekolady dość powszechnie uważana jest za porcję dla jednej osoby, to czasem, kiedy walczę z lekkimi mdłościami po jej zjedzeniu, nachodzą mnie różne myśli. Na przykład takie, że cześć słodyczy dostarczanej mi przez rafinowany cukier, białą mąkę i masło 82% tudzież mleczną czekoladę, można by jednak zastąpić czymś innym i zaczynam szukać przepisów na zdrowe słodkości. Nie akceptuję żadnych ersatzów. Przepis spełnia kryteria tylko jeśli okazuje się, że rezultat jest na tyle ok, że jadłabym to nawet gdyby nie było takie zdrowe. Czasem spotyka mnie gorzkie rozczarowanie, a czasami nie.
wtorek, 4 kwietnia 2017
Ryż na mleku
Jak to często u mnie bywa(ło), w tym miejscu miało być całkiem o czymś innym. Jednak czuję się jakoś uroczyście po raz piąty (?) podejmując się wrócić do Bułki z masłem. Wiecie, jak to w tej chwili napisałam, to wygląda bardzo niedobrze i w sumie mam ochotę wykasować ten post i zapomnieć o całej sprawie. Ale z drugiej strony, tyle przygotowań, oczekiwań i jeszcze dzisiaj rano przeczytałam komentarz do jednego z moich pierwszych wpisów. Więc...
wtorek, 23 sierpnia 2016
W jeżynowym chruśniaku
Niezbyt ze mnie dobra ogrodniczka. Prawdę mówiąc, po zrobieniu obchodu działkowych upraw najczęściej biorę leżak i książkę, a potem w takim otoczeniu spędzam większość dnia. Jeśli jest zimno, biorę dodatkowo śpiwór. Jest jednak pewien obszar ogrodnictwa, w którym zawsze można na mnie liczyć: zbiory plonów. Jedzenie własnoręcznie zebranych (chociaż niewyhodowanych) cukinii, ogórków czy zielonej pietruszki, nadal napełnia mnie zachwytem.
Jakoś tak się dzieje, że rośliny, którym poświęca się najmniej uwagi, rosną najlepiej, na przykład ogromny dziki krzak jeżyn, który rośnie sobie w pobliżu płotu. Niestraszne mi ostre kolce ani liczne owady konkurujące ze mną w walce o ten wspaniały łup, ani południowe słońce, niepokojąco wżynające się (inaczej nie mogę tego określić) w moje plecy i ramiona, sugerując, że poradzi sobie nawet z kremem z filtrem 50, którym się rytualnie wcześniej wysmarowałam. I oto po jakimś czasie mam to, niemal całą miseczkę jeżyn, która starczy na deser dla ładnych kilku osób.
Zdobyczą podzieliłam się z rodziną, moją część zjadłam z musli i zmiksowałam w koktajlu. Dzisiejsze carpaccio wcale nie powstało z tych działkowych jeżyn, jednak koniecznie muszę Wam o nim opowiedzieć. Przepis pochodzi z książki „Jadłonomia” Marty Dymek i jej entuzjastyczny opis nie pozostawia wątpliwości, że to jest danie, które będzie pojawiało się w Waszych snach, jeśli go nie zrobicie. A jak spróbujecie, to nadal będziecie o nim śnić. Ja nie byłam aż tak oczarowana, ale i tak uważam, że sami musicie sprawdzić, jak będzie z Wami.
Carpaccio z buraka z jeżynami
Jadłonomia
Składniki:
1 burak
garść jeżyn
garść rukoli
Sos:
4 łyżki oliwy
1 łyżka octu balsamicznego
1/2 łyżeczki syropu z agawy (albo coś innego słodkiego)
sól
pieprz
Wykonanie:
- Piekarnik rozgrzać do 220 stopni. Buraka wyszorować, osuszyć, zawinąć w folię i piec 30-40 minut (sprawdźcie widelcem, czy jest już miękki), a następnie wyjąc z folii, ostudzić, obrać i pokroić w cienkie plasterki*.
- Wymieszać w szklance wszystkie składniki sosu.
- Rukolę wyłożyć na talerz, skropić sosem, dodać buraki i jeżyny, polać resztą sosu.
poniedziałek, 1 sierpnia 2016
Kwiaty cukinii
Podobno są takie marzenia, które lepiej gdyby pozostały niespełnione. Bo potem co najmniej rozczarowanie, a pewnie i łzy. Ja się z tym nie zgadzam (przynajmniej póki co), nawet jeśli wyśniona rzeczywistość odstaje od cudownych wyobrażeń, zawsze warto się dowiedzieć jak jest, a nie tylko jak mogłoby być.
Czy ta zasada odnosi się również do rzeczywistości kulinarnej? Próbując nowych smaków trzymam się raczej bezpiecznych ścieżek, chociaż oczywiście nie zawsze oznacza to utartych ścieżek, na przykład zbierając z grządek chwasty zamiast posadzonych tam roślin, w celach kulinarnych, a nie utylizacji. Zupa z żółtlicy* całkiem się udała.
Zbieranie jadalnych chwastów jednak całkiem straciło swój urok, kiedy pewnego dnia stanęłam przed inspektem, w którym pośród wielkich ciemnozielonych liści pobłyskiwały złoto kwiaty cukinii. Oto oniemiałam z wrażenia, bo zdałam sobie sprawę, że ten nieosiągalny dla mnie dotąd produkt jest w zasięgu ręki (dosłownie). Możecie sądzić, że natychmiast rzuciłam się do zrywania. Otóż nie, wcale nie. Rzecz wymagała chwili namysłu, bo jedzenie kwiatów nadal jest dla mnie przyjemnością z gatunku „chciałabym, a boję się”, postanowiłam jednak nie być mięczakiem i zabrać te cuda do mojej kuchni.
Dobrze zrobiłam. Kwiaty cukinii są delikatne w smaku i aksamitne w strukturze. Przyrządziłam je dotąd na dwa sposoby, i chociaż smażenie w cieście jest klasykiem, ja wybieram masło i patelnię, bo dają więcej głosu samemu kwiatowi, który przygotowany w głębokim tłuszczu jednak się gubi.
A tymczasem na grządkach, żółte kwiaty ustępują już żółtym cukiniom, równie pysznym i pięknym.
*to taka roślinka z małymi białymi kwiatkami z żółtym środkiem, kojarząca mi się z kwiatem ziemniaka (w rzeczywistości nie są w ogóle podobne).
Kwiaty cukinii faszerowane ricottą
10 kwiatów cukinii
150 g ricotty
garść liści bazylii
sól, pieprz
masło do smażenia
2 łyżki miodu
- Kwiaty cukinii delikatnie opłukać i osuszyć na papierowym ręczniku. Rozchylić płatki i wyciąć pręciki. Ricottę wymieszać z posiekaną bazylią (zostawić trochę do dekoracji), solą i pieprzem. Każdy kwiat napełnić łyżką nadzienia.
- Na patelni rozgrzać masło i obsmażyć kwiaty po każdej stronie przez pół minuty.
- Podawać posypane bazylią i polane miodem.
/River Cafe Pocket Books. Salads and Vegetables/
20 kwiatów cukinii przygotowanych jak w pierwszym przepisie (nieobsmażonych)
150 g mąki
3 łyżki ciepłej wody
3 łyżki oliwy
3 białka
olej do głębokiego smażenia
2 cytryny, przekrojone na pół
- Przesiać mąkę do miski i zrobić dołek pośrodku, wlać do niego oliwę i wymieszać z mąką. Dodać wodę i wymieszać, ciasto ma mieć konsystencję gęstej śmietany. Odstawić na 45 minut.
- Rozgrzać olej w garnku. Białka ubić i wymieszać z ciastem.
- Kwiaty cukinii maczać w cieście i smażyć z obydwóch stron w głębokim oleju, aż będą rumiane i chrupiące. Podawać z połówkami cytryny.
niedziela, 10 lipca 2016
O pisaniu i niepisaniu
Postanowiłam napisać kryminał. Nie jest to nowy pomysł, bo jako namiętnej pochłaniaczce książek tego typu już od dzieciństwa (ach, cudna seria o przygodach Trzech Detektywów sygnowana przez Alfred Hitchcocka!) co jakiś czas wpadała mi do głowy taka myśl. Urzeczywistniona chyba raz, w postaci dwóch ręcznie zapisanych stron, których akcja toczyła nad jeziorem, a dokładnie w składziku z deskami windsurfingowymi – zainspirowałam się miejscem, w którym spędzałam wtedy wakacje.
Tym razem nie mam ani pomysłu, ani miejsca akcji, ani bohaterów, za to jestem świeżo po lekturze wspaniałej autobiografii Agaty Christie, dlatego moje ambicje, aby również zostać autorką, odżyły. Szczerze mówiąc, w ogóle nie wiem jak się za to zabrać, bo pomimo przeczytania co najmniej kilkuset książek tego typu, moja wiedza o warsztacie jest żadna. Niespecjalnie zwracam uwagę na budowę powieści czy pozostawiane przez pisarza wskazówki, kto zabił, już prędzej daję się złapać na fałszywe tropy; nigdy też nie obstawiam, kto jest mordercą. Nie szkodzi, myślę, każdy kiedyś zaczynał, na pewno się uda.
Nie pamiętam dokładnie kontekstu, ale przeczytałam pewnego razu, by jeśli chcesz napisać powieść, zabrać się za to jak najszybciej, najlepiej wyznaczyć sobie 30 dni i po prostu to zrobić. Oczywiście, najprawdopodobniej powieść będzie okropna, ale na zawsze będziesz mógł mówić o sobie, że jesteś pisarzem. Cóż, chyba powinnam wziąć to sobie do serca, jeśli kiedykolwiek chcę o sobie powiedzieć, że jestem pisarzem.
No bo właśnie. Dzisiejszy post to wynik tego, że w chwili nie-podjęcia tak ważnej życiowej decyzji ma się ochotę trochę ją odłożyć i zrobić cokolwiek. Umyć okna w kuchni (żebyście je widzieli...), wyrzucić stare ubrania, nauczyć się fotografii studyjnej, pouczyć francuskiego albo po niemal dwóch latach opublikować coś na blogu.
I tu następuje zwrot akcji. Przepisu dzisiaj nie będzie. Owszem, jest zdjęcie, bo czemu nie, ale nie podam Wam szczegółowej receptury na te urocze tartletki z malinami, które uprzyjemniły mi ubiegły weekend. Czy będą inne wpisy albo przepisy? Nie wiem, tak jak w dobrej powieści detektywistycznej, rozwikłanie tajemnicy zbyt szybko, odebrałoby całą przyjemność.
TARTLETKI Z MALINAMI
przepis mniej więcej
- Zrób kruche ciasto z obojętnie jakiego przepisu (200 g mąki powinno starczyć na 6-8 tartletek), upiecz w małych foremkach lub jednej dużej.
- Zrób crème brulée np. z tego przepisu, zastępując miód 3 łyżkami cukru i rezygnując ze skórki pomarańczowej. Połowa porcji wystarczy do napełnienia 6 babeczek.
- Lekko przestudzonym kremem napełnij upieczone tartletki.
- Przełóż do lodówki na co najmniej kilka godzin; przed podaniem udekoruj malinami.
poniedziałek, 13 października 2014
Egzotycznie?
Pamiętam, jak kilka lat temu moim marzeniem było, aby w pobliżu otworzyli sklep typu „Kuchnie świata”. Jakże piękna wydawała mi się perspektywa swobodnego dostępu do prawdopodobnie każdego dziwnego składnika, który pojawi się w przepisie, nawet takim pochodzącym z zagranicznego eko-bio-wege blogu.
I tak się stało. Kiedy postanowiłam zrobić krakersy zmieniające życie, wiedziałam, że nasiona chia dostanę bez trudu, znaczenie bardziej nieosiągalnie wydawały się zaś brzmiące swojsko nasiona babki płesznik. Tymczasem, idąc za poradami z internetu, poszłam do zwykłego sklepu zielarskiego i z pewną obawą poprosiłam o to cudo, a pani za ladą bez mrugnięcia okiem po prostu mi je sprzedała!
Można jednak pójść jeszcze dalej, po co wydawać majątek na produkty z drugiego końca świata, skoro okazuje się, że trzygwiazdkowe doznania kulinarne da się mieć zupełnie za darmo, zbierając zielsko spod bloku, poczynając od zwykłej pokrzywy, babki czy mlecza. Ok, jedzenia tych dosłownie spod bloku nie polecam, ale nie zmienia to faktu, że sobie tam rosną, są jadalne i smaczne! Przygodę z nimi zaczęłam zachowawczo, od przygotowania pesto z pokrzyw (bo tego przecież nie da się zepsuć), kolejne dania i kolejne jadalne chwasty do przetestowania już chyba na wiosnę, a tymczasem zimą poczytam sobie książkę, z której te zadziwiające dania pochodzą, „Pyszne chwasty” Małgorzaty Kalemby-Dróżdż.
A Wy odważycie się spróbować?
Pesto z pokrzyw
3-4 garście młodych liści pokrzywy
4 łyżki zmielonych migdałów
1 ząbek czosnku
ok. 1/2 szklanki oleju z pestek dyni
1 kawałek (ok. 40 g) koziego sera
1/2 łyżeczki soli
świeżo zmielony czarny pieprz
Wykonanie:
Liście pokrzywy umyć, przelać wrzątkiem i osuszyć. Wszystkie składniki przełożyć do blendera i zmiksować. Gęstość można regulować dolewając mniej/więcej oleju.
Pesto to przepis uniwersalny, jeśli nie macie dokładnie tego składnika, który jest wymieniony w przepisie, zastąpcie go czymś podobnym. Ja tak zrobiłam, ale szczegółów nie pamiętam, bo opisywana akcja miała miejsce późnym latem...
czwartek, 7 sierpnia 2014
Pojawiam się i znikam?
Ach, jak dziwnie to po dobrze ponad roku kliknąć „nowy post”. Trema, jak za pierwszym razem?
Nie, chyba nie w tym rzecz. Bardzo lubiłam i lubię blogowanie, mam jednak poczucie, że formuła, którą kiedyś tam przyjęłam dla mnie już się wyczerpała. Denerwuje mnie pisanie o ciągle tych samych zaletach kolejnych ciastek, zbyt dużo czasu spędzam myśląc, czy temat postu w ogóle kogoś zainteresuje – zanim porzuciłam „Bułkę z masłem” napisałam chyba z 10 szkiców na różne tematy, ale żaden nie był perfekcyjny.
To może nowy początek bez autocenzury? Nie wiem. Bez przepisów? Chyba nie. W każdym razie, zdjęcia muszą zostać.
To na dzisiaj tyle, wolę się pospieszyć z kliknięciem w „Opublikuj”, bo ciągle czuję zbyt duże ciążenie ku „Zapisz (szkic)”.
PS Przepis jednak będzie.
Serniczki z jagodami
Składniki:ciasto:
7 łyżek mąki
4 łyżki masła
2 łyżki cukru
masa:
275 g białego sera półtłustego
2 jajka
4 łyżki cukru
1 łyżka cukru waniliowego
duża garść jagód, albo innych drobnych owoców
Wykonanie:
- Składniki ciasta szybko razem połączyć, wyłożyć nim małe foremki (u mnie 8 mikroskopijnych serduszek + 1 zwykła muffinka). Dla przyzwoitości na chwilę wstawić do lodówki.
- Ser wrzucić do malaksera, miksować aż będzie gładki, dodać cukry i jajka, porządnie zmiksować.
- Piekarnik nastawić na 180 stopni. Foremki z ciastem napełnić serem do 2/3 wysokości, nie przesadzać, bo masa bardzo rośnie w czasie pieczenia. Posypać obficie owocami.
- Piec około 35 minut, aż wierzch będzie lekko zarumieniony. Ostudzić, wyjąć z foremek, posypać cukrem pudrem i jeść.
niedziela, 24 lutego 2013
Tuning muffinki (i nie tylko)
Przegapiłam czas robienia noworocznych postanowień. Mogłyby brzmieć na przykład: będę codziennie uczyć się włoskiego co najmniej 15 minut, zacznę chodzić na basen albo będę jeść więcej owoców i warzyw, a mniej czekolady. Na szczęście mamy prawie marzec i do kolejnego Sylwestra nie muszę już o tym myśleć ;)
Ostatnie półtora roku przyniosło na tyle dużo zmian, planowanych i nie za bardzo, że na razie zwolniłam się od robienia spektakularnych kroków na przód. Jednak, żeglowanie jest koniecznością, co stanowi jedną z nielicznych mądrości, które pamiętam z lekcji łaciny, a ponieważ zmieniłam już pracę i mieszkanie (co też jest cytatem, tylko zupełnie współczesnym), pora spojrzeć w jakimś innym kierunku. Niedawno osiągnęłam przerażający wiek lat 30 i zawsze sobie mówiłam, że po trzydziestce to już można wszystko, co miało oznaczać, mniej więcej, brak konieczności przejmowania się oczekiwaniami innych i ich wizją na porządek świata i ład moralny.
Rewolucji nie będzie. Przede wszystkim, nie czuję się aż tak zniewolona, żeby robić zwrot o 180 stopni. Pojawia się jednak mnóstwo drobnostek, kiedy postępuje się nie całkiem tak, jak by się samemu chciało, albo reaguje jak trochę ktoś inny, a potem niezadowolenie z własnego zachowania tłumaczy czynnikami zewnętrznymi. Czasami zmiana jest trudna, na pewno, ale innym razem wystarczy zrobić tylko troszkę, a efekt okaże się zaskakujący. I takie rozwiązanie sprawdziło się również w przypadku nieco podeschniętej muffinki. Prawdę mówiąc, rezultat jest tak dobry, że chyba już zawsze wybiorę taką tuningowaną.
Przepis dołączam do Czekoladowego Weekendu.
Muffinki czekoladowo-orzechowe
źródło: Mufinki. Le Cordon Bleu. Kuchnia domowa
Składniki:
ok. 20 małych muffinek
300 g mąki
1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
3 łyżki kakao
150 g masła
165 g brązowego cukru
170 ml mleka
2 jajka
100 g posiekanych orzechów włoskich
100 g posiekanej gorzkiej czekolady
do posypania: cukier puder
Wykonanie:
- Piekarnik rozgrzać do 200 stopni. Formę do muffinek wyłożyć papilotkami lub wysmarować masłem.
- Do miski przesiać kakao, mąkę, proszek do pieczenia i sól.
- Masło i cukier włożyć do rondelka i podgrzewać, aż masło się roztopi, a cukier rozpuści. Zdjąć z ognia. Jajka roztrzepać z mlekiem.
- Do suchych składników dodać orzechy i czekoladę, w środku zrobić dołek. Wlać do niego mleko z jajkami i masło z cukrem (wymieszałam najpierw z mlekiem, żeby trochę je ostudzić). Wymieszać wszystko łyżką, tyle tylko, żeby składniki się połączyły, ciasto ma być grudkowate.
- Łyżką nakładać ciasto do foremek, do 3/4 wysokości. Piec 15-18 minut lub do czasu, aż patyczek wbity w ciasto wychodzi suchy. Po przestudzeniu posypać cukrem pudrem. W tej postaci też są dobre, ale na drugi lub trzeci dzień warto spróbować podrasowanej wersji.
czwartek, 13 września 2012
Słońce w spiżarni: antidotum na deszczowe poranki
Szukam nowego pomysłu na dżem. Zazdrośnie patrzę na przetwory Bei, ale z żalem muszę zrezygnować z kuszących dżemów z figami (2,5 zł za sztukę?), odpadają wszelkie kompozycje alkoholowe (mam tylko mrożone białe wino i... trochę spirytusu). Ma być prosto, ale zaskakująco. W końcu znajduję: waniliowa nektarynka, opatrzona komentarzem, któremu nigdy nie mogę się oprzeć: „mój ulubiony”. Nic to, że ja wolę, kiedy słodycz jest przełamana kwaśną nutą, dlatego od początku wiem, że to nie będzie MÓJ ulubiony. Liczy się nowa kulinarna przygoda, a trochę słońca ze słoiczka w ciemne (!) już poranki na pewno się przyda.
***
Dziękuję Justynie za wyróżnienie Versatile Blogger, zabawa przewiduje m.in. napisanie o sobie 7 rzeczy, których nikt nie wie, ale przecież Wy już chyba wiecie wszystko ;)
Dżem nektarynkowy
na podstawie: Delicious Days
Składniki:
600 g nektarynek (waga po obraniu i wypestkowaniu)
250 g cukru
1/2 laski wanilii
sok z 1/2 cytryny
Wykonanie:
- Nektarynki sparzyć gorącą wodą i obrać ze skórki - jeśli są dojrzałe (a powinny), to będzie schodzić łatwo, jeśli nie są, trzeba się wspomóc nożem.
- Obrane owoce pokroić na kawałki, przełożyć do miski i zasypać 100 g cukru. Odstawić na 1 godzinę.
- Pozostały cukier przełożyć do garnka, zalać sokiem puszczonym przez nektarynki i gotować, aż całkiem się rozpuści. Wtedy do garnka dołożyć owoce, sok z cytryny, ziarenka wyskrobane z wanilii i samą laskę. Gotować na niezbyt dużym ogniu.
- Początkowo syrop jest bardzo rzadki, potem jednak trzeba zacząć dżemu pilnować. Dżem jest gotowy, gdy kropla syropu upuszczona na bardzo zimny talerzyk zastyga. Jeśli macie ręczny mikser, dżem można teraz zmiksować na puree o pożądanej grudkowatości (tylko wcześniej wyjąć laskę wanilii). Jeśli nie macie miksera, nektarynki należy rozgnieść widelcem. Ja zaczęłam to robić już gdzieś w połowie gotowania, w sumie trzy sesje rozgniatania.
- Gotowy dżem przełożyć do słoików, dobrze zakręcić, odwrócić do góry dnem i czekać, aż wystygnie.
Uwaga: z podanych proporcji wyszły mi niecałe dwa standardowe słoiczki, radzę więc wziąć wszystkiego trochę więcej.
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Leniwa perfekcjonistka, czyli lepiej gotować niż sprzątać
Jakie uczucia budzi w Was „Perfekcyjna pani domu”*?
Podziw? Zazdrość? Poczucie winy? Mnie ogarnia przerażenie.
Zapomnijcie, że śmiałyście się kiedyś z udzielanych w czasopismach z zamierzchłych czasów porad, których efektem miał być stan klinicznej czystości i domowej harmonii zapewnianej przez tyczkowatą panią domu ze zgrabnym biustem i fryzurą prosto od fryzjera oraz odprasowaną elegancką kiecką. Lepiej pozbyć się złudzeń natychmiast, ponieważ nic się przez ostatnie dziesięciolecia nie zmieniło (a słuszność tej tezy może sobie sprawdzić każdy, włączając telewizor w poniedziałek o 22.30), przecież jak nie przejdziesz testu białej rękawiczki, twoje poczucie własnej wartości zupełnie słusznie spadnie do poziomu podłogi, gdzie jego miejsce, bo pomóc mu się podnieść może jedynie tydzień szorowania fug szczoteczką do zębów, względnie przyrządzenie własnego, tylko lepszego, środka typu domestos.
Żeby nie było nieporozumień. Lubię, jak jest czysto. Przeważnie mam porządek. Myję naczynia nie tylko wtedy, kiedy nie mam już na czym jeść. Na szczęście są proste, przyjemne i szybkie sposoby dzięki którym nikogo nie będzie obchodziło, czy podłoga jest czysta, a firanki śnieżnobiałe. Sposoby dzięki którym wszyscy nazwą cię domową boginią, więc możesz nawet ukryć, że do ruszenia palcem skłonił cię tylko egoizm, czyli inaczej, łakomstwo.
*Na wszelki wypadek: program telewizyjny, w którym nieszczęsne kobiety-bałaganiary są przemieniane w sprawne, wielofunkcyjne roboty domowe.
Crumble brzoskwiniowe
Składniki:
75 g mąki
50 g mielonych migdałów
60 g masła
45 g cukru
ewentualnie trochę cukru waniliowego
4 dojrzałe brzoskwinie
Wykonanie:
Wszystkie składniki ciasta zagnieść w okruszki, jeśli macie na to czas można je następnie schłodzić w lodówce. Brzoskwinie przekroić na połówki, wyjąć pestki i ułożyć w żaroodpornym naczyniu wysmarowanym masłem. Posypać kruszonką. Piec około 25 minut w 180 stopniach. Kruszonkę można też zamrozić i kiedy przyjdzie wam ochota na jeszcze szybszy deser wyjąć z zamrażarki, posypać nią owoce i włożyć do piekarnika, piec 5-10 minut dłużej niż zwykle. Mniam.
Lody waniliowe
źródło: BBC Good Food
Składniki:
200 g słodzonego mleka skondensowanego
600 ml śmietany kremówki
ziarenka z 1/2 laski wanilii
Wykonanie:
Wszystkie składniki zmiksować razem, powinna powstać puszysta, chociaż nie bardzo sztywna masa. Przelać do zamykanego pojemnika i zamrażać przez kilka godzin. Można podjadać w międzyczasie, półzamrożony waniliowy shake też jest pyszny ;)
niedziela, 29 lipca 2012
Doskonałość dla każdego z dużą zawartością czekolady
Puszczana natrętnie od kilku dni reklama pewnej firmy, produkującej odzież i inne sportowe akcesoria przekonuje, że każdy z nas może osiągnąć doskonałość. Miło w to wierzyć, dlatego lubię takie dokładnie przemyślane przez odpowiednich specjalistów spoty i ich optymistyczne przesłania, a nawet przez chwilę zachciało mi się dokonywać jakichś sportowych wyczynów. To uczucie raczej nie pozostanie ze mną na długo, ale są takie obszary, gdzie jednak potrzeba doskonalenia (się) nie znika. Dlatego kiedy zobaczyłam przepis na lody czekoladowe „Najlepsze jakie kiedykolwiek uda Ci się zjeść” (!), bez konieczności użycia maszynki, wiedziałam, że muszę przynajmniej spróbować zrobić kolejny krok ku osiągnięciu lodowego ideału.
Lody czekoladowe właściwie nie należą do moich ulubionych. Jest to związane z tym, że w przypadku lodów jestem gotowa pochłonąć każdą ich ilość, wręcz otwierając opakowanie nastawiam się na zjedzenie całego (dlatego przestałam już kupować te litrowe...), a z dobrymi lodami czekoladowymi jest to niemożliwe, bo tak jak ciasto czekoladowe powinny być bardzo intensywne w smaku i niezbyt słodkie.
Te właśnie takie są. Wyjątkowo łatwe w przygotowaniu, mają też tę przewagę nad lodami wykonywanymi tradycyjną metodą, że już półprodukt, w postaci aksamitnego czekoladowego budyniu, nadaje się do (pod)jedzenia. Pozostało jeszcze zbyt dużo przepisów do wypróbowania, żeby jednoznacznie stwierdzić, że ten jest najlepszy, ale jednak, wbrew temu, co napisałam o koniecznych właściwościach dobrych lodów czekoladowych, trudno się od nich oderwać (wystarczy zastosować metodę podjadania po łyżeczce wprost z pudełka), dlatego warto spróbować, czy staną się Waszymi ulubionymi.
Lody czekoladowe
źródło: A cup od Jo
Składniki:
400 g słodzonego mleka skondensowanego
3/4 szkl. zwykłego mleka
3/4 szkl. śmietany 30%
170 g czekolady 70%
1/4 szkl. kakao
1/2 łyżeczki espresso w proszku
łyżeczka ekstraktu waniliowego lub 2 łyżeczki cukru waniliowego
szczypta soli
5 łyżeczek mąki kukurydzianej
2 łyżki zimnej wody
Wykonanie:
- W garnku zagotować mleko skondensowane, zwykłe mleko i śmietanę. Odstawić z ognia i wmieszać posiekaną czekoladę, ekstrakt lub cukier waniliowy, sól, kawę i kakao. Mąkę kukurydzianą rozmieszać z zimną wodą i dodać do masy czekoladowej.
- Garnek ponownie postawić na ogniu i ciągle mieszając gotować kilka minut, aż zgęstnieje.
- Masę przełożyć do miski i wystudzić, następnie przykryć folią spożywczą i schłodzić w lodówce, najlepiej przez noc.
- Po leżakowaniu w lodówce "lody" wymieszać, aby pozbyć się ewentualnego kożucha z wierzchu, przełożyć do zamykanego pojemnika, powierzchnię masy ściśle przykryć warstwą folii, a następnie pudełko zamknąć przykrywką lub przykryć kolejną warstwą folii. Przełożyć do zamrażalnika i czekać.
- Podobno lody nigdy nie zamarzają na kamień, moim się to jednak udało, co jednak nie zmartwiło mnie aż tak bardzo, bo zyskałam wreszcie dowód, że moja zamrażarka dobrze działa ;)
piątek, 13 lipca 2012
Niezależnie od poglądów, zawsze dobrze coś upiec
Tak trudno jest być konsekwentnym w poglądach.
No bo z jednej strony uważam, że nie należy samego siebie do niczego zmuszać. Istnieje wystarczająco dużo różnych zewnętrznych „muszę”, żeby w czasie wolnym jeszcze niepotrzebnie sobie coś narzucać.
Jeśli tak brzmi zasada ogólna, to powinna ona dotyczyć również gotowania. I dotyczy, ale... Jednym tchem mogę powiedzieć: „Pewnie, jak nie lubisz, to tego nie rób” i „Nie wiem, jak Ty możesz jeść tylko te kupne rzeczy, przecież zrobienie czegoś znacznie smaczniejszego to kwestia 15 minut”.
Tak samo jest z pieczeniem. Wiem, dobre ciasto z dobrej cukierni jest dobre. Tylko, że te upieczone w domu jest lepsze. Niezależnie od tego, jak bardzo nie chciało mi się go robić (bo przecież tak też bywa) nie tylko smak dobrego masła, ale także nieuchwytna wartość dodana wyczuwalna jest w każdym kawałku, również wtedy, jeśli coś się troszkę nie uda, albo nie wygląda tak ładnie, jak by mogło. A czasami, żeby zrobić niesamowite ciasto też wystarczy 15 minut.*
Na tę tartę czekałam od dawna, co jakiś czas czytając sobie przepis i marząc o sezonie truskawkowym. A propos wartości dodanej, to ciasto stało się pretekstem do co najmniej dwóch dodatkowych przyjemności: zakupu formy z wyjmowanym dnem i zrobienia galaretki z czerwonych porzeczek (na opis licznych atrakcji z tym związanych zapraszam do Basi). Jeśli zdecydujecie się na zrobienie galaretki to oczywiście ta czynność wszystko wydłuża, ale nie AŻ tak bardzo, w końcu nie trzeba od razu brać się za 2 kilo porzeczek. A warto, naprawdę.
Truskawkom powiedzieliśmy już chyba „addio”, ale podobno z innymi owocami też jest pysznie.
*nie wliczając czasu chłodzenia i pieczenia ;)
Tarta z letnimi owocami
źródło: My French KitchenSkładniki:
Ciasto:
1 1/3 szkl. mąki
1/2 szkl. mielonych migdałów
220 g masła
2/3 szkl. brązowego cukru
2-3 żółtka
Nadzienie:
1 kg truskawek*
1/2 szkl. galaretki z czerwonej porzeczki**
*kilogram tylko wtedy, jeśli tak jak ja, korzystacie z truskawek ostatnich w sezonie, normalnie ok. 500-700 g owoców wystarczy
**czymkolwiek ją zastąpicie, to nie będzie to samo, ostatecznie można wykorzystać cienką warstwę zwykłej galaretki (powtarzam: bez porównania)
Wykonanie:
- Do miski wsypać mąkę i migdały, wcierać w nie posiekane masło aż całość zacznie przypominać okruchy chleba. Wmieszać cukier, a następnie żółtka. Zagnieść ciasto, zwinąć w folię i schłodzić ok. 40 minut w lodówce.
- Ciasto wyłożyć na formę do tarty o średnicy około 25 cm (natłuścić ją, jeśli trzeba), najlepiej z wyjmowanym dnem. Ponownie chłodzić przez 20 minut.
- Piekarnik rozgrzać do 190 stopni. Na ciasto położyć papier do pieczenia i fasolę w ramach obciążenia. Piec 20 minut, po tym czasie usunąć papier i fasolę, obniżyć temperaturę do 150 stopni i piec jeszcze 25 minut. Ciasto powinno być lekko złotawe.
- Wystudzone ciasto delikatnie wyjąć z formy i wyłożyć na nie (dobrze osuszone!) owoce. Jeśli truskawki, to pozbawione szypułek i większe przekrojone na połówki. Całość pokryć galaretką, odstawić na godzinę do lodówki i zajadać. Tarta nie powinna stać dłużej niż dzień, ale nie sądzę, żeby to stanowiło dla kogoś problem ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)





